Ciąża

Strata dziecka nie będzie już przeżywana za zasłoną. Białostocki szpital wprowadza realną zmianę
Z życia wzięte. "Po zdradzie zostałam przy nim": Dwa tygodnie po narodzinach dziecka odszedł, zostawiając mnie samą
Zrobiłem test na ojcostwo i przez własną ciekawość straciłem rodzinę – żona odkryła moje podejrzenia i nie pozwala mi widywać się z dziećmi już od pięciu lat
Nieuczciwi naukowcy i ginekolog naciągacz [SKRÓT WYDARZEŃ DNIA]
Dowiedziałam się, iż mój syn zostawił ciężarną dziewczynę. To ja opłaciłam jej adwokata. Gdy poznałam prawdę o tym, co zrobił mój syn, czułam, jakby świat runął mi na głowę. Nie ze wstydu, ale z troski o to biedne dziewczę, które kiedyś widziałam, jak dostarcza zamówienia na skuterze pod palącym słońcem, ze zmęczeniem w oczach i widocznym ciążowym brzuszkiem. Wtedy postanowiłam działać. Pojawiłam się pod jej drzwiami we wtorkowe popołudnie. Otworzyła w roboczym stroju z brzuchem, którego już nie dało się ukryć, i twarzą tak zmęczoną, iż rozdarła mi serce. — Tak? — zapytała ostrożnie. — Jestem matką tego nieodpowiedzialnego chłopaka, który zostawił cię samą — powiedziałam prosto z mostu. — Przyjechałam to naprawić. Jej oczy napełniły się łzami. — Proszę pani, nie chcę problemów… — Nie przychodzę z problemami, kochana. Przychodzę z rozwiązaniami. Znasz najlepszego adwokata od spraw rodzinnych? Już opłaciłam mu honorarium. Jutro masz z nim spotkanie. Zamilkła ze zdumienia. Dodałam jeszcze: — Ten chłopak wyszedł z mojego łona, ale nie z mojego wychowania. Będzie płacił alimenty na to dziecko, choćby musiał pracować na trzy zmiany. I tak się stało. Prawnik zrobił, co trzeba. Kiedy urodziła się moja wnuczka — bo to moja wnuczka, niezależnie od tego, czy syn chce to uznać — pojechałam do szpitala z pieluchami, ubrankami i rozłożonym łóżeczkiem w bagażniku. — Proszę pani, to niepotrzebne… — Potrzebne — przerwałam jej. — Jestem babcią. Syn przestał się do mnie odzywać. Oskarżył mnie o zdradę, o wtrącanie się, o zrujnowanie mu życia. Odpowiedziałam, iż to on zrujnował komuś życie, a ja tylko staram się naprawić szkody. Minęły dwa lata. Młoda kobieta i wnuczka mieszkają ze mną. Ona studiuje wieczorowo na pielęgniarkę, ja zajmuję się małą, i jesteśmy najdziwniejszą, ale też najbardziej zżytą rodziną na osiedlu. Syn przez cały czas nie rozmawia ze mną, ale regularnie płaci alimenty — adwokat jest bardzo skuteczny. Wczoraj, gdy karmiłam butelką dziecko, ona przytuliła mnie od tyłu. — Dziękuję ci, mamo — wyszeptała. „Mamo”. I wtedy zastanowiłam się: czy jest większy dar niż zyskać córkę i wnuczkę, choćby jeżeli na chwilę straciło się syna? Czasem rodzina to nie ci, których urodziłaś, ale ci, których zdecydujesz się chronić. Opowieść o odpowiedzialności, sumieniu i nieoczekiwanej miłości.
List do Starosty Powiatu Lubańskiego Zbigniewa Zjawina w sprawie aborterki Gizeli Jagielskiej
„Zrobiłaś się tak brzydka, iż na pewno urodzisz córkę” – mówiła moja teściowa.
Mój wymarzony mężczyzna porzucił dla mnie swoją żonę, ale choćby nie przypuszczałam, jak wszystko obróci się przeciwko mnie.
"Jestem matką jedynaka. Teściowa nazwała mnie egoistką"
Wizyta ciotki, żona we łzach — Robert budzi się w środku nocy, by otworzyć drzwi ciotce z walizką; chaos rodzinny, ciotka i wujek zajmują łóżko, Robert z żoną lądują na kanapie, a gdy okazuje się, iż ciotka chce u nich zamieszkać na stałe po sprzedaży mieszkania, żona Roberta nie wytrzymuje napięcia i wybucha płaczem, a rodzinne gry emocjonalne prowadzą do nieoczekiwanego finału
Straciłam chęć pomagania mojej teściowej, gdy dowiedziałam się, co zrobiła. Ale nie potrafię jej zostawić. Mam dwoje dzieci, każde z innym ojcem. Starsza córka Sandra ma 16 lat, a jej tata regularnie płaci alimenty i utrzymuje z nią kontakt, mimo iż ma już drugą rodzinę. Mój syn nie miał tyle szczęścia – dwa lata temu mój drugi mąż zmarł nagle w szpitalu i do dziś ciężko mi się z tym pogodzić. W tym trudnym czasie wspierałam mamę mojego zmarłego męża, panią Monikę – była tak samo załamana, bo straciła jedynego syna. Byłyśmy sobie bardzo bliskie, prawie jak przyjaciółki: dzwoniłyśmy do siebie, rozmawiałyśmy o nim, pomagałyśmy sobie. Kiedy byłam w ciąży, teściowa wspomniała raz o teście na ojcostwo, bo zobaczyła taki przypadek w telewizji, ale obie uznałyśmy ten pomysł za absurdalny i temat zniknął. Jednak tego lata pani Monika poważnie zachorowała. Chciałam, żeby zamieszkała bliżej mnie i zaczęłam szukać dla niej mieszkania. Gdy trafiła do szpitala, musiałam znaleźć akt zgonu jej męża – przeszukując dokumenty, natknęłam się na wynik… testu na ojcostwo, który zrobiono, gdy mój syn miał zaledwie dwa miesiące. Oznaczało to, iż teściowa nigdy mi nie ufała! Mimo wszystko podałam jej pomocną dłoń i będę pomagać dalej – nie chcę, by mój syn stracił babcię. Ale dawnej bliskości i zaufania już między nami nie będzie…
– Czemu jesteś tak wcześnie? – zapytał zdezorientowany mężczyzna.
Dwie kreski na teście były jej biletem do nowego życia, a dla najlepszej przyjaciółki przepustką do piekła. Wśród aplauzu zdrajców wypowiedziała sakramentalne „tak”, ale finał tej historii napisał ten, którego wszyscy uznawali za naiwną pionka – i to on odkrył całą prawdę.
Nowa rodzina ważniejsza niż stara: „Mamo, poznaj Lerię, moją narzeczoną” – oświadcza Artur, przytulając nieśmiałą dziewczynę. „Dziś złożyliśmy podanie o ślub w urzędzie.” Zaskoczona pani Raisa zaprasza młodych do swojego mieszkania w Warszawie, choć czuje się dotknięta, iż jako ostatnia dowiedziała się o decyzji syna. Z czasem Leria, po ślubie i wiadomości o ciąży, zaczyna bezczelnie wyganiać teściową, a Artur staje po stronie żony. niedługo osamotniona Raisa trafia do szpitala, z którego już nie wraca. Po jej śmierci Artur wpada w rozpacz i winę. Wtedy pojawia się ciotka Marina – prawdziwa właścicielka mieszkania. „Macie trzy dni na wyprowadzkę, bo pieniądze Raisy poszły na wasz ślub, a lokal miał być dla dziecka” – oznajmia bez litości. Leria znika z życia Artura, a chłopak zostaje sam w obcym mieszkaniu, płacąc wysoką cenę za lekcję o priorytetach w rodzinie.
Dwie kreski na teście były jej biletem do nowego życia i przepustką do piekła dla najlepszej przyjaciółki. Wyszła za mąż przy aplauzie zdrajców, ale finał tej historii napisał ktoś, kogo wszyscy uważali tylko za naiwną pionka.
Rok wyrzeczeń: przez cały rok dawaliśmy pieniądze dorosłemu synowi na spłatę kredytu! Teraz stanowczo mówimy – ani grosza więcej!
3-latek na stoku próbował wbić kij w oko dziewczynce. "Nie wolno na niego krzyczeć, on jest mały"
Arcyksiążę Edward Habsburg: Liczna rodzina jest odpowiedzią na wiele bolączek człowieka
„Poród, chaos i niedopracowane przygotowania – historia Reni, która żałuje, iż wcześniej nie zadbała o wyprawkę dla dziecka i porządek w domu. Pracujący mąż, bałagan po powrocie ze szpitala i brak wsparcia rodziny: czy to jej wina, czy bliskich?”
„Jakie to ma znaczenie, kto opiekował się babcią! Zgodnie z prawem mieszkanie należy się mnie!” – kłóci się ze mną własna matka, grożąc sprawą sądową, bo babcia przepisała lokum mojej córce, a nie jej
— Wracaj do domu! Tam pogadamy! — rzucił z niezadowoleniem Maksym. — Jeszcze by tylko brakowało robić z siebie widowisko na środku ulicy! — Proszę bardzo! — prychnęła Wiola. — Też mi coś! — Wiolu, nie prowokuj mnie do grzechu! — pogroził Maksym. — Porozmawiamy w domu! — Och, och! Jaki groźny! — zarzuciła warkocz na plecy i ruszyła w stronę domu. Maksym poczekał, aż Wiola się oddali, po czym wyciągnął telefon i cicho powiedział do mikrofonu: — Tak, poszła już do domu! Spotkajcie ją tam tak, jak umawialiśmy! No i do piwnicy z nią, żeby trochę spuścić z tonu! Zaraz będę! Maksym schował telefon do kieszeni i już miał wejść do „Żabki”, żeby uczcić sukces w wychowywaniu żony, gdy ktoś obcy złapał go za ramię. — Przepraszam, iż tak nagle! — zawstydzony uśmiechnął się mężczyzna. — Była tu przed chwilą z panem jakaś dziewczyna… — Moja żona, i co z tego? — zmarszczył brwi Maksym. — Nic, nic! — uśmiech zrobił się podlizujący. — Proszę mi powiedzieć, czy pańska żona to przypadkiem nie Wiola Malinowska? — Wiola, zgadza się. Przed ślubem Malinowska. Ale o co chodzi? — A z domu po tacie Sergiejevna? — Tak! — odpowiedział zirytowany Maksym. — Skąd pan zna moją żonę? — Przepraszam bardzo, czy ona się urodziła w dziewięćdziesiątym trzecim? Maksym chwilę liczył w głowie i odpowiedział: — Tak. A po co pan o to wszystko pyta i skąd pan zna Wiolę? — Maksym się spiął. Wiola przeprowadziła się do tej miejscowości zaledwie trzy lata temu. Wcześniej nikt o niej nie słyszał. Sama opowiadała, iż uciekła od rodziców, bo chcieli ją wydać za mąż wbrew jej woli. Nieznajomy więc w niedużym miasteczku, gdzie o Wioli nikt nie słyszał, sypał szczegółami jak z rękawa. — Oj, przepraszam! Nie znam jej osobiście! — zarumienił się mężczyzna. — Po prostu jestem jej fanem! — Posłuchaj, fanie, zaraz ci policzę żebra, a adekwatnie może i dwa wyrwę, żeby trzymał się fason! — pogroził Maksym. — Co to za gadki? Żonę mi chcesz odbić? — O nie! Zupełnie mnie pan źle zrozumiał! — jego ręce poleciały w powietrze. — Nie fan w tym sensie! Jestem fanem jej talentu! — Z tego co wiem, Wiola nie ma żadnych szczególnych talentów — zmieszał się Maksym. — Oj, żeby dostać dożywotni zakaz startów w Muay Thai w wieku osiemnastu lat za zbytnią brutalność, to trzeba mieć prawdziwy talent! — wykrzyknął mężczyzna. — Szkoda, iż po kilku wygranych prywatnych turniejach przestała walczyć! Uwielbiałem ją oglądać w ringu! Ręce Maksyma zaczęły drżeć, gdy próbował wyciągnąć telefon. Przez nerwy aparat upadł na chodnik i rozpadł się. Gdy go zebrał — nie chciał się już włączyć. Maksym biegł do domu, wymamrotując pod nosem: — Boże, oby zdążyć na czas! Gdy trzy lata temu w małej podkarpackiej wsi pojawiła się nowa nauczycielka, od razu zwróciła na siebie uwagę. Młoda, wysportowana, otwarta, zarażała energią. Jako „pani od WF-u” w podstawówce z miejsca podbiła serca dzieciaków i… wzbudziła czujność gospodyń. — Skąd taka dziewczyna u nas? Coś tu nie gra — szeptano przy kasie w „Biedronce”. — Zaraz się dowiemy, iż ma jakąś mroczną tajemnicę! Wiola nie chwaliła się przeszłością. Opowiedziała, iż pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny w Warszawie, ale uciekła, bo planowano ją „sprzedać” bogatemu partnerowi w zamian za układy biznesowe. Zdecydowała się walczyć o swoje życie – do tego dosłownie – wygrywając turnieje sportów walki. Mieszkała sama, pracowała i próbowała nie zwracać na siebie nadmiernej uwagi. Aż zakochał się w niej Maksym, syn szefa lokalnej hurtowni warzyw. Rodzina Maksyma od razu uznała ją za świetną partię: młoda, silna, to będzie dobra żona i pomoc do domu, „wychowamy ją po swojemu”. Ledwie minął miesiąc od ślubu, a już „teściowa” przykręciła śrubę: tylko praca, dom, pole i sklep. O wolności czy spotkaniach z koleżankami, nie wspominając choćby o kawiarni lub kinie — nie było mowy. Wiola przystawała na obowiązki, ale domagała się szacunku i równego traktowania: „Jak wszyscy, to wszyscy!”. Gdy otwarcie kwestionowała rodzinne tradycje, zaczęło się robić gorąco. Dwa i pół roku później Wiola nie dawała się stłamsić: zdeterminowana, by nie być „kopciuszkiem”, podnosiła głos, broniła siebie i ładu w domu. niedługo spiskowa narada braci i rodziców Maksyma postanowiła „przetrącić jej charaktery” – poprzez nocny „areszt domowy”. Nie docenili jednak siły Wioli. Gdy Maksym wrócił, zastał rozpierduchę: brat ze złamaną ręką wył w przedpokoju, ojciec nieprzytomny na ziemi, matka z pięknym sińcem i połamanym wałkiem do ciasta, a sama Wiola… spokojnie popijała herbatkę po wszystkim. — Skarbie, przyszedłeś po swoją porcję? — spytała niewinnie. — N-nie… — wydukał Maksym. — To może trochę sprawiedliwości w domowych relacjach? — Takie rzeczy trzeba było uprzedzić wcześniej! — jęknął Maksym. — Mało brakowało, a ich… — Każdemu według zasług! — Wiola wzruszyła ramionami — I ogniem, i wałkiem, i słowem — kto czym przyszedł, tym dostał! A przy okazji: jestem w ciąży, więc choćby nie myśl o rozwodzie, twój obowiązek być ojcem! Gdy wszyscy wyliźli się z opatrunków, ustanowiono nowe zasady. W domu zapanowała zgoda, nikt już więcej nikogo nie krzywdził i każdy – choćby po swojemu – był szczęśliwy. SPARŁA DOMOSTWO NA WAŁKU I CHARAKTERZE: O nauczycielce z miasta, która pokazała rodzinie z podkarpackiej wsi, jak wygląda sprawiedliwość domowa!
Dwie kreski na teście stały się dla niej biletem do nowego życia, a dla najlepszej przyjaciółki – wstępem do piekła. Ślub wśród oklasków zdrajców, a zakończenie tej historii napisał ten, kogo wszyscy uważali jedynie za naiwną pionka
Godzinny spektakl w kolejce do ginekologa: młodzi przyszli rodzice z liceum, hałaśliwe wybieranie imienia dla syna i rozważania o pierogach zamiast wychowania
Za radą matki mąż zabrał chorą żonę na odludzie… Rok później wrócił – by zagarnąć jej majątek.
Ciocia w odwiedzinach, a żona w łzach
Mój wymarzony mężczyzna porzucił dla mnie żonę, ale nie miałam pojęcia, jak wszystko się przeciwko mnie obróci.
Dziecko nie ratuje związku. Te rozmowy trzeba odbyć, zanim zajdziesz w ciążę
Moja teściowa obchodzi urodziny 1 stycznia. Odwiedziliśmy ją tego dnia i nagle zapytała: „Wiktorio, jesteś w ciąży?” Mam bardzo dobre relacje z moją teściową, Marią. Jesteśmy z mężem małżeństwem od 17 lat, mamy dwóch synów. Pod koniec zeszłego roku dowiedziałam się, iż spodziewam się trzeciego dziecka. Chciałam powiedzieć o tym teściowej w jej urodziny, ale bardzo się stresowałam. Mieszkamy tylko we czwórkę w małym, dwupokojowym mieszkaniu — ledwie wystarcza tam miejsca. Mam już wtedy 38 lat, co jest nie lada wiekiem na kolejną ciążę. Bałam się, iż Maria mnie skrytykuje. W dniu jej urodzin musiałam się jednak zebrać na odwagę. Gdy przyszliśmy w gości, prawie od razu poprosiła mnie do kuchni, bym jej pomogła. Okazało się, iż Maria jest niesamowicie bystra — od razu się domyśliła i nie musiałam niczego tłumaczyć. Zaskoczyła mnie zarówno jej intuicja, jak i reakcja — ucieszyła się ogromnie i przyznała, iż od dawna marzyła o upragnionej wnuczce. Z jej błogosławieństwem latem urodziłam córkę. Już po raz trzeci babcia bardzo nam pomagała — opiekowała się maleństwem i wspierała nas w każdej sytuacji. Zawsze ją za to doceniałam i traktowałam Marię jak własną mamę. Niedługo potem przyszła zima, a my znowu odwiedziliśmy Marię na jej urodziny, już z naszą małą księżniczką. Teściowa piekła wtedy ciasta bez końca, więc postanowiliśmy sprezentować jej porządny piekarnik. Gdy po przyjęciu wychodziliśmy do domu, teściowa zatrzymała mnie z prośbą o chwilę uwagi i ogłosiła niespodziewaną nowinę. Maria powiedziała, iż jest wdzięczna dzieciom za upragnioną wnuczkę, dlatego zamierza się do nas przeprowadzić, a nam chce przekazać jej własne dwupokojowe mieszkanie. Zatkało mnie z wrażenia. Po raz kolejny przekonałam się, jak dobrą, mądrą i życzliwą mam teściową-przyjaciółkę, co w życiu jest prawdziwą rzadkością. Żyjemy dalej w szczęściu i harmonii. Podziwiam moją teściową i marzę o tym, by kiedyś osiągnąć taką mądrość życiową jak ona.
Moja siostra prosi mnie, żebym wyprowadziła się z naszego mieszkania, bo spodziewa się dziecka. Czy to normalna sytuacja? Dawno temu mama i tata kupili dla mnie i mojej siostry dwupokojowe mieszkanie. Powiedzieli, iż kiedyś będziemy mogły je sprzedać i zamienić na dwa osobne jednopokojowe, żeby każda z nas miała własny kąt. Później siostra poznała mężczyznę i wyszła za mąż. Zapytała, czy nie będzie mi przeszkadzać, jeżeli ona z mężem wprowadzi się do naszego mieszkania. Zgodziłam się. Na początku wszystko było w porządku, aż do chwili, gdy siostra dowiedziała się, iż jest w ciąży. Od tego czasu ona i jej mąż chcą, żebym się wyprowadziła, a ich dziecko miało mój pokój. Powiedzcie, czy to normalne? Dlaczego mam się wyprowadzać, skoro jestem pełnoprawną współwłaścicielką połowy mieszkania? Studiuję, a mój dochód to tylko stypendium i pół etatu. Dlaczego mam wynajmować mieszkanie? Na pewno mnie na to nie stać. Najpierw tylko sugerowali, żebym się wyprowadziła, potem zaczęli mówić wprost. Siostra już planuje, gdzie postawi łóżeczko i jak przemaluje mój pokój, mówiąc o tym, jakby mnie tam już nie było. Ale ja nie zamierzam się wyprowadzać, bo to też mój dom. Opowiedziałam rodzicom, a mama zażartowała, iż takie rzeczy się dzieją z kobietami w ciąży i żebym nie zwracała uwagi na to, co mówi siostra. Ale jak mam to ignorować, gdy codziennie jestem wyrzucana z własnego mieszkania? Czuję się jak obca we własnym domu, a siostra nie zamierza zmieniać zdania. Co powinnam zrobić w tej sytuacji?
Gospodarz jechał konno ze swoją narzeczoną… i zamarł, gdy zobaczył swoją byłą żonę w siódmym miesiącu ciąży, dźwigającą drewno na własnej ziemi…
Narodziny. Potrzeby kobiet a polityka
Nigdy Cię nie oddam. Opowieść. Ojczym ich nie krzywdził – przynajmniej nie wypominał chleba, nie ganił za naukę, tylko gdy Ania wracała później, czasem krzyczał: „Obiecałem Twojej matce, iż będę nad Tobą czuwał!” – wrzeszczał, gdy Ania tłumaczyła, iż przecież jest już pełnoletnia. Zresztą, uważał, iż dopóki nie znajdzie porządnej pracy, dorosłość jest tylko na papierze. Potem mówił spokojniej: „Przecież ten chłopak Cię zostawi, Aniu. Widziałem, kim on jest – przystojny, bogaty, a Ty taka prostolinijna… Potem będziesz płakać, zobaczysz.” Ale Ania nie wierzyła ojczymowi. Olek był ładny, studiował na trzecim roku, co prawda płatnym, ale Ania też chciałaby na takim studiować. Nie dostała się na wymarzone studia, nie podobało jej się w technikum, rozdawała ulotki i roznosiła gazety, wciąż szykując się do egzaminów. Tak właśnie poznała Olka – podała mu ulotkę, on wziął kilka i powiedział: „Pani, może ja wezmę wszystkie, a Pani pójdzie z nami do kawiarni?” Nie wiedząc czemu, Ania się zgodziła. W kawiarni Olek przedstawił ją znajomym, poczęstował pizzą i lodami – takie rzeczy Ania jadła tylko na urodziny, bo pieniędzy nie było, a emerytury ojczym ruszać nie pozwalał. Zarobki miał w porządku, ale pół wydawał na samochód, a resztę przegrywał w totolotku. Ania nie narzekała, cieszyła się, iż nie wyrzucił jej i siostry z mieszkania po śmierci matki. O wszystkim wiedziała, a drobne przyjemności zawsze oddawała młodszej siostrze – chociażby pizzę z kawiarni. Olek wtedy zaskoczony, kupił jej całą pizzę i dużą czekoladę z orzechami dla siostry. Ojczym mylił się, sądząc, iż Olek ją skrzywdzi. Był dobry, zachęcał Anię do nauki, a ona dzięki niemu znalazła pracę kasjerki w markecie. Pieniądze pozwoliły jej kupić porządne dżinsy czy fryzurę w salonie — chciała, żeby Olek był z niej dumny. Gdy Olek zaprosił ją na działkę, wiedziała, co się stanie, ale nie bała się – była już dorosła. Martwiła się tylko, czy ojczym pozwoli jej nocować poza domem, ale sam nie wracał coraz częściej, bo wiązał się z pielęgniarką, panią Lucyną, która potem także wprowadziła się do mieszkania. A Ania, gdy musiała nocować sama, kupowała siostrze czekoladę, chipsy i colę – i ta jakoś się godziła. O tym, iż jest w ciąży, Ania dowiedziała się późno – nie pilnowała cyklu, nikt ją nie uczył. Zorientowała się dopiero, gdy druga kasjerka, Pani Weronika, zażartowała z jej okrągłego brzuszka. Test ciążowy potwierdził wszystko. Olek nie cieszył się, dał jej pieniądze na lekarza. Ania przepłakała noc, ale okazało się, iż jest już za późno – szesnaście tygodni. Musiała się przyznać ojczymowi, a ten wykrzyczał: „A gdzie ten Twój chłopak? Zamierza się z Tobą żenić?” Olek już od miesiąca nie odbierał telefonu. Ojczym, po naradzie z Lucyną, zadecydował: „Rodzić możesz, ale zostawisz je w szpitalu. Dodatkowy głód nam niepotrzebny – żenię się, Lucyna też jest w ciąży, będą bliźnięta. Trójka dzieci w jednym mieszkaniu to za dużo.” Lucyna dodała: „Takie niemowlęta gwałtownie idą do adopcji, będą kochane.” Ania płakała i zastanawiała się, gdzie mogłaby zamieszkać z siostrą i dzieckiem. Wtedy Pani Weronika opowiedziała jej historię sąsiadów – lekarki z pobliskiej lecznicy i nauczycielki angielskiego, którzy po stracie córki wypadku autobusowego, od lat żyli w samotności i żałobie. Ludzie przynosili im figurki aniołów – symbol wsparcia. Od tego czasu, gdy Ania ich widziała, czuła, iż to oni powinni przyjąć jej dziecko. Na ósmym miesiącu wciąż pracowała. Para często robiła zakupy u jej kasy, lekarz zapytał: „Pani, czy Pani nie powinna być na zwolnieniu? Jeszcze urodzi nam tu na kasie!” To wzruszyło Anię, bo nikt wcześniej nie pytał o jej zdrowie. Kilka dni później mężczyzna pomógł jej z ciężkimi zakupami, aż Ania kupiła dla nich aniołka z przeceny, zapytała Weronikę o ich adres i poszła wręczyć figurkę osobiście. Zamiast sprzeciwu, kobieta wzięła aniołka, uśmiechnęła się i zaprosiła na herbatę. Opowiedziała o tragedii, a gdy Ania nie ośmieliła się zapytać o adopcję, sama przyznała, iż razem z mężem ukończyli kurs dla rodzin adopcyjnych – ale zabrakło znaku od córki. Wtedy w pokoju rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. To była statuetka aniołka, właśnie ta, którą trzymała córka w dniu śmierci. Dwa miesiące później, Lucyna już mieszkała w ich mieszkaniu i rodziła przedwcześnie bliźniaki – w białych łóżeczkach z kokosowymi materacami. Nikt nie zamierzał kupować niczego dla dziecka Ani – miała je zostawić w szpitalu. Tylko siostra, Alenka, szeptała wieczorem: „A nie da się jej gdzieś ukryć? Będę Ci pomagać.” Ania ledwo powstrzymywała łzy. Zawczasu przygotowała dla sąsiadów list – wyjaśniła, iż nie może zatrzymać dziecka, jest zdrowe i przypomniała o znaku – upadłej statuette. Do koperty dołączyła całą zebraną emeryturę. W dzień wypisu ze szpitala, bała się podrzucić dziecko – czekała do zmierzchu i zostawiła je z listem i pieniędzmi pod drzwiami tamtego mieszkania. Miała już uciekać, gdy drzwi otworzył lekarz. Zrozumiawszy sytuację, zaprosił Anię z córeczką do środka. Pozwolił jej zostać na noc, w pokoju pełnym aniołów. Nad ranem, gdy obudziła się i nie znalazła córki przy sobie, poczuła niewyobrażalną pustkę. Wtedy przyszła Galia (pani Galina) – z uśmiechem oddała dziecko, które bujała, pozwalając Ani wypocząć. Galia spytała: „Ile lat ma Twoja siostra?” – „Dwanaście.” – „A zgodzi się przeprowadzić do nas?” Ania nie rozumiała. „Jeśli zostanie tam, zrobią z niej służącą. Niech też zamieszka u nas. Przemyśleliśmy to – mamy miejsce, ja Ci pomogę z dzieckiem. Nie rozdziela się matki i dziecka, Aniu.” Ania rozpłakała się ze szczęścia i wstydu. „Więc zgadzasz się?” Pokiwała głową, ukrywając twarz w kocu córeczki, by Galia nie widziała łez…
Czy skrzypek przeżyje – czyli jeden z najbardziej absurdalnych argumentów zwolenników zabijania dzieci
Pacjentka zmarła ponad dobę po porodzie. Sprawę bada prokuratura
Gospodarz jechał konno z narzeczoną… i zamarł na widok byłej żony w zaawansowanej ciąży, dźwigającej drewno…
Matka nie spotkała się z krewnymi przy szpitalu położniczym, ponieważ nie zrezygnowała z córki…
Nigdy cię nie oddam. Opowiadanie.
– To nie jest twoja córka, czy ty naprawdę jesteś aż tak ślepy? Szokująca historia o tym, jak teściowa podważyła ojcostwo przez jasne włosy wnuczki i rodzinne konflikty na polskiej porodówce
Gospodarz jechał konno z narzeczoną… i zamarł, gdy zobaczył byłą żonę w zaawansowanej ciąży, niosącą drewno na swojej ziemi…
Zakpił z Karola Nawrockiego i wybuchła burza. Jedni pękają ze śmiechu, inni są wściekli
Nikomu nie oddam. Opowieść. Ojczym nigdy ich nie krzywdził. Przynajmniej nie wypominał jedzenia, nie robił awantur o naukę, czasem tylko, gdy Ania wracała później niż ustalono, potrafił się zdenerwować. — Obiecałem twojej mamie, iż będę cię pilnować! — grzmiał, gdy Ania nieśmiało przypominała, iż przecież jest już pełnoletnia. — Ja wiem lepiej, co wolno, a co nie! Pełnoletnia, phi! Myślisz, iż skoro masz świadectwo, to można wszystko? Najpierw zdobyć porządną pracę, a potem się wymądrzać! Później, gdy się uspokajał, mówił łagodniej. — I tak cię zostawi, zresztą co ja tam wiem, widziałem, kto cię odwozi – wóz drogi, twarzyczka śliczna, po co mu taka zwyczajna jak ty, Aniu? Potem będziesz płakać, zapamiętaj moje słowa. Ania mu nie wierzyła. Oleg był ładny, studiował już trzeci rok, na prywatnej uczelni co prawda, ale ona też chciałaby studiować prywatnie. Nie dostała się na uniwersytet, w technikum jej się nie podobało, teraz rozdawała ulotki, roznosiła gazety, a głównie szykowała się do kolejnych egzaminów. Z Olegiem poznali się, gdy wręczyła mu ulotkę, wziął jedną i drugą, po czym zaproponował: — Prosto: biorę od Ciebie wszystkie ulotki, a Ty idziesz z nami do kawiarni? Nie wiadomo, co w nią wtedy wstąpiło, ale się zgodziła. Trochę już nauczona, ulotki z tej dzielnicy schowała do plecaka i wrzuciła do zsypu, gdy wracała z kawiarni. W kawiarni Oleg przedstawił ją znajomym, częstował pizzą, lodami. Ona i siostra jadły takie rzeczy tylko w urodziny – pieniędzy było mało, a rentę ojczym kazał odkładać na czarną godzinę. Tak naprawdę ojczym zarabiał nieźle, ale połowę wydawał na samochód, który ciągle się psuł, a drugą połowę przegrywał. Ania nie narzekała – ważne, iż ich z Alą z mieszkania nie wyrzucił, bo to mieszkanie należało do niego, a mamę pochowała, gdy zachorowała. Och, chciałoby się czekoladki, pizzę, colę, ale gdy już coś się trafiło, oddawała wszystko Ali. choćby Olega w kawiarni zapytała, czy może zabrać kawałek pizzy do domu, dla siostry. Popatrzył na nią zaskoczony, a potem kupił całą pizzę i dużą czekoladę z orzechami. Ojczym mylił się, sądząc, iż Oleg ją skrzywdzi. Był dobry. Ania przy nim czuła się nieudolna, jeszcze bardziej się przykładała do nauki, znalazła pracę w sklepie — na kasie. Zarabiała tak dobrze, iż mogła sobie kupić porządne jeansy, fryzurę w prawdziwym salonie, by Oleg się nią chwalił. Gdy Oleg zaprosił ją na działkę, Ania wiedziała, co może się wydarzyć, i nie bała się — nie była już dzieckiem. Przecież on ją kocha, i ona jego. Martwiła się tylko, czy ojczym ją wypuści, ale ojczym sam zaczął wracać późno, czasem wcale. Ania wiedziała, gdzie nocuje — u pani Luby, pielęgniarki z ich rejonu. Lubie nie podobało się związać z mężczyzną z dwoma dziewczynkami po pierwszej żonie, sama już była rozwiedziona, ale w końcu dała się namówić. Zdarzenia przydały się Ani — choć Ala płakała, gdy dowiedziała się, iż nocuje sama, Ania kupiła jej czekoladę, chipsy i colę, i jakoś dziewczynka się pogodziła. O tym, iż jest w ciąży, Ania dowiedziała się późno. Zawsze miała nieregularny cykl i nie śledziła go, nikt jej tego nie uczył. Dopiero druga kasjerka, pani Weronika, zapytała żartem: — Coś taka promienna, zaokrąglona – nie w ciąży przypadkiem? Pośmiały się, ale wieczorem Ania kupiła test. Dwie kreski. Nie, to niemożliwe! Oleg nie był zachwycony. Powiedział, iż to nie w porę i dał jej pieniądze na lekarza. Ania przepłakała noc, poszła, ale okazało się — za późno, szesnasty tydzień. Wszystko wydarzyło się na działce, a ona sądziła, iż pierwszy raz nie można zajść w ciążę. Udało się długo ukrywać wszystko przed ojczymem, ale brzuch gwałtownie rósł. Trzeba było przyznać się. Jak on krzyczał! — Gdzie twój chłopak? Chce się żenić? Ania spuściła wzrok. Olega już miesiąc nie widziała, odkąd dowiedział się, iż dziecko zostanie, zniknął. — Wiadomo, — mruknął ojczym. — Ostrzegałem cię. Nie od razu powiedział, chyba z Lubą ustalał. — Stało się, — rzekł. — Urodzisz, ale będziesz musiała je zostawić w szpitalu. Nie potrzebuję jeszcze jednego gęba do wykarmienia. Bo… żenię się, Aniu. Luba jest w ciąży, będziemy mieli bliźniaczki. Rozumiesz, trzy niemowlaki w jednym domu – to za dużo. — Ona tu zamieszka? — zdziwiła się Ania. — No a gdzie? To moja żona, musi tu mieszkać. Myślała, iż żartuje. Ale nie żartował. Codziennie o tym mówił, groził, iż wyrzuci je z Alią, jeżeli przyniesie dziecko do domu. Ania rozumiała, iż to nie jego słowa, powtarzał to, co Luba mu kazała. Nic to jednak nie zmieniało — nie mogła zostawić dziecka. — Nie martw się, — mówiła Luba. — Takie maluchy mają wzięcie, gwałtownie je przysposobią, będą kochać jak własne. Ania płakała, dzwoniła do Olega, myślała, gdzie zamieszkać z Alią i dzieckiem, nic nie wymyśliła. Wtedy Weronika, wskazując na parę małżeńską, powiedziała: — Zobacz, tyle lat, a wciąż chodzą w czerni. Całe życie w żałobie, no nie wiem… Mogliby mieć drugie dziecko, albo przysposobić. Tę parę Ania często widywała — razem, osobno. Byli uprzejmi, sympatyczni, choć smutni, nie wiedziała jednak, co się stało. — Ich córka zginęła, pamiętasz? Była głośna sprawa — wypadek busa z dziećmi. Jechali na wycieczkę, kierowca chyba zasnął. On zginął i ona, dziewczynka. Tacy dobrzy ludzie – on lekarz, ona uczy angielskiego. Mieszkałam obok, gdy byłam mężatką. Przynosiliśmy im wtedy aniołki… Córka złapała na wycieczce figurkę aniołka, potem wyciągali ją z ręki. Potem kto pierwszy pomyślał, by przynieść jej aniołka, inni poszli za przykładem. Myślałam, iż to ich jeszcze bardziej zaboli, ale wydaje się, iż to im pomaga. Ania kiedyś widziała w filmie scenę, gdy dziewczyna oddaje dziecko parze, która nie może mieć dzieci. Tamci mogli mieć, pewnie choćby nie chcieli, ale i tak Ania myślała o nich ciągle. Była w ósmym miesiącu, wciąż pracowała, nie chciała stracić stanowiska, para stanęła przy jej kasie, a mężczyzna powiedział: — Młoda damo, chyba czas na urlop macierzyński? Jeszcze tu pani urodzi przy kasie. Ania nie narzekała, ale było jej ciężko – plecy bolały, żołądek palił, nogi puchły do końca dnia. Nikt nie spytał o zdrowie, tylko lekarka się złościła, ale to się nie liczy. Ta troska wzruszyła Anię do łez – zdarzało się jej to często ostatnio. Parę dni później, gdy wracała po pracy z zakupami, mężczyzna ją dogonił i zaoferował pomoc. Czuła się skrępowana, ale jednocześnie wdzięczna. Pomyślała: dobry człowiek. Aniołka zobaczyła w sklepowej witrynie na wyprzedaży – lato, mało kto kupuje figurki. Pod wpływem impulsu kupiła, zapytała Weronikę o adres i poszła. Przycisnęła dzwonek, przestraszyła się — czy wypada, przecież minęły lata? Może nikt już nie przynosi im aniołków. Drzwi otworzyła kobieta. Poznała Anię od razu, brwi uniosły się z zaskoczeniem. Ania szybciutko wręczyła figurkę, chowając głowę, przekonana, iż drzwi zaraz się zatrzasną, albo kobieta wykrzyczy jej coś w twarz. Ale nic takiego się nie zdarzyło. Kobieta uśmiechnęła się, wzięła aniołka i powiedziała: — Wejdź. Napijesz się herbaty? Przy herbacie spokojnie opowiedziała Ance swoją historię, którą ta już słyszała, ale z ust tej kobiety wszystko było boleśniejsze i twardsze. — Dlaczego nie urodziliście kolejnego dziecka? — szepnęła Ania. — Miałam ciężki poród. Musieli usunąć mi macicę. Więcej już nie mogłam urodzić. Zrobiło się niezręcznie – jakie ona miała prawo wtrącać się w cudze życie? Bardzo chciała zapytać o adopcję, ale zabrakło jej odwagi. — Myśleliśmy o adopcji, — powiedziała kobieta, jakby czytała jej myśli. — Przeszliśmy choćby kurs. Ale w ostatniej chwili nie dałam rady. Prosiłam córkę, by dała mi znak. Ale nie wydarzyło się nic. W tym momencie w innym pokoju rozległ się dźwięk, jakby szklanka spadła i się rozbiła. Kobieta się wzdrygnęła, Ania zaskoczona spojrzała tam — sądziła, iż są same w mieszkaniu. Poszły do salonu. Ania obawiała się, iż to pokój jak w grobie – ciemno, świeczki, zdjęcia. Ale była tylko jedna fotografia, pokój jasny, bez świec. Tylko figurki aniołków. Jedna leżała rozbita na podłodze. Kobieta długo patrzyła na kawałki porcelany. Potem powiedziała: — To ta figurka. Od niej. Ania się zarumieniła. Czyżby to był znak? Córeczka urodziła się w terminie. Tymczasem Luba z ojczymem już mieszkali w ich mieszkaniu, Luba też rodziła, przed terminem. Bliźniaki jeszcze w szpitalu, ale mieli już dwie białe, śliczne łóżeczka z kokosowymi materacami. Ani nikt nie kupił nic, miała zostawić dziecko w szpitalu. Ala pytała czasem szeptem wieczorem: — A nie da się jej tu schować? Żeby oni nie wiedzieli, iż to twoja dziewczyna. Pomogę ci. Po tych słowach Ania chciała płakać, ale przy siostrze się hamowała. Treść liściku przemyślała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, jest zdrowe, nie muszą się martwić. Przypomniała o znaku – rozbitej figurce. Włożyła wszystkie oszczędności, rentę. Powinno wystarczyć, przecież to dobrzy ludzie. Ze szpitala wypisywano rano, ale podrzucać dziecko w biały dzień – strach. Cały dzień spędziła w galerii handlowej, choć bolało siedzenie i kręciło się w głowie. Najważniejsze była jej dziewczynka, której trzeba znaleźć kochających rodziców. Gdy galeria się zamknęła, siedziała jeszcze godzinę na ławce, dobrze, iż była ciepła noc. Dopiero gdy zapadł zmrok, przyszła pod blok, weszła za mężczyzną z psem. Córeczkę miała w nosidełku, kupionym za własne pieniądze, poprosiła Weronikę, by przyniosła na wypis. Nie zadawała pytań. Teraz, ustawiając nosidełko przy drzwiach, wsunęła pod koc liścik i pieniądze, już miała zadzwonić i uciec, gdy drzwi się otworzyły. W progu stanął mężczyzna, ojciec zmarłej dziewczynki. — Co tu się dzieje? Ania aż podskoczyła ze strachu. Wtedy zauważył nosidełko. — Co to jest? Łzy same płynęły. Ania opowiedziała wszystko – o Olegu, który ją zostawił, o ojczymie, który utrzymywał je z siostrą siedem lat, potem o żonie i bliźniakach, o Lubie, która wymyśliła, żeby Ania napisała w szpitalu zrzeczenie. On słuchał uważnie, potem rzekł: — Galina już śpi, nie będę jej budził. Pogadamy rano. Chodź, przygotuję Ci miejsce do spania w salonie. Spać w pokoju pełnym aniołków było dziwnie. Ale Ania zasnęła natychmiast, mocno przytulając córeczkę. Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. W tym momencie zrozumiała, iż nie potrafi się z nią rozstać. Nigdy. Chciała biec, szukać, zabrać ją… Już wstała, gdy do pokoju weszła Galina, trzymała dziewczynkę. — Weź, — uśmiechnęła się. — Trzeba nakarmić, uśpiłam ją, chciałam Cię trochę odciążyć, ale długo tego nie wytrzyma. Gdy Ania karmiła córeczkę, nie potrafiła spojrzeć Galinie w oczy. Co powiedział jej mąż? A jeżeli już zdecydowali się na adopcję? Jak powiedzieć, iż zmieniła zdanie? — Ile lat ma twoja siostra? — niespodziewanie spytała Galina. — Dwanaście, — zdziwiona odpowiedziała Ania. — Myślisz, iż zgodzi się do nas przeprowadzić? Pytanie było tak dziwne, iż Ania spojrzała na Galinę. — Słucham? — nie rozumiała. — No, Sasza wszystko mi opowiedział. Nie macie gdzie mieszkać, ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, iż jeżeli siostra zostanie, zrobią z niej służącą. Niech zamieszka u nas. — Co znaczy „też”? — jąkając się, spytała Ania. Galina skinęła na sklejonego aniołka przy zdjęciu — wyglądał dziwnie, ale był rozpoznawalny. — Myślę, iż to był znak. Że mamy wam pomóc, — powiedziała spokojnie. — Pomyśleliśmy – mamy dużo miejsca, wprowadźcie się do nas. Pomogę Ci z córeczką. Nie wygłupiaj się. Matki i dziecka nie wolno rozdzielać. Anię ogarnęła euforia i jednocześnie wstyd — znów się zarumieniła. — Więc… zgadzasz się? Ania skinęła głową, chowając twarz w kocu córki, by Galina nie widziała łez…
Mam 50 lat i zaszłam w ciążę będąc jeszcze uczennicą, a ojcem mojego dziecka był mój szkolny chłopak. Żadne z nas nie miało wtedy pracy. Gdy moja rodzina się o wszystkim dowiedziała, zareagowali bardzo surowo: usłyszałam, iż przynoszę wstyd domowi i iż nie będą wychowywać dziecka, które „nie jest ich własnym”. Pewnego wieczoru kazali mi spakować rzeczy i wyjść; z małą walizką opuściłam dom, nie wiedząc, gdzie spędzę następny dzień. To właśnie rodzice mojego chłopaka otworzyli przede mną drzwi – od razu przyjęli nas pod swój dach, dali nam pokój, postawili jasne zasady i powiedzieli, iż naszą jedyną powinnością jest skończyć szkołę. Finansowali jedzenie, rachunki i opiekę lekarską w czasie ciąży, więc byłam od nich całkowicie zależna. Gdy urodził się nasz syn, to mama mojego chłopaka była ze mną w szpitalu. Pomogła mi nauczyć się kąpać dziecko, zmieniać pieluszki, ukoić je o poranku. W czasie, gdy dochodziłam do siebie, często przejmowała opiekę nad wnukiem, abym mogła się przespać, a jej mąż kupił łóżeczko i wszystko, czego potrzebowaliśmy na początek. Niedługo potem sami zaproponowali, iż opłacą mi naukę w szkole pielęgniarskiej. Skorzystałam z tej szansy – rano chodziłam na zajęcia, a syn zostawał z teściową. Mój chłopak zaczął studiować inżynierię systemów. Oboje się kształciliśmy, a rodzice wciąż pomagali nam finansowo. Przez te lata wymagało to wielu wyrzeczeń: żyliśmy skromnie, bez luksusów, czasem starczało nam tylko na przetrwanie. Ale nigdy nie brakowało nam jedzenia ani wsparcia. Przy każdej chorobie czy kryzysie byli przy nas, a gdy trzeba było pisać egzaminy czy iść na praktyki, to oni opiekowali się naszym dzieckiem. Z czasem zaczęliśmy pracować – ja jako pielęgniarka, mąż w swojej branży. Pobraliśmy się, zamieszkaliśmy na swoim, samodzielnie wychowaliśmy syna. Dziś mam 50 lat, moje małżeństwo jest silne, a dziecko wyrosło, widząc nasze starania i pracę. Z moją rodziną utrzymuję kontakt tylko sporadyczny – nie było już nigdy kłótni, ale bliskość się skończyła. Nie żywię urazy, ale relacje nie wróciły już do dawnych czasów. I jeżeli dziś miałabym wskazać rodzinę, która uratowała mi życie, to nie byłaby to ta, w której się urodziłam – to rodzina mojego męża jest tą, która stała się moim prawdziwym domem.
Mężczyzna moich marzeń zostawił dla mnie żonę, ale nie miałam pojęcia, jak wszystko obróci się przeciwko mnie.
Zaskoczyli sportsmenkę cesarką. Wyjawiła, iż choćby nie mogła potrzymać synka
Adrianna Sułek-Schubert szczerze wyznaje: Mam obsesję na punkcie mojego ciała
Rok wydawania pieniędzy na dzieci, żeby spłacić ich kredyt! Ani grosza więcej nie dam! Mój mąż i ja mamy jedno dziecko – dorosłego syna. On już ma własną rodzinę, a my jesteśmy dziadkami. Dorastałam w czasach PRL, wyszłam za mąż w wieku 30 lat. W tamtych czasach uważano to za późno – byłam „starą panną”. Wszyscy oczekiwali, iż od razu pojawią się dzieci. Nie mieć potomstwa w tych latach to była niemalże społeczna stygmatyzacja. Z mężem zdecydowaliśmy się na jedno dziecko – syna. Jako wykształceni ludzie wiedzieliśmy, ile kosztuje wychowanie potomstwa. Im więcej dzieci, tym większe koszty. Nie bez powodu poprzestaliśmy na jednym. Dzięki temu mogliśmy zapewnić mu dobry start i zadbać o siebie. Syn okazał się mieć inne plany. Zaraz po ślubie jego żona zaszła w ciążę i zostaliśmy dziadkami. Młodzi nie mieli własnego mieszkania, więc zaciągnęli kredyt. Płaciliśmy go regularnie. Potem dowiedzieliśmy się, iż synowa znowu spodziewa się dziecka. Oczywiście zapytaliśmy, jak zamierzają utrzymać dwójkę dzieci i spłacać kredyt mieszkaniowy. Oburzyli się na to pytanie – zapewniali, iż dadzą radę. Uznałam więc, iż skoro twierdzą, iż sobie poradzą, to nie będziemy się wtrącać. Radziło im się przez jakiś czas. Później synowa przestała pracować, a nasz syn został zwolniony. Co zrobić? Przeprowadzili się do naszego mieszkania, które do tej pory wynajmowaliśmy. Mąż stwierdził, iż pomożemy młodym spłacać kredyt. I tak przez rok płaciliśmy młodym hipotekę, myśląc, iż robimy to, co należy. Ostatnio dowiedziałam się, iż kredyt nie został spłacany – zalegają już sześć miesięcy! Gdzie się podziały pieniądze? Mąż jest wściekły, mówi, iż nie ma już na to siły. Ja jestem w szoku. Kompletnie nie wiem, co robić ani co powiedzieć. Pomagaliśmy dzieciom, a oni tylko korzystali z naszej pracy, nic nie robiąc. I co teraz?
Ciotka w gościnie, żona zalewająca się łzami
Chcę doprowadzić syna do rozwodu. Po co mu taka bezmyślna żona?
Ewa Chodakowska: potworem można się stać z pogardy wobec życia. Zapomniała, iż sama poparła aborcyjne strajki?
Czym się różni karma dla psa i kota?