Kostek siedział na wózku inwalidzkim i przez zakurzone szyby przezierał na ulicę

newsempire24.com 19 godzin temu

Kostek Nowak siedział w wózku inwalidzkim i patrzył przez zakurzone szyby na ulicę. Los nie sprzyjał mu: okno szpitalnego pokoju wychodziło na wewnętrzny dziedziniec przytulnego parku z ławeczkami i klombami, ale prawie nie było tam ludzi. Zima przygniatała, a pacjenci rzadko wstawali na spacery. Kostek leżał sam w pokoju. Tydzień wcześniej jego sąsiada, Jurek Tymoch, wypisano do domu i od tej chwili Kostek poczuł się niezmiernie samotny. Jurek był rozmowny, wesoły, znał milion opowieści, które snuł jak prawdziwy aktor. Studiował teatr, trzeciego roku. Nie dało się z nim nudzić. Codziennie przychodziła jego matka z najsmaczniejszymi wypiekami, owocami i słodyczami, którymi hojnie dzielił się z Kostkiem. Z Jurek i jego matką w pokoju znikało domowe ciepło, a Kostek odczuwał, jak nigdy wcześniej, pustkę i niepotrzebność.

Smutne myśli Kostka przerwała wchodząca pielęgniarka. Spojrzał na nią i westchnął jeszcze bardziej rozczarowany: zamiast sympatycznej młodej Darii, pojawiła się zawsze podkulona i wydająca się wiecznie niezadowolona Ludmiła Arkadiuszowa. Przez dwa miesiące pobytu w szpitalu Kostek nie widział, by uśmiechała się choćby raz. Jej głos był tak ostry i szorstki, jakby odzwierciedlał jej wiecznie marudny wyraz twarzy.

No co, Kawerin, marsz na łóżko! ryknęła Ludmiła, trzymając gotowy strzykawkę.

Kostek westchnął, odwrócił wózek i podjechał do łóżka. Ludmiła zręcznym ruchem pomogła mu położyć się płasko i położyła go na brzuch.

Zdejmij spodnie rozkazała, a Kostek posłusznie spełnił jej żądanie i nie poczuł niczego. Zastrzyki podawała z taką wprawą, iż Kostek w duchu dziękował jej za precyzję.

Ile ona lat ma? pomyślał Kostek, patrząc na pielęgniarkę, która teraz skoncentrowana przeczesywała żyłę na jego chudym ramieniu. Pewnie już na emeryturę. Pensja ma mała, więc musi pracować, dlatego taka surowa.

W końcu Ludmiła wcisnęła cienką igłę w bladoniebieską, ledwie widoczną żyłę Kostka, wywołując jedynie lekki grymas.

To wszystko, Kawerin, skończyliśmy. Dzisiaj doktor przyszedł? zapytała nagle, już szykując się do wyjścia.

Nie jeszcze mruknął Kostek. Może później zajrzy je

Czekaj, i nie siedź przy oknie przewietrzy cię, a ty będziesz jak wędka dorzekła i wyszła z pokoju.

Kostek chciał się obrazić, ale nie mógł: w słowach pielęgniarki, mimo jej szorstkości, prześwitywała troska, choćby nieznana i dzika. Był sierotą. Rodzice zginęli, gdy miał cztery lata, w pożarze w wiejskim domu. Matka wyrzuciła go przez okno na śnieg, ratując życie, tuż przed tym, jak dach spadł w płomieniach, pochłaniając resztę rodziny. Kostek trafił do domu dziecka. Krewni mieli go, ale żaden nie zabrał się o niego.

Od matki odziedziczył łagodny, marzycielski charakter i zielone oczy, od ojca wysoki wzrost, szeroką postawę i talent do matematyki. Pamiętał ich jedynie w fragmentach, jak krótkie klatki filmowe: matkę na wiejskim festynie machającą kolorową flagą, ojca, którego ramiona trzymały go w letnim wietrze. Pamiętał też rudego kota, którego nazwał kiedyś mruczącym Bursztyn. Pożar spalił wszystkie rodzinne zdjęcia; nic nie zostało poza rozdartą pamięcią.

Nikt go nie odwiedzał w szpitalu. Gdy skończył osiemnaście lat, państwo przydzieliło mu jasny pokój w akademiku na czwartym piętrze. Mieszkanie samotnie smakowało mu, choć czasem ogarnął go smutek. Z czasem przywykł do samotności i dostrzegł w niej pewne zalety. Jednak dzieciństwo w domu dziecka wciąż wracało, gdy widział rodziny na placach zabaw, w marketach czy po prostu na ulicach miasta gorzkie myśli wkradały się w jego serce.

Po szkole chciał pójść na uniwersytet, ale nie miał wystarczającej liczby punktów. Musiał iść do technikum. Tam znalazł swoją drogę, choć relacje z kolegami nie układały się był cichy, zamknięty w sobie, a oni nie mieli nic wspólnego z jego zamiłowaniem do książek i czasopism naukowych. Rozmowy ograniczały się do nauki. Z dziewczynami podobnie; jego skromność i nieśmiałość nie przyciągały ich. Miał zaledwie szesnaście lat wyglądem, choć miał osiemnaście i pół. Stał się białą wroną w grupie, ale nie przejmował się tym.

Dwa miesiące temu, spóźniając się na zajęcia, pędził po oblodzonym chodniku i poślizgnął się w podziemnym przejściu, łamiąc obie nogi. Złamania goją się powoli i bolesne, ale w ostatnich tygodniach zauważył poprawę. Liczył na wypis, ale martwił go brak windy i udogodnień w domu, w którym mieszkał. Wyglądało na to, iż wózek inwalidzki będzie mu towarzyszyć jeszcze długo.

Po obiedzie do pokoju wszedł lekarz ortopeda, doktor Roman Abramowicz. Obejrzał nogi Kostka i zdjęcia rentgenowskie, po czym wydał werdykt:

Panie Kacprze, mam dobrą wiadomość: złamania zaczynają się zrastać prawidłowo. Myślę, iż za dwa tygodnie będzie pan na kulach. Nie ma sensu leżeć dłużej, będzie pan leczyć się ambulatoryjnie w przychodni. Za godzinę dostanie pan wypis, będzie pan wolny. Ktoś pana przyjmie?

Kostek skinął głową w milczeniu.

Świetnie. Zaraz wezwę Ludmiłę, pomoże panu spakować rzeczy. Życzę zdrowia i proszę, nie wracaj pan tu częściej.

Postaram się odparł cicho.

Doktor mrugnął życzliwie i opuścił pokój, a Kostek zaczął gorączkowo rozważać, co dalej. Przerwała go wchodząca Ludmiła Arkadiuszowa.

Co siedzisz, Kawerin? Już wypisują, podała mu plecak leżący pod łóżkiem. Pakuj się, zaraz pani Płótner przyjdzie po pościel.

Kostek spakował w plecak swoje skromne rzeczy i zauważył uważny wzrok pielęgniarki.

Dlaczego lekarzowi kłamiesz? zapytała, przechylając głowę.

O czym pani mówi? odpowiedział zaskoczony Kostek.

Nie oszukuj się, Kawerin. Wiem, iż nikt po tobie nie przyjedzie. Jak zamierzasz się dostać?

Da się jakoś, wymamrotał.

Przez co najmniej pół miesiąca nie będziesz mógł chodzić. Jak zamierzasz żyć?

Poradzę sobie, nie jestem dzieckiem.

Nagle Ludmiła usiadła na łóżku obok niego i spojrzała mu w twarz.

Kacprze, to nie jest moja sprawa, ale przy takich urazach potrzebna ci będzie pomoc. Sam nie dasz rady. Nie bądź dumny, mówię szczerze rzekła łagodnie.

Sam sobie poradzę.

Nie poradzisz. Pracuję w medycynie od lat. Dlaczego się kłócisz, jak małe dziecko? zaczęła się złościć.

I tak, co ma to wspólnego z panem?

Bo chciałbym, żebyś u mnie przebywał. Mieszkam trochę za miastem, ale pod domem mam dwa progi i wolny pokój. Kiedy wstaniesz, wrócisz do domu. Mieszkałam sama, mąż zmarł dawno, a dzieci nie przywitały dodała, patrząc na Kostka.

Kostek nie mógł uwierzyć. Żyć u niej? To obcy człowiek, a on już dawno przestał wierzyć w pomoc innych niż własną.

Dlaczego milczysz? dopytała, marszcząc brwi.

To niewygodne mruknął.

Przestań udawać, Kawerin. Nie wygodnie jest siedzieć w wózku inwalidzkim w domu bez windy i podjazdów odparła surowo, ale z nutą troski. Więc jedziesz do mnie?

Kostek wahał się. Z jednej strony mieszkanie obcej osoby wydawało się niekomfortowe, z drugiej wiedział, iż jeszcze nie będzie mógł chodzić, a Ludmiła już troszczyła się o niego: Kawerin, idź na obiad, dzisiaj twoje ulubione pulpeciki, Zamknij okno, nie ma już zimy?, gwałtownie jedz twaróg, jest pełen wapnia. Była jedyną osobą, która w tej chwili chciała mu pomóc.

Zgadzam się powiedział w końcu tylko nie mam pieniędzy Stypendium jeszcze nie wpłynęło.

Ludmiła przycisnęła rękę do biodra, spojrzała na niego z niedowierzaniem, zmarszczyła brwi i wkurzona tonacją wykrzyknęła:

Kawerin, myślisz, iż zapraszam cię do domu za pieniądze? Szkoda mnie, to wszystko.

Myślałem przerwał się Kostek, przepraszając, iż nie chciał jej urazić.

Nie obrażam się. Idźmy do szpitalnej izby, tam się położysz rozkazała, po czym dodała: Zaraz skończę zmianę i pojedziemy.

Ludmiła mieszkała w małym, zadbanym domku z wąskimi oknami w pięknie rzeźbionych futrynach. Wewnątrz były dwie przytulne komnaty; jedną z nich zamieszkał Kostek. Pierwsze dni był bardzo nieśmiały, prawie nie wychodził z pokoju i starał się nie obciążać gospodyni swymi prośbami. Zauważając to, starsza pielęgniarka od razu powiedziała:

Przestań się wstydzić. jeżeli czegoś potrzebujesz pytaj, herbata nie jest gościem.

W rzeczywistości Kostkowi tam bardzo się podobało: śnieżne zaspy za małymi oknami, trzask ognia w kominku, zapach domowego jedzenia wszystko przywoływało wspomnienia własnego domu i szczęśliwego dzieciństwa.

Dni mijały. Wózek inwalidzki odszedł w przeszłość, a na jego miejsce przyszły kulki. Nadszedł czas powrotu do miasta. Po wizycie w przychodni Kostek szedł nieco utykając obok Ludmiły Arkadiuszowej, rozmawiając o najbliższych planach:

Muszę zdawać egzaminy, kolokwia. Straciłem tyle czasu, to koszmar. Nie chce mi się studiować

Weź to, namówiła go Ludmiła, twój technikum nie zniknie. Zacznij biegać, a lekarz powiedział, żebyś zmniejszył obciążenie nóg.

Po tygodniach zbliżyli się do siebie tak, iż Kostek coraz częściej łapał się na myśli, iż nie chce opuszczać tego ciepłego domu i tej nieustannie życzliwej kobiety. Stała się dla niego, sieroty z domu dziecka, drugą matką, choć nie potrafił przyznać tego ani sobie, ani jej.

Następnego dnia Kostek pakował rzeczy. Szukając ładowarki do telefonu, rozejrzał się i zobaczył przy drzwiach swojej komnaty Ludmiłę Arkadiuszową, płaczącą. Kostek, jakby pod wpływem nieznanego impulsu, podszedł i mocno ją przytulił.

Może zostaniesz, Kosteczku? szepnęła między łzami jakże będę bez ciebie

Został. Lata później Ludmiła Arkadiuszowa zająła honorowe miejsce przy stole jako matka pana młodego na weselu Kostka. A rok później w przychodni przyjęła w ramionach nowonarodzoną wnuczkę, nazwanej na cześć babci Ludmiła.

Idź do oryginalnego materiału