Klara ostrożnie odwiązała sznur, czując, jak małe buciki drżą w jej dłoniach. Sznurki były mocne, nowe zupełnie inne niż te podarte, które dostawała w schronisku. Westchnęła, spoglądając na podarty kolano chłopca.
Gotowe, już nie potkniesz się.
Chłopiec uśmiechnął się szeroko, tak czysto i szczerze, iż na chwilę świat wokół zgasł w szarości.
Dziękuję, pani.
Nazywam się Klara poprawiła się, drapiąc się po głowie od dźwięku własnego imienia. Nikt nie nazywał jej tak od dawna.
On skinął, wyciągnął z kieszeni pogiętą chusteczkę i podał jej.
Weź, wytrzyj ręce.
Klara uśmiechnęła się smutno i pokręciła głową.
Nie, zachowaj ją dla siebie. Twój nos lekko krwawi.
Chłopiec delikatnie przetarł czoło, a w tej samej chwili na ulicy gwałtownie zahamował czarny SUV. Hamulce piszczą, a z pojazdu wybiegli dwaj mężczyźni w garniturach i kobieta w okularach.
Emil! zawołała drżącym głosem. Boże, co ty zrobiłeś?!
Chłopiec podskoczył.
Tylko goniłem gołębie
Zaraz nam serce wyciągniesz! krzyknęła, chwytając go za ramiona. Spojrzenie jej skierowało się na Klarę. Kim pan jest? Co pan mu zrobił?!
Klara cofnęła się o krok.
Nic po prostu upadł. Pomogłam mu.
Kobieta spojrzała na nią z pogardą, przeszukując od głowy do pięt: podarty sweter, zmęczona twarz, dłonie z popękaną skórą.
Czy pan jest bezdomna?
Klara milczała, jedynie skinęła głową.
W tym momencie drzwi SUVa otworzyły się i wysiadł wysoki mężczyzna z siwymi włosami przyciśniętymi do karku. Wysoki, w długim płaszczu, z twarzą twardą niczym stal.
Co się tu dzieje? zapytał spokojnie, ale tonem, który zdawał się zagęszczać powietrze.
Ta kobieta dotknęła dziecka odparła. Twierdzi, iż mu pomogła.
Mężczyzna spojrzał na Klarę.
Kim pani jest?
Położyła głos.
Nikt. Po prostu nie mogłam przejść obok płaczącego dziecka.
Mężczyzna milczał, po czym ukląkł przed chłopcem, dokładnie obejrzał jego czoło.
Boli cię, Emilu?
Nie, tato. Ta pani mi pomogła. Jest dobra.
Mężczyzna wstał. Spojrzenie jego na chwilę zmiękło, ale zaraz znów stało się lodowate.
Wsiadaj do samochodu polecił kobiecie.
Gdy zostali sami, odwrócił się do Klary.
Czy znała pani go?
Nie. Dla mnie to po prostu dziecko, które potrzebowało pomocy.
Spojrzał na nią uważnie.
Wie pani, ile ludzi udawałoby współczucie, gdyby dowiedzieli się, iż to syn jednego z najbogatszych w Warszawie?
Klara pokręciła głową.
Nie miałam pojęcia. I i tak nie miałoby to znaczenia. Jego krew płynęła. To wystarczy.
Mężczyzna wyciągnął portfel, wyciągnął banknot i podał jej.
Weź.
Klara cofnęła się.
Nie, dziękuję.
To tylko podziękowanie.
Gdybym go wzięła, to byłaby transakcja. A ja nie sprzedaję tego, co czuję.
On zmrużył oczy.
Jest pani dumna za osobę bez domu.
Może to jedyne, co mi zostało szepnęła cicho.
Mężczyzna nie odpowiedział, jedynie długo patrzył, po czym odwrócił się i wsiadł z powrotem do auta.
Następnego poranka Klara znów siedziała na tej samej ławce. Miasto budziło się zapach kawy i pączków mieszał się z hałasem tramwajów i krokami przechodniów.
Wyciągnęła z kieszeni mały kamień ten, który Emil wcisnął jej w dłoń przed wyjściem.
Weź go, mała Klaro powiedział. To mój kamień szczęścia. Nie będziesz się bała w nocy.
Klara uśmiechnęła się i mocno przycisnęła go w dłoni.
Wtem podjechał ten sam czarny SUV. Tym razem w samochodzie był sam mężczyzna.
Czy mogę usiąść? zapytał.
Klara skinęła głową.
Milczeli chwilę.
Wczoraj myślałem, iż jesteście jak wszyscy powiedział. Ale dziś rano mój syn zapytał, dlaczego nie zaprosiliśmy cię do domu. Powiedział, iż jesteś dobra.
Klara odwróciła wzrok.
Nie należę do waszego świata.
A mój świat czy jest dobry? uśmiechnął się gorzko. Pełen ludzi z nieruchomościami, ale bez serc.
Wyciągnął kopertę i położył ją w jej kolanie.
W środku nie ma pieniędzy. Tylko adres. Centrum pomocy, które finansuję. Powiedzcie, iż przychodzicie przeze mnie. Dostaną wam pokój i pracę.
Klara spojrzała na to z niedowierzaniem.
Dlaczego to robicie?
Bo wczoraj mój syn powiedział, iż ktoś jest dobry. I zrozumiałem, iż sam nie zasługuję na to słowo.
Oczy jej napełniły się łzami.
Dziękuję
Nie dziękujcie mi uśmiechnął się lekko. Powiedzcie to sobie sami. Uratowaliście nie tylko niego a może i mnie.
Wstał, ale zanim odjechał, odwrócił się.
A tak przy okazji w centrum szukają opiekunki. Emil z pewnością ucieszy się, widząc państwo.
Klara została sama na ławce. Zdradzona, ale z nowym ciepłem w sercu.
Otworzyła kopertę. W środku był naprawdę adres i dziecięcy rysunek: chłopiec trzyma kobietę za rękę, a pod nim niepewnym pismem napisał:
Mała Klaro, nie bój się. Wszystko będzie w porządku.
Łzy spłynęły, ale tym razem nie z bezsilności a z nadzieją. Wstała. Kroki były niepewne, ale prowadziły naprzód.
Trzy tygodnie później, na podwórku ośrodka w dzielnicy Łozieniec, słychać było śmiech.
Głośniej, mała Klaro! Głośniej! krzyczał Emil, bujając się na huśtawce.
Uważaj, żeby nie wylecieć! zaśmiała się ona, delikatnie popychając huśtawkę. Na szyi wisiał kamień, przywiązany sznurkiem jej szczęśliwy talizman.
Przy bramie stał mężczyzna. Patrzył na nich cicho, a w jego oczach już nie było lodu.
Wiedział: tego dnia, kiedy nieznajoma podniosła z ziemi jego syna, nie zmieniło się tylko życie chłopca. Zmieniło się i jego własne. I Klarę. Na zawsze.















