9 błędów w wychowaniu, które biorą się ze strachu o dziecko. „Będzie powoli gasło”

mamotoja.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: Zawiązuję buty, kończę zadanie, dopowiadam odpowiedź. Dziecko ma wtedy wygodniej, ale uczy się, że świat jest trudny, fot. AdobeStock/Kirsten D/peopleimages.com


Kiedy niedawno rozmawiałam z psycholożką o tym, co najczęściej ciąży rodzicom, usłyszałam prostą rzecz: nie boimy się dzieci, tylko świata, o którym myślimy, iż je zrani. I właśnie w tym miejscu zaczyna się cała seria drobnych, czasem niemal niewidocznych błędów wychowawczych. Nie takich z gatunku „zła wola” albo „brak serca”. Raczej takich, które rodzą się z miłości, ale podlewane są niepokojem.

Sama przez to przechodziłam i do dziś łapię się na odruchach, które nie służą ani mnie, ani moim dzieciom. Zbieram je tu, bo wiem, jak wielu rodziców czuje podobnie.

Błędy wychowawcze wynikające ze strachu o dziecko w codziennych sytuacjach

  1. Wyręczanie na każdym kroku.
    Kiedy boję się, iż dziecko sobie nie poradzi, podaję mu rękę za szybko. Zawiązuję buty, kończę zadanie, dopowiadam odpowiedź. Dziecko ma wtedy wygodniej, ale uczy się, iż świat jest trudny, a ono potrzebuje kogoś, kto je „uratuje”.

  2. Kontrolowanie zamiast towarzyszenia.
    Strach każe mi sprawdzać plecak, przeglądać zeszyty, dopytywać o każdy szczegół. Niby robię to „dla bezpieczeństwa”, a w praktyce wysyłam sygnał: nie ufam ci, sam nie ogarniesz.

  3. Zamykanie w bańce.
    Czasem wydaje mi się, iż najlepiej będzie, jeżeli dziecko nie spotka się z niczym nieprzyjemnym. Ograniczam wyjścia, unikam trudnych tematów, filtruję znajomości. Tyle iż ono i tak wyfrunie z domu, a bez treningu nie będzie wiedzieć, jak się poruszać w świecie.

  4. Wieczne ostrzeganie.
    „Uważaj”, „nie biegnij”, „nie ruszaj”. Te słowa lecą często automatycznie. W nadmiarze działają jak klosz, pod którym wszystko jest groźne. Dziecko zamiast ciekawości ćwiczy w sobie napięcie.

  5. Trzymanie dziecka przy sobie na siłę.
    Zdarzało mi się przedłużać pożegnania, robić z rozstań wielką sprawę, bo we mnie siedział lęk. Dziecko czuje te emocje, przejmuje je i zaczyna myśleć, iż samodzielność to coś ryzykownego.

  6. Naprawianie każdej porażki.
    Gdy dziecko płacze, bo coś mu nie wyszło, mam odruch natychmiastowego „odkręcania” sytuacji. Dzwonię do nauczyciela, tłumaczę, proszę, załatwiam. A ono nie dostaje szansy, żeby poczuć: upadłam, wstałam, jestem dalej w grze.

  7. Zbyt szybkie etykietowanie emocji.
    W strachu lubię mieć jasność, więc mówię: „jesteś zmęczony”, „jesteś zły”, „przesadziłaś”. A emocje dziecka nie zawsze są takie proste. Kiedy je nazywam za nie, odbieram mu prawo do własnego kompasu.

  8. Wybieranie za dziecko „bezpiecznych” dróg.
    Znam to z autopsji: lepiej niech idzie tam, gdzie będzie spokojniej, łatwiej, pewniej. Tyle iż moje poczucie bezpieczeństwa nie musi pasować do jego marzeń. Dziecko potrzebuje próbować swoich ścieżek, choćby jeżeli nie wszystkie są idealne.

  9. Miłość z warunkami ukrytymi w trosce.
    To najtrudniejsze do zauważenia. Gdy strach jest duży, potrafię chwalić tylko za „rozsądne” wybory, nagradzać spokój, zniechęcać do ryzyka. Dziecko uczy się wtedy, iż moje ciepło zależy od tego, jakie jest. A przecież chcę, żeby czuło, iż jest kochane także wtedy, gdy błądzi, buntuje się, próbuje.

Kiedy patrzę na te błędy, widzę w nich nie brak kompetencji, tylko nadmiar napięcia. Strach jest naturalny, bo dziecko jest dla nas kimś najważniejszym. Problem pojawia się wtedy, gdy to strach zaczyna prowadzić.

Wiele razy powtarzałam sobie zdanie, które usłyszałam kiedyś na warsztatach dla rodziców: „Dziecko będzie powoli gasło”. Tak właśnie dzieje się z dzieckiem, które nie ma przestrzeni na własne doświadczenia. Nie gaśnie od jednej decyzji, tylko od setek drobnych „nie mogę ci zaufać”.

Co robić, gdy lęk o dziecko przejmuje stery

  • Po pierwsze, zatrzymuję się wtedy na chwilę i pytam samą siebie, przed czym naprawdę chcę ochronić dziecko. Przed światem czy przed moim niepokojem.
  • Po drugie, staram się robić krok w tył i oddawać odpowiedzialność tam, gdzie jej miejsce, czyli dziecku, odpowiednio do jego wieku.
  • Po trzecie, mówię na głos o strachu, nie przerzucając go na dziecko. „Martwię się, ale wierzę, iż sobie poradzisz” ma zupełnie inną moc niż „nie rób tego, bo ja się boję”.

Nie chodzi o to, żeby przestać się bać. Chodzi o to, żeby wychowanie nie wynikało z tej emocji. Dziecko potrzebuje naszej uwagi, granic i czułości. Nie potrzebuje klatki zrobionej z lęku, choćby jeżeli jest pozłacana miłością.

Zobacz też: Nikt nie przyszedł na urodziny mojej córki. Tak rodzice uczą dzieci okrucieństwa

Idź do oryginalnego materiału