Dzieci

Unia Europejska pod ostrzałem za linkowanie do platform bigtech. Czy Bruksela promuje cyfrowy monopol?
30 ciekawostek o oknach. Od starożytności po kosmiczne misje
Z życia wzięte. "Mój mąż zawsze wybiera mamę, a nie mnie": Dłużej tak nie wytrzymam
Codziennie chodzę do szkoły mojego wnuka.
Zostałam mamą zastępczą dwa razy: Teraz ja i moje dzieci mamy wszystko, co potrzebne do dobrego życia
Ratunek dla dzieci ze wsi? MEN wraca do pomysłu, który PiS odrzuciło
Noc Naukowców w bocheńskiej bibliotece. realizowane są zapisy na „Misję: Eksperyment”
Mężczyzna odpoczywał w swoim mieszkaniu w Warszawie, gdy dźwięk dzwonka do drzwi przerwał mu sen — za progiem czekała nieznajoma starsza kobieta, która okazała się być jego matką spragnioną pomocy i wybaczenia po latach rozłąki, ale niedługo jej prawdziwe zamiary wyszły na jaw, prowadząc do dramatycznej konfrontacji rodzinnej i zdrady, która odmieniła życie mężczyzny na zawsze.
Pewnego dnia, kiedy byłam po raz drugi w ciąży, do moich drzwi zapukała dziewczyna z niemowlęciem.
PRZYPOMNĘ CI… – Pani Mario, tutaj mi się nie udaje zrobić tego zawijaska… – smutno wyszeptał drugoklasista Tomek, wskazując pędzelkiem na uparty zielony listek, który w jego namalowanym kwiatku wyginał się w złą stronę. – A spróbuj, kochany, pędzelkiem lekko, niemal jak piórkiem po dłoni… O, właśnie tak! Poprowadź, jakbyś głaskał! Świetnie! Zamiast zawijasów same cuda! – uśmiechnęła się starsza nauczycielka. – To dla kogo ta cała uroda? – Dla mamy! – promiennie odpowiedział dumny chłopiec. – Dzisiaj ma urodziny! To mój prezent! – Ach, szczęściara z tej twojej mamy, Tomku! Ale nie zamykaj jeszcze zeszytu. Daj mu wyschnąć, by się kolory nie rozmazały. A jak już będziesz w domu, wtedy wyjmij karteczkę i zobaczysz, twoja mama bardzo się ucieszy! Maria rzuciła ostatnie spojrzenie na pochyloną nad kartką ciemną główkę i z ciepłym uśmiechem wróciła do biurka. Ot, prezent dla mamy! Dawno takiego pięknego nie dostała. Tomek ma talent do rysowania – muszę zadzwonić do jego mamy i zaproponować szkołę plastyczną. Takiego daru nie można zmarnować. Przy okazji zapytam moją byłą uczennicę, czy jej się spodobał prezent? Sama Marii oczy oderwać od tych kwiatów nie może – wydaje się, iż zaraz ożywią się liście i zawijasy. Ach, cała mama Tomka! Zresztą Larisa też w jego wieku tak pięknie rysowała… ***** – Pani Mario, tu Larisa, mama Tomka Koteckiego – zadzwonił wieczorem telefon w mieszkaniu nauczycielki. – Dzwonię uprzedzić, iż Tomek jutro nie pójdzie do szkoły – ostro odezwała się młoda kobieta w słuchawce. – Cześć, Larisa! Co się stało? – spytała Maria. – A i owszem! Cały dzień mi zepsuł ten gagatek! – wybuchnęła w słuchawce. – A teraz leży z gorączką, pogotowie dopiero co odjechało. – Ale jaką gorączką? Przecież wyszedł ze szkoły zdrowy, prezent niósł dla ciebie… – Prezent? Te mazaje? – odparła Larisa pogardliwie. – Jakie mazaje? Tomuś ci takie piękne kwiaty namalował! Chciałam do ciebie dzwonić w sprawie szkoły plastycznej… – Nie wiem, co tam za kwiaty, ale na taki futrzany kłębek na pewno nie liczyłam! – Kłębek? O czym ty…? – Maria coraz bardziej się niepokoiła, słuchając zdenerwowanych wyjaśnień Larisy. – Może wpadnę do was? Mieszkam przecież blisko… Kilka minut później, z przyzwoleniem swojej dawnej uczennicy, dziś już mamy swojego ucznia, Maria z albumem starych fotografii i rysunków opuszczała mieszkanie. W jasnej kuchni, gdzie Larisa ugościła Marię, panował rozgardiasz. Mama Tomka zaczęła opowiadać: Jak Tomek przyszedł ze szkoły spóźniony, obłocony, przemoczony… Jak wyciągnął zza pazuchy przemoczonego szczeniaka śmierdzącego piwnicą! Sam wpadł do kałuży śniegowej po psa, którego inni chłopcy wrzucili do dołu! O zdewastowanych książkach, o plamach w zeszycie tak strasznych, iż nie da się patrzeć bez łez. I o gorączce, która w godzinę skoczyła niemal do 39… O tym, iż goście wyszli bez kawałka tortu, a pani doktor z pogotowia zganiła ją, matkę, za brak czujności… – Oddałam psa z powrotem na śmietnisko, gdy Tomek usnął. A zeszyt leży na kaloryferze – już choćby nie kwiatów, tylko rozmyty papier został! – prychnęła z niezadowoleniem Larisa. Nie zauważyła, jak bardzo z każdym słowem pochmurniała Maria. A gdy opowiedziała o losie uratowanego szczeniaka, twarz Marii przybrała surowy wyraz. Pogłaskała album, który zsunął się z kaloryfera i cicho powiedziała… I o zielonych zawijasach, i o ożywionych kwiatach. O dziecięcym trudzie, odwadze, o chłopięcym sercu nie znoszącym niesprawiedliwości, o chuliganach rzucających szczeniaka w dół… A potem stanęła, ujęła Larisa za rękę i podeszła do okna: – Tam jest ten dół – pokazała. – Nie tylko szczeniak, ale i Tomek mógł utonąć. ale czy pomyślał o tym? Może myślał tylko, żeby nie uszkodzić prezentu? A może zapomniałaś, Larisa, jak latem dziewięćdziesiątego trzymałaś przy szkole znalezionego kotka i płakałaś? Całą klasą go głaskaliśmy, czekaliśmy na twoją mamę… I jak nie chciałaś wracać do domu, obwiniając rodziców, gdy „kłębuszka” wystawiono za drzwi… Na szczęście, w porę się opamiętali! Przypomnę ci to! I Tofika twojego, z którym nie chciałaś się rozstać! I uszatego Azorka, który towarzyszył ci do liceum, i gawrona ze złamanym skrzydłem, którym się opiekowałaś w szkolnym kąciku przyrody… Maria wyjęła pożółkłą fotografię z albumu, na której dziewczynka w białym fartuszku przytulała kociaka otoczona przez uśmiechniętych kolegów i koleżanki. Cicho, ale stanowczo powiedziała: – Przypomnę ci dobroć, która rozkwitała w twoim sercu na przekór wszystkiemu… Za zdjęciem na stół spadł dziecięcy rysunek – dziewczynka trzymająca kudłatego kotka i dłoń swojej mamy… – Gdyby to ode mnie zależało – coraz bardziej stanowczo mówiła Maria – ucałowałabym Tomka i tego psa! Mazaje wzięłabym w ramkę! Bo nie ma dla matki większego prezentu, niż dziecko, które jest dobrym człowiekiem! Nie zauważyła nawet, jak zmieniała się twarz Larisy po każdym z jej słów, jak Larisa spoglądała z troską na drzwi Tomka, jak ściskała zeszyt pobladłymi palcami… – Pani Mario! Kochana, proszę, zostań z Tomkiem na chwilkę. Ja zaraz wrócę! Błyskawicznie! Pod bacznym okiem nauczycielki Larisa narzuciła płaszcz i wybiegła. Bez wahania pobiegła na śmietnisko, z mokrymi nogami szukała pod starymi kartonami i wśród śmieci, ciągle patrząc w stronę domu… Czy wybaczy? ***** – Tomek, kto ci tam wącha kwiaty? To pewnie twój piesek – Dyzio? – Tak, pani Mario! Poznała pani? – A jakże! I ta biała łapka z gwiazdką – pamiętam, jak z twoją mamą je myłyśmy! – uśmiechnęła się Maria. – Teraz codziennie mu myję łapki! – z dumą powiedział Tomek. – Mama mówi: masz przyjaciela, dbaj o niego! Kupiła choćby specjalną wanienkę! – Dobra z twojej mamy kobieta. Znowu jej rysujesz prezent? – Tak, do ramki. Bo ma tam w ramce jakieś mazaje i ciągle na nie patrzy i się uśmiecha. Czy można się śmiać do mazajów, pani Mario? – Do mazajów? Może i można, jeżeli są od serca! A co tam w szkole plastycznej, dobrze ci idzie? – Jeszcze jak! Niedługo portret mamy namaluję! Ale teraz… – Tomek wyjął z plecaka złożoną kartkę. – To od mamy, ona też rysuje. Maria rozwinęła kartkę i lekko objęła ramieniem Tomka. Na białej stronie, wybuch kolorów – szczęśliwy Tomek z ręką na głowie zapatrzonego w niego kundelka. Po prawej – filigranowa blondynka w szkolnym fartuszku tuliła do piersi kotka… A po lewej, zza zasypanego podręcznikami nauczycielskiego biurka, z bezkresną mądrością i uśmiechem patrzyła na nich Maria. W każdym szczególe obrazka czuła matczyną dumę. Maria otarła łzę i rozpromieniła się – w kąciku rysunku, wśród kwiatów i zielonych zawijasów, ukryło się jedno słowo: „Pamiętam”.
Ile dziecko powinno dostawać kieszonkowego? Te kwoty brzmią rozsądnie
15 lat temu opiekowałam się moją teściową i w podziękowaniu przepisała na mnie swoje mieszkanie. Planowałam je wynajmować i mieć dodatkowy dochód do emerytury. Ale kiedy syn się ożenił, wpuściłam ich tam „na chwilę”. Teraz sprzątam biura, żeby mieć za co żyć.
Sala porodowa w centrum medycznym była niezwykle zatłoczona. Mimo iż wszystkie wskaźniki wskazywały na całkowicie normalny poród, wokół zgromadziło się dwunastu lekarzy, trzech starszych pielęgniarek, a choćby dwóch kardiologów dziecięcych.
Poślubiłam biednego chłopaka. Cała moja rodzina się ze mnie śmiała.
Zostałam matką zastępczą dwa razy: Teraz moje dzieci i ja mamy wszystko, czego potrzebujemy do szczęśliwego życia
Dzieci Bogdana Kacmajora. Co stało się z potomkami przywódcy sekty „Niebo”?
NIEWINNA: Tajemnice i Zawirowania Życia w Polsce
Wychowanie to nie tylko miłość. To też odwaga, by reagować na złe zachowania swojego dziecka
Rozwiodła się z mężem, a teściowa domaga się od niej pieniędzy, by go wspierać
Nocny atak Rosjan. Dron uderzył w sanatorium dla dzieci
Bartek upadł, ale działa? Ktoś położył spółkę, ale marka ma się doskonale
Nie tylko dziś kobiety boją się macierzyństwa. "Dawniej jakoś wchodziły w ten kierat. Ale to nie znaczy, iż miały łatwiej"
Owsianka na nowo. Zdrowe śniadanie, które naprawdę daje energię
Kraina uśmiechu! Najlepsze dowcipy dla dzieci, które rozbawią całą rodzinę
Ferie zimowe bez nudy i chaosu. Jak je zaplanować, żeby dziecko naprawdę odpoczęło
Bezpłatne zajęcia szachowe dla dzieci w Mediatece 800-lecia!
Dziecięcy Telefon Zaufania w grudniu
Koszty studniówki 2026 r. Rodzice: "Nie żałujmy im, to ich dzień"
Z życia wzięte. "Mąż odciął mnie od pieniędzy, więc zadzwoniłam do mamy": Chwilę później wyszła na jaw wstydliwa prawda
Dlaczego Inna zaczęła robić na drutach buciki dla niemowląt – sama nie wie.
🏂Gonitwy i łapanki na lodowych ślizgawkach SkakAnki! ❄
Ambasada Izraela informuje o antysemickim ataku w Bielsku-Białej. Świadkowie mówią co innego
Antoni­na Pietrow­na szła przez deszczowe ulice, a łzy spływały po twarzy, mieszając się z kroplami. “Przynajmniej deszcz pada—nikt nie widzi moich łez”, myślała. Czuła się nieproszonym gościem, winna wszystkiemu. Szła i płakała, aż przypomniała sobie żart o zięciu, który pyta teściową: “I co, mamo, choćby herbatki nie wypijecie?” Teraz była tą “mamą”. Płakała i śmiała się na zmianę. Gdy wróciła do domu, zrzuciła mokre ubranie, okryła się pledem i już bez skrępowania płakała, bo słyszała ją tylko złota rybka w akwarium. Antoni­na była kobietą interesującą, mającą powodzenie u mężczyzn, ale z ojcem Nikity—jej syna—nie wyszło. Pił i był chorobliwie zazdrosny, a gdy zobaczył, jak żona uśmiecha się do sąsiada, pobił ją na oczach dziecka. Nikita wszystko opowiedział babci i dziadkowi, którzy natychmiast wyrzucili zięcia z mieszkania. Antoni­na już nigdy nie wyszła za mąż—musiała wychować syna. Dość przeżyła z pierwszym mężem. Nie brakowało jej pieniędzy, jako technolog gastronomii pracowała w małej restauracji, spokojnie odkładała na mieszkanie. Gdy uzbierała potrzebną kwotę, Nikita ożenił się z uroczą Anastazją, a Antoni­na podarowała młodym nowe dwupokojowe mieszkanie i zorganizowała im wesele, zostając w swojej starej “kawalerce”. Teraz zbierała im pieniądze na samochód, bo ile można jeździć starym polonezem. Tego dnia choćby nie planowała odwiedzin syna, ale znalazła się blisko domu, gdy rozpadał się deszcz. Bez parasola wstąpiła do nich, by przeczekać niepogodę i wypić z Anastazją herbatę. Anastazja, patrząc na teściową w drzwiach, zimno odpowiedziała: “O co chodzi, Antoni­na Pietrow­na?” Antoni­na tłumaczyła się deszczem, na co synowa stwierdziła: “Deszcz już minął, dojdzie pani sama”. Antoni­na wyszła, cała we łzach, a potem zasnęła i przyśniła się jej złota rybka z akwarium, która doradziła: “Płaczesz? A herbatki w deszczu choćby nie dały! Dla kogo zbierasz pieniądze? Przestań! Zafunduj sobie wakacje nad Bałtykiem!”. Obudzona Antoni­na postanowiła nie poświęcać się dla niewdzięcznych dzieci i synowej; wzięła pieniądze i wyjechała nad morze. Wróciła wypoczęta i szczęśliwa. Syn z synową choćby nie zauważyli jej nieobecności. Antoni­na przestała unikać mężczyzn—pojawił się adorator, dyrektor restauracji, w której pracowała, i wszystko ułożyło się inaczej. Powrót do życia, nowe uczucie, wspólna praca i wieczory. Pewnego dnia Anastazja zajrzała z pretensją: “Czemu już pani nie przychodzi? Nikita znalazł wymarzony samochód…”. “Anastazja, coś chciałaś?”—spytała Antoni­na z założonymi rękami. Gdy z pokoju wyszedł interesujący mężczyzna: “Toniu, herbaty się napijemy?”, Antoni­na odparła: “Napijemy! Zaproś gościa!”. “Nie, Anastazja już wychodzi. Herbatki nie pije, prawda?” Zamknęła za synową drzwi i, mrugając do złotej rybki, roześmiała się: “Właśnie tak!”.
Dajesz dziecku telefon, żeby mieć chwilę spokoju? Naukowcy: mózg zapamięta to na lata
Z życia wzięte. "Teściowa chciała mnie złamać i wymusić posłuszeństwo": Posunęła się aż do przestępstwa
Zabawa i dotyk – dlaczego fizyczne zabawki wciąż wygrywają z aplikacjami?
Quiz językowy na A da ci popalić. Tylko ktoś oczytany zgarnie komplet
Mąż cenniejszy niż najgorsze urazy – Igorze, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! choćby nie próbuj klękać, jak lubisz – nie pomoże! – postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem. Igor oczywiście nie uwierzył. Był pewny, iż wszystko skończy się według starego scenariusza: padnie na kolana, przeprosi, kupi kolejną błyskotkę, a ja znów wybaczę. Tak już było nie raz. Tym razem naprawdę postanowiłam rozwiązać węzły hymenu. Moje palce, aż po małe, były obłożone pierścionkami, a życia nie było. Igor nałogowo się upijał. …A wszystko zaczęło się tak romantycznie. Mój pierwszy mąż, Edek, zaginął bez wieści. Działo się to w latach dziewięćdziesiątych – wtedy życie w Polsce naprawdę było niepewne. Edek nie był zbyt zgodny. Sam prosił się o kłopoty. Jak to się mówi, oczy orle, a skrzydła komarze. Jak coś mu nie odpowiadało, zaczynała się ostra awantura. Jestem pewna, iż Edka dopadli jacyś łysi w rozliczeniach. Żadnych wieści od niego nie otrzymałam. Zostałam z dwiema córkami – Lizą lat pięć i Renią lat dwa. Minęło pięć lat od jego zaginięcia. Myślałam, iż oszaleję. Bardzo kochałam Edka, mimo jego wybuchowego charakteru. Byliśmy papużki nierozłączki. Stanowił dla mnie wszystko. Uznałam, iż życie się skończyło; będę tylko wychowywać dziewczynki. Przekreśliłam siebie. Jednak… W tamtym trudnym czasie nie miałam łatwo. Pracowałam w fabryce, pensję dostawałam… żelazkami. Trzeba je było opylić, żeby kupić jedzenie. W weekendy tym się zajmowałam. Zimą, już siniejąc z zimna, sprzedając żelazka na rynku, podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal. – Zimno pani? – zapytał nieznajomy z troską. – A jak pan poznał? – próbowałam jeszcze żartować. Ząb na ząb nie trafiał, ale od bliskości mężczyzny poczułam ciepło. – No tak, głupio mówię. Może ogrzejemy się w kawiarni? Pomogę pani przenieść te żelazka. – No dobrze, chodźmy. Bo zamarznę i tyle mnie będzie – wyszeptałam. Oczywiście, nie poszliśmy do kawiarni. Wzięłam go bliżej domu, poprosiłam, by poczekał na klatce i popilnował torby z żelazkami. Musiałam odebrać dzieci z przedszkola. gwałtownie pobiegłam. Zimno aż w nogach kamienieje, ale na sercu cieplej. Wróciłam z dziećmi, a z daleka już widzę Igora (tak się przedstawił). Stał i palił, z nogi na nogę przestępując. Pomyślałam: „zaproszę na herbatę, co będzie, to będzie!” Igor pomógł mi wtargać torbę na szóste piętro (winda oczywiście nie działała). Z dzieciakami wspinałam się na trzecie, a Igor już wracał. – Czekaj, mój wybawco! Nie wypuszczę cię, póki nie napijesz się u mnie gorącej herbaty! – złapałam go lodowatą ręką za rękaw kurtki. – No nie wiem… nie przeszkadzam? – Ależ skąd! Pan dziewczynki za ręce, a ja biegnę, wstawię wodę na herbatę – zaproponowałam bez obaw. Nie chciałam go stracić. Już był swój. Przy herbacie Igor zaproponował mi pracę jako asystentka, za płacę większą, niż żelazka przez rok. Oczywiście, zgodziłam się od razu. A miałam ochotę jeszcze ręce całować… Igor był już drugi raz żonaty, rozwodził się. Z pierwszego małżeństwa miał syna. No i się zaczęło… gwałtownie pobraliśmy się. Igor przysposobił moje dziewczynki. Zamieszkaliśmy w dużym, czteropokojowym mieszkaniu z nowymi meblami i sprzętem. Potem jeszcze domek letniskowy, co roku wakacje nad morzem. Życie bajka! …Minęło siedem lat szczęśliwego życia. Widocznie Igor, zdobywszy wszystko, zaczął zaglądać do kieliszka. Na początku nie reagowałam. Wiedziałam, iż dużo pracuje, zmęczony, musi się jakoś odstresować. Ale gdy zaczął pić w pracy, zaniepokoiłam się. Namowy nie pomagały. Dodam, iż jestem z natury awanturnicą. By odciągnąć męża od picia… postanowiłam urodzić mu dziecko. Miałam już trzydzieści dziewięć lat. Moje koleżanki tylko się śmiały: – Ty, Taniu, może i my zdecydujemy się zostać młodymi mamami po czterdziestce! A ja mówiłam zawsze: – Jak się pozbędziesz dziecka, później będziesz gorzko żałować. Jak urodzisz, choćby nieplanowanego malucha, nigdy nie pożałujesz. …Urodziłam z Igorem bliźniaczki. Wychowywaliśmy już cztery córki! Ale Igor nie przestał pić. Znosiłam, znosiłam, aż zapragnęłam natury i swojego kąta na wsi – dzieciom dla zdrowia, a Igor nie będzie miał czasu w picie. Sprzedaliśmy mieszkanie i domek. Kupiliśmy dom w małym miasteczku. Otworzyliśmy kawiarnię. Igor został zapalonym myśliwym. Kupił strzelbę, sprzęty. W lesie był zwierzyniec. Wszystko było całkiem nieźle, aż do dnia, gdy Igor się upił, nie wiem czyim trunkiem, ale dostał szału! Potłukł talerze, meble, dobrał się i do nas. Wziął strzelbę i strzelił w sufit! Pobiegłam z córkami do sąsiadów. Koszmar. Rano wszystko ucichło. Wróciliśmy do domu… Widok straszny. Szkoda, iż dzieci to widziały. Wszystko potrzaskane, puste, nie ma gdzie usiąść, zjeść, spać. Igor spał jak martwy. Zebrałam resztki i poszłam z dziećmi do mamy, która mieszkała niedaleko w tym samym miasteczku. Mama lamentowała: – Oj, Taniu, co mam począć z twoją dziewczyńską bandą? Wróć do męża. W rodzinie różnie bywa. Zmieli się, muł zostanie. Mama miała zasadę – zęby w fartuchu, ale mąż przystojny. …Po paru dniach zjawił się Igor. I wtedy postawiłam kropkę na naszym związku. Igor nie pamiętał z tamtej nocy niczego. Nie uwierzył w moje „bajki”, ale mnie już to nie obchodziło. Zerwałam wszystko. Mosty spalone. Jak żyć dalej? Nie wiedziałam, ale wolałam głodować i żyć, niż zostać zabita przez pijanego męża. Kawiarnię sprzedałam za bezcen, w pośpiechu opuściłam miasteczko z dziećmi. Zamieszkaliśmy w sąsiedniej wsi, w maleńkim domku. Starsze córki zaczęły pracować. Później, całe szczęście, wyszły za mąż. Bliźniaczki poszły do piątej klasy. Wszystkie dziewczynki kochały tatę Igora i utrzymywały kontakt. Dzięki nim wiedziałam, co u Igora. Przez córki były mąż błagał, żebym wróciła. Córki też namawiały: „Mamo, już nie bądź taka dumna, tata zrozumiał, prosił o przebaczenie. Pomyśl o sobie, nie masz już dwudziestu pięciu lat…” Ale byłam nieugięta. Chciałam spokoju, bez nadmiernych wrażeń. …Minęły dwa lata. Zaczęło mi brakować Igora. Dopadła mnie samotność. Wszystkie pierścionki od męża musiałam oddać do lombardu. Nie udało się ich wykupić – szkoda. Wspominałam minione lata. W domu była miłość. Igor naprawdę kochał dziewczynki, mnie szanował, zawsze potrafił przeprosić. Mieliśmy przykładną rodzinę. Co komu szczęście – innemu szczęścia nie zabierzesz. Czego mi brakowało? Starsze dziewczyny tylko dzwonią, nie wpadają, nie mają czasu. Zrozumiałe – młodość wygrywa. Niedługo i bliźniaczki odlecą z gniazda, a ja zostanę sama. Namówiłam bliźniaczki, by popytały tatę, jak tam sobie żyje… Może już inną ma? Dziewczyny wszystko wybadały. Okazało się, iż Igor mieszka i pracuje w innym mieście. Kropelki alkoholu od roku nie wypił. Jest sam, żadnej nowej nie ma. Dał córkom nowy adres… tak na wszelki wypadek… Krótko mówiąc: jesteśmy razem już piąty rok. Mówiłam – jestem urodzoną awanturniczką…
Wiem, iż to moje dzieci,” szepnął, nie podnosząc wzroku. „Ale… nie potrafię wyjaśnić dlaczego, między nami nie ma więzi.
Właściciel Facebooka kontra nowe reguły w Australii. "Wzywamy rząd"
Szczęśliwy traf… Dorastałem w niepełnej rodzinie – bez ojca. Wychowywały mnie mama i babcia. Już w przedszkolu czułem brak taty, potem w podstawówce jeszcze mocniej… Zazdrościłem rówieśnikom przechadzającym się dumnie za rękę ze swoimi silnymi ojcami, bawiącym się, jeżdżącym na rowerach i samochodach. Najbardziej bolało, gdy ojcowie tulili swoje dzieci, całowali je, śmiali się razem… Patrząc na to, myślałem: „To jest prawdziwe szczęście!”. Mojego ojca też widziałem… Tylko na jednym zdjęciu, gdzie uśmiechał się jak inni ojcowie — ale nie do mnie. Mama mówiła, iż jest polarnikiem, mieszka na dalekiej, niedostępnej północy i nie może przyjechać, ale regularnie przysyła prezenty na urodziny. W trzeciej klasie ze smutkiem odkryłem, iż żadnego taty-polarnika nigdy nie miałem… Przypadkiem usłyszałem rozmowę mamy z babcią — nie miała już sił udawać, dawać prezenty od ojca, który nas porzucił, nigdy nie zadzwonił, nie złożył życzeń. Dla mnie te święta były jedynymi chwilami, gdy czułem wsparcie dalekiego, choć wyimaginowanego, ojca. Przed kolejnymi urodzinami powiedziałem mamie i babci, iż nie chcę już żadnych prezentów „od taty, którego nie ma”. „Upieczcie po prostu mój ukochany tort ‚Ptasie Mleczko’ i to wszystko.” Żyliśmy skromnie na dwie pensje, więc ja – jako student – dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach. Pewnego dnia sąsiad Sławek zaproponował mi pracę jako Święty Mikołaj w przedszkolach i na prywatnych zamówieniach. Zrezygnowałem z przedszkoli, ale zgodziłem się na wizyty po domach. Sławek dał mi notes ze wierszykami, zagadkami i adresami. Pierwszy występ okazał się sukcesem, zarobiłem więcej niż przez pół roku dźwigania skrzyń. Od tamtej pory dorabiałem jako Mikołaj co zimę, a latem pracowałem na budowie w brygadzie studenckiej. Miłości nie układały mi się, bo pochłaniały mnie studia i prace dorywcze. Marzyłem: „Skończę studia, znajdę dobrą pracę, mieszkanie… wtedy mogę założyć rodzinę.” Po studiach pracowałem jako inżynier, ale na małym stanowisku; chciałem kupić używane auto, ale nie było mnie stać. Postanowiłem znów zostać Mikołajem. Mama wyjęła z szafy mój strój, odświeżyła go brokatem i odnowiła białą brodę. Poprosiłem ją o życzenie powodzenia i ruszyłem zarabiać. Dałem ogłoszenie do miasta — dostałem piętnaście zamówień. Po kilku wizytach przeczytałem kolejny adres: „ul. Sadowa 6, m. 19”. Sadowa – na obrzeżach, słabo oświetlona, ale gwałtownie znalazłem budynek, wszedłem na drugie piętro, zadzwoniłem… Otworzył mi chłopiec, 5-6 lat. Przedstawiłem się jako Święty Mikołaj, ale maluch oznajmił: „Nie zapraszaliśmy Mikołaja!” – „A ja sam przychodzę do grzecznych dzieci!” – odparłem. „A mama lub tata są w domu?” – „Nie. Mama poszła do babci Tosi zrobić zastrzyk. Zaraz wróci.” – „Jak masz na imię?” – „Artek.” „No proszę, imiennik!” – pomyślałem. Zabrał mnie do swojego pokoju, gdzie na stoliku w słoiku stała gałązka, zamiast choinki, a obok dwie ramki ze zdjęciami: młodego mężczyzny i kobiety… Zaniemówiłem – z ramki patrzył… ja sam! A obok – Lena Górnowska, poznana na studenckiej budowie! „Kto to?” – spytałem ochrypłym głosem. – „Mama, Lena”. – „A tu?” – wskazałem na swoje zdjęcie. – „A tu mój tata! Jest polarnikiem na wielkiej krze! Mama mówi, iż dawno wyjechał, a ja go nie pamiętam. Ale zawsze przysyła mi prezenty na urodziny i na święta. W tym roku też dostanę prezent pod poduszką.” Zatkało mnie – cały mój świat z czasów dziecka wrócił. Czy wszystkie mamy wysyłają ojców „na biegun”? I ja wpadłem do grona takich ojców? Przypomniałem sobie krótki romans z Leną, wymianę numerów i fakt, iż telefon mi ukradziono tuż po powrocie… A ona została w tym samym mieście, samodzielnie wychowując syna – i postawiła moje zdjęcie obok swojego. Gdy chciałem powiedzieć Artkowi, iż jestem jego tatą, do mieszkania weszła Lena: „Synku, przepraszam za spóźnienie…” Zdziwiona powiedziała: „My nie zamawialiśmy Mikołaja!” Ze łzami szczęścia zerwałem czapkę z brodą i pokazałem się… Zdziwiona Lena usiadła na taborecie i rozpłakała się z radości, Artuś był przez chwilę zszokowany, ale potem nie chciał puszczać mojej ręki; wiersze mówił, śmiał się, śpiewał… W ogóle nie pomyślał o prezencie – przecież tata-Mikołaj wszystko załatwi! Gdy zasnął, my z Leną rozmawialiśmy do rana, jakby nie było tych długich lat… Rano poszedłem po jeszcze jeden prezent i wtedy zauważyłem, iż przypadkiem pomyliłem adres – wszedłem do 6A, miałem pójść do 6. W nocy nie zauważyłem tej literki. Ale przecież los zaprowadził mnie do najważniejszego domu! Pomyślałem: „To najszczęśliwsza pomyłka w życiu!” Dziś jesteśmy we trójkę, szczęśliwi! Mama i babcia cieszą się wnukiem i prawnukiem – Artkiem!
Milenialsi wyśmiewają "spojrzenie pokolenia Z". Dostaje im się za dorastanie w trudnych czasach
Zimowe Warsztaty z Kulturą – zapraszamy do zapisów!
Gigant branży obuwniczej ogłasza upadłość. Kultowe buty znikają z rynku
Kiedy miłość jest prawdziwa, tracisz głowę
Nigdy Cię nie oddam. Opowieść.
– Do kogo? – Maria Fiodorowna wraz z Mikołajem wyszli na ganek i spojrzeli na gościa. – Do Marii Fiodorowny! Jestem wnuczką, a adekwatnie prawnuczką. Córką Aleksa – najstarszego syna Marii Fiodorowny.
Incydent na turnieju judo z udziałem Izraelczyków. Mamy nagranie i relację świadka
Upadł największy w Polsce producent obuwia dla dzieci. Marka będzie dalej działać