Kiedy drzwi się zamknęły za Świetlaną Arkadiewą, w gabinecie pozostały tylko trzy osoby — Zofia, jej mała córeczka i wysoki mężczyzna w drogim garniturze.

newskey24.com 8 godzin temu

Kiedy drzwi za Barbarą Arkady się zamknęły, w gabinecie zostało nas trzech Zofia, jej mała córka Kasia i wysoki mężczyzna w drogim garniturze.

Marek Aleksandrowicz pochylił się, podniósł ołówek leżący na podłodze i przyjrzał mu się, jakby trzymał coś ważniejszego niż zwykły przyrząd do rysowania. Jego wzrok zatrzymał się na Kasi.

Czy to Twój ołówek? zapytał łagodnym, spokojnym głosem.

Dziecko skinęło głową.

Dziękuję, wujku szepnęła nieśmiało, wyciągając rękę.

Marek uśmiechnął się, podał jej ołówek i dodał:

Trzymaj go mocno, mała artystko. Nie przestawaj rysować, choćby gdy dorośli mówią, iż to bez sensu.

Zofia stała nieruchomo, niemal niewierząc. Oczekiwała zastrzyku krytyki, pogardy, kolejnego poniżenia. Zamiast tego poczuła spokój, człowieczeństwo, ciepło.

Proszę usiąść powiedział Marek. Przeprowadzę z Paną rozmowę osobiście.

Barbra Arkady, wciąż stojąca przy drzwiach, zbladła. Jej wymuszony uśmiech zniknął w jednej chwili. Marek spojrzał na nią tylko raz krótko, ale wyraźnie. Kobieta odsunęła się i milcząco wyszła.

Marek usiadł naprzeciw Zofii, otworzył teczkę z dokumentami i przejrzał kilka stron.

Widzę, iż ma Pani siedmioletnie doświadczenie jako księgowa w zakładzie przemysłowym, a potem dwa lata przerwy. Dlaczego?

Wyszedłam z dzieckiem odpowiedziała cicho Zofia. Mój mąż nas opuścił. Pracowałam z domu, ile mogłam, ale teraz potrzebuję stałej pracy.

Skinął głową ze zrozumieniem.

Wybrała Pani naszą firmę, bo przedszkole jest blisko, prawda?

Tak. To pozwoli mi pogodzić obowiązki.

Ton jego nie był ani wyniosły, ani urzędowy po prostu ludzki. Odłożył dokumenty na bok i zapytał:

Gdybym dał Pani szansę, co by Pani zmieniła w tej firmie?

Zofia wzięła głęboki oddech.

Nie oczekuję specjalnego traktowania. Chcę po prostu pracować. Jestem sumienna, wytrwała, gwałtownie się uczę. Nie boję się trudności. Jedyną rzeczą, której się boję, jest to, iż nie będę w stanie zapewnić przyszłości mojej córce.

W pokoju zapadła cisza. Jedynie szelest kredki na kartce zakłócał spokój.

Marek odchylił się w fotelu.

Wiecie, kiedy byłem mały, moja matka była samotna. Ojciec zmarł wcześnie. Nie mogła znaleźć pracy, bo była jedyną opiekunką.

Zofia spojrzała na niego zdziwiona.

Pamiętam, jak wracała nocą z rozłamanymi rękoma z pralni, czyszcząc ubrania innych. Pamiętam, iż chowała mnie pod stołem, gdy przychodził właściciel, by nie zobaczyć mnie. Zwolni mnie, jeżeli odkryje, iż mam syna mówiła mi. Uśmiechnąłem się smutno. Dziś syn tej kobiety prowadzi tę firmę.

Oczy Zofii napełniły się łzami.

Nie mogę znieść, kiedy ktoś poniża kobietę walczącą o dziecko kontynuował Marek. To nie słabość. To siła.

Zbliżył się nieco i zapytał:

Czy mogę zadać Pani pytanie, nie jako dyrektor, ale jako człowiek? Dlaczego się nie poddałaś?

Zofia podniosła wzrok.

Bo gdybym ja się poddała, poddałaby się i ona. A chcę, by Kasia wiedziała, iż jej mama się nie poddała.

Marek przytaknął i uśmiechnął się.

Dobrze powiedziane.

Wziął kartkę, podpisał ją i podał Zofii.

To Pani umowa o pracę. Zaczyna Pani w poniedziałek.

Zofia spojrzała z niedowierzaniem.

Ale pani Arkady twierdziła, iż decyzja jest negatywna

Jej decyzja już nie obowiązuje odpowiedział spokojnie. Moja jest inna.

Kasia odwróciła się do mamy, twarz jej rozpromieniła się radością:

Mamusiu, to znaczy, iż już będziesz tu pracować?

Zofia skinęła głową, łzy płynęły swobodnie. To nie były łzy wstydu, ale ulgi.

Marek uśmiechnął się do dziewczynki.

A Ty, mała artystko, możesz przychodzić do nas od czasu do czasu. Mamy pokój dla dzieci pracowników. Teraz jesteście częścią zespołu.

Minęło kilka tygodni. Zofia stała się nieodłącznym elementem biura dokładna, odpowiedzialna, zawsze uśmiechnięta. Koledzy ją lubili. Natomiast Barbara Arkady została przeniesiona do innego działu, na polecenie dyrektora.

Pewnego wieczoru Zofia zostawała do późna, przygotowując raporty. Wszyscy już wyszli, kiedy otworzyły się drzwi.

Marek pojawił się z dwiema filiżankami kawy.

przez cały czas pracujecie? zapytał, podchodząc.

Chcę dokończyć ten raport odparła, uśmiechając się. Nie chcę zostawiać niczego niedokończonego.

Już udowodniłaś, iż jesteś najlepsza odrzekł, kładąc filiżankę na jej biurku. Teraz po prostu żyj.

Zofia spojrzała w jego oczy nie było w nich litości ani patronizmu. Był w nich szacunek i coś głębszego.

Dziękuję, panie Aleksandrowicz. Nie wie Pan, ile dla mnie i Kasi Pan zrobił.

Może już wiem mruknął cicho. Kiedyś ktoś tak zrobił dla mojej matki.

Zaraz miał wyjść, ale stanął na progu.

Proszę powiedzieć Kasi, iż widziałam jej rysunki w pokoju dziecięcym. Są przepiękne.

Zofia uśmiechnęła się.

Wie Pan, kogo najczęściej rysuje? zapytała.

Kogo? zdziwił się Marek.

Ciebie. Mówi, iż jesteś dobrym wujkiem z oczami jak niebo po deszczu.

Marek zamilkł, po czym uśmiechnął się delikatnie.

Pięknie. Dawno nie patrzyłem tak na niebo.

Obaj roześmiali się cicho.

Po raz pierwszy od lat poczułam, iż moje życie może znów zacząć się od nowa. Nie z współczucia, ale z nadziei. Z wiary, iż dobro istnieje i iż jeden ludzki gest może odmienić los.

Idź do oryginalnego materiału