Ciąża

— Sama tego chciałaś, teraz wychowuj ich oboje. Mam dość, odchodzę! — powiedział mąż, nie oglądając się za siebie. Drzwi cicho się zamknęły, ale ich dźwięk na zawsze pozostał echem w sercu Aliny. To nie był trzask. Nie było awantury. Tylko chłodne, ostateczne odejście. Bogdan już nie wrócił. Ani spojrzeniem, ani sercem. Kilka miesięcy wcześniej jej świat rozpadł się w ciszy — przy teście ciążowym z dwiema kreskami i obrazie USG pokazującym dwa bijące serca. Bliźniaki. Podwójny cud. Dla Aliny to była mieszanka łez, strachu i euforii nie do opisania. Dla Bogdana — tylko dodatkowy problem. — Nie damy rady, Alina. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Na jednego nas nie stać, a co dopiero na dwoje — mówił, patrząc gdzieś obok. Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Najbardziej wtedy, gdy kazał jej zrezygnować — z nich. Z dwóch żyć, które już sprawiały, iż czuła się mamą. Tamtej nocy Alina długo patrzyła w lustro, trzymając dłonie na jeszcze płaskim brzuchu, czując cichą, ale głęboką więź. Jak mogła zrezygnować? Jak mogła żyć, wybierając strach zamiast miłości? — Gdzie zjemy we dwoje, wystarczy i dla trzeciego — powiedziała kiedyś, głosem drżącym, ale niezłomnym. Zdecydowała — zostawi dzieci. Niosła ciążę z godnością, choćby gdy Bogdan stawał się coraz dalszy, zimniejszy, obcy. Wciąż miała nadzieję, iż kiedy już przytulą maleństwa, coś w nim się zmieni. Zmieniło się, ale w złą stronę. Po porodzie zmęczenie się nawarstwiało, brakowało coraz więcej, aż w końcu Bogdan zniknął całkowicie. Narzekania zamieniły się w wyrzuty, wyrzuty w milczenie, a milczenie — w mur. Aż pewnego dnia… — Sama tego chciałaś — to teraz wychowuj ich sama. Odchodzę! Tyle. Bez wyjaśnień. Bez żalu. Alina została w progu, z dwójką śpiących dzieci, z drżącymi dłońmi i sercem, które bolało… ale się nie łamało. Były ciężkie dni. Bezsenne noce. Chwile, gdy cicho płakała, by ich nie przestraszyć. Ale były też poranki, kiedy cztery małe oczka patrzyły na nią tak, jakby była całym ich światem. Malutkie uśmiechy, wystarczające, by dać jej siłę. Nauczyła się być mamą, tatą, podporą i pocieszeniem. Nauczyła się, iż jest silniejsza niż myślała. Że prawdziwa miłość nie odchodzi, kiedy robi się ciężko. Mijały lata, a Alina odradzała się na nowo. Nie dlatego, iż życie było łatwiejsze — ale dlatego, iż ona była silniejsza. Pracowała, walczyła, wychowała dwoje wspaniałych dzieci, które zawsze wiedziały, iż są kochane — mimo braków. I pewnego dnia, patrząc jak bliźniaki śmieją się w słońcu, Alina zrozumiała: Nie została porzucona. Została uwolniona — i ma przy sobie nie jedno, a dwa kochające serca. Czasem szczęście przychodzi nie z tym, który obiecuje, ale z tym, który zostaje. A ona została. Dla nich. I dla siebie. ❤️ Zostaw serduszko w komentarzu dla wszystkich mam, które samotnie wychowują dzieci, dla kobiet, które nie poddały się, choćby gdy ktoś odszedł. Każde serce to przytulenie.
Leonard nie wierzył, iż Irena to jego córka. Wiera pracowała w sklepie, a ludzie plotkowali, iż z obcymi mężczyznami zamykała się w zapleczu. Dlatego mąż nie wierzył, iż drobna Irenka to jego dziecko, i nie zaakceptował córki. Tylko dziadek wspierał wnuczkę i zostawił jej w spadku dom. Tylko dziadek kochał Irenkę W dzieciństwie Irenka często chorowała. Była delikatna, drobnej postury. „Ani w mojej, ani w twojej rodzinie takiego maleństwa nie było” – powtarzał Leonard. – „A to dziecko – malutkie jak trzcinka”. Z biegiem lat niechęć ojca do córki udzieliła się także matce. Prawdziwie kochał Irenkę tylko jeden człowiek – dziadek Mateusz. Jego dom stał na skraju wioski, przy samym lesie. Mateusz przez całe życie był leśniczym. choćby kiedy przeszedł na emeryturę, codziennie odwiedzał las. Zbierał jagody, zioła lecznicze. Zimą dokarmiał zwierzynę. Troszkę się go bali we wsi, bo gdy coś powiedział, to często się sprawdzało. Ale i tak chodzono do niego po zioła i napary. Mateusz dawno pochował żonę. Pocieszeniem została mu wnuczka i las. Gdy dziewczynka poszła do szkoły, częściej mieszkała u dziadka niż u rodziców. Mateusz uczył ją o ziołach i korzeniach. Nauka przychodziła Irenie łatwo. Na pytanie kim chce być, odpowiadała: „Chcę leczyć ludzi”. Ale matka powtarzała, iż nie ma pieniędzy na naukę. Dziadek zaś pocieszał: „Nie jestem biedny, pomogę ci – w razie potrzeby choćby krowę sprzedam”. Zostawił wnuczce dom i szczęście w spadku Córka rzadko odwiedzała ojca. Pewnego dnia pojawiła się na progu. Przyszła prosić o pieniądze, kiedy syn przegrał w karty w mieście i groziło mu niebezpieczeństwo. „Jak ci się pali pod nogami, to wtedy przekraczasz mój próg?” – zapytał ostro Mateusz. – „Przez lata nie zaglądałaś!”. I odmówił: „Nie będę spłacał długów Andrzeja. Muszę uczyć wnuczkę”. Wiera była wściekła. „Nie chcę was więcej widzieć! Nie mam już ojca ani córki!” – rzuciła i wybiegła. Gdy Irena dostała się do medycznej szkoły, rodzice nie dali jej ani grosza. Pomagał tylko Mateusz. Wspierało ją też stypendium, bo dobrze się uczyła. Przed końcem nauki Mateusz poważnie zachorował. Przeczuwając śmierć, powiedział wnuczce, iż zostawia jej dom i przykazał, by szukała pracy w mieście, ale domu nie opuszczała – „Dom żyje, póki człowiek w nim bywa. Zimą musisz palić w piecu. Nie bój się tu spać sama – tutaj znajdziesz szczęście” – przepowiedział. I najwyraźniej coś wiedział. Słowa Mateusza się sprawdziły Mateusz odszedł jesienią. Irena zatrudniła się w powiatowym szpitalu jako pielęgniarka. W weekendy jeździła do dziadkowego domu, paliła w piecu. Drewna starczyłoby na lata. Prognozy były złe, a Irena miała dwa dni wolnego. Wolała dom dziadka od wynajmowanego pokoju u krewnych koleżanki. Wieczorem przyjechała na wieś. W nocy rozpętała się śnieżyca. Drogi zasypało. Rano, gdy śnieg dalej padał, usłyszała pukanie. Otworzyła drzwi i zobaczyła nieznajomego młodego mężczyznę. „Dzień dobry. Utknąłem tuż przy Państwa chacie, nie mogę odkopać auta. Ma pani łopatę?” – zapytał. „Leży przy ganku, proszę brać. Może pomóc?” – odpowiedziała Irena. Nieznajomy tylko się uśmiechnął, bo była filigranowa. gwałtownie odkopał auto, uruchomił je, ale dalej nie przejechał – znów utknął. Irena zaprosiła go do środka na herbatę. Mężczyzna, który przedstawił się jako Staszek, po chwili namysłu wszedł. „Nie boisz się tu sama mieszkać na skraju lasu?” – spytał. Odpowiedziała, iż wpada tylko w weekendy; w tygodniu pracuje w mieście. Bała się, iż autobus nie przyjedzie, więc Staszek zaoferował podwózkę, bo sam też do powiatowego miasta musiał wracać. Irena się zgodziła. Wracając z pracy do domu, Irena spotkała Staszka. „Widocznie twoja ziołowa herbata ma magiczne moce – musiałem cię jeszcze raz zobaczyć” – zażartował. „A może jeszcze raz mnie poczęstujesz?” Nie było wesela. Irena nie chciała. Staszek nalegał, potem machnął ręką. Ale mieli prawdziwą miłość. Teraz Irena wiedziała, iż to nie tylko w bajkach mężczyźni noszą swoje żony na rękach. Gdy urodził się ich syn, w szpitalu wszyscy się dziwili, jak taka drobna kobieta mogła urodzić takiego olbrzyma! Na pytanie, jak nazwą syna, Irena odpowiedziała: „Będzie Mateuszem – na cześć bardzo dobrego człowieka”.
Echo serca płodu – na czym polega i kiedy należy wykonać to badanie?
– Okłamałaś mnie! – wykrzyczał Nikodem, stojąc pośrodku salonu, czerwony ze złości. – W jakim sensie cię okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a mimo to za mnie wyszłaś! „Będziesz najpiękniejszą panną młodą” – mama poprawiła welon, a Antonina uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Biała suknia, koronki na rękawach, Nikodem w eleganckim garniturze. Wszystko miało być tak, jak marzyła od szesnastu lat: wielka miłość, ślub, dzieci. Dużo dzieci. Nikodem chciał syna, ona córkę, więc umówili się na trójkę – żeby nikt nie był pokrzywdzony. „Za rok będę już niańczyć wnuki” – powtarzała mama, ocierając łzy. Antonina wierzyła w każde słowo. Pierwsze miesiące małżeństwa upłynęły w szczęśliwej mgle. Nikodem wracał z pracy, ona czekała z kolacją, zasypiali wtuleni, a co rano ze ściśniętym sercem sprawdzała kalendarz. Spóźnienie? Nie, wydawało się. Jeszcze miesiąc. Jeszcze. Jeszcze. Zimą Nikodem przestał pytać z nadzieją w głosie „to jak?”. Teraz milczał, gdy Antonina wychodziła z łazienki. – Może pojedziemy do lekarza? – zaproponowała w lutym, kiedy mijał prawie rok. – Już dawno czas – mruknął Nikodem, nie odrywając wzroku od telefonu. Klinika pachniała chlorem i beznadzieją. Antonina siedziała w kolejce razem z innymi kobietami o przygaszonych oczach, przeglądała magazyn o szczęśliwym macierzyństwie i myślała, iż to chyba pomyłka. Z nią wszystko dobrze, po prostu jeszcze się nie udało. Badania. USG. Kolejne badania. Zabiegi, których nazwy zlewały się w jeden niekończący się potok – zimne sofy, obojętne twarze pielęgniarek… – Szanse na naturalne poczęcie – około pięciu procent – powiedziała lekarka, patrząc w dokumentację. Antonina kiwała głową, notowała coś w zeszycie, zadawała pytania. A w środku czuła, jakby wszystko zamarło. Leczenie zaczęło się w marcu. Wraz z nim – zmiany. – Znowu płaczesz? – Nikodem stał w drzwiach sypialni, w jego głosie było więcej irytacji niż współczucia. – To przez hormony. – Trzeci miesiąc? Może już przestań się oszukiwać? Dość tego! Antonina próbowała tłumaczyć, iż terapia tak działa, iż potrzeba czasu, iż lekarze obiecują rezultaty za pół roku, rok. Ale Nikodem już wyszedł, trzaskając drzwiami. Pierwsze in vitro zaplanowano na jesień. Przez dwa tygodnie Antonina prawie nie wstawała z łóżka, bała się zburzyć cud. – Negatywny wynik – usłyszała przez telefon beznamiętny głos pielęgniarki. Antonina osunęła się na podłogę w przedpokoju i siedziała tam, aż Nikodem wrócił. – Ile już na to wydaliśmy? – zapytał zamiast „jak się czujesz?”. – Nie liczyłam. – Ja liczyłem. Prawie sto tysięcy. I co z tego? Nie odpowiedziała. Nie było odpowiedzi… Druga próba. Nikodem wracał po północy, pachniał cudzymi perfumami, ale Antonina niczego nie pytała. Nie chciała wiedzieć. Znowu porażka. – Może już wystarczy? – Nikodem siedział naprzeciw niej w kuchni, kręcił w dłoniach pusty kubek. – Ile jeszcze? – Lekarze mówią, iż trzecie podejście często się udaje. – Lekarze mówią to, za co im płacą! Trzecie podejście przeszła niemal sama. Nikodem „zostawał dłużej w pracy” każdego wieczoru. Koleżanki przestały dzwonić – już nie miały siły pocieszać. Mama płakała do słuchawki, narzekała: taka młoda, taka ładna, za co takie nieszczęście. Gdy pielęgniarka po raz trzeci wyszeptała „niestety”, Antonina choćby nie płakała. Łzy skończyły się gdzieś pomiędzy drugim cyklem leczenia a kolejną kłótnią o pieniądze. – Okłamałaś mnie! Nikodem stał pośrodku salonu, czerwony ze złości. – W jakim sensie? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż jesteś bezpłodna, a jednak za mnie wyszłaś! – Nie wiedziałam! Diagnozę postawili rok po ślubie, sam byłeś wtedy u lekarza… – Nie kłam! – ruszył w jej stronę, Antonina odruchowo się cofnęła. – Specjalnie to wszystko zaplanowałaś! Znalazłaś frajera, który się z tobą ożeni, a potem – niespodzianka! Dzieci nie będzie! – Nikodemie, proszę… – Dość! – chwycił wazon i cisnął nim o ścianę. – Zasługuję na normalną rodzinę! Z dziećmi! A nie na to! Wskazał na nią, jakby była czymś obrzydliwym, błędem natury. Kłótnie stały się codziennością. Nikodem wracał zły, milczał cały wieczór, a później wybuchał przez najdrobniejsze rzeczy: źle odłożony pilot, przesolona zupa, zbyt głośne oddychanie. – Rozwiedziemy się – oznajmił któregoś ranka. – Co? Nie! Nikodemie, możemy adoptować dziecko, czytałam… – Nie chcę cudzych dzieci! Chcę własne! I żonę, która je urodzi! – Daj mi jeszcze jedną szansę! Proszę. Kocham cię. – A ja już ciebie nie! Powiedział to spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. I to bolało bardziej niż wcześniejsze krzyki. – Pakuję się – poinformował w piątek wieczorem. Antonina siedziała na kanapie, otulona kocem, patrzyła, jak rzuca koszule do walizki. Ale nie wytrzymał w milczeniu. – Odchodzę, bo jesteś pustakiem. Nikodem dobijał do najczulszych miejsc. – Znajdę sobie normalną kobietę. Antonina milczała… Drzwi się zamknęły. W mieszkaniu zapanowała cisza. Dopiero wtedy rozpłakała się – pierwszy raz od wielu miesięcy, prawdziwie, szlochała na głos, aż zachrypła. Pierwsze tygodnie po rozwodzie zlały się w jedną szarą plamę. Antonina wstawała, piła herbatę, kładła się. Czasem zapominała jeść. Czasem nie wiedziała, jaki jest dzień. Przyjaciółki przychodziły, przynosiły jedzenie, sprzątały, próbowały rozmawiać – Antonina kiwała głową, zgadzała się na wszystko, potem znów owijała się kocem i patrzyła w sufit. Ale czas mijał. Dzień za dniem, tydzień po tygodniu. I pewnego ranka Antonina pomyślała: dość. Wstała, wzięła prysznic, wyrzuciła wszystkie leki z lodówki i zapisała się na siłownię. W pracy poprosiła o nowy projekt – trudny, na trzy miesiące, wymagający pełnego zaangażowania. W weekendy zaczęła jeździć na wycieczki, potem – na krótkie podróże. Kraków, Gdańsk, Kazimierz Dolny. Życie się nie zatrzymało. Dymitra poznała w księgarni – sięgnęli po ostatni egzemplarz nowego Kinga. – Proszę, pani pierwsza – uśmiechnął się, ustępując jej miejsca. – A jeżeli ja odstąpię panu i zaprosi mnie pan potem na kawę? – wypaliła zaskoczona sama sobą. On się roześmiał, a jej zrobiło się ciepło gdzieś w środku. Przy kawie opowiedział o Darii – siedmioletniej córce, którą wychowuje od pięciu lat samotnie po śmierci żony. O tym, jak ciężko było na początku, jak Daria nie spała nocami, wołała mamę, jak on uczył się zaplatać warkocze z tutoriali na YouTube. – Jesteś świetnym tatą – powiedziała Antonina. – Staram się. Nie chciała go okłamywać. Na trzecim spotkaniu, kiedy zrozumiała, iż to poważna sprawa, iż Dymitr nie jest przypadkowy, powiedziała wszystko. – Nie mogę mieć dzieci. Oficjalna diagnoza, trzy nieudane in vitro, mąż odszedł. jeżeli to dla ciebie ważne – lepiej wiedzieć teraz. Dymitr długo milczał. – Mam Darię – powiedział w końcu. – Potrzebuję ciebie, choćby jeżeli nie będziemy mieć wspólnych dzieci. – Ale… – Dasz radę – przerwał jej dziwną frazą. – W jakim sensie? – Być mamą. Możesz, jeżeli zechcesz. Mojej mamie też postawili taką diagnozę. A jednak siedzę przed tobą. Cuda się zdarzają. Daria zaakceptowała ją zaskakująco szybko. Przy pierwszym spotkaniu była naburmuszona, odpowiadała monosylabami, ale gdy Antonina spytała o ulubioną książkę, ożywiła się i mówiła pół godziny o Harrym Potterze. Przy drugim spotkaniu sama chwyciła ją za rękę. Przy trzecim – poprosiła o zaplecenie „takich samych warkoczy jak Elsa”. – Podobasz się jej – stwierdził Dymitr. – Nikogo jeszcze nie zaakceptowała tak szybko. Dwa lata minęły niepostrzeżenie. Antonina zamieszkała z Dymitrem, nauczyła się smażyć naleśniki w soboty, znała na pamięć wszystkie odcinki „Psi Patrolu” i znalazła w sobie siłę, by znów kochać. Tak naprawdę. Bez strachu, bez oczekiwania zdrady. W sylwestrową noc, gdy zegar wybił północ, Antonina wypowiedziała życzenie. Usta szeptały: „Chcę dziecka”. Od razu się przestraszyła – po co rozdrapywać stare rany? – ale życzenie poleciało gdzieś wysoko, w kosmos. Po miesiącu było opóźnienie. – Niemożliwe – pomyślała Antonina, patrząc na dwie kreski. – Błędny test. Drugi test. Dwie kreski. Trzeci! Czwarty! Piąty! – Dymitrze – wyszła z łazienki z uginającymi się kolanami – ja… chyba… nie wiem, jak to możliwe… Domyślił się, zanim skończyła mówić. Uniósł ją w ramionach, zakręcił po pokoju, całował w czubek głowy, w nos, w usta. – Wiedziałem! Mówiłem ci – dasz radę! Lekarze patrzyli na nią jak na przypadek z innej planety. Przeglądali stare wyniki, zlecali nowe badania. – To niemożliwe – kręcił głową lekarz. – Przy takim rozpoznaniu… Nie widziałam czegoś takiego przez dwadzieścia lat pracy. – Ale jestem w ciąży? – W ciąży. Ósmy tydzień. Wszystko w normie. Antonina się roześmiała. Cztery miesiące później przypadkiem spotkała kolegę Nikodema w supermarkecie. – Słyszałaś o Nikodemie? – zapytał, spoglądając na jej zaokrąglony brzuch. – Trzeci raz się ożenił. I ciągle nic. Z żadną mu nie idzie. – Nie idzie? – No tak. Dzieci. Ani z drugą żoną, ani z trzecią. Lekarze mówią – problem leży po jego stronie. Wyobrażasz sobie? A zawsze wszystko zwalał na ciebie. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. W środku była pustka – ani satysfakcji, ani żalu. Nic. Po prostu pustka tam, gdzie kiedyś było uczucie. …Syn urodził się w sierpniu, w słoneczny poranek. Daria siedziała z Dymitrem na korytarzu i denerwowała się najbardziej. – Mogę go potrzymać? – zapytała, zaglądając do sali. – Ostrożnie – przekazała jej Antonina zawiniątko – podtrzymuj główkę. Daria patrzyła na młodszego brata szeroko otwartymi oczami, potem spojrzała na Antoninę. – Mamo, a on zawsze będzie taki czerwony? Mamu… Antonina rozpłakała się, Dymitr ich objął, Daria patrzyła zdziwiona na rodziców i braciszka, nie rozumiejąc, czemu wszyscy płaczą. A Antonina zrozumiała coś bardzo ważnego. Czasem potrzeba tylko adekwatnej osoby obok, by uwierzyć w niemożliwe… A Wy co o tym myślicie? Zostawcie swoje opinie w komentarzach i wesprzyjcie autora lajkiem!
Zrozumiała, iż teściowa jest chora i ukrywa diagnozę przed wszystkimi, a jednocześnie troszczy się o nią – swoją synową. choćby w tak trudnym momencie myśli o zapewnieniu Asi stabilności, przyszłości i ochrony. Ale po co sprzedawać dom i biżuterię, skoro wystarczy poprosić o pomoc?
Nowy zwiastun towarzyszy z GreedFall: The Dying World!
35,000 signatures and counting - Jesy Nelson's fight for newborn SMA screening gains momentum
Na progu stał nieznajomy Wojtek kochał się w Janie jeszcze w liceum. Pisał jej liściki, robił wszystko, by zwrócić na siebie uwagę. Jednak Jana podobał się Damian – wysoki blondyn, który razem z nią grał w siatkówkę w szkolnej drużynie. Na niezdarnego Wojtka, który do tego słabo się uczył, nie zwracała uwagi. niedługo Damian zaczął spotykać się z Olą z równoległej klasy. Po maturze Wojtek jeszcze raz próbował zdobyć serce Jany. choćby oświadczył się jej na studniówce… ale dziewczyna stanowczo odmówiła – „Nie!”. Nie chciała choćby o nim myśleć. Po studiach Jana została księgową – jej szef był przystojnym brunetem, starszym o dziesięć lat. Jana podziwiała jego profesjonalizm, urok osobisty i inteligencję. Między nimi zrodziło się uczucie. Janie nie przeszkadzało, iż wybranek był żonaty i miał małego synka. Pan Andrzej obiecał rozwód i przysięgał, iż kocha tylko Janę. Minęły lata – kobieta przyzwyczaiła się spędzać weekendy i święta samotnie. Wciąż czekała, aż jej ukochany się rozwiedzie i będą razem. Pewnego dnia zobaczyła Andrzeja z żoną w sklepie. Była w ciąży, a on troskliwie trzymał ją za rękę. Potem wziął siatki i razem poszli do samochodu. Jana ze łzami patrzyła na tę sielankową scenę. Nazajutrz złożyła wypowiedzenie… Zbliżał się Sylwester, a kobieta nie miała ochoty robić zakupów, stroić domu ani świętować. Pewnego wieczoru, gdy wróciła do domu, zorientowała się, iż jest zimno. Okazało się, iż piec nie działał. Jana mieszkała w domku na obrzeżach miasta. Próbowała ściągnąć fachowca, ale przed świętami wszyscy chcieli ogromnych pieniędzy, zwłaszcza, gdy dowiadywali się, iż trzeba jechać na peryferie. Już traciła nadzieję, ale zadzwoniła do przyjaciółki. Jej mąż pracował w tej branży, może pomoże. Ola obiecała od razu zadzwonić do męża. Po dwóch godzinach Jana usłyszała dzwonek do drzwi. Na progu stał nieznajomy, ale gdy się przyjrzała, poznała w nim… Wojtka, kolegę z klasy. – Cześć, Jana, co tu się u ciebie dzieje? – Aaa… Skąd wiedziałeś? – Szef zadzwonił, kazał podjechać na ten adres, bo masz zimno. Spuściłaś wodę z instalacji, żeby grzejniki nie zamarzły? – Nie, nie umiem… – No to ładnie, możesz zostać bez ogrzewania. Dobrze, iż nie ma dużych mrozów. Wojtek gwałtownie spuścił wodę, pogrzebał przy kotle, po czym pojechał po części. Po godzinie wrócił już z potrzebnymi elementami. Niedługo potem w domu Jany zrobiło się ciepło. Wojtek umył ręce i spytał: – Jana, przecieka ci kran i mruga żarówka… Twój mąż nie może tego naprawić? – Nie mam męża… – A czego tak? przez cały czas szukasz ideału? – Jakiego tam ideału… Nikogo nie mam – nagle się przyznała. – To czemu mi wtedy odmówiłaś? – uśmiechnął się Wojtek. Nie odpowiedziała… Naprawił kran, wkręcił żarówkę i wyszedł. Jana przypomniała sobie dzieciństwo, młodość, pulchnego chłopaka, który w niej się kochał. Wojtek bardzo się zmienił – stał się wysokim, przystojnym mężczyzną o piwnych oczach, ale jego uśmiech pozostał ten sam. choćby nie zdążyła zapytać, czy jest żonaty. A 31 grudnia nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Jana zdziwiona poszła otworzyć – nie spodziewała się gości. Na progu stał Wojtek. Miał nowy garnitur i bukiet kwiatów w dłoni. – Jana! Pytam jeszcze raz. Wyjdziesz za mnie, czy będziesz czekać na księcia aż do emerytury? Kobieta rozpłakała się i ze szczęścia przytaknęła głową. Za drugim razem – oświadczyny zostały przyjęte…
Tajemnica z Mazowieckiej Wsi: Niezwykłe Losy Pięknej Larysy, Trzech Synów o Nieznanym Ojcu i Spełniona Przepowiednia Wiejskiej Wróżki
Jej mąż nie chce być przy porodzie. "A mój był i zachowywał się jak turysta"
Mężczyźni nie uciekają od monogamii, kobiety wcale nie są jej strażniczkami. Ten mit obala nauka
Przez 3 miesiące jedli tylko w określonych godzinach. Zważono ich po roku
– Okłamałaś mnie! – wykrzyczał Michał, stojąc pośrodku salonu, czerwony ze złości. – W jakim sensie okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a mimo to za mnie wyszłaś! – Będziesz najpiękniejszą panną młodą – mama poprawiła welon, a Antonina uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Biała suknia, koronka na rękawach, Michał w eleganckim garniturze. Wszystko tak, jak marzyła od piętnastego roku życia: wielka miłość, ślub, dzieci. Dużo dzieci. Michał chciał syna, ona córkę, więc umówili się na troje, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. – Za rok będę już niańczyć wnuki – powtarzała mama, ocierając łzy z policzków. Antonina wierzyła w każde słowo. Pierwsze miesiące małżeństwa minęły w szczęśliwym zamgleniu. Michał wracał z pracy, a ona witała go kolacją; zasypiali przytuleni i każdego ranka z bijącym sercem sprawdzała kalendarz. Spóźnienie? Nie, tylko jej się wydawało. Kolejny miesiąc. Jeszcze jeden. I znowu. Zimą Michał przestał pytać „i co?” z nadzieją w głosie. Teraz milcząco patrzył, gdy Antonina wychodziła z łazienki. – Może pojedziemy do lekarza? – zaproponowała w lutym, gdy minął prawie rok. – Już dawno powinniśmy byli – mruknął Michał, nie odrywając wzroku od telefonu. Klinika pachniała chlorem i beznadzieją. Antonina siedziała w kolejce wśród kobiet o zgaszonym wzroku, przeglądała magazyn o szczęśliwym macierzyństwie i próbowała uwierzyć, iż to pomyłka. Z nią wszystko w porządku. Po prostu jeszcze nie miała szczęścia. Badania. USG. Znowu badania. Zabiegi. Nazwy procedur zlewały się w jeden niemający końca strumień zimnych leżanek i obojętnych twarzy pielęgniarek. – Szansa na naturalne poczęcie – jakieś pięć procent – powiedziała lekarka, zaglądając do dokumentacji. Antonina kiwała głową, notowała, zadawała pytania. A w środku wszystko zamarło. Leczenie zaczęła w marcu. A z nim przyszły zmiany. – Znowu płaczesz? – Michał stanął w drzwiach sypialni, bardziej zirytowany niż współczujący. – To hormony. – Trzeci miesiąc? Może już przestań udawać? Mam tego dosyć! Chciała wyjaśnić, iż tak działa terapia, potrzeba czasu, lekarze obiecywali wynik za pół roku – rok. Ale Michał już wychodził, trzaskając drzwiami. Pierwsze in vitro wyznaczono na jesień. Przez dwa tygodnie Antonina prawie nie wstawała z łóżka, bojąc się spłoszyć cud. – Negatywny – powiedziała sucho pielęgniarka przez telefon. Antonina osunęła się na korytarzu na podłogę i siedziała tam do wieczora, aż Michał wrócił. – Ile już na to wszystko wydaliśmy? – zapytał, zamiast „jak się czujesz?”. – Nie liczyłam. – Ja liczyłem. Prawie sto tysięcy. I co z tego mamy? Nie odpowiedziała. Odpowiedzi nie było… Druga próba. Michał teraz wracał po północy, pachniał cudzymi perfumami, ale Antonina nie pytała. Nie chciała wiedzieć. Znowu negatyw. – Może już starczy? – Michał siedział naprzeciwko niej w kuchni, obracając pusty kubek. – Ile można? – Lekarze mówią, iż trzecia próba często się udaje. – Lekarze mówią to, za co im płacą! Trzeci raz przechodziła niemal samotnie. Michał „zostawał dłużej w pracy” każdego wieczoru. Przyjaciółki przestały dzwonić – zmęczyły się pocieszaniem. Mama płakała przez telefon i lamentowała, iż taka młoda, taka ładna, za co to wszystko. Gdy pielęgniarka trzeci raz powiedziała „niestety”, Antonina już nie płakała. Łzy skończyły się gdzieś między drugą kuracją a kolejną awanturą o pieniądze. – Okłamałaś mnie! Michał stał pośrodku salonu, czerwony ze złości. – W jakim sensie okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż jesteś bezpłodna, a mimo to za mnie wyszłaś! – Nie wiedziałam! Diagnozę postawili rok po ślubie, byłeś ze mną u lekarza, kiedy… – Nie kłam! – ruszył w jej stronę, a Antonina cofnęła się odruchowo. – Wszystko ustawiłaś! Znalazłaś frajera, który cię poślubił, a potem – niespodzianka! Dzieci nie będzie! – Michał, proszę… – Dość! – złapał za wazę i rzucił o ścianę. – Zasługuję na normalną rodzinę! Z dziećmi! A nie to! Wskazał ją jak coś obrzydliwego, jak błąd natury. Awantury stały się codziennością. Michał wracał zły, milczał przez cały wieczór, a potem wybuchał o każdą drobnostkę: pilot nie na miejscu, przesolona zupa, zbyt głośno oddychasz. – Rozwiedziemy się – oznajmił pewnego ranka. – Co? Nie! Michał, możemy przecież adoptować dziecko, czytałam… – Nie chcę cudzego dziecka! Chcę swoje! I żonę, która je urodzi! – Daj mi jeszcze jedną szansę! Proszę. Kocham cię. – A ja już ciebie nie! Powiedział to spokojnie, patrząc jej w oczy. To bolało bardziej niż wszystkie wcześniejsze krzyki razem. – Pakuję się – oznajmił w piątek wieczorem. Antonina siedziała na kanapie owinięta w koc i patrzyła, jak wrzuca koszule do walizki. Ale nie potrafił pakować się w ciszy. – Odchodzę, bo jesteś pustakiem. Michał dobijał do końca. – Znajdę sobie normalną kobietę. Antonina milczała… Drzwi się zamknęły. W mieszkaniu zapadła cisza. I wtedy po raz pierwszy od wielu miesięcy naprawdę się rozpłakała – wyła w głos, aż ochrypła. Pierwsze tygodnie po rozwodzie zlały się w jedną szarą plamę. Antonina wstawała, piła herbatę, kładła się z powrotem. Czasem zapominała jeść. Czasem nie wiedziała, jaki jest dzień tygodnia. Przychodziły przyjaciółki, przynosiły jedzenie, sprzątały mieszkanie, próbowały rozmawiać – kiwała głową, ze wszystkim się zgadzała, a potem znowu otulała się kocem i patrzyła w sufit. Czas jednak mijał. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Pewnego ranka Antonina obudziła się z myślą: dosyć. Wstała, wzięła prysznic, wyrzuciła wszystkie leki z lodówki i zapisała się na siłownię. W pracy poprosiła o nowy projekt – trudny, na trzy miesiące, wymagający pełnego zaangażowania. W weekendy zaczęła jeździć na wycieczki, później choćby w krótkie podróże. Warszawa, Kraków, Gdańsk. Życie nie stanęło w miejscu. Damiana poznała w księgarni – oboje sięgnęli po ostatni egzemplarz nowego Stephena Kinga. – Proszę, pani pierwsza – uśmiechnął się, cofając się o krok. – A jeżeli ustąpię panu i zaprosi mnie pan na kawę? – palnęła niespodziewanie Antonina. Roześmiał się, a jej gdzieś w środku zrobiło się ciepło od tego śmiechu. Przy kawie opowiedział o Zosi – siedmioletniej córce, którą wychowuje sam od pięciu lat, odkąd jej mamy zabrakło. O tym, jak ciężko było na początku, jak Zosia w nocy wołała mamę, jak uczył się zaplatać warkocze z tutoriali na YouTube. – Jesteś dobrym ojcem – powiedziała Antonina. – Staram się. Nie chciała go okłamywać. Na trzecim spotkaniu, kiedy oboje już wiedzieli, iż to coś poważnego, wyznała wszystko. – Nie mogę mieć dzieci. Oficjalna diagnoza, trzy nieudane in vitro, mąż odszedł. jeżeli to dla ciebie ważne – lepiej powiedz teraz. Damian długo milczał. – Mam Zosię – powiedział w końcu. – Potrzebuję ciebie, choćby jeżeli nie będziemy mieli wspólnych dzieci. – Ale… – Dasz radę – przerwał jej. – Wiesz, moja mama miała podobną diagnozę. I co? Siedzę tu przed tobą. Cuda się zdarzają. Zosia zaakceptowała ją zaskakująco łatwo. Przy pierwszym spotkaniu patrzyła spode łba, odpowiadała zdawkowo, ale kiedy Antonina zapytała o jej ulubioną książkę, rozgadała się na pół godziny o Harrym Potterze. Na drugim spotkaniu sama wzięła ją za rękę. Na trzecim – poprosiła o „takie warkocze jak u Elzy”. – Podobasz jej się – stwierdził Damian. – Jeszcze nikogo tak gwałtownie nie zaakceptowała. Dwa lata zleciały niepostrzeżenie. Antonina przeprowadziła się do Damiana, nauczyła się smażyć naleśniki na soboty, znała na pamięć wszystkie odcinki „Psiego Patrolu” i odnalazła w sobie siłę, by znowu kochać. Tak naprawdę, bez lęku, bez czekania na cios. W sylwestrową noc, gdy zegar wybijał północ, Antonina wypowiedziała życzenie. Usta wyszeptały: „Chcę dziecka”. Od razu przestraszyła się własnych słów – po co rozdrapywać stare rany? – ale życzenie już poleciało w górę, gdzieś do gwiazd. Po miesiącu pojawiło się opóźnienie. – To niemożliwe – myślała Antonina, patrząc na dwie kreski na teście. – Uszkodzony test. Drugi test. Dwie kreski. Trzeci! Czwarty! Piąty! – Damianie – wyszła z łazienki na miękkich nogach. – Ja… chyba… sama nie wiem, jak to możliwe… Zrozumiał szybciej niż ona dokończyła. Podniósł ją na ręce, zakręcił po pokoju, całował w czubek głowy, w nos, w usta. – Wiedziałem! – powtarzał. – Mówiłem ci – dasz radę! Lekarze patrzyli na nią jak na zjawisko. Wyciągnęli stare karty, sprawdzili wyniki, zlecili nowe badania. – To niemożliwe – kręciła głową lekarka. – Z pani diagnozą… Przez dwadzieścia lat nie widziałam takiego przypadku. – Ale jestem w ciąży? – W ciąży. Ósmy tydzień. Wszystkie wyniki w normie. Antonina się zaśmiała. Cztery miesiące później przypadkiem spotkała kolegę Michała w supermarkecie. – Słyszałaś o Michale? – spytał, patrząc wymownie na jej ciążowy brzuch. – Trzeci raz się ożenił. I znowu nic. Z żadną mu nie wychodzi. – W sensie? – No, dzieci. Ani z drugą żoną, ani z trzecią. Lekarze mówią, iż u niego coś nie tak. Wyobrażasz to sobie? A on wszystko zwalał na ciebie. Antonina nie wiedziała, co powiedzieć. W środku nie poczuła nic – ani satysfakcji, ani żalu. Tylko pustka w miejscu, gdzie kiedyś było uczucie… …Syn urodził się w sierpniu, w słoneczny poranek. Zosia czekała z Damianem na korytarzu i stresowała się najbardziej. – Mogę go potrzymać? – zapytała, zaglądając do sali. – Ostrożnie – Antonina podała jej maleńką paczuszkę. – Trzymaj główkę. Zosia patrzyła na młodszego brata wielkimi oczami, po chwili podniosła wzrok na Antoninę. – Mamo, on zawsze będzie taki czerwony? Mamo… Antonina się rozpłakała, Damian przytulił je obie, Zosia zdezorientowana patrzyła raz na rodziców, raz na braciszka, nie rozumiejąc, czemu wszyscy płaczą. A Antonina pojęła najważniejszą lekcję. Czasem wystarczy obok adekwatna osoba, by uwierzyć w niemożliwe… A wy jak myślicie? Podzielcie się opinią w komentarzu i wesprzyjcie autora lajkiem!
Gdy Beata z Wrocławia dowiedziała się, iż jest w ciąży z nauczycielem angielskiego z Gwinei, jej rodzina przeżyła szok i martwiła się, iż związek z cudzoziemcem nie przetrwa — byli przekonani, iż zostanie samotną matką dziecka, które będzie się wyróżniać. Mimo wyjazdu męża do Afryki i późniejszych trudności kulturowych oraz klimatycznych, Beata nie zrezygnowała z miłości i przeniosła się z rodziną z powrotem do Polski, a mimo braku akceptacji bliskich planują zacząć nowe życie w Kanadzie, wierząc, iż tam spotkają więcej tolerancji.
Narodziny. Potrzeby kobiet, a polityka
Mój syn przez lata szukał idealnej żony i nigdy nie kwestionowałam jego wyborów. Gdy po trzydziestce poznał Agatę – kobietę, która wydawała się być spełnieniem jego marzeń – sądziłam, iż stworzą szczęśliwy związek. Na początku wszyscy byliśmy zachwyceni, wesele było perfekcyjne, a z jej rodziną gwałtownie złapaliśmy dobry kontakt. Niestety, już w pierwszym roku małżeństwa pojawiły się konflikty i mój syn coraz częściej wracał do domu z walizką. Gdy Agata oznajmiła, iż jest w ciąży, chciałam im tylko doradzić, ale sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej. W końcu doradziłam synowi rozwód, z myślą o jego szczęściu jako ojca – co gwałtownie zamieniło się w rodzinny dramat. Teraz zastanawiam się, czy nie zniszczyłam ich szans na wspólne życie, bo syn i synowa coraz bardziej się ode mnie oddalają, a ja wciąż nie wiem, czy postąpiłam adekwatnie.
Demograficzna katastrofa i propaganda Tuska
Pierwszy raz w małżeństwie w wieku 55 lat…
Bez odrobiny szczęścia nie byłoby prawdziwego szczęścia — Jak mogłaś do tego dopuścić, głupia dziewczyno! Kto cię teraz zechce, z dzieckiem u boku?! Jak je wychowasz?! Ja ci nie pomogę, zapamiętaj! Wychowałam cię, a teraz mam dźwigać twoje brzemię? Wynoś się z mojego domu, zabierz swoje rzeczy i żebym cię tu nie widziała! Marysia słuchała krzyków z oczami wbitymi w podłogę. Ostatnia nadzieja, iż ciotka pozwoli jej zostać chociaż do znalezienia pracy, właśnie gasła. — Gdyby mama żyła… Ojca nie znała, mama zmarła piętnaście lat temu, potrącona przez pijanego kierowcę na pasach. Władze chciały ją oddać do domu dziecka, gdy pojawiła się daleka krewna — kuzynka mamy. Przyjęła ją pod opiekę, mając dom i odpowiednią pensję na papierze. Mieszkały na obrzeżach miasteczka na południu Polski, gdzie latem bywało upalnie, a zimą deszczowo. Marysia nigdy nie chodziła głodna, zawsze czysta, nauczyła się pracy od najmłodszych lat — w domu z ogrodem i zwierzętami wiecznie było coś do zrobienia. Może brakowało jej matczynej miłości, ale kogo to obchodziło? Dobrze się uczyła. Po liceum dostała się na pedagogikę. Lata studiów minęły szybko, a teraz z dyplomem wracała w rodzinne strony. ale tym razem serce jej ciążyło. — Wynoś się natychmiast, nie chcę cię tu widzieć! — Ciociu Wierko, ale chociaż… — Mówiłam! Dziewczyna chwyciła walizkę i wyszła w skwar dnia. Jak to się stało, iż znalazła się w tej sytuacji? Upokorzona, odrzucona, z ledwie zaokrąglonym brzuszkiem — ale przyznała się do ciąży, nie umiała kłamać. Musiała znaleźć schronienie. Szedła ze spuszczoną głową, przytłoczona myślami, aż zatrzymał ją głos: — Chcesz wodę, dziecko? Postawna kobieta, na oko pięćdziesięcioletnia, spojrzała na nią badawczo. — Wejdź, jeżeli szukasz pokoju. Podała jej dzban zimnej wody. Marysia usiadła na ławce i łapczywie się napiła. — Mogę chwilkę zostać? Jest skwar… — Zostań, córciu. Skąd jesteś? Widzę, masz walizkę. — Skończyłam studia, szukam pracy w szkole. Ale nie mam gdzie mieszkać… Znasz może kogoś, kto wynajmuje? Kobieta miała na imię Róża. Spojrzała na nią: czysta, ale z cieniami pod oczami. — Możesz zamieszkać u mnie. kilka ci policzę, ale płatność na czas. jeżeli się zgadzasz, pokażę ci pokój. Ciesząc się z towarzystwa i dodatkowych pieniędzy w małym miasteczku, zaprowadziła ją do maleńkiego pokoju z oknem na sad. Łóżko, stary kredens, stół — wystarczy. W pierwszych dniach Marysia zadomowiła się i podjęła pracę. Zbliżyła się z Różą, pomagała w prowadzeniu gospodarstwa. Co wieczór piły herbatę pod winoroślą, rozmawiając o życiu. Ciąża przebiegała dobrze. Opowiedziała swoją historię: o Janie, chłopaku z uczelni, synu zamożnych nauczycieli, który porzucił ją, gdy tylko się dowiedział. Zostawił jej trochę pieniędzy — miały się przydać. — Dobrze, iż nie usunęłaś, mruknęła Róża. Niewinne dziecko przyniesie ci radość. W lutym zaczęły się bóle. Róża zawiozła ją do szpitala. Marysia urodziła zdrowego synka — Ilonka. Na sali słyszała o maleńkiej dziewczynce, której matka uciekła po porodzie. — Ktoś ją nakarmi? Jest bardzo słaba — spytała pielęgniarka. Marysia wzięła ją w ramiona. Maleństwo, białe jak śnieg. — Nazwę cię Kalinka — wyszeptała. Gdy kapitan Dawid Górski, ojciec dziewczynki, pojawił się w szpitalu, wszystko się zmieniło. W dniu wypisu czekał samochód z niebieskimi i różowymi balonami. Wojskowy pomógł jej wsiąść i wręczył dwa prezenty: niebieski i różowy. Całe miasteczko przez miesiące mówiło o weselu, które się odbyło. Kapitan, poruszony sercem dziewczyny, poprosił ją o rękę. I tak Marysia, z Ilonkiem na ręku i adoptowaną Kalinką, rozpoczęła nowe życie. Kto by pomyślał, iż upalny letni dzień i dzbanek wody mogą odmienić los tylu ludzi? Takie jest życie — przewraca strony, których jeszcze nie czytałeś.
Moja historia jest inna. Moja teściowa wiedziała, iż jej syn zdradza mnie z sąsiadką – i ukrywała to przede mną. Prawda wyszła na jaw, gdy sąsiadka zaszła w ciążę, a rodzina nie miała już jak dłużej tego ukrywać. Byliśmy małżeństwem sześć lat, wspólnie mieszkaliśmy i pracowaliśmy, nie mieliśmy dzieci. Wierzyłam, iż tworzymy rodzinę, choć nie byliśmy idealni. Prawie każdą niedzielę spędzaliśmy u jego rodziców – wspólnie jedliśmy obiad, rozmawialiśmy, pomagałam w kuchni i czułam się częścią tego domu. Nie wyobrażałam sobie, iż przy tym samym stole ludzie mogą patrzeć mi w oczy i ukrywać przede mną taką tajemnicę. Sąsiadka była blisko z jego rodziną, często wpadała bez zapowiedzi, zostawała na posiłki, bywała do późna. Nigdy niczego nie podejrzewałam – wychowano mnie w przekonaniu, iż rodzina ma swoje granice. Teściowa zawsze ją broniła, jeżeli ktoś rzucił uwagę – usprawiedliwiała, pomagała jej we wszystkim, a mój mąż zawsze był dla niej „na zawołanie”. Widziałam to, ale mówiłam sobie: „Nie będę myśleć źle, to głupoty”. Kilka miesięcy przed wybuchem dramatu zaczęłam czuć, iż coś się zmienia – mój mąż był coraz mniej obecny, mówił, iż jest u swoich, pomaga, pracuje. Nie sprawdzałam go, nigdy nie byłam z tych żon, co kontrolują i podejrzewają. Teściowa stała się inna – chłodniejsza, bardziej zdystansowana, mniej sympatyczna – nagle wydała mi się dziwnie winna. Pewnego dnia zadzwoniła ciotka mojego męża. Zaczęła od pytań o pracę i nasze życie, a potem… „Muszę cię o coś zapytać… Wy jeszcze mieszkacie razem? A nic nie wiesz o sąsiadce?” Zamarłam. „O czym pani mówi?” Odpowiedziała wprost: „Ona jest w ciąży – ojcem jest twój mąż. Już od miesięcy to wszyscy ukrywają”. Zszokowana czekałam na powrót męża – zapytałam wprost: „Od kiedy jesteś z sąsiadką?” Nie zaprzeczył – tylko spuścił głowę: „Nie było to zaplanowane… ponad rok”. Zapytałam, kto o tym wie – usłyszałam to, co zabolało najbardziej: „Moja mama wie od miesięcy”. Na drugi dzień poszłam do teściowej: „Dlaczego mi nie powiedziałaś?” Odpowiedziała spokojnie: „Chciałam uniknąć skandalu. Myślałam, iż on to załatwi z tobą”. Zrozumiałam: nigdy nie byłam chroniona, byłam „wygodna”. Cała rodzina mnie oszukała. Potem zaczęli się „wtrącać”, radzić: „Nie przesadzaj”, „nie rób awantury”, jakby problemem była moja reakcja. Podpisałam rozwód. Sąsiadka na chwilę wróciła do matki. Teściowa przestała się do mnie odzywać. Były mąż został ojcem jej dziecka. Ja zostałam sama. Nie tylko bez męża, ale i bez rodziny, którą myślałam, iż mam. Najgorsze było nie tylko to, iż mnie zdradził – to było zbiorowe zdradzenie. Podpisanie rozwodu było jak upadek – nie tylko przez zdradę męża, ale całą rodzinę. Przez sześć lat byłam w ich domu – gotowałam, pomagałam, śmiałam się, świętowałam. Myślałam, iż mnie kochają, a oni patrzyli mi w oczy… i milczeli. Wiedzieli. Ukrywali. A mnie nigdy nie chronili. Teściowa zdradzała mnie za każdym razem, gdy mnie obejmowała i mówiła „wszystko będzie dobrze”, a syn robił dziecko innej. Boli bardziej niż zdrada: Zdradę partnera można przeżyć. Zdradę całego „rodzinnego stołu”… już nie. ❓ Pytanie do Was: Jak myślicie, o ile rodzina partnera wie, iż jesteście oszukiwani i zdradzani, ale milczy – są współwinni, czy „to nie ich sprawa”? Jak zachowalibyście się na moim miejscu?
Przeczucie: Tajemnicze Znaki i Niewidzialne Ścieżki Życia
Pornografia a demografia
Powiedział, iż dzieci go męczą. I odszedł
Psychiatra potwierdza: około 90 procent szpitalnych aborcji w Polsce to „przesłanki psychiatryczne”
Ciotka w gościach, żona w łzach
Moja siostra każe mi się wyprowadzić z własnego mieszkania, bo spodziewa się dziecka. Czy to normalne, żeby tak się działo? Dawno temu mama i tata kupili dla mnie i mojej siostry dwupokojowe mieszkanie. Powiedzieli, iż kiedyś będziemy mogły je sprzedać i zamienić na dwa oddzielne kawalerki, żeby każda z nas miała swoje mieszkanie. Później moja siostra poznała chłopaka i wyszła za mąż. Spytała mnie, czy nie będzie mi przeszkadzać, jeżeli ona z mężem zamieszkają ze mną w naszym mieszkaniu. Zgodziłam się. Na początku wszystko było w porządku, aż siostra dowiedziała się, iż jest w ciąży. Od tego czasu ona i jej mąż chcą, żebym się wyprowadziła, a ich dziecko miało mój pokój. Powiedzcie, czy to normalne? Dlaczego miałabym to zrobić, skoro jestem współwłaścicielką połowy mieszkania? Studiuję, a mój dochód to tylko stypendium i praca na pół etatu. Dlaczego miałabym wynajmować mieszkanie? Moje zarobki na pewno nie wystarczą na czynsz. Na początku sugerowali, żebym się wyprowadziła, a potem zaczęli mówić o tym wprost. Moja siostra już planuje, gdzie stanie łóżeczko dla ich przyszłego dziecka i jak przemalują mój pokój. Mówi to tak, jakbym w nim od dawna nie mieszkała. Ale nie zamierzam się wyprowadzać, bo jestem współwłaścicielką mieszkania. Opowiedziałam o wszystkim rodzicom, a mama tylko zażartowała, iż to hormonów ciążowych wina i przejdzie jej. Prosiła, żebym nie zwracała uwagi na to, co mówi siostra. Ale jak mam to zignorować, skoro prawie codziennie czuję się wyrzucana z własnego domu? Mam wrażenie, iż jestem obca we własnym mieszkaniu, a siostra wcale nie chce zmienić zdania. Co powinnam teraz zrobić?
Skoki ciśnienia w ciąży. Dlaczego nie wolno ignorować takich objawów?
"Zapadniemy się finansowo bez rodzenia dzieci czy przez rodzenie?". Maja Staśko o porodach na SOR
Niski poziom testosteronu przyczyną męskiej niepłodności. Jak podnieść go naturalnie?
Z życia wzięte. "Młoda matka porzuciła dziecko w szpitalu": Lekarze nie dawali jej szans, ale jedna kobieta postanowiła o nią zawalczyć
Bez odrobiny szczęścia nie ma prawdziwego szczęścia — Odrzucona przez rodzinę, młoda nauczycielka Maricja z maleńkim dzieckiem u boku znajduje schronienie u serdecznej gospodyni, by po trudach i samotności odnaleźć rodzinę oraz miłość u boku kapitana polskiego wojska.
Rak Katarzyny Piekarskiej wrócił. "Politycy PiS obiecali się modlić o moje zdrowie"
WSZYSCY JĄ OCENIALIŚMY… Mila stała zapłakana w kościele już od kwadransa. Byłam zaskoczona jej widokiem: „Co ta lala tutaj robi?” – myślałam. Nigdy nie spodziewałam się spotkać jej właśnie w tym miejscu. Nie znałyśmy się bliżej, ale często ją widywałam — mieszkamy w jednym bloku, spacerujemy po tym samym parku. Ja z moimi czterema córkami, ona ze swoimi trzema psami. Wszyscy ją ocenialiśmy — ja, inne mamy, babcie na ławkach, sąsiedzi i pewnie choćby przechodnie. Zawsze była zjawiskowa, modnie ubrana, wyglądała na lekkoducha. — Znowu sobie faceta znalazła — komentowała babcia Krysia z ławki pod blokiem. — Już trzeci. — A bo ją stać, pieniędzy ma jak lodu — potakiwała jej koleżanka, babcia Jadzia, zazdroszcząc, gdy Mila z kolejnym adoratorem wsiadała do swojej drogiej toyoty. Syn Jadzi, 45-letni Władek, choćby na starego poloneza nie dorobił… — Lepiej by dzieci rodziła, zegar tyka — dogadywał im wieczny przeciwnik, dziadek Tolek. Ale w tej sprawie byli zgodni. Cała ławka czuła satysfakcję, gdy i ten facet od Mili „zniknął”. I wyciągali wnioski: „Bo latawica z niej, a w domu pewnie capi psami”. Najbardziej jednak drażniła nas — matki z dziećmi. My wykończone biegałyśmy za dziećmi po górkach, piaskownicach i śmietnikach, a ona beztrosko przechadzała się z „kundlami”, czasem z lekkim uśmiechem patrząc w naszą stronę. „Nanarodziłyście, to teraz macie”— zdawała się mówić spojrzeniem. — Od razu widać — bezdzietna z wyboru. Wszystkie takie są — twierdziła moja przyjaciółka Natalia, mama trzech chłopaków. — Bogate to mają swoje zachcianki — pieski, kotki, myszki — kiwała głową ciężarna z bliźniakami Kinga, ściągając z drzewa swoją starszą córkę urwisa. — Egoistka, nie chce się jej użerać, woli jeździć po świecie. Ja morza nie widziałam od siedmiu lat — wzdychała matka pięciorga, Basia. — Tak, tak, masz rację — przytakiwałam wszystkim, również tym babciom z podwórka, biegnąc ratować swoją płaczącą córeczkę. — Lepiej by dziecko urodziła zamiast hodować tyle kundli — powiedziała głośno pewnego razu jakaś babcia. — To nie wasza sprawa! — odparła ostro Mila, powstrzymując dalsze słowa i odchodząc z psami. — Bezczelna! — rzuciła za nią babcia. Patrzyłam jeszcze chwilę na płaczącą Milę i wyszłam z kościoła. — Proszę poczekać — usłyszałam nagle. Mila szła za mną przez kościelny dziedziniec. — To pani zawsze spaceruje z czterema dziewczynkami? — Tak… a pani z trzema psami. — Tak. Czy mogę z panią porozmawiać? Zawsze patrzę na panią i inne mamy — i podziwiam… — powiedziała, czerwieniąc się. — Pani?! — zdziwiłam się i prawie dodałam: „przecież wy to egoistki, lalunie i bezdzietne z wyboru!” Przypomniałam sobie jej „kpiące” spojrzenia… Tak się poznałyśmy. Usiadłyśmy na ławce. Mila mówiła, mówiła… i płakała. Potrzebowała się wygadać. Mila wychowywała się w kochającej rodzinie, zawsze marzyła o dzieciach. Wyszła za mąż z miłości, ale po dwóch obumarłych ciążach i diagnozie „bezpłodność” ukochany mąż gwałtownie zniknął. Z drugim było podobnie — długo się leczyła, a o mało nie umarła przez ciążę pozamaciczną. Trzeci facet zwiał, gdy tylko usłyszał o możliwym dziecku. Podobał mu się samochód Mili i jej zarobki, ale dzieci nie były w jego planach. — Oddałabym wszystko, żeby mieć dziecko! — Myślałam, iż pani kocha psy… — wypaliłam głupio. — Kocham. Ale to nie znaczy, iż nie kocham dzieci. Żeby nie czuć się samotna, najpierw przygarnęła Tepę. Potem znajomi poprosili, by przechowała Majka — został. Fenię Mila zabrała ze schroniska zimą. „Hoduje psy, zamiast dziecko urodzić” — przypomniałam sobie tę babcię. „Zegar tyka” — powtarzał dziadek Tolek. Czas leciał… Mila miała już 41 lat, choć wyglądała na góra trzydzieści. Postanowiła adoptować dziecko. Małe, duże — nieważne. Bardzo polubiła sześcioletniego Kubę. Albo raczej — to on ją. — Będziesz moją mamą? — zapytał. — Będę! — odpowiedziała. Ale Kuby nie dali — jego matka, chora psychicznie, nie miała odebranych praw. — To był dla mnie cios — wspominała. — Dziecko cierpi, a nie można nic zrobić… Potem pojawiła się czteroletnia Lenka. Już dwukrotnie adoptowana — i dwukrotnie oddana. Za bardzo była „żywiołowa”. Kiedy „druga mama” odprowadzała ją z powrotem do domu dziecka, Lena czołgała się za nią na kolanach, łapała za sukienkę i błagała: „Mamusiu, nie oddawaj mnie! Już będę grzeczna!”. Kiedy Mili ją przedstawiono, Lenka natychmiast zapytała: „A ty mnie też oddasz?” — Nie oddam! — wyszeptała przez łzy Mila. Z adopcją były znów jakieś trudności. Ale Mila nie chciała wchodzić w szczegóły. — To moja córka i będę o nią walczyć! Tego dnia poszła do kościoła pierwszy raz w życiu. — Już nie miałam dokąd… — powiedziała. Pojawił się ksiądz, długo rozmawiali. — Wszystko będzie dobrze! Z Bogiem! — usłyszałam, jak mówił ksiądz. A Mila się uśmiechnęła… Wracałyśmy do domu razem. — Pewnie pani myśli, iż jestem zarozumiała. A ja po prostu już nie mam siły tłumaczyć. Za dużo tego… Milczałam. Mila zaprosiła mnie z córkami do siebie — żeby pobawić się z psami. Zgodziłam się. I na pewno przyjdę, tylko… jeszcze nie dziś. A na razie jest mi po prostu cholernie wstyd… I ciągle myślę: „Skąd w nas tyle jadu? We mnie? Dlaczego tak łatwo nam oceniać innych po najgorszych pozorach?” I bardzo chciałabym, żeby u Mili — tej niezwykłej kobiety, którą wszyscy ocenialiśmy — wszystko w końcu się ułożyło. Żeby Lenka przytuliła ją najsilniej na świecie i powiedziała: „Mamusiu!” I wiedziała, iż już nigdy nikt jej nie odda. I żeby obok merdały ogonami uśmiechnięte pieski — Tepa, Majk i Feniuszka… A może zdarzy się cud i Mila znajdzie dobrego męża, a Lenka doczeka się brata lub siostrzyczki? Tak bywa, prawda? I żeby już nikt nigdy nie rzucił im żadnego złego słowa…
Cichutki poród, łzy młodej matki i decyzja o oddaniu dziecka: historia Lilki, studentki, która walczyła o przyszłość swojej córeczki wśród rodzinnych dramatów i wsparcia położnych
Odkryłam pamiętnik mojej matki. Po jego przeczytaniu pojęłam, dlaczego zawsze traktowała mnie inaczej niż moje rodzeństwo.
– Okłamałaś mnie! – wykrzyczał Michał, czerwony ze złości, stojąc na środku salonu. – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a jednak za mnie wyszłaś! Biała suknia, koronka na rękawach, Michał w eleganckim garniturze. Wszystko miało być jak w marzeniach młodej Antoniny: wielka miłość, ślub, dzieci. Wspólnie ustalili – troje, żeby było sprawiedliwie. Mama powtarzała przez łzy: „Za rok już będę niańczyć wnuki”. Antonina wierzyła. Gdy kolejne leczenie i próby in vitro okazały się bezskuteczne, a miłość wyparowało, Michał coraz częściej wracał zły, aż w końcu ogłosił koniec małżeństwa. Antonina została sama, zrozpaczona i bez nadziei, ale wraz z upływem czasu przyszedł nowy początek. Spotkała Piotra, samotnego ojca dziewczynki, która gwałtownie ją zaakceptowała. „Nie mogę mieć dzieci”, wyznała Antonina na trzeciej randce. Piotr uśmiechnął się: „Najważniejsze, iż jesteś ty. A cuda się zdarzają”. Gdy po dwóch latach zobaczyła wymarzone dwie kreski na teście ciążowym, lekarze mówili: „To niemożliwe”, a szczęście urodziło się w sierpniowe, słoneczne przedpołudnie. Dawny mąż trzy razy żonaty – przez cały czas bez dzieci. A Antonina zrozumiała, iż czasem wystarczy mieć adekwatnych ludzi obok siebie, by uwierzyć w niemożliwe… A Ty? Wierzysz, iż cuda się zdarzają? Podziel się swoją opinią w komentarzu i wesprzyj autorkę polubieniem!
Miłość moich marzeń porzucił dla mnie żonę, ale choćby nie przeczuwałam, jak wszystko obróci się przeciwko mnie.
Izby porodowe a czarne marsze. Dlaczego nie protestują?
WSZYSCY JĄ OSĄDZALIŚMY Mila stała w kościele i płakała – już od piętnastu minut. Byłam zaskoczona. „Co ta elegantka tu robi?” – myślałam. W życiu nie spodziewałabym się spotkać jej w takim miejscu. Nie znałam Mili osobiście, choć często ją widywałam. Mieszkamy w tym samym bloku i chodzimy do tego samego parku. Ja – z czwórką dzieci, ona – z trzema psami. Zawsze ją ocenialiśmy. My – matki z dziećmi, babcie na ławkach, sąsiedzi, a pewnie i przechodnie. Mila była piękna, modna, wyglądała na lekkoduchę i osobę pewną siebie. – No proszę, znowu zmieniła faceta – mruczała za nią babcia Janina spod klatki. – Trzeci już – przytakiwała z zazdrością babcia Halina, patrząc jak Mila wsiada z kolejnym kawalerem do drogiego auta. Syn Haliny, czterdziestopięcioletni Władek, nie dorobił się choćby starego poloneza. – Lepiej by dzieci rodziła, zegar tyka – zgadzał się z nimi dziadek Tadeusz, choć zwykle był ich przeciwnikiem. Potem cała ławka z satysfakcją plotkowała, iż i ten nowy Miły zniknął. I wyciągała głęboki wniosek: „Bo to latawica! A w domu pewnie śmierdzi psami!”. Ale najbardziej nie lubiłyśmy jej my – matki. Podczas gdy my biegałyśmy za rozbrykanymi maluchami po placu zabaw, ona spokojnie przechadzała się z „kundelkami”, z uśmiechem patrząc na nasze zmagania. – Od razu widać – bezdzietna z wyboru. One wszystkie takie – mówiła moja przyjaciółka Natalia, mama trzech chłopców. – Bogaci mają swoje fanaberie – pieski, kotki, chomiki – kiwała głową ciężarna z bliźniakami Ludka, ściągając z drzewa najstarszą córkę. – Egoistka, nie chce się przemęczać, woli zwiedzać świat. Ja morza od siedmiu lat nie widziałam – wzdychała matka piątki dzieci, Marina. – Tak, tak, tak – zgadzałam się ze wszystkimi. I biegłam uspokoić płaczącą Tosię. – Tyle psów w bloku! Lepiej by dzieci rodziła – rzuciła kiedyś głośno jakaś babcia z wnukiem. – To nie wasza sprawa! – obróciła się ostro Mila. Chciała coś dodać, ale poszła dalej. – Bezczelna – burknęła babcia. …Jeszcze chwilę patrzyłam na płaczącą Milę i wyszłam z kościoła. – Proszę zaczekać – usłyszałam nagle za sobą. Mila dogoniła mnie na placu kościelnym. – To pani chodzi do parku z czterema córkami? – Tak… A pani z trzema pieskami. – Tak. Czy mogę z panią porozmawiać? Wie pani, patrzę na panie z dziećmi i naprawdę zazdroszczę – powiedziała i aż się zarumieniła. Byłam zdumiona. Już miałam powiedzieć: „A nie jest pani bezdzietną egoistką i elegantką?”, ale przypomniałam sobie te „złośliwe” spojrzenia… Tak się poznałyśmy. Usiadłyśmy na ławce i Mila opowiadała. I płakała. Widać było, jak bardzo musi się komuś wygadać… Mila dorastała w kochającej rodzinie i zawsze marzyła o dzieciach. Wyszła za mąż z wielkiej miłości. Ale po dwóch poronieniach i wyroku „bezpłodność” mąż gwałtownie ją porzucił. Drugi odszedł z tego samego powodu, mimo długiego leczenia – Mila omal nie umarła podczas ciąży pozamacicznej. Potem pojawił się trzeci „kawaler” – ale i ten uciekł na wieść o ewentualnym dziecku. Podobał mu się jej samochód i zarobki, ale dzieci mu nie pasowały. – Oddałabym wszystko, żeby mieć choć jedno maleństwo! – Myślałam, iż pani woli psy – powiedziałam głupio. – Psy kocham, ale dzieci również… Żeby nie być samotną, Mila przygarnęła Teodora. Potem została na stałe z Mańkiem – miał być tylko na czas remontu sąsiadów. Fenka znalazła zimą na ulicy. „Tyle psów, a dzieci żadnych” – przypomniałam sobie słowa babci z wnukiem. „Zegar tyka” – szeptał wtedy dziadek Tadeusz. Zegar tykał – Mila miała już 41 lat, choć wyglądała na maksymalnie 30. Postanowiła więc adoptować dziecko. Zakochała się w sześcioletnim Kamilku: „Zostaniesz moją mamą?” – spytał chłopiec. „Oczywiście” – odpowiedziała. „Egoistka, nie chce komplikacji” – przypomniałam sobie narzekającą Marinę. Ale Kamila jej nie przyznali. Jego matka, chora na schizofrenię, formalnie nie miała odebranych praw. – To był cios – wspominała. Nie rozumiała, jak można patrzeć na cierpiące dziecko i nie pomagać. A potem poznała czteroletnią Lenę – już dwukrotnie zwracaną przez adopcyjnych rodziców. Gdy druga „mamusia” oddawała dziewczynkę do domu dziecka, Lena pełzała za nią i błagała: „Mamusiu, nie oddawaj mnie, proszę! Już będę grzeczna!” Kiedy Mila ją poznała, Lena zapytała: „Ty mnie też oddasz?”. „Nigdy!” – wykrztusiła przez łzy Mila. Przy adopcji Leny też pojawiły się problemy. Mila nie chciała zdradzać szczegółów. „Ale to moja córka i będę o nią walczyć!” Tego dnia Mila po raz pierwszy przyszła do kościoła. „Nie mam już dokąd pójść” – powiedziała. Przyszedł ksiądz, Mila długo z nim rozmawiała, coś notowała. – Wszystko będzie dobrze, z Bogiem! – powiedział. I Mila się uśmiechnęła… Wracałyśmy razem do domu. – Pewnie pani myślała, iż jestem wyniosła i zarozumiała – powiedziała Mila. – A ja już po prostu nie mam siły tłumaczyć się ludziom. Nie odpowiedziałam nic. Mila zaprosiła mnie i córki do siebie – „wpaść na zabawę z pieskami”. Zgodziłam się i na pewno kiedyś pójdę. Ale jeszcze nie dziś. Na razie jest mi po prostu bardzo wstyd. I nie mogę przestać myśleć: „Skąd tyle jadu w nas? Skąd we mnie? Czemu tak łatwo przypisujemy komuś najgorsze intencje?” I tak bardzo chciałabym, żeby Mila – ta niesamowita kobieta, którą wszyscy osądzaliśmy – była wreszcie szczęśliwa. Żeby Lena przytuliła ją i powiedziała: „Mamusiu!” – i wiedziała, iż już nikt nigdy jej nie odda. I żeby obok wesoło biegały cudowne psiaki – Teodor, Maniek i Fenka… A może wydarzy się cud i Mila znajdzie prawdziwego, dobrego męża, a Lena zyska braciszka albo siostrzyczkę. Tak przecież czasem bywa, prawda? I żeby już nigdy nikt nie powiedział o nich złego słowa… WSZYSCY JĄ OSĄDZALIŚMY – Historia Mili, „tej z trzema psami”, o której snuliśmy najgorsze domysły, dopóki nie poznałyśmy jej prawdziwej walki o dziecko i rodzinę
Cały rok wpłacaliśmy pieniądze dzieciom na spłatę kredytu! Ani złotówki więcej nie dostaną ode mnie!
„Anna jest młoda, jeszcze urodzi dzieci!” – tak obiecała. Ostatecznie jednak nikt nie chciał tego dziecka. Anna i Robert wychowali się w małym, prowincjonalnym miasteczku i chodzili razem do jednej klasy. Po maturze poszli na studia, a potem razem wyjechali do Warszawy szukać pracy. Wynajęli małe mieszkanie, znaleźli pracę i żyli bez ślubu. Gdy Anna zaszła w ciążę, Robert ją zostawił – nie miał planów na dziecko. Dziewczyna była załamana i postanowiła wrócić do rodzinnego domu, by samodzielnie wychować dziecko. Matka Roberta, posiadająca poważane stanowisko w ich mieście, rozpuściła plotki, iż Anna jest w ciąży z kimś innym, a to dziecko nie ma nic wspólnego z ich rodziną. Sytuację komplikował fakt, iż obie rodziny mieszkały w tej samej okolicy. Rodzinne gry. Wielu znajomych znało całą sytuację. Anna urodziła śliczną córeczkę. Nie miała żadnych pretensji do rodziny Roberta – młoda mama chciała po prostu wychować dziecko w spokoju. Ale matka Roberta nie ustępowała i ciągle powtarzała, iż to nie jest jej wnuczka. – Zerknijcie tylko na nią! – tłumaczyła kobieta. – Ma blond włosy, a wszyscy w naszej rodzinie mają ciemne. Nos ma zupełnie inny! My jesteśmy piękni, a dziecko jest brzydkie. Próbuje wejść do naszej rodziny. To wszystko złe zamiary! Anna miała już tego serdecznie dość i zaproponowała test ojcostwa dla uspokojenia matki Roberta. Po co to wszystko robiła? Wynik był natychmiastowy – matka Roberta od razu zaprosiła Annę w odwiedziny, by poznać wnuczkę. Dziewczyna otrzymała dla małej dużo pięknych i drogich rzeczy. Anna, żyjąca tylko z emerytury mamy, była bardzo zadowolona. Po pewnym czasie nowa babcia nalegała, by mogła zabrać wnuczkę do siebie na kilka dni. Anna jednak odmówiła, bo córka miała ledwie rok i była jeszcze zbyt mała na dłuższy wyjazd. Babcia się obraziła. Zagroziła Annie sądem o ustalenie kontaktów z wnuczką. Dodatkowo stwierdziła, iż dziewczynka znacznie lepiej rozwinie się u niej, gdzie są najlepsze warunki do wychowania dziecka. Sąd przecież weźmie pod uwagę, iż ojciec ma mieszkanie i „utrzymuje dziecko” (przedstawi zaświadczenie), a matka nie ma pracy i jest samotna. Według niej Anna jest bardzo młoda, jeszcze urodzi kolejne dzieci i lepiej, aby dobrowolnie oddała córkę babci. Przecież wszyscy sędziowie w mieście ją znają – nie trudno się domyślić, kto wygra. Anna zdecydowała się walczyć o prawo wychowywania córki. Kilka lat trwał sądowy spór. Dziewczynka, której początkowo tak unikano, stała się potem największą ukochaną i najbardziej pożądaną w rodzinie. Wpływowa rodzina znajdowała świadków, robiła zdjęcia, śledziła i skarżyła się. Anna musiała się ukrywać. Wydarzyło się bardzo wiele. Ale ostatecznie sprawy się uspokoiły. Robert się ożenił i miał syna. Babcia zajęła się nowo narodzonym. Córka Anny poszła do pierwszej klasy. Anna przeprowadziła się do Warszawy, ale często wracała do rodzinnego domu do mamy i córki. Tam poznała nowego mężczyznę. Jej mama namawiała ją, by ułożyła sobie życie. Obiecała, iż zaopiekuje się wnuczką przez jakiś czas. Anna miała zabrać córkę, gdy sytuacja się unormuje. Anna wyszła za mąż. Wynajęli razem mieszkanie i czekali na wspólne dziecko. Wszystko było w porządku. Ale Anna nie spieszyła się z zabraniem córki do siebie. Nie miała warunków. Jej nowy mąż nie był zainteresowany cudzym dzieckiem. Anna uznała, iż córce będzie lepiej z babcią. Tam miała przyjaciół i szkołę. Po urodzeniu się rodzeństwa, nie byłoby nikogo, kto by się nią zajął. Mama nie była sama, a córka miała opiekę. Ale starsza pani zaczęła chorować. Kilkakrotnie wzywano karetkę, była w szpitalu, leczyła się. Wnuczka wtedy mieszkała u sąsiadów-emerytów. Teraz wpływowa babcia zupełnie nie interesuje się losem wnuczki. Kiedy spotyka matkę Anny, tylko się uśmiecha: – Powinna mnie była posłuchać! Gdybyś od razu oddała mi dziewczynkę, wychowałabym ją jak własne dziecko! Chodziłaby do szkoły językowej, znałaby kilka języków, grałaby na pianinie. A tak – matka ją porzuciła. Kim zostanie, gdy dorośnie? Teraz ja opiekuję się swoim wnukiem! Będzie miał wszystko – najlepszą szkołę, najlepsze zajęcia! Ojciec nigdy nie wykazał zainteresowania losem córki. W rezultacie dziewczynka, o którą tak walczyli i procesowali się, okazała się nikomu niepotrzebna. Dziś nikt nie wie, jaka czeka ją przyszłość.
Obietnica Denis z pewnością prowadził samochód autostradą, obok siedział przyjaciel Krzysztof – właśnie wracali z delegacji do sąsiedniego miasta, szef wysłał ich na dwa dni w interesach. – Krzychu, ale świetnie nam poszło, kontrakt na ogromną sumę podpisany, szef będzie wniebowzięty – uśmiechał się Denis. – Zdecydowanie, mamy szczęście – przytaknął przyjaciel i kolega z biura. – Fajnie wracać do domu, kiedy ktoś na ciebie czeka – dodał Denis – moja Arleta jest w ciąży i skarży się na mdłości. Bardzo mi jej żal, ale tak bardzo wyczekiwaliśmy dziecka. Powiedziała, iż wszystko zniosie dla naszego maleństwa. – Dziecko to wielkie szczęście. U nas z Mariolką przez cały czas się nie udaje, nie może donosić ciąży. Szykujemy się do drugiego in vitro, pierwsze się nie powiodło – zwierzył się Krzysztof, związany z Mariolą od siedmiu lat, a dziecka dotąd nie było… Denis ożenił się późno, w wieku trzydziestu dwóch lat, przeżył różne znajomości, ale żadna nie była „tą jedyną”– aż poznał Arletę, zakochał się w niej bez pamięci, inne kobiety przestały się dla niego liczyć. Krzysztof poznał Arletę przez Denisa, był też świadkiem na ich ślubie. Trochę choćby mu zazdrościł – była piękna, delikatna… Każdy by się zakochał od razu. Jesienny deszczyk uderzał w szybę auta, wycieraczki pracowały od czasu do czasu, a przyjaciele rozmawiali i żartowali. Zadzwonił telefon Denisa – Arianka. – Cześć, Arianko, już wracamy, za jakieś dwie godziny będziemy. przez cały czas źle się czujesz? Niczego nie dźwigaj, wszystko zrobię, jak wrócę. Całuję, do zobaczenia, kochanie. Krzysztof słuchał, wyobrażał sobie czekającą na Denisa Arletę, sam pomyślał gorzko: „Moja Mariolka prawie nigdy nie martwi się o mnie. Uważa, iż jestem związany z nią na stałe. To zupełnie nie tak jak między Arletą a Denisem. U niej wszystko według planu – dom, praca…” Nagle Denis gwałtownie skręcił kierownicą – prosto na nich leciała ciężarówka. Zderzenie – w ostatniej chwili uspiał wjechać w słup od strony Denisa i wypadli z drogi. Krzysztof odzyskał przytomność, z rozciętym łukiem brwiowym i krwią na ręku, drzwi od jego strony były otwarte. Spojrzał na Denisa – ten się nie poruszał. Podbiegli ludzie, auta zatrzymywały się. Krzysztof leżał na mokrej trawie. Czekali na karetkę. Denisa wyciągnięto z samochodu, kładli go na noszach, wtedy Krzysztof pochylił się nad nim, słysząc szept: – Pomóż Arlecie… Obu zabrano do szpitala. Krzysztof miał złamaną rękę i mocne wstrząśnienie mózgu – był przytomny. Pytał wciąż personel medyczny: – A co z Denisem? Jak się czuje mój przyjaciel? Pielęgniarka przekazała mu w końcu tragiczne wieści: – Denis zmarł… Krzysztof był w głębokim szoku. Na pogrzebie nie był w stanie się pojawić. Mariolka potem opowiadała, jak mocno płakała żona Denisa nad trumną, nie mogła uwierzyć, nie miała siły stać przy grobie. Po wyjściu ze szpitala Krzysztof przyjechał z Mariolką na cmentarz, długo stali nad grobem przyjaciela, obiecując sobie w myślach: – Nie martw się, stary, nie zostawię Arlety, pomogę, jak prosiłeś… Dwa dni później pojechał do Arlety, zadzwonił do drzwi – a ta rozpłakała się na jego widok. – Jak mam żyć bez niego? Nie potrafię się pogodzić, iż już go nie będzie. – Obiecałem Denisowi, iż będę ci pomagać. Razem damy radę. Zadzwoń zawsze, kiedy czegoś potrzeba. Będę przychodzić. Czas mijał. Arleta trochę ochłonęła, bardzo bała się o ciąże, lekarz ostrzegał o ryzykach. Krzysztof odwiedzał ją dwa razy w tygodniu – zakupy, witaminy, czasem podwózka do przychodni, pomagał, kiedy tego rzeczywiście potrzebowała. – Krzysztof, aż mi głupio, iż się poświęcasz dla mnie… – Nie ma problemu, przecież obiecałem Denisowi. Krzysztof miał do Arlety mieszane uczucia – była kobietą jego marzeń, ale wiedział, iż sytuacja jest trudna. A kiedy Arleta przeżywała złe samopoczucie, Krzysztof z Mariolką znów przechodzili przez in vitro, kolejne rozczarowanie… Bezdziecie raniło ich coraz mocniej. Mariolka nie wiedziała, iż mąż pomaga Arlecie, on jej nie mówił. W telefonie Arleta była zapisana jako „Fundacja”, bo wiedział, iż żona mogłaby coś podejrzewać. Po kolejnej nieudanej próbie zajścia w ciążę, atmosfera w ich małżeństwie się zagęściła – Mariolka coraz częściej obwiniała Krzysztofa, on sam odpływał myślami. Mariolka zauważała, iż mąż dziwnie się zachowuje, bywa rozkojarzony, nerwowy, często gdzieś wychodzi. Choć o zdradzie nie myślała – w tej sferze wszystko było w porządku. Krzysztof czuł, iż w życiu prywatnym nie wszystko idzie dobrze, ale przynajmniej w pracy kończył duży projekt rozpoczęty z Denisem – i podpisał bardzo korzystny kontrakt. Arleta z rosnącym brzuchem była coraz bardziej bezradna. Rodzice daleko, poza Śląskiem, w mieście nie miała nikogo bliskiego. Zmagała się z migrenami, bolesnymi nogami, ale nie skarżyła się Krzysztofowi. Pewnego dnia, przyjeżdżając z zakupami, zastał ją na drabinie – wieszała nowe zasłony. – Wymyłam okno, powiesić nową firankę – powiedziała z uśmiechem. – Zejdź natychmiast! – stanowczo rzucił, patrząc na jej ciążowy brzuch – jakbyś spadła, to dziecko w niebezpieczeństwie, to nie żarty! Pomógł jej zejść, stali blisko siebie, czuł dreszcz… – Dziękuję, Krzysiu – ale zaraz pobiegła do łazienki, znowu mdłości. Krzysztof w duchu myślał: „Ciekawe, czy Denis tam, gdzie jest, widzi co się dzieje… Sam przecież prosił o pomoc.” Przy kolejnej okazji Arleta poprosiła: – Krzysztofie, pomożesz mi urządzić pokój dziecięcy? Potem już nie będę miała czasu. Znalazłam ładne tapety w sklepie. Krzysztof musiał zabrać się za remont. Nie mógł dopuścić, by ciężarna Arleta się przemęczała. Pomagali sobie – Arleta moralnie, Krzysztof technicznie. Pokój skończony. Krzysztof czuł się rozdarty: z jednej strony sfrustrowana żona, pogrążona w obsesji bezdzietności, z drugiej Arleta, której zbliżał się termin porodu. Czucie podpowiadało Mariolce, iż aby ocalić małżeństwo, musi zająć się czymś na poważnie. Pisała artykuły do magazynów, aż jeden z czołowych pism zaproponował jej własną rubrykę. Z euforią przyjęła ofertę, to była dobra odskocznia. Otrzymała solidny honorarium – wróciła do domu szczęśliwa, z torbą smakołyków i dwiema butelkami wina. – Co to, świętujemy? – zdziwił się Krzysztof wracający z pracy. – Tak, dostałam niezły przelew, trzeba uczcić. Czekałam na ten kontrakt miesiącami. Na stole rozłożyła przekąski i wino, w telewizji leciał ich ulubiony film. Zaczęli popijać wino. W tym momencie zadzwonił telefon Krzysztofa. Mariolka zajrzała mu przez ramię: widziała „Fundacja” na ekranie. Krzysztof gwałtownie wyszedł do kuchni. – Co się dzieje? – szepnął. – Przepraszam, Krzychu, chyba zaczynam rodzić… Wezwałam już karetkę. – Ale to przecież za wcześnie. – Siódmy miesiąc, zdarza się – słyszał ból w jej głosie. – Przyjadę do szpitala. gwałtownie się ubrał – żona patrzyła z niepokojem. – Wyjeżdżasz? – Tak – wymyślał na gwałtownie historię. – Szef zadzwonił w sprawie fundacji, muszę się spotkać, potem wyjaśnię. Wierz mi, to pilne… Ale Mariolka nie uwierzyła. – Jakiej fundacji, jaki szef? Krzysztof, coś kręcisz, dobrze cię znam… Krzysztof wybiegł z klatki, wsiadł do auta, pojechał do szpitala. Arleta była już pod opieką. Po dwóch godzinach dowiedział się – Arleta urodziła synka! Odetchnął z ulgą, wrócił do domu wyczerpany, myśląc: „Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.” Mariolka nie spała, przyjrzała mu się uważnie – widziała, iż jest zmęczony i rozbity. – Ta twoja fundacja tak cię wykończyła? – zapytała złośliwie. Krzysztof ciężko opadł na kanapę, ubrany. – Tak, Mariola… Arleta właśnie urodziła syna, obiecałem Denisowi, iż będę jej pomagał. Jest zupełnie sama – powiedział szczerze. – Rozumiem wszystko… – powiedziała cicho żona – a teraz zacznie się nowy etap – będziesz pomagać Arlecie z niemowlakiem, prawda? – Tak – potwierdził. – Wiesz co… Ty mnie znasz, nie zaakceptuję tego, iż będziesz marnować czas na obce dziecko, gdy my sami go nigdy nie będziemy mieć. Składam pozew o rozwód. Może spotkam kogoś i uda mi się urodzić. Krzysztof zaskoczony uniósł wzrok, rozumiał – żona obwinia go za ich bezdzietność. – To twoje prawo, Mariola. Nie będę się tłumaczył. Muszę pomagać Arlecie i dziecku. Czas płynął. Mariolka wniosła pozew, Krzysztof odszedł do Arlety, wspierał ją i małego Daniego. Po pewnym czasie pobrali się, a po dwóch latach urodziła się im córeczka. Dziękuję za przeczytanie, za obserwowanie oraz wsparcie. Życzę Ci dużo szczęścia!
Ciotka w gościnie, żona w łzach
Ponad 3 mln zł rocznie za prowadzenie pokoju narodzin
Sam już jakoś sobie poradzisz
Halina wróciła z zakupów i zaczęła rozpakowywać produkty z siatek. Nagle usłyszała dziwne odgłosy z pokoju syna i synowej – postanowiła sprawdzić. – Walu, dokąd się pakujesz? – zdziwiła się Halina, widząc, iż synowa pakuje rzeczy do walizek. – Wyjeżdżam stąd! – zapłakana odpowiedziała Walentyna i bez słowa podała jej list. Halina otworzyła go i zamarła po przeczytaniu Jan przywiózł świeżo poślubioną Walentynę do swojego rodzinnego domu na wsi. Mama Halina się ucieszyła – syn wreszcie, po trzydziestce się ożenił. Wreszcie pomoc na starość! Dom mieli pełną parą – ojciec już nie żył, zostawił murowany dom i duże gospodarstwo. Syn był jedynakiem, Halina nie mogła urodzić drugiego, potem już zupełnie nie mogła zajść w ciążę – ciężka praca na wsi zrobiła swoje. Po śmierci męża Halina wszystko ogarniała sama, traktorem jeździła, w polu pracowała. Walentyna była młoda, może o dziesięć lat młodsza od Jana, krucha i cicha – Halina od razu ją polubiła. Wspierały się jak matka z córką. Walentyna gwałtownie zaczęła mówić do teściowej: mamo. Wszyscy na wsi zazdrościli Walentynie – wyszła za bogatego i zaradnego chłopa. Inne dziewczyny oglądały się za Janem, ale on wolał dom i rodzinę. Urodzili się dwaj synowie i córka. Gdy najmłodsza miała pięć lat, a najstarszy dziesięć, Jan postanowił wyjechać do miasta na zarobek. – Nie wystarcza ci? – dziwiła się Halina, – przecież mamy wszystko: dwie wasze pensje, moja emerytura, a gospodarstwo? Ja już niedomagam. – Mam dość gospodarstwa! – odparł Jan. – Pojadę, dzieci do miasta przeprowadzę — tam lepsza przyszłość. Dom trzeba sprzedać. – Ale tu szkoła pod nosem! – próbowała przekonać go Walentyna. – Ty miejska, dobrze ci będzie w mieście. Walentyna była sierotą z domu dziecka, trochę bała się zmiany. – A twoja mama? – próbowała go jeszcze odwlec. Jan wyjechał. Pisał listy, raz na pół roku przyjeżdżał z prezentami, znowu na pół roku znikał. Ale plotki po wsi krążyły – iż Jan mieszka gdzieś u bogatej kobiety. Halina nie mówiła nic Walentynie. Wszystko wyszło na jaw, gdy Walentyna wręczyła Halinie list: „Walentyna, wybacz, ale mam kogoś innego. Dom po mamie będzie mój. Nie trać czasu, wyjedź, zadbaj o dzieci. Tu masz na start, dalej radź sobie sama. – Jan.” – Wyjechał to niech żyje — powiedziała Halina. – Nie pozwolę was wyrzucić, nie oddam dzieci po kątach. Jesteście u siebie! Lata mijały, gospodarstwo rosło, dzieci dorosły. Jan nagle wrócił z nową żoną, w nowym aucie. Chciał przekonać matkę, by sprzedała dom i ziemię, a Walentyne z dziećmi wysłać do miasta. Halina się nie zgodziła. Zdziwiony Jan zobaczył, iż dzieci wyrosły — syn już na traktorze orał ziemię, córka bawiła się ze zwierzętami. Gdy tylko chciał ich przytulić, podeszli obojętnie. – Zdradziłeś nas – powiedział syn. Jan: – Gdzie mama dzieci? Halina: – Jeszcze nie wróciła z pracy. A wy tu po co przyjechaliście? Jan: – Przyjechaliśmy po ciebie, mamo. Halina: – Myślałam, iż po dzieci. Ja tu gospodarzem nie jestem, decyzja nie moja. Walentyna wróciła z pracy, piękna, zadbana – Jan zaniemówił: nie poznał własnej żony. Goście wyszli z niczym. Po latach Jan przyszedł znów – chciał wrócić do rodzinnego domu, został sam. Walentyna wyjęła dokumenty – dom Halina przepisała jej, jeszcze tego samego roku, gdy Jan napisał list pożegnalny. Jan stał bez słowa, Walentyna nie zamierzała go zatrzymywać. Miała swoje życie, dzieci, wnuki.
Szokująca propozycja: Nieznajoma odwiedza szefową, szantażuje ją ciążą z jej mężem i żąda trzech milionów złotych za milczenie – historia walki o rodzinę, zdrady, dramatycznych wyborów i niezwykłego daru losu w polskich realiach
Warto być w ciąży jak najwięcej razy? Nowe badanie pokazało, co dzięki temu zyskuje kobieta
Porzucił mnie i nasze nowonarodzone bliźnięta dla swojej bogatej matki, a potem pewnej nocy włączył telewizor i zobaczył coś, czego nigdy się nie spodziewał. Mój mąż zostawił mnie i nasze nowo narodzone bliźniaki, bo jego wpływowa matka kazała mu to zrobić. Mam na imię Katarzyna Nowakowska, mam trzydzieści dwa lata i pochodzę z Warszawy. Trzy lata temu wyszłam za Marka Radzikowskiego — ambitnego, czarującego mężczyznę, który zawsze słuchał swojej matki, Gabrieli Radzikowskiej, znanej wszystkim z ogromnej fortuny i wpływów. Nigdy mnie nie zaakceptowała. Według niej nie pochodzę z odpowiedniej rodziny i nie skończyłam adekwatnych szkół. Gdy zaszłam w ciążę z bliźniakami — jej niechęć zmieniła się w zimną wrogość. Powiedziała Markowi, iż dzieci skomplikują jego życie, odziedziczenie firmy i miejsce w zarządzie. Marek nie zaprotestował. Kilka dni po porodzie byłam już sama w domu z dwojgiem nowo narodzonych dzieci i prawdą, której bardzo nie chciałam poznać: mój mąż wybrał pieniądze oraz wpływy matki zamiast własnej rodziny. Przetrwałam, choć nie było łatwo. Rozpoczęłam pracę jako freelancerka, opiekując się jednocześnie dziećmi i walcząc z codziennością. W końcu stworzyłam MorganCare — sieć żłobków, która bardzo gwałtownie rozwinęła się z Warszawy na całą Polskę. Dwa lata później Marek przypadkiem zobaczył mnie w ogólnopolskiej telewizji z bliźniakami na rękach. Pasek pod moim imieniem głosił: „Porzucona matka bliźniąt tworzy ogólnopolską sieć opieki nad dziećmi”. Pierwszy telefon wykonał do matki. Gabriela Radzikowska była wściekła. Próbowała mnie uciszyć pieniędzmi i groźbami. Nie zgodziłam się. W końcu to ja kontrolowałam własną historię. Marek, pod naciskiem opinii publicznej, wniósł o możliwość widzeń z dziećmi tylko po to, by poprawić własny image. Bliźniaki nigdy go nie znały, a prezenty, które im wysyłał, oddaliśmy na cele charytatywne. Dziś MorganCare to ogólnopolska marka, a moje dzieci rosną silne i szczęśliwe. Ludzie myślą, iż bogactwo daje ochronę. Tak naprawdę daje ją tylko uczciwość i niezłomność. Porzucił mnie i dzieci dla bogatej matki, ale nigdy nie wierzył, iż sobie bez nich poradzę — aż do dnia, kiedy zobaczył w telewizji, ile osiągnęliśmy.
WSZYSCY JĄ OSĄDZALIŚMY Mila stała zapłakana w kościele już od piętnastu minut. Byłam zaskoczona jej widokiem: „Co tu robi ta elegantka?” — pomyślałam. Z Milą się nie znałyśmy, ale często ją widywałam — mieszkałyśmy w jednym bloku, ona spacerowała z trzema psami po naszym parku, a ja z czwórką dzieci. Zawsze ją ocenialiśmy — ja, inne mamy, babcie na ławeczkach, sąsiedzi, choćby przypadkowi przechodnie. Mila była piękna, zawsze modnie ubrana, wyglądała na pewną siebie i beztroską. — Znów zmieniła faceta — mruczała pani Nina spod klatki. — Już trzeciego — przytakiwała jej koleżanka, pani Basia, zazdrosnym wzrokiem śledząc jak Mila z nowym wybrankiem wsiada do drogiego auta. — Lepiej by dzieci rodziła, bo czas ucieka — dołączał pan Tadeusz, choć zwykle z babciami się nie zgadzał, w tej sprawie byli razem. Tymczasem Mili kolejny adorator także zniknął. I wtedy wszyscy zgodnie komentowali: „Bo to lekkomyślna, a w domu pewnie śmierdzi psami!”. My, matki z dziećmi, nie lubiłyśmy jej najbardziej. Gdy z trudem ogarniałyśmy pociechy na placu zabaw, ona szła dumnie z psami, rzucając naszym gromadkom lekceważące spojrzenia. — Typowa singielka, samolubka — mówiła moja koleżanka Natalia, mama trzech chłopców. — Bogaci mają dziwactwa — psiaki, kotki, zamiast dzieci — dorzucała ciężarna z bliźniakami Angelika, usiłując zdjąć córkę z drzewa. — Nie chce się poświęcać, woli podróże. A ja morza nie widziałam od siedmiu lat — wzdychała Marysia, matka pięciorga. Ja ze wszystkimi się zgadzałam. I biegłam ratować kolejną rozbitą kolanem córkę. — Psy sobie sprowadziła, a dziecka nie urodzi — rzuciła kiedyś głośno starsza pani z wnukiem. — To nie wasza sprawa! — odcięła się Mila, choć widać było, iż z trudem powstrzymuje łzy. — Bezczelna — zasyczała za nią babcia. Jeszcze chwilę patrzyłam na płaczącą Milę w kościele, po czym wyszłam… — Zaczekaj! — usłyszałam za sobą. To była Mila. — To pani zawsze chodzi z czterema dziewczynkami po parku? — Tak… A pani z trzema psami. — Czy mogłabym z panią porozmawiać…? Często podziwiam panią i inne mamy… — wyszeptała, rumieniąc się. Byłam zaskoczona. Myślałam: „Ty? Egoistka, singielka, elegantka!”… Usiadłyśmy na ławce. Mila opowiedziała swoją historię, całą w łzach. Dorastała w kochającej rodzinie, marzyła o dzieciach. Jej wymarzony mąż odszedł po dwóch poronieniach i diagnozie „bezpłodność”. Drugi także ją zostawił. Po następnej ciąży pozamacicznej omal nie umarła. Trzeci zniknął, kiedy usłyszał, iż może zostać ojcem — bardziej cenił auto Mili niż możliwość bycia rodziną. — Oddałabym wszystko za dziecko… — Myślałam, iż kocha pani psy — szepnęłam. — Kocham. Ale jeszcze bardziej pragnęłam być mamą. Dla samotności wzięła Tepę. Potem poproszono ją o opiekę nad Majkiem, a Fenię zabrała z ulicy. Jednak w końcu, mając czterdzieści jeden lat, postanowiła adoptować dziecko z domu dziecka. Małego, dużego — nieważne. Najpierw polubił ją sześcioletni Kubuś. „Będziesz moją mamą?” — spytał. „Będę!” — odpowiedziała. Ale nie udało się — matka chłopca, chora, nie straciła praw rodzicielskich. Potem pojawiła się czteroletnia Lenka, którą już dwukrotnie zwrócono. „Ty mnie też oddasz?” — spytała. „Nie oddam!” — powiedziała Mila przez łzy. Ale i tu pojawiły się trudności formalne. Wtedy po raz pierwszy w życiu przyszła do kościoła. Proboszcz długo z nią rozmawiał. „Będzie dobrze! Z Bogiem!” — powiedział. Wracałyśmy razem. — Myśli pani, iż jestem dumna i wyniosła. A ja po prostu już nie mam siły wszystkiego tłumaczyć — szepnęła Mila. Nie odpowiedziałam. Mila zaprosiła mnie z dziećmi na wizytę do niej, żeby pobawić się z psami. Obiecałam, iż przyjdziemy. Ale najpierw musiałam zrozumieć sama siebie… Wstyd mi było okrutnie. Ciągle myślę: „Skąd w nas tyle niechęci? Skąd we mnie tyle zła? Czemu tak łatwo oceniamy najgorzej?”. Marzę dziś, by u Mili, tej niesamowitej kobiety, którą wszyscy osądzali, wreszcie wszystko się poukładało. By Lenka ją objęła i powiedziała: „Mamo!” — i wiedziała, iż już nigdy jej nikt nie odda. A obok niech radośnie hasają wesołe psy: Tepa, Majk i Fenią… Może choćby zdarzy się cud i Mila znajdzie dobrego męża, a Lenka doczeka się rodzeństwa. Oby już nikt nigdy nie rzucił w nich złego słowa…