Ciąża

Jeszcze jedna pociecha: nowe wyzwania rodzicielstwa w Polsce
Szczęście, szantaż i tajemnice: Gdy do biura szefowej firmy, pani Świetłany Andriejewnej, przychodzi młoda dziewczyna z propozycją nie do odrzucenia – za milczenie o ciąży z mężem Świetłany żąda trzech milionów złotych, grożąc wyjawieniem zdrady i rozbiciem rodziny bezdzietnej bizneswoman. Niezwykła propozycja, trudny wybór i szokujące odkrycie, które na zawsze zmieni losy małżeństwa Świetłany i Konstantego…
Brawo, Franek! W nocy mąż przy mnie, a za dnia u byłej żony – czy nasza rodzina ma szansę w polskiej rzeczywistości?
Syn nie jest gotowy zostać ojcem… „Latawica! Niewdzięczna świnia!” — wrzeszczała matka na córkę Natalię, ile sił w gardle. Zaokrąglony brzuszek Natalii wcale nie powstrzymywał matczynej złości — przeciwnie, tylko ją podsycał. — Wynoś się z domu i nie wracaj! Nie chcę cię już więcej widzieć! Matka naprawdę wyrzuciła ją z domu. Już wcześniej wyganiała ją z różnych powodów, ale tym razem, za to iż „zaszła”, powiedziała jasno: nie wracaj, chyba iż wszystko się poukłada. Zalewając się łzami, z małą walizką, Natalia przyczołgała się do ukochanego – zdezorientowanego chłopaka. Okazało się, iż Nazar choćby nie powiedział rodzicom, iż Natalia od niego zaszła w ciążę. Matka Nazara od razu spytała, czy nie pozostało za późno, by coś z tym zrobić. Oczywiście było już za późno — brzuch był dobrze widoczny. Natalia była w tak szokującym stanie, iż była gotowa zrobić wszystko, byle tylko ktoś jej pomógł. Choć miesiąc wcześniej stanowczo sprzeciwiała się maminych sugestiom, teraz męczyła ją rozpacz i strach o przyszłość. — Mój syn nie jest gotowy zostać ojcem — powiedziała stanowczo matka Nazara. — Jest młody, zmarnujesz mu życie. Oczywiście pomożemy ci, na ile możemy. Na razie poprosiłam znajomą, żeby załatwiła ci miejsce w ośrodku dla takich jak ty – niechcianych ciężarnych dziewczyn. W ośrodku Natalia otrzymała pokój. Tam wreszcie mogła odetchnąć, uspokoić się i porządnie odpocząć. Nikt jej nie nękał, do porodu przygotowywano ją zarówno psychicznie, jak i fizycznie; pracował z nią psycholog. Gdy w końcu położyli jej na ręce mały kłębuszek z dzieciątkiem, Natalia się przeraziła, ogarnęła ją panika. Gdy doszła do siebie, zaczęła przyglądać się i poznawać to niecodzienne cudo — swoją małą córeczkę. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, ale zamiast dobrej nowiny, Natalię uprzedzono — powinna szukać nowego schronienia, bo na jej miejsce czeka już kolejna potrzebująca. Z malutką Ewą na rękach, mającą zaledwie miesiąc, Natalia siedziała w swoim pokoju i zastanawiała się, jak dalej żyć — skąd wziąć pieniądze, do kogo zwrócić się o nocleg. Serce matki Natalii pozostało nieczułe, nie chciała choćby spojrzeć na wnuczkę, wykreśliła je obie ze swojego życia. — Popatrz mała, jaki mamy smutny ten Wigilijny wieczór… — szepnęła Natalia do córeczki. Zawsze bardzo kochała ten czas. Od dziecka chodziła z kolędą, znała wszystkie kolędy, o tej porze roku potrafiła nieźle zarobić, bo odwiedzała całe osiedla razem z dzieciakami z podwórka. Bardzo zatęskniła do tego uczucia — chodzić od drzwi do drzwi, śpiewać kolędy, poczuć atmosferę świąt. „A czemu by nie?” — pomyślała młoda mama. — Dziecko mam ciche i spokojne, owinę ją, przyczepię do siebie i pójdę, pośpiewam, poczuję ulgę. A kto mi nie otworzy – trudno, trudno. Następnego dnia po Wigilii Natalia wybrała na kolędowanie spokojną, prywatną dzielnicę. Jak przypuszczała, otwierano jej niechętnie — wszyscy czekali tradycyjnie na chłopców. Jednak czasami udawało się wejść do środka; wtedy Natalia śpiewała kolędy tak pięknie i szczerze, iż gospodarze hojnie ją wynagradzali — nie tylko pieniędzmi, ale i smakołykami. A zwłaszcza, wzruszając się na widok jej niemowlęcia. Ludzie rozumieli, iż kobieta z dzieckiem nie kolęduje z dobrego losu. Chodzenie od domu do domu nie było łatwe. „Jeszcze tylko tamta willa i wracam. Bogaci ludzie, może trafi się coś ekstra” — pomyślała zadowolona Natalia. W kieszeni miała już całkiem pokaźną sumę, co dawało jej upragniony spokój. — Można zakolędować? — zapytała, gdy gospodarz zaprosił ją do środka. Dalsze zachowanie mężczyzny zaskoczyło Natalię. Gdy tylko weszła, wpatrzył się w jej twarz, potem przeniósł wzrok na dziecko. Zbladł, zatoczył się i niepewnie opadł na kanapę. — Nadzieja? — szepnął. — Słucham?… Nie, ja jestem Natalia… Musiał pan mnie z kimś pomylić. — Natalia?… Jesteś bardzo podobna do mojej żony… I ta dziewczynka. Też miałem kiedyś taką córkę… Ale zginęły… Wypadek samochodowy. Niedawno śniło mi się, iż żona i córka wracają… A teraz pani… czy to możliwe? — Ja… nie wiem, co powiedzieć… — Proszę, proszę, niech pani usiądzie! Proszę opowiedzieć swoją historię… Natalia najpierw się przestraszyła nieznajomego, był zbyt emocjonalny. Ale stwierdziła, iż nie ma i tak dokąd pójść. Weszła do dużego, przestronnego pokoju, gdzie mieszkał samotny mężczyzna. Natychmiast zauważyła na ścianie zdjęcie kobiety z dzieckiem — rzeczywiście zmarła żona była do niej bardzo podobna… I wtedy Natalia zaczęła opowiadać swoją historię życia. Mówiła bez przerwy, opisując wszystko z detalami. Wreszcie trafił się ktoś, kto chciał jej słuchać. Mężczyzna milczał, tylko słuchał, łapał każde słowo. Co jakiś czas zerkał na dziecko, które spało słodko i uśmiechało się przez sen. Jakby czuło, iż właśnie wróciło do domu, który już niedługo stanie się naprawdę ich domem…
Syn nie chce być ojcem… „Ladacznica! Niewdzięczna świnia!” – wrzeszczała matka na córkę Natalię, ile sił w płucach. Zaokrąglony brzuszek córki tylko wzmagał matczyną złość, zamiast ją hamować. – Wynoś się z domu i nie wracaj! Nie chcę cię więcej widzieć! Rzeczywiście matka wyrzuciła ją z domu. Często już wcześniej karała ją w ten sposób. A teraz, gdy dowiedziała się o ciąży, oznajmiła, iż nie ma już powrotu, chyba iż „wszystko się skończy”. Zalana łzami, z małą walizką, Natalia powlokła się do ukochanego – nieco zagubionego chłopaka. Okazało się, iż Nazar choćby nie przyznał się rodzicom, iż to on jest ojcem dziecka Natalii. Mama Nazara spytała prosto z mostu, czy nie jest za późno na „załatwienie sprawy”. Oczywiście, już było za późno – brzuszek był wyraźnie widoczny. Natalia znajdowała się w szoku, była gotowa na wszystko – byleby tylko ktoś jej pomógł. Jeszcze miesiąc wcześniej stanowczo sprzeciwiała się matki pomysłom, teraz rozpaczliwie bała się o przyszłość. – Mój syn nie nadaje się na ojca – oznajmiła stanowczo matka Nazara. – Jest młody, zmarnujesz mu życie. Oczywiście, pomożemy jak możemy. Teraz załatwiłam ci miejsce w ośrodku dla takich jak ty – niepotrzebnych nikomu ciężarnych głupich dziewcząt. W ośrodku Natalia dostała własny pokoik. Tam wreszcie mogła odpocząć, uspokoić się, przygotować się do porodu. Miała wsparcie psychologa, nikt jej nie dokuczał. Gdy urodziła dziecko i położono maleńką córeczkę Ewę w jej ramionach, Natalia poczuła przerażenie i panikę. Potem, kiedy doszła do siebie, powoli zaczęła poznawać – kim była to cudowna istotka. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, a zamiast euforii Natalię ostrzeżono – musi szukać nowego lokum, już czeka kolejna dziewczyna. Z miesięczną Ewą na rękach Natalia siedziała w swoim pokoiku i nie wiedziała, co dalej. Brak pieniędzy, brak dachu nad głową. Serca matki Natalii nie poruszyło ani ziarnko współczucia, nie chciała choćby zobaczyć wnuczki, wyrzuciła z pamięci je obie. – Popatrz, malutka, jaki smutny ten nasz Wigilijny wieczór… – powiedziała do córeczki Natalia. Tak bardzo kochała ten czas! Od dziecka biegała po kolędzie, znała wszystkie kolędy na pamięć i zawsze zarabiała wtedy sporo, odwiedzając całe osiedla z ekipą podwórkowych kolegów. Bardzo chciała choć przez chwilę poczuć tamtą magię: pójść z domu do domu, kolędować i poczuć prawdziwą świąteczną atmosferę. „A może by tak spróbować?” – pomyślała Natalia. – Dziecko spokojne, opatulić ją dobrze, przyczepić do siebie, poprosić ludzi o chwilę uwagi… A co, jak nie otworzą? Trudno, mówi się trudno. Następnego dnia Natalia wybrała spokojną dzielnicę domków jednorodzinnych. Jak przeczuwała, niechętnie otwierano drzwi samotnej kolędniczce z dzieckiem. Ludzie spodziewali się raczej grup mężczyzn, jak nakazuje tradycja. Czasem jednak udawało jej się dostać do środka – śpiewała kolędy tak pięknie i szczerze, iż gospodarze obdarowywali ją hojnie nie tylko pieniędzmi, ale i łakociami. Szczególnie wzruszeni patrzyli na jej maleństwo. Każdy czuł, iż kobieta nie z własnej woli tu kolęduje… Przechodzenie od drzwi do drzwi nie było łatwe. „Jeszcze tylko tam do tej willi i koniec. Tam mieszkają pewnie bogacze – może dostanę prezent” – myślała Natalia. I rzeczywiście – w kieszeni miała już sporą sumkę, mogła chociaż na chwilę poczuć się spokojniej. – Pozwoli pan zakolędować? – powiedziała, gdy właściciel nieruchomości zaprosił ją do środka. Jednak jego dalsze zachowanie Natalię bardzo zdziwiło. Gdy ją wpuścił do domu, wpatrywał się w jej twarz, potem w dziecko. Zbladł, osłabł i niepewnie usiadł na kanapie. – Nadzieja? – wyszeptał. – Przepraszam? Nie, jestem Natalia… Chyba mnie pan z kimś pomylił. – Natalia? Tak bardzo przypominasz moją żonę… I to dziecko… dziewczynka? – Tak. – Miałem taką córeczkę… Ale zginęły… w wypadku samochodowym. Kilka dni temu śniłem, iż żona i córka wróciły… A tu pani… czy to możliwe? – Nie wiem, co powiedzieć… – Proszę wejść, proszę usiąść! Opowie mi pani swoją historię… Najpierw Natalia się wystraszyła dziwnie zachowującego się nieznajomego. Potem jednak doszła do wniosku, iż i tak nie ma dokąd iść. Weszła do przestronnego salonu, gdzie mieszkał samotnie mężczyzna. Od razu zobaczyła na ścianie zdjęcie kobiety z dzieckiem – żona rzeczywiście była do niej bardzo podobna… Zaczęła opowiadać swoją historię życia. Mówiła i nie mogła przestać, opisywała wszystko dokładnie. Wreszcie znalazł się ktoś, komu naprawdę na niej zależało. Mężczyzna słuchał uważnie, chłonął każde słowo i co chwilę zerkał na dziecko, które spało słodko, co i raz uśmiechając się przez sen. Było, jakby naprawdę poczuła się w domu. Syn nie gotów na ojcostwo… Natalia wyrzucona z domu w Wigilię. Z niemowlęciem kolęduje po Wrocławiu i znajduje schronienie u nieznajomego, który widzi w niej zmarłą żonę
W ciąży dziewczyna poprosiła mężczyznę o jałmużnę, a on ją zignorował. ale to, co zrobił chwilę później, zmieniło jej życie na zawsze
Sam sobie jakoś poradzisz
Szczęście czy szantaż? Nieoczekiwana propozycja młodej kobiety burzy spokój życia małżeństwa: Kiedy Kristina pojawia się w gabinecie pani dyrektor, twierdząc, iż jest w ciąży z jej mężem i żąda trzech milionów złotych za zniknięcie z ich życia, zaczyna się gra o wszystko – pieniądze, rodzinę, prawdę i przyszłość dziecka.
Ranking "gdzie rodzić" zaskakuje. W pierwszej trójce 2025 nie ma żadnego z dużych miast
Kolejne dziecko – nowy rozdział w rodzinie
Syn nie jest gotów zostać ojcem… „Latawica! Niewdzięczna świnia!” — wrzeszczała matka na córkę Natalię na cały dom. Zaokrąglony brzuszek córki tylko podsycał matczyną złość i rozgoryczenie. — Wynoś się z domu i nie wracaj! Żebym cię tu więcej nie widziała! Rzeczywiście, matka wyrzuciła ją z domu. Wcześniej też tak bywało, ale teraz, gdy dowiedziała się o ciąży, oświadczyła, iż Natalia może wrócić tylko, kiedy się „opamięta”. Zalewając się łzami i z niewielką walizką, Natalia poszła do ukochanego — zagubionego chłopaka. Okazało się, iż Nazar choćby nie wyznał rodzicom, iż Natalia spodziewa się jego dziecka. Mama Nazara zapytała od razu: czy nie jest za późno na jakieś rozwiązanie? Oczywiście było już za późno — brzuszek Natalia wyraźnie się zaokrąglił. Natalia była w szoku, gotowa zrobić wszystko, aby ktoś jej pomógł. Chociaż jeszcze miesiąc wcześniej sprzeciwiała się stanowczo pomysłom mamy, teraz ogarnęła ją rozpacz i lęk o przyszłość. — Mój syn nie jest gotów zostać ojcem — powiedziała stanowczo mama Nazara. — Jest młody, całe życie byś mu zmarnowała. Oczywiście, pomożemy, na ile możemy. Na razie załatwiłam ci miejsce w ośrodku dla ciężarnych samotnych dziewczyn. W ośrodku Natalia dostała mały pokoik. Tam wreszcie mogła odetchnąć, uspokoić się, odpocząć, korzystała ze wsparcia psychologa, przygotowywała się do porodu i życia jako matka. Gdy w końcu przytuliła do siebie maleńką córeczkę, ogarnął ją strach, a potem zaczęła rozpoznawać w sobie matczyny instynkt — z niedowierzaniem patrzyła na to maleńkie cudo. Nadchodziły Święta Bożego Narodzenia, ale zamiast radosnych wieści, Natalia została ostrzeżona: musisz szukać gdzieś miejsca dla siebie — twoje łóżko już na kogoś czeka. Z miesięczną Ewą na rękach Natalia siedziała w pokoiku i nie wiedziała, jak przeżyć — skąd wziąć pieniądze, gdzie nocować. Serce matki Natalii nie zmiękło, nie chciała ani spojrzeć na wnuczkę, wymazała je obie z życia. — No popatrz, maleńka, jaki smutny mamy dziś wigilijny wieczór… — powiedziała cicho Natalia do córki. Tak bardzo kochała te święta. Od dziecka kolędowała z rówieśnikami, znała wszystkie kolędy i zawsze w ten sposób zarabiała trochę pieniędzy, odwiedzając dom po domu po całej dzielnicy. Bardzo chciała poczuć znowu tamtą beztroską atmosferę. „A czemu by nie? — pomyślała. — Córeczka spokojna, otulę ją, przyczepię do siebie i pójdę śpiewać. Kto nie otworzy drzwi — trudno”. Następnego dnia po Wigilii Natalia wybrała się na kolędowanie po cichym osiedlu domków jednorodzinnych. Faktycznie, ludzie niechętnie otwierali drzwi takiej nietypowej kolędniczce — spodziewali się raczej grup chłopaków. Jednak czasem wpuszczali ją do środka i tak pięknie, szczerze śpiewała, iż domownicy hojnie ją nagradzali — nie tylko pieniędzmi, ale i domowymi smakołykami. Szczególnie rozczulał ich widok śpiącego niemowlęcia. Chodzenie od domu do domu było bardzo męczące. — Jeszcze tam do tej willi podejdę i dość — pomyślała zadowolona Natalia. Po raz pierwszy od dawna poczuła ulgę, mając kilka banknotów w kieszeni. — Czy można pokolędować? — zapytała, gdy gospodarz zaprosił ją do środka. Jego zachowanie jednak bardzo ją zaskoczyło. Wpuścił ją do domu, spojrzał na twarz Natalii, potem na dziecko. Zbladł, przycupnął na kanapie. — Nadzieja? — zapytał cicho. — Słucham?… Nie, jestem Natalia… Pomylił mnie Pan chyba z kimś… — Natalia?… Ale jesteś łudząco podobna do mojej żony… I to dziecko… To dziewczynka? — Tak. — Ja też miałem córkę. Obie zginęły. W wypadku. Niedawno przyśniły mi się, jakby wróciły… A dziś stoisz tu ty… Czy to możliwe? — Ja… nie wiem, co powiedzieć… — Proszę, wejdź, usiądź. Opowiedz mi swoją historię… Początkowo bała się nieznajomego. Zachowywał się dziwnie i bardzo emocjonalnie. Ale nie miała i tak gdzie pójść. Przekroczyła próg obszernego salonu, gdzie mężczyzna mieszkał samotnie. Zaraz zauważyła na ścianie zdjęcie kobiety z dzieckiem — rzeczywiście nieżyjąca żona była bardzo do niej podobna… I wtedy Natalia zaczęła opowiadać swoje życie. Mówiła i mówiła, coraz bardziej się otwierając. Czuła, iż po raz pierwszy komuś naprawdę zależy na jej losie. Mężczyzna tylko słuchał; czasem zerkał na niemowlę, które śniło słodko w ramionach Natalii, jakby czuło, iż właśnie wróciło do domu, który już niedługo stanie się ich nowym życiem… Wigilia bez rodziny, z kolędą w dłoni i dzieckiem u serca. Odrzucona przez matkę i ukochanego, Natalia odnajduje nowy dom, kolędując ulicami polskiego miasta
Syn poprosił o pożyczkę na mieszkanie. Kiedy zaczęłam pytać o zwrot, powiedział: "Myślałem, iż rodzice po prostu pomagają"
Jedne brzuszki ratowane, inne rozrywane – hipokryzja WOŚP
Ginekologiczna pianka myjąca, która dba o intymność. Łagodzi, chroni i działa przeciwzapalnie
Moi znajomi kupują mieszkania i wydają pieniądze na remonty, podczas gdy moja dziewczyna roztrwoniła wszystkie nasze oszczędności próbując pomnożyć kapitał. Wszyscy mają żony jak z marzeń, a ja utknąłem z głupią żoną. Chwaliła się wszystkim, iż po ślubie bez problemu kupimy mieszkanie, bo goście dadzą nam pieniądze, a rodzina pomoże. W rzeczywistości jej rodzice stwierdzili, iż skoro sama wymyśliła ślub z “bezwartościowym agentem nieruchomości” po dwudziestce i bez studiów, to musimy sobie jakoś poradzić z mieszkaniem. Śmiali się z naszej sytuacji, a ja byłem zmuszony zabrać żonę do moich rodziców. Mój brat już tam mieszka, a jego ciężarna dziewczyna, robi się ciasno. Rodzice zasugerowali, iż dobrze byłoby, gdybyśmy się wyprowadzili, przynajmniej do wynajmowanego mieszkania, ale postanowiłem oszczędzać, wziąć kredyt i kupić dom później. Żona wiedziała o tych planach i bardzo chciała się przeprowadzić, a co zrobiła? Kupiła za nasze oszczędności akcje, żeby powiększyć majątek. Moja mama prawie zemdlała, gdy się o tym dowiedziała. Serce mi pęka, bo ceny akcji spadają i trudno je sprzedać. Albo stracimy, albo musimy ryzykować i czekać, aż kiedyś podrożeją. Wszyscy znajomi mają już rodziny i mieszkania, a my tylko akcje! Żona płacze, iż została oszukana, zapłaciła też naciągaczom za “naukę inwestowania”. A ja coraz częściej myślę o rozwodzie. Nie kocham jej na tyle mocno, żeby pogodzić się z tą sytuacją — w głowie mam tylko utracone przez lata oszczędności. Z tej perspektywy nasze małżeństwo od początku było trudne, a ta sprawa tylko potwierdza, iż przechodzę wieczną czarną serię, bo ożeniłem się z głupią dziewczyną.
Pokazał szpitalne śniadanie na porodówce. Młoda mama dostała tanią kiełbasę i chleb
AI sędzią samobójstwa na życzenie – dystopijna żądza „Doktora Śmierć”
Sam sobie poradzisz, dasz radę!
Nie wypadało prać brudów publicznie w Polskim Domu!
Gratisy, które dostaniesz po urodzeniu dziecka. Należą się każdej matce
Kochamy nasze wnuki z całego serca, ale nie mamy już siły być ich opiekunkami – historia polskich dziadków wykończonych pomocą jedynej córce i jej kolejnym dzieciom
Szokujące wieści w rodzinie Beaty z Wrocławia: Nie zaakceptowali jej ciąży z nauczycielem angielskiego z Gwinei, obawiając się samotnego macierzyństwa i odrzucenia dziecka, a los młodej pary prowadzi ich z Polski przez Afrykę aż do marzenia o nowym życiu w Kanadzie
Zrezygnuj! Obiecałaś mi, iż odejdziesz z pracy!
W ciąży dziewczyna poprosiła mężczyznę o jałmużnę, a on ją zignorował. Ale to, co zrobił chwilę później, zmieniło jej życie na zawsze
Nasi sąsiedzi postanowili udowodnić, kto tu rządzi na klatce – i to zupełnie bez powodu!
Po ludzku trzeba żyć
Nie rozdrapuj starych ran Często zaduma ogarnia Teresę, gdy przekroczyła pięćdziesiątkę. Nie może nazwać swojego małżeństwa szczęśliwym, a wszystko za sprawą męża Jurka. W młodości pobrali się z miłości, oboje byli zakochani. Kiedy jednak zaszła zmiana w Jurku, Teresa przegapiła ten moment. Mieszkali na wsi, w domu teściowej Anny. Starała się utrzymać spokój w domu, szanowała teściową, która darzyła ją ciepłem. Mama Teresy żyła w sąsiedniej miejscowości z młodszym synem, często chorowała. – Anka, jak się układa z twoją synową Tereską? – pytały ciekawskie sąsiadki przy studni, w sklepie albo po prostu na drodze. – O Teresce złego słowa nie powiem, szanuje mnie, domem się świetnie zajmuje, pomaga we wszystkim – zawsze odpowiadała Anna. – No, nie uwierzymy, żebyście żyły w zgodzie, kiedy to teściowa chwali synową, nie wierzymy – mówiły z niedowierzaniem kobiety z wioski. – To już wasza sprawa – kwitowała Anna i szła dalej. Teresa urodziła córeczkę Marysię, wszyscy się cieszyli. – Teresa, a Marysia taka podobna do mnie – dopatrywała się Anna swoich rysów w wnuczce, a synowa śmiała się i mówiła, iż jej wszystko jedno do kogo dziecko podobne. Gdy Marysia skończyła trzy lata, Teresa urodziła syna. Jeszcze więcej radosnych zmartwień. Jurek pracował, Teresa zajmowała się dziećmi, a teściowa bardzo pomagała. Żyli jak inni, a może i lepiej – cicho, spokojnie, Jurek nie pił, jak większość mężczyzn w wiosce. Bywało, iż kobiety szukały swoich mężów po zabawach przy świetlicy, wracali pijani do domu, a żony ciągnęły ich, złoszcząc się i przeklinając wszystko na świecie. Kiedy Teresa była w ciąży z trzecim dzieckiem, dowiedziała się o zdradach Jurka. Na wsi nic się nie ukryje, gwałtownie rozniosły się pogłoski o Jurku i wdowie Tosi. Sąsiadka Walentyna nie omieszkała jej o tym donieść. – Teresa, nosisz pod sercem trzecie Jurka, a on… – palnęła wprost – niewdzięczny, lata po innych babach. – Wolne żarty, nic nie zauważyłam – zdziwiła się Teresa. – A kiedy masz zauważyć? Dwójka dzieci, trzecie w drodze, dom, teściowa, gospodarstwo. On żyje po swojemu, wszyscy wiedzą już o ich romansie, a Tosia choćby się nie kryje. Teresa była załamana, teściowa też wiedziała, ale milczała, żal jej było synowej. Nieraz napominała niepokornego Jurka, a on gwałtownie zbywał rozmowę. – Mamo, nie byłaś tam, babskie gadanie, na to one są – ucinał. Pewnego razu wpadła Walentyna. – Teresa, Jurek znów skoczył do Tosi, widziałam, jak szłam ze sklepu. Chcesz zostać sama z trójką dzieci bez męża? Idź do tej bezwstydnej i wyciągnij ją za włosy. Jesteś w ciąży, Jurek cię nie tknie – podjudzała Walentyna. Teresa nie miała odwagi się bić, znała Tosię. Tosia była sprytna i kłótliwa, męża utopiła pijanym w rzece, wieczne awantury. Ale Teresa postanowiła się przekonać. – Pójdę, spojrzę Jurkowi w oczy, wyciągnę prawdę. Przecież nie przyzna się, mówi, iż wymyślam – zwierzyła się teściowej, a ta ją odwodziła. – Teresa, gdzie z tym brzuchem? Niech cię Bóg broni… Wieczorem zapukała w okno do Tosi. Tamta przez drzwi zawołała: – Czego ci potrzeba, czemu stukasz? – Otwórz, wiem, iż masz Jurka – wołała Teresa. – Akurat, zaraz ci otworzę! Idź do domu i nie rób wstydu – szydziła Tosia. Po chwili Teresa odeszła, wiedząc iż Tosia nie otworzy. Mąż wrócił po północy, pijany. Jurek pił rzadko, ale wtedy się upił. Żona nie spała. – Gdzie byłeś? Wiem, iż byłeś u Tosi, piliście razem. Byłam tam, nie otworzyła drzwi… – Co wymyślasz – burknął – nie byłem, z Genkiem siedziałem, zasiedzieliśmy się… Teresa nie wierzyła, ale nie robiła awantury, było późno i nie była kłótliwa. Co mogła zrobić? „Nie złapiesz – nie udowodnisz.” Całą noc rozmyślała: – Gdzie pójdę z dwójką dzieci, trzecie w drodze, mama chora, brat z rodziną, trzy dzieci. W domu ciasno. Jak tam się pomieścić? Mama mówiła: – Wytrzymaj, córko, skoro jesteś matką. Myślisz, iż mi było lekko z twoim ojcem? Pił i znęcał się, przecież pamiętasz, jak u sąsiadów się chowałyśmy. Dobrze, iż Bóg zabrał go szybko. Ale wytrzymałam. Twój Jurek nie pije dużo, nie bije. Kobiecy los – wytrzymać. Nie ze wszystkim zgadzała się Teresa, ale wiedziała, iż nie ma gdzie odejść. Teściowa też pocieszała i odwodziła od wyjazdu. – Córko, gdzie z dziećmi, lada moment trzecie. We dwie damy radę z Jurkiem. Trzecia urodziła się Zosia, słaba, często chorowała. Stresy Teresy w ciąży odbiły się na dziecku, ale z czasem uspokoiła się, teściowa bardzo pomagała wnuczce. – Teresa, słyszałaś? – znów przyszła sąsiadka – Tosia przyjęła do siebie Mietka, żona go wyrzuciła z domu. – Niech sobie przyjmie, lepiej dla niej – odpowiedziała Teresa, w duchu się ucieszyła, iż Jurek nie będzie tam biegał. Po miesiącu przyszła Walentyna z nowiną. – Mietek wrócił do żony, Tosia znów szuka chłopa, taka już ona! A swojego Jurka pilnuj! Teresa znów żyła spokojnie, teściowa się cieszyła. Ale jeżeli siedzi w chłopie jakiś diabełek, nie usiedzi przy żonie. Na drodze z sklepu Anna spotkała starą przyjaciółkę Anielę. – Anna, w kogo on się wdał, ten twój Jurek? Teresa dobra, ładna, matka, ty ją chwalisz, a jemu wiecznie mało? – Aniela, Jurek znów biega po kobietach? – Biega! Co mu brakuje? U was jak u Pana Boga za piecem. Najedzony, zadbany, opięta koszula. Biega do Werki rozwódki z baru… Anna nie mówiła Teresie, syna strofowała po cichu. Ale prawda wychodzi na jaw, Walentyna donosiła wszystko. Prośby i łzy Teresy nic nie dały. Jurek jak chodził, tak chodził na bok. Z rodziny nie zamierzał odchodzić – wiedział, iż nigdy nie zostawi żony i dzieci, ale wiernym nie był. Dobrze mu było: żona, dzieci, matka, wszystko poukładane, a na boku kobieta do zabawy. Anna już otwarcie strofowała syna, próbowała przemówić mu do rozsądku. Ale dorosły facet nie słucha starej matki. Krzyczał: – Mamo, staram się dla rodziny, pracuję, pieniądze przynoszę, a wy mnie oskarżacie. Wierzycie w plotki! przestał pić i całkiem zrezygnował ze spotkań Upłynęły lata. Dzieci dorosły. Marysia wyszła za mąż w powiecie, skończyła tam szkołę, tam została z mężem. Syn skończył studia w mieście i tam też się ożenił. Zosia kończy szkołę, planuje studia w powiecie. Jurek się uspokoił, nie lata już po kobietach, praca i dom. Coraz częściej kładzie się na kanapie, dokucza mu zdrowie. Nie pije już, kiedyś nie przesadzał, ale teraz całkiem przestał. – Teresa, coś mi serce szwankuje, pobolewa, promieniuje w plecy – skarży się – Tereska, kolana bolą, co to znaczy, stawy? Może do lekarza w powiecie? Teresa nie żalowała męża. Jej dusza dawno skamieniała, tyle łez i zawodu przeszła zanim Jurek się uspokoił. – Zdrowie go opuszcza, dlatego siedzi w domu i narzeka – myślała – niech idzie jęczeć do swoich dawnych… Anna już nie żyje, pochowali ją obok męża. W domu Jurka i Teresy zapanował spokój. Ale czasem wpadają dzieci i wnuki. Oboje się cieszą. Ojciec narzeka dzieciom na zdrowie, choćby żonie, iż go nie lecze. Marysia przywozi lekarstwa, troszczy się o ojca, mówi matce: – Mamo, nie czepiaj się taty, chory jest – a Teresie przykro, iż córka trzyma stronę ojca. – Córko, sam jest winien, młodość miał szaloną, teraz chce, żeby go żałować. Ja też nie jestem ze stali, zdrowie straciłam przez niego – tłumaczy się. Syn też wspiera ojca, rozmawia z nim, to zrozumiałe – są mężczyznami… Dzieci jakby nie rozumieją matki, gdy tłumaczy, iż ojciec ją zdradzał, a ona wytrzymała dla nich. Jak tu zostawić dzieci bez ojca? Jak jej było ciężko i przykro. A oni odpowiadali: – Mamo, nie rozdrapuj starych ran, daj spokój tacie – mówiła córka, brat jej wtórował. – Mamo, co było, minęło – pocieszał syn, głaskał po ramieniu. Trochę Teresie żal, iż dzieci stają po stronie ojca, ale rozumie ich, nie obraża się, życie to życie.
Siostra dostała od rodziców pomoc, gdy była w potrzebie. Gdy ja poprosiłam, usłyszałam: "Przecież jesteś silna, sobie poradzisz"
Zniszczyłam życie swojej córki
– Wnuki owoce widują raz w miesiącu, a ona swoim kotom kupuje najdroższą karmę! – bulwersuje się synowa, zarzucając mi brak serca…
Kobieta w ciąży poprosiła mężczyznę o jałmużnę, a on ją zignorował. Ale to, co zrobił chwilę później, odmieniło jej życie na zawsze.
WSZYSCY JĄ OCENIALIŚMY Mila stała w kościele i płakała już od piętnastu minut. Dla mnie to było zaskakujące. „Co tu robi ta lalunia?” — myślałam. Jej ostatniej spodziewałabym się w tym miejscu. Nie znałyśmy się z Milą, ale widywałam ją często — mieszkamy w jednym bloku i chodzimy do tego samego parku. Ja — z czwórką dzieci, ona — z trzema psami. Wszyscy ją zawsze ocenialiśmy. Wszyscy, to znaczy ja, inne mamy z dziećmi, babcie na ławkach, sąsiedzi, a pewnie i przypadkowi przechodnie. Mila była piękna, zawsze modnie ubrana, wydawała się lekkomyślna i pewna siebie. — O, znowu zmieniła faceta — mruczała pod nosem pani Zosia, siedząca na ławce pod klatką. — Już trzeciego — przytakiwała jej koleżanka, pani Halina, patrząc przez zazdrością, jak Mila z nowym partnerem wsiada do swojej drogiej zagranicznej bryki. Syn pani Haliny, czterdziestopięcioletni Władek, nie dorobił się jeszcze choćby starego malucha. — Lepiej by dzieci rodziła, zegar biologiczny tyka — popierał babcie ich odwieczny przeciwnik, pan Tolek, ale przy ocenie Mili byli wyjątkowo zgodni. Potem cała ławka złośliwie komentowała, iż i ten ostatni chłopak Mili zniknął, podsumowując: „Bo to taka puszczalska! Pewnie jeszcze w mieszkaniu śmierdzi psami!” Ale najbardziej Mili nie lubiłyśmy my, mamy dzieci. Gdy my biegałyśmy za naszymi pociechami po placu zabaw, ławkach, krzakach i wszędzie, gdzie poniosą je oczy (a mogą zajść wszędzie), ona dumnie spacerowała z psami i choćby z lekkim uśmiechem zerkała w naszą stronę, jakby chciała powiedzieć: „Nanarodziliście się, teraz biegajcie, a ja żyję po swojemu, na luzie”. — Od razu widać — childfree. Wszystkie takie — stwierdzała moja koleżanka Natalia, mama trzech chłopaków. — Bogacze mają takie dziwactwa — pieski, kotki, szynszyle… — kiwała głową ciężarna z bliźniakami Lidka, próbując ściągnąć córkę z drzewa. — Egoistka, nie chce się martwić, tylko po świecie podróżuje. Ja już siódmy rok morza nie widziałam — wzdychała matka piątki dzieci, Marzena. — Tak, tak — zgadzałam się ze wszystkimi, z babciami włącznie, a potem leciałam po Tosię, rozbitą i zapłakaną na środku placu zabaw. — Rozmnożyła psy, lepiej by dziecko urodziła — wyrzekła pewnego razu jakaś babcia z wnukiem. — To nie wasza sprawa! — ostro odparła Mila. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale ugryzła się w język i ruszyła dalej ze swoimi „wstrętnymi” psami. — Chamka — rzuciła jej babka zza pleców. …Jeszcze chwilę patrzyłam na płaczącą Milę i wyszłam z kościoła. — Poczekaj — usłyszałam nagle za sobą. Mila szła za mną przez kościelny dziedziniec. — To pani zawsze chodzi po parku z czterema dziewczynkami? — Ja… A pani z trzema psami. — Tak. A… mogę z panią porozmawiać?.. Wie pani, zawsze patrzę na panią i inne mamy, podziwiam — powiedziała i zarumieniła się. — Pani?! — zdziwiłam się. Zaraz chciałam dodać: „Przecież pani to childfree, egoistka i lalunia!” Przypomniałam jej złośliwe spojrzenia… Tak się poznałyśmy. Usiadłyśmy na ławce. Mila mówiła… mówiła, płakała. Widać było, iż bardzo musi się komuś zwierzyć… Mila dorastała w kochającej rodzinie i sama od zawsze chciała mieć dużo dzieci. Wyszła za mąż z miłości, ale po dwóch poronieniach i diagnozie „bezpłodność” ukochany mąż gwałtownie ją zostawił. Z tym samym powodem odszedł i drugi. Przedtem długo się leczyła, ale omal nie umarła przez ciążę pozamaciczną. Potem był trzeci facet. Znowu ciąża pozamaciczna. Ten uciekł, kiedy dowiedział się, iż może będzie dziecko. Lubił auto Mili, to, iż dobrze zarabia, ale dzieci mu nie pasowały. — Oddałabym wszystko, żeby tylko mieć dziecko! — Myślałam, iż pani kocha psy — palnęłam głupio. — Tak, kocham psy, ale to nie znaczy, iż nie kocham dzieci. Żeby nie czuć samotności, przygarnęła Tepę. Potem poproszono ją o opiekę nad Majkiem w czasie remontu — został na zawsze. Fenia była znajdą spod klatki. „Rozmnożyła psy, lepiej by dziecko urodziła” — przypomniało mi się. „Zegar tyka…” — szeptał jej wtedy dziadek Tolek. Zegar tykał… Mila miała już 41 lat. Choć wyglądała na trzydzieści. Postanowiła więc adoptować dziecko z domu dziecka. Nie ma znaczenia, czy małego, czy większego. Bardzo polubiła sześcioletniego Kubusia. A adekwatnie to on pierwszy do niej podszedł i spytał: „Zostaniesz moją mamą?” „Zostanę!” — odpowiedziała. „Egoistka, nie chce mieć dzieci” — przypomniałam sobie wzdychającą Marzenę. Ale Kubusia Mili nie dali. Okazało się, iż mama chłopca — chora na schizofrenię — wciąż ma prawa rodzicielskie. — To był dla mnie cios — wspominała. — Nie rozumiałam… Dziecko cierpi, potrzebuje rodziny, a nic nie można zrobić. Potem pojawiła się czteroletnia Lenka. Dziewczynka była już dwa razy adoptowana i dwa razy oddana. Za bardzo żywiołowa. Podobno, gdy druga „mama” prowadziła ją z powrotem, Lenka czołgała się za nią na kolanach i błagała: „Mamusiu, nie oddawaj mnie! Już nie będę!” Kiedy Mila poznała Lenkę, ta od razu spytała: „Ty też mnie oddasz?” „Nie oddam!” — wyszeptała Mila przez łzy. Z adopcją Leny też pojawiły się trudności. Mila nie chciała mówić szczegółów: „Ale to moja córka i będę o nią walczyć!” Tego dnia Mila pierwszy raz w życiu przyszła do kościoła. „Nie miałam już gdzie iść!” — przyznała. Pojawił się proboszcz. Długo rozmawiali, Mila coś sobie zapisywała. — Wszystko będzie dobrze! Z Panem Bogiem! — usłyszałam. Uśmiechnęła się… Wróciłyśmy razem do domu. — Myśli pani pewnie, iż jestem zarozumiała i dumna — odezwała się Mila. — A ja już po prostu mam dość wyjaśniania każdemu… Tyle już złych rzeczy słyszałam… Nie odpowiedziałam. Mila zaprosiła mnie z dziewczynkami do siebie, żeby pobawić się z psami. Zgodziłam się. Chętnie przyjdę. Ale jeszcze nie teraz. Na razie strasznie mi wstyd. I wciąż pytam siebie: „Skąd w nas tyle jadu? Skąd we mnie tyle jadu? Dlaczego tak łatwo oceniamy czyjeś życie?” I bardzo chcę, żeby u Mili, tej niezwykłej kobiety, którą wszyscy ocenialiśmy, wszystko na końcu dobrze się ułożyło. Żeby Lenka przytuliła ją i powiedziała: „Mamusiu!” Żeby wiedziała, iż już nigdy nikt jej nie odda. I żeby wesoło biegały wokół troskliwe psy — Tepa, Majk i Fenia… A może wydarzy się cud — Mila pozna dobrego męża, a Lenka doczeka się brata lub siostry? Tak bywa, prawda? I żeby już nikt nigdy nie rzucił w ich stronę złego słowa…
– Wnuki owoce widują raz w miesiącu, a ona swoim kotom kupuje drogi karmę – wścieka się synowa, oskarżając mnie o bezduszność… Synowa postanowiła mnie zawstydzić, iż jej dzieci owoce widują raz w miesiącu, a ja swoim kotom kupuję porządną karmę. Ale faktem jest, iż dzieci mają ojca i matkę, którzy powinni dbać o ich zbilansowaną dietę, a moje koty mają tylko mnie. Kiedy powiedziałam synowi i jego żonie, iż czas przystopować z powiększaniem rodziny, usłyszałam, żeby mi się nie wtrącać. Nie wtrącam się więc. Karmię swoje koty i słucham pretensji synowej, która wszystko wie najlepiej.
– Wnuki owoce widują raz w miesiącu, a ona swoim kotom kupuje najdroższą karmę! – denerwuje się synowa, zarzucając mi brak serca… Synowa postanowiła mnie zawstydzać tym, iż jej dzieci owoce widują tylko raz w miesiącu, a ja moim kotom kupuję dobre jedzenie. Tylko iż dzieci mają ojca i matkę, którzy powinni dbać o ich zdrową dietę, a moje koty mają tylko mnie. Kiedy zasugerowałam synowi i jego żonie, iż powinni zwolnić tempo w powiększaniu rodziny, usłyszałam, iż mam się nie wtrącać. Teraz się nie wtrącam – karmię koty i słucham pretensji mojej familiennej synowej.
Syn nie jest gotowy zostać ojcem… „Latawica! Niewdzięczna świnia!” – wrzeszczała matka na córkę Natalię, ile sił w płucach. Zaokrąglony brzuszek córki wcale nie hamował matczynej złości, wręcz ją potęgował. – Wynoś się z domu i nie wracaj! Nie chcę cię więcej widzieć! Matka naprawdę wyrzuciła ją z domu. Już wcześniej wypraszała ją za różne przewinienia. A za to, iż „zaszła”, powiedziała, żeby więcej się nie pokazywała, chyba iż już będzie „po wszystkim”. Zapłakana, z małą walizką rzeczy, Natalia przybłąkała się do ukochanego – zdezorientowanego chłopaka. Okazało się, iż Nazar choćby nie powiedział rodzicom, iż Natalia jest z nim w ciąży. Mama Nazara od razu zapytała, czy nie pozostało za późno, by coś zrobić. Ale było już za późno – brzuch był wyraźnie widoczny. Natalia była w totalnym szoku, gotowa była na wszystko, byleby ktoś jej pomógł. Jeszcze miesiąc wcześniej stanowczo sprzeciwiała się pomysłowi matki, teraz siedziała w rozpaczy i bała się o przyszłość. – Mój syn nie jest gotowy zostać ojcem – zdecydowanie powiedziała matka Nazara. – Jest młody, stracisz całe jego życie. Oczywiście, pomożemy, jak będziemy mogli. Teraz załatwiłam ci miejsce przez znajomą w ośrodku dla takich jak ty – niechcianych ciężarnych dziewczyn. W ośrodku Natalia dostała własny pokoik. W końcu mogła odetchnąć, uspokoić się i odpocząć. Nikt jej nie nękał, przygotowywano ją psychicznie i fizycznie do porodu, pomagał jej psycholog. Gdy w końcu w jej ramionach znalazł się malutki zawiniątek z córeczką, Natalia przeraziła się – ogarnęła ją panika. Gdy doszła do siebie, zaczęła rozważać, jakim cudem stała się matką swojej małej dziewczynki. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, ale zamiast radosnej nowiny, ostrzeżono Natalię – musisz szukać sobie schronienia, na twoje miejsce już czeka kolejka. Z miesięczną Ewą na rękach Natalia siedziała w pokoiku i nie wiedziała, co dalej – skąd wziąć pieniądze, u kogo prosić o dach nad głową. Serce matki Natalii nie zmiękło – nie chciała choćby spojrzeć na wnuczkę, wykreśliła je obie ze swojego życia. – Popatrz, córeczko, jaki mamy smutny ten Wigilijny wieczór… – szepnęła Natalia do córeczki. A przecież tak kochała te święta! Od dziecka śpiewała kolędy po domach, znała wszystkie kolędy, zawsze udawało jej się zebrać sporo pieniędzy, bo chodziła kolędować z dzieciakami z podwórka. Tak bardzo zatęskniła za tym uczuciem – za kolędowaniem od drzwi do drzwi, za atmosferą świąt. „A może by tak znów wyjść z kolędą?” – pomyślała młoda mama. – Dziecko mam cichutkie, spokojne, otulę ją, przewieszę przez siebie i pójdę, zaśpiewam – może i duszę ukoję. Kto nie otworzy drzwi – trudno. Nazajutrz po Wigilii Natalia wybrała sobie spokojną, willową dzielnicę na kolędowanie. Jak się domyślała, ludzie niechętnie otwierali drzwi nietradycyjnej kolędniczce. Zwykle czekano na grupy chłopców. Jednak czasem udawało się wejść do środka, a kiedy Natalia zaczynała śpiewać kolędy z sercem – gospodarze nagradzali ją hojnie nie tylko pieniędzmi, ale i świątecznymi smakołykami. A najbardziej wzruszali się na widok jej malutkiej córki. Ludzie czuli, iż kobieta z dzieckiem nie wyruszyła kolędować z dobrego życia. Chodzenie od domu do domu wymagało odwagi i siły. „Jeszcze tylko podejdę do tej willi – tam pewnie mieszka ktoś bogaty, może dostanę coś fajnego” – pomyślała Natalia. W kieszeni zebrało się już niemało, co choć trochę uspokajało. – Czy mogę zakolędować? – zapytała, kiedy gospodarz zaprosił ją do domu. Dalsze zachowanie mężczyzny zaskoczyło Natalię. Wpuścił ją, zapatrzył się w jej twarz, rzucił okiem na dziecko. Zbladł, przysiadł drżący na kanapie. – Nadzieja? – wyszeptał. – Proszę? Nie, jestem Natalia… Chyba mnie pan z kimś pomylił. – Natalia? Jesteś tak podobna do mojej żony… I to dziecko. To dziewczynka? – Tak. – I ja miałem taką córkę… Ale zginęły… w wypadku. A ostatnio śniło mi się, iż one wróciły. I teraz stoisz tutaj… Czy to możliwe? – Ja choćby nie wiem, co powiedzieć… – Proszę, wejdź, nie krępuj się! Opowiedz mi swoją historię… Na początku Natalia bała się nieznajomego, jego zachowanie było bardzo emocjonalne i dziwne. Ale uznała, iż i tak nie ma dokąd pójść. Weszła do przestronnego pokoju samotnego mężczyzny. Od razu zobaczyła na ścianie fotografię kobiety z dzieckiem – rzeczywiście zmarła żona była do niej podobna… Wtedy Natalia zaczęła opowiadać swoją historię… mówiła i mówiła, wszystko ze szczegółami. Wreszcie ktoś słuchał jej z uwagą. A mężczyzna milczał, chłonął każde słowo, zerkał co chwilę na maleńką dziewczynkę śpiącą spokojnie, jakby wiedziała, iż właśnie wróciła do domu, który miał stać się dla niej prawdziwym domem…
Delikatne i nowoczesne. Siedem trzyliterowych imion dla dziewczynek
Syn nie jest gotowy zostać ojcem… „Rozwiązła! Niewdzięczna świnia!” – wrzeszczała matka na Natalię, nie zważając na zaokrąglony brzuszek córki, który tylko potęgował jej złość. – Wynoś się z domu i nie wracaj! Nie chcę cię więcej widzieć! Matka naprawdę wyrzuciła Natalię z domu, jak już bywało wcześniej za mniejsze przewinienia. Teraz, kiedy dowiedziała się o ciąży, kazała córce nie wracać pod żaden pretekstem, chyba iż „wszystko się ułoży”. Zalana łzami, z małą walizką rzeczy, Natalią powędrowała do ukochanego – zdezorientowanego Kuby. Okazało się, iż Kuba choćby nie powiedział rodzicom, iż Natalię będzie miał dziecko. Matka Kuby natychmiast zapytała, czy nie jest za późno na cokolwiek. Oczywiście – było już za późno, brzuszek wystawał wyraźnie. Natalię ogarnęła taka rozpacz i strach o przyszłość, iż była gotowa na wszystko, byle tylko ktoś jej pomógł. Choć miesiąc wcześniej z całych sił sprzeciwiała się pomysłom matki, teraz była na granicy załamania. – Mój syn nie jest gotowy zostać ojcem – powiedziała stanowczo matka Kuby. – Jest młody, a ty zrujnujesz mu życie. Pomożemy, na ile się da, ale teraz poprosiłam znajomą, żeby załatwiła ci miejsce w ośrodku dla takich jak ty – niechcianych ciężarnych głupich dziewczyn. W ośrodku Natalii przydzielono pokoik. Tutaj w końcu mogła odetchnąć, odpocząć i zebrać siły. Miała wsparcie psychologa, przygotowywała się do porodu fizycznie i psychicznie, nikt jej nie dokuczał. Kiedy wreszcie w jej ramionach pojawił się mały zawinięty w kocyk skarb – córeczka Ewa – Natalię ogarnął strach i panika, a potem ciekawość: co to za cud – to małe życie, jej własna córka? Nadchodziły święta Bożego Narodzenia, ale zamiast dobrych wieści Natalię ostrzeżono – musi poszukać sobie miejsca, bo na jej pokój czeka już kolejka. Z miesięczną Ewą na rękach Natalia siedziała w szpitalnym pokoju i nie wiedziała, jak dalej żyć – skąd wziąć pieniądze, u kogo szukać schronienia. Serce matki Natalii nie zmiękło – nie chciała choćby spojrzeć na wnuczkę, wymazała obie ze swojego życia. – No popatrz, córeczko, jaki smutny mamy dziś wieczór wigilijny… – szepnęła Natalia do Ewy. Tak kochała ten czas! Co roku chodziła po kolędzie, znała wszystkie kolędy, zawsze sporo zarabiała, bo przebiegała całą dzielnicę z dzieciakami z podwórka. Tak bardzo chciała znowu poczuć tę euforia – śpiewać kolędy od drzwi do drzwi, poczuć magię świąt. „A dlaczego nie?” – pomyślała młoda mama. – Dziecko mam spokojne, ciepło je ubiorę, przyczepię do siebie i pójdę śpiewać, duszę chociaż ogarnę świąteczną radością. Kto nie otworzy drzwi – trudno, ich strata!” Nazajutrz, w drugi dzień świąt, Natalia wybrała spokojną dzielnicę z domkami jednorodzinnymi na swoje kolędowanie. Jak przeczuwała, otwierano jej niechętnie, bo tradycyjnie czekano na chłopców – kolędników. Gdzieniegdzie udawało się jednak wejść i gdy Natalia śpiewała z całego serca, gospodarze hojnie ją nagradzali – nie tylko pieniędzmi, ale i łakociami, a najbardziej rozczulał ich widok maleńkiej Ewy. Wszyscy rozumieli, iż kobieta z niemowlakiem po kolędzie nie chodzi z dobrego serca losu. Chodzenie od domu do domu było męczące. „Jeszcze tylko tamta willa – może bogaci, dadzą coś ekstra” – pomyślała Natalia, czując w kieszeni uzbieraną sumę pieniędzy, która dawała jej nareszcie namiastkę spokoju. – Pozwólcie pokolędować! – powiedziała, gdy gospodarz zaprosił ją do środka. Dalsze zachowanie mężczyzny zdziwiło Natalię. Patrzył na nią długo, potem na dziecko. Zbladł, usiadł na kanapie i wyszeptał niepewnie: – Julia? – Przepraszam? Nie, ja jestem Natalia… Chyba mnie pan z kimś pomylił… – Natalia?… Jesteś taka podobna do mojej żony… I to dziecko – to dziewczynka? – Tak. – Ja też miałem taką córkę… Ale obie zginęły w wypadku… A kilka dni temu przyśniły mi się, iż wróciły… I teraz wy… Czy to możliwe? – Ja… nie wiem, co powiedzieć… – Wejdź proszę, nie krępuj się! Opowiedz mi swoją historię… Na początku Natalia przestraszyła się nieznajomego. Był dziwnie poruszony, zbyt emocjonalny. Ale potem postanowiła zostać. Weszła do dużego domu samotnego mężczyzny. Od razu zauważyła na ścianie zdjęcie kobiety i dziecka – rzeczywiście, była do nich bardzo podobna… I wtedy zaczęła opowiadać swoją historię – ze szczegółami, bez zahamowań, jakby w końcu ktoś chciał naprawdę jej wysłuchać. Mężczyzna milczał, słuchał, łapał każde słowo, a co jakiś czas patrzył na słodko śpiącą Ewę, która najwyraźniej poczuła, iż wróciła do miejsca, które już niedługo stanie się jej prawdziwym domem…
Przyjaciel z Dzieciństwa
W Kostaryce wiedzą, iż aborcja to morderstwo
Cały dzień siedzisz w domu i nic nie robisz – po tych słowach postanowiłam go ukarać Jeszcze zanim wyszłam za mąż, słyszałam od przyjaciółek, iż kiedy mężczyzna bierze ślub, od razu traktuje żonę jak swoją własność i pokazuje swoją prawdziwą twarz. Ale jak każda młoda, naiwna kobieta wierzyłam, iż mój mąż taki nie będzie. choćby przed ślubem bardzo o mnie dbał, nigdy nie powiedział złego słowa, bał się mnie urazić i zawsze chciał, żebym była przy nim. Ale myliłam się, jak to bywa z wieloma kobietami. Naprawdę, kiedy facet zdobędzie serce kobiety, nagle się zmienia. Mój mąż zaczął źle mówić o mojej mamie już kilka miesięcy po ślubie. Po co tyle dzwoni, po co przychodzi co tydzień? Oczywiście przyznałam mu rację – bałam się o swoje małżeństwo, więc poprosiłam mamę, żeby nie kontaktowała się ze mną, a sama dzwoniłam, gdy byłam sama. Ale to nie był koniec. Zaszłam w ciążę i straciłam pracę. Niestety musiałam leżeć, bo ciąża była zagrożona, więc nie przedłużono mi umowy. Wtedy mój mąż zaczął mi dogadywać: “Nie, nie, nie: „Cały dzień siedzisz w domu i nic nie robisz.” Znowu zamilkłam – byłam w ciąży i co, jeżeli mnie zostawi? Półtora roku po narodzinach córki mąż zaczął wymagać, żebym traktowała go jak króla. Gdy wracał z pracy, miałam czekać w drzwiach, podać kapcie, wszystko miało być gotowe na stole, żeby mógł zjeść ciepły, domowy obiad. Nie musiał zajmować się dzieckiem, wszystko było na mojej głowie. Byłam wykończona. Spakowałam się i z dzieckiem wróciłam do mamy. Przez dwa miesiące nie rozmawialiśmy. Życie toczyło się dalej, wróciłam do pracy i wyglądałam coraz lepiej. Pewnego dnia przyszedł do nas – wychudzony, w starych ubraniach, na kolanach prosił o przebaczenie. Powiedziałam mu, iż musi zapisać się na kurs gotowania. Kiedy wrócę, to on będzie gotował i sprzątał. Zgodził się, ale pożyjemy – zobaczymy, jak się zachowa.
Często czytają o połogu: koszmar. "Jeśli napiszę coś dobrego o tym czasie, to słyszę, iż »cukierkuję« życie"
USA. Kobiety w ciąży boją się agentów ICE. "Nie chodzą do lekarzy i chcą rodzić w domu"
– Halo… Władku– To nie Władek. To Helena… – Helena? Kim pani jest?… – Proszę pani, a kim pani jest? Jestem dziewczyną Władka. Chciała pani coś?… Męża nie ma, został dłużej w pracy… Zrobiło mi się słabo, zauważyłam czerwone kropelki na podłodze. Brzuch bolał tak mocno, iż aż się skręcałam… Czułam, iż dziecko zaraz się urodzi. Mój mąż Władysław od pięciu lat jeździ na saksy – pracował jako kierowca w Niemczech, robił remonty w Polsce. Wyjechał za pieniędzmi. Mamy dwóch synów, chcieliśmy dla nich najlepszego życia. I wiedzieliśmy, iż w Polsce sami wiele nie osiągniemy. I wiecie, tam Władkowi się udało. Raz w miesiącu wysyłał nam paczki z jedzeniem – konserwy, kasze, olej, słodycze. Przelewał mi też pieniądze na konto, żebym odkładała w banku. Udało nam się zebrać niezłą sumę, kupiliśmy starszemu synowi mieszkanie. Wydawało się, iż wszystko układa się dobrze. Ale kilka miesięcy temu poczułam, iż coś w moim organizmie jest nie tak. Pierwsza myśl – menopauza, ale to nie to. Przytyłam, ciągle spałam, jadłam dużo i nastrój się zmieniał. Internet podpowiadał, iż jestem w ciąży. Jak to, w wieku 45 lat? Nie wierzyłam, ale zrobiłam test. Na pasku wyraźnie widać było dwie czerwone kreski. Synom i synowym nie chciałam mówić o dziecku. Po co? Żeby się ze mnie śmiali, iż matka na starość rozum straciła? Postanowiłam ukryć ciążę. Akurat była zima, nosiłam wszystko grube i duże, z pod kurtki nikt nie widział brzucha. Ale nie chciałam rodzić tego dziecka. Ktoś powie, iż Boga w sercu nie mam. Ale mam 45 lat, nie jestem już młoda. Mam synów i wnuki, którym chcę poświęcić czas, a nie kręcić się wokół pieluch. Poza tym nie mamy pieniędzy na trzecie dziecko. Władek musiałby znowu wyjechać, a samotnie nie jestem w stanie sobie poradzić. Lekarze powiedzieli, iż termin jest późny i bardzo ryzykowna byłaby operacja. choćby nie wiadomo, czy by mi nie zaszkodziła. Starałam się przekonać siebie, iż może wszystko się ułoży. Może Władek się ucieszy, iż będziemy mieć jeszcze jedno dziecko? Postanowiłam zadzwonić przez Skype ale nie włączyłam kamerki, tylko mikrofon. – Halo, Władku… – To nie Władek, to Helena. – Helena? Kim pani jest? – Proszę pani, a kim pani jest? Jestem dziewczyną Władka. Chciała pani coś? Męża nie ma, dłużej w pracy. Od razu rozłączyłam się i zaczęłam płakać. I tak to w życiu bywa – mąż może zdradzić wszędzie i z kimkolwiek. Chciałam od razu złożyć papiery o rozwód, wyrzucić rzeczy Władka, nie widzieć go, nie słyszeć. Ale ciągle miałam nadzieję, iż ukochany wróci do rodziny, gdy dowie się o dziecku. Wiedziałam, iż w lutym przyjedzie, bo synowie mają urodziny, dostał urlop. Przysniło mi się nawet, iż spacerujemy we trójkę w parku – Władek trzyma za rękę naszą córeczkę, a ja za drugą. Na Walentynki, 14 lutego, Władek przyjechał. Przygotowałam romantyczną kolację, postawiłam świece, puściłam muzykę, chciałam stworzyć nastrój. – Władku, mam dla ciebie niespodziankę. Jestem w ciąży. Podobno będzie dziewczynka. – Ty zołzo! – krzyknął mąż. Aż pobladł z wściekłości, rzucił talerze na podłogę, walił pięścią w stół. – To jak ja się haruję za granicą, ty uganiasz się za innych chłopów? Teraz chcesz mnie wrobić w bękarta? – Władku, wszystko ci wytłumaczę… – Odejdź, nie chcę cię widzieć! – Popchnął mnie tak mocno, iż uderzyłam brzuchem o róg stołu i upadłam. Władek wyszedł, zabrał torbę, trzaskając drzwiami. Było mi słabo, zobaczyłam na podłodze czerwone kropelki, brzuch bolał straszliwie – zwijałam się z bólu. Ledwie znalazłam telefon i zadzwoniłam po pogotowie. Ale czułam, iż dziecko zaraz się urodzi. Kiedy przyjechali lekarze, trzymałam już na rękach naszą córkę. Dziewczynka leżała spokojnie, nie płakała, spała mocno. – Jedzie pani z nami, mamo? – Nie. Zabierzcie dziecko, nie jest mi potrzebne. – Jak to? – Tak, zabierzcie ją – ta dziewczynka zrujnowała mi rodzinę! Może ktoś ją pokocha, ale nie ja. Zabierajcie, nie chcę jej widzieć! Bez żadnych wyrzutów sumienia oddałam dziecko lekarzowi. Zbadali mnie w domu, nie miałam żadnych urazów, poród przebiegł spokojnie. Jak karetka odjechała, posprzątałam, poszłam pod prysznic i spać. Nikt z dzieci nie wie, iż oddałam dziewczynkę. Codziennie chodzę do kościoła i modlę się, by córeczka była zdrowa, by znalazła swoją rodzinę. Bo wiem, iż nie dam rady – nie chcę już przeżywać wszystkich trudów macierzyństwa. Pragnę jednego – żeby Władek wrócił do domu. Ale on znów wyjechał do Niemiec, rozmawia już tylko z synami. Możecie mówić, iż jestem nienormalna. Ale wybrałam męża, a nie dziecko. Bóg mi świadkiem.
Ptasia grypa w Krakowie i okolicach. Jest rozporządzenie wojewody
Doradziłam Ci, żebyś skończyła po trzecim dziecku. choćby kupiłam Ci specjalne tabletki, mając nadzieję, iż przemyślisz swoją decyzję. Ale moje wysiłki okazały się na nic – Ile dzieci jeszcze planujecie mieć? – zapytała moja teściowa z ironią. – Proszę, bez sarkazmu. Jesteś wściekła, bo Piotr powiedział Ci o mojej ciąży? – odpowiedziała Monika spokojnie. – Oczywiście, iż tak! Prosiłam, żebyś skończyła na trzecim dziecku. Dostałaś ode mnie choćby specjalne tabletki, miałam nadzieję, iż się zastanowisz. Ale wszystko na próżno – żaliła się teściowa. – Znamy Twój punkt widzenia, ale nie chcemy sprzeciwiać się naturze – odparła Monika. – Dość! Nie możecie już liczyć na moją pomoc! – krzyknęła Maria. Monika była bliska odpowiedzi, gdy nagle zadzwonił telefon. Maria tak naprawdę nigdy nie wspierała swoich dzieci. Nie odwiedzała wnuków, nie spędzała z nimi czasu i nie przynosiła im prezentów ani słodyczy poza urodzinami. Finansowo Monika i Piotr byli całkowicie niezależni. Gdy Monika zaszła w ciążę po raz trzeci, teściowa naciskała na aborcję, ale para odmówiła, a Maria ostatecznie pokochała swoją wnuczkę. Potem Monika zaszła w ciążę po raz kolejny! Monika starała się nie okazywać napiętej relacji z teściową przy mężu, póki ona i dzieci byli szczęśliwi. Piotr miał dobrze płatną pracę, Monika pracowała na pół etatu z domu. Gdy jej mała firma się rozwinęła, zatrudniła choćby asystenta do pomocy przy dzieciach. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie postawa Marii. Od samego początku nie lubiła synowej i liczyła, iż Piotr się z nią rozwiedzie, ale jej nadzieje okazały się płonne. Potem dzieci zaczęły pojawiać się jedno po drugim. Zdaniem Moniki, teściowa sprzeciwiała się pojawieniu czwartego wnuka, bo oznaczało to, iż cała pensja Piotra pójdzie na rodzinę, a nie na wsparcie dla matki. Maria przywykła do wygodnego życia: syn opłacał jej wszystkie wizyty u stomatologa, wysyłał ją do spa, remontował dom. Bała się, iż wszystko straci i nie będzie już żadnej pomocy finansowej. Monika próbowała ignorować jej wieczny negatywizm, ale i tak miało to wpływ na jej emocje. Mimo to, Maria raczej nie miała żadnego wpływu na decyzje syna i synowej – oni będą mieli czwarte dziecko! Jak postępować z matką, która wtrąca się w życie swoich dzieci w takim stopniu?
Serce? Masz dopiero dwanaście lat, co ty możesz wiedzieć o sercu?
Postanowiłam zaskoczyć męża obiadem w pracy. Gdy podeszłam do drzwi, usłyszałam rozmowę, która mnie zszokowała
Cażdy dzień spędzasz w domu i nic nie robisz – po tych słowach postanowiłam go ukarać Jeszcze zanim wyszłam za mąż, słyszałam od przyjaciółek, iż kiedy Polak się ożeni, od razu traktuje żonę jak swoją własność i zaczyna pokazywać swoją prawdziwą twarz. Ale jak to młoda, naiwna dziewczyna, wierzyłam, iż mój mąż taki nie będzie. choćby przed ślubem bardzo o mnie dbał, nigdy nie powiedział złego słowa, bał się, żeby mnie nie urazić, chciał mnie zawsze przy sobie. Myliłam się jednak, tak jak wiele kobiet. To prawda, iż gdy facet zdobędzie serce dziewczyny, zmienia się. Mąż zaczął wyrażać się źle o mojej mamie już kilka miesięcy po naszym ślubie. Po co do mnie dzwoni tak często, po co przychodzi raz w tygodniu? Oczywiście zgodziłam się z nim, martwiłam się o nasze małżeństwo, więc poprosiłam mamę, żeby się nie kontaktowała, dzwoniłam do niej tylko wtedy, kiedy byłam sama. Ale na tym się nie skończyło. Zaszłam w ciążę i straciłam pracę. Niestety musiałam leżeć, bo ciąża była zagrożona, więc nie przedłużyli mi umowy. Wtedy mąż zaczął się mnie czepiać, mówiąc: „Nie, nie, nie: Cały dzień siedzisz w domu i nic nie robisz wkoło.” Milczałam znów – byłam w ciąży, a co jeżeli mnie zostawi? Półtora roku po narodzinach naszej córeczki mąż zaczął żądać, bym go traktowała jak króla. Gdy wracał z pracy, musiałam stać w progu, podawać mu kapcie, wszystko miało być gotowe na stole kuchennym, żeby mógł zjeść ciepły, domowy obiad. Nie miał żadnych obowiązków wobec dziecka, wszystko należało do kobiety. Byłam wykończona. Spakowałam więc rzeczy i wyjechałam z dzieckiem do mamy. Przez dwa miesiące nie rozmawiałam z mężem. Życie toczyło się dalej, wróciłam do pracy i z każdym dniem wyglądałam coraz lepiej. Pewnego dnia przyszedł do nas – chudy i w podniszczonych ubraniach, na kolanach przepraszał. Powiedziałam, iż musi zapisać się na kurs gotowania. Będzie gotował i sprzątał, kiedy wrócę – zgodził się, ale czas miał pokazać, czy dotrzyma słowa.
Nie mów tego, gdy dziecko jest dumne ze swoich osiągnięć. Możesz zgasić jego euforia na długo
Z wypoczynku Igor nie wrócił — — Czemu twój nie pisze, nie dzwoni? — Nie, Wera, ani przez dziewięć dni, ani na czterdziesty żadnego znaku życia — żartowała Luda, poprawiając roboczy fartuch na szerokiej talii. — Poszedł w tango albo co innego — współczująco kiwała głową sąsiadka. — No czekaj, czekaj. Policja też milczy? — Wszyscy milczą, Weroniko, jak ryby w Bałtyku. — Ot, los… Ta rozmowa ciążyła Ludmile. Wzięła miotłę w drugą rękę i zaczęła zamiatać spadające liście przed swoim domem. Długa, ponura jesień 1988 roku. Trzy lata odkąd Gulkowa Ludmiła przeszła na emeryturę i cieszyła się zasłużonym odpoczynkiem, ale ostatnio musiała podjąć pracę w spółdzielni mieszkaniowej jako dozorczyni — pieniędzy coraz mniej, a nowej pracy nie znalazła. Mieszkali jak zwyczajna polska rodzina — ani dobrze, ani źle. Pracowali, wychowywali syna. Mąż Ludmiły nie przepijał, tylko od święta. W pracy szanowany, solidny. Nie oglądał się za innymi babami. Ona całe życie jako pielęgniarka w szpitalu, dyplomy, nagrody. Mąż wyjechał nad morze na wczasy i nie wrócił. Ludmiła długo nie podejrzewała nic złego. Nie dzwoni? To pewnie dobrze się bawi, odpoczywa. Ale gdy w wyznaczonym dniu nie wrócił, zaczęła go szukać, obdzwoniła szpitale, policję, choćby do kostnicy zadzwoniła. Synowi, który służył w wojsku, najpierw wysłała telegram o zaginięciu ojca, potem dodzwoniła się. Ustalili — z hotelu wyjechał, na pociąg nie wsiadł. Przepadł. Znów telefony po szpitalach, kostnicach. W pracy męża rozkładali ręce — przyznali wczasy, reszta to sprawa rodzinna, nie wtrącają się. Nie zgłosi się do pracy — zwolnią za nieobecność. Matka rwała się, żeby jechać szukać go nad morzem, syn przekonywał: — Gdzie ty go tam znajdziesz? Ja mam niedługo wolny tydzień, jeżeli dadzą przepustkę, pojadę. W mundurze łatwiej się dogadam. Ludmiła trochę się uspokoiła, próbując zająć się czymś, by nie myśleć o najgorszym. Do komisariatu chodziła już jak do pracy — ale bez nerwów, wiadomości żadnych. Pracę też przez to podjęła. Jak zamiatasz i jesteś między ludźmi, trzymasz się. W domu wieczorami płakała. Winiła siebie i los, iż postawił przed nią takie trudne wyzwanie w tym wieku. Najgorsza była niepewność. Igor pojawił się przed Ludmiłą tak nagle, jak zniknął. Stał w tym samym ciemnogranatowym garniturze, w którym wyjeżdżał. Bez torby, bez walizki. Po prostu stał, podniesionym kołnierzem, ręce w kieszeniach, i patrzył, jak Ludmiła zamiata podwórko. Nie zauważyła go od razu, nie wiedziała, ile już tak stoi, dopóki nie zawołał ją syn. — Igor, Piotrek… — Ludmiła rzuciła miotłę i pobiegła. Kobieta rozłożyła ramiona jak ptak wracający do domu, rzuciła się mężowi na szyję i przytuliła. Igor chwile zwlekał, ale i on przytulił żonę. — Chodźcie do domu, aż się obejmują — mruczał syn niezadowolony. Ludmiła wyczuła to w jego głosie, w stąpaniu po ścieżce. — Piotrusiu, przytul się, nie widziałam cię od wiosny — matka dogoniła syna. — Cześć, cześć. Chodźmy, zimno. — Czemu nie zadzwoniłeś? Mogłabym się przygotować, posprzątać, ugotować… — Mamo, nie po pierogi przyjechałem. Obiecałem. No i jestem. Żona spojrzała na męża, potem na syna. Przeżyła tyle przez te miesiące, iż czuła się jak we mgle. Żywy, zdrowy. Nie chciała wypytywać, tylko go nakarmić, napoić i pozwolić odpocząć. Igor siedział i milczał. — Mamo, usiądź wreszcie. Ale Luda krzątała się po kuchni, stukała talerzami, filiżankami. — Mamo, tatę znalazłem u innej kobiety. Ludmiła spojrzała na syna, potem na męża. Ten siedział z rękami splecionymi na kolanach, głowę spuszczoną, jak nastolatek przyłapany na psocie, chudy i ponury, nie chcący przyznać się do winy. — U jakiej innej? Co się dzieje, Igor? Wszystko, co sobie wyobrażała Luda, to iż mężowi stało się coś złego: okradli go, nie ma pieniędzy na bilet, pobili go i biednie tuła się po obcych miastach. — Nie wrócił do domu, zamieszkał u Zubowej Oli, w domku nad morzem. Nie chciał wracać. Ludmiła patrzyła na męża, mrugała powiekami. — Jak to, nie chciał? — Tak, nie chciałem. Zrozumiałem, iż żyję nie tak. Praca – dom, dom – praca. Weekend na działce. A wolności nie ma. — Aha, wolności! — Luda aż się zaczerwieniła ze złości. — Synku, po co taką porcję wolności tu przytargałeś? Chciałeś mnie upokorzyć? Lepiej jakby powiedział, iż nie żyje, byłoby sprawiedliwiej. Wypłakałam za nim oczy, a on w domku nad morzem… — Wiesz, Luda… może chciałem zacząć nowe życie. — Nie, Igor, ciebie nie nowe życie zaczęcie wzięło, tylko gorące słońce walnęło w łeb, rzuciłeś wszystko i jak ostatni drań ukryłeś się przy innej. Prawdziwy facet wróciłby, rozwiódł się, a potem ruszyłby na wszystkie cztery wiatry. Najpierw byłby szczery z innymi, potem ze sobą. Nie chcę cię widzieć, wyjdź… Igor wstał i przeszedł korytarzem do pokoju. — Nie-e, idź stąd. Jakbyś nigdy nie wrócił! Nie chcę, nie mogę! — krzyknęła Ludmiła, bliska histerii. — Tato, idź, — Piotrek już był w korytarzu. Luda zobaczyła Igora ponownie dopiero po dwóch tygodniach. Znów zamiatała ścieżkę, zgarniała wodę po deszczu z jezdni. Stał na początku domu, w starym płaszczu i śmiesznej czapce. — Luda — zawołał, potem głośniej powtórzył jej imię. Podniosła głowę, spojrzała na niego pustym wzrokiem. On jakby połamał jej ręce i nogi — mogłaby mu wybaczyć, ale podejść i przytulić już nie umie. Igor sam podszedł bliżej. — Zostałem, wróciłem do pracy w zakładzie. Brygadzistą nie chcieli, tylko zwykłym robotnikiem. Przyjmiesz mnie? Podparła się rękami na miotle, spojrzała: — Przyjmę! Ale najpierw papiery rozwodowe, i to pilnie. — Nie wybaczysz? Rozumiem. — No, skoro rozumiesz, po co przyszedłeś? — Kiedy wyjeżdżałem, Ola powiedziała: jak wrócisz, nie wpuszczę cię już. No to wróciłem, Luda, do domu. — Ha, ha, ha! I tam, i tu nigdzie nie jesteś potrzebny, Igor. Bo takich facetów nikt nie chce. I gdyby nie syn, nie wsiadłbyś choćby w pociąg z powrotem. Idź, żyj swoim życiem, jak chciałeś — nie przeszkadzaj mi pracować. Tłuczesz się tu… — i kilka razy przejechała mu po butach miotłą. Odwróciła się i z wściekłością zamieształa dalej. Po pięciu minutach obejrzała się — Igora już nie było. Westchnęła z ulgą, jakby ciężar zrzuciła z ramion. Bała się, iż zostanie, a ona jednak mu wybaczy… Bo tych, co w plecy biją, zwykle broni się własną piersią.