Dzieci

Wycofują kolejne partie produktu dla niemowląt. Ostrzeżenie GIS
Niemowlę porzucone w "Oknie życia". Szybka reakcja służb
Mariusz Kruk | Idzie Grześ przez wieś…
Mój wymarzony mężczyzna porzucił dla mnie żonę, ale choćby nie podejrzewałam, jak bardzo wszystko obróci się przeciwko mnie.
Kobieta uciekła z domu, zostawiając męża i dzieci – dwa dni później otrzymała list Po powrocie z pracy ojciec chciał spokojnie obejrzeć mecz, nie martwiąc się ani o domowe, ani rodzicielskie obowiązki. Nie zamierzał położyć do snu wrzeszczących dzieci. Jednak ten wieczór wszystko zmienił – żona trzasnęła drzwiami i wyszła, straciwszy cierpliwość. Dzieci zostały z ojcem. Spokojny świat mężczyzny z piwem na kanapie nagle wywrócił się do góry nogami. Oto, co napisał żonie kilka dni później w liście: „Kochana, Pokłóciliśmy się kilka dni temu. Wróciłem zmęczony, było po 20:00 i chciałem tylko położyć się na kanapie i obejrzeć mecz. Ty byłaś w złym humorze i potwornie zmęczona. Dzieci kłóciły się i krzyczały, gdy próbowałaś je położyć spać. Podgłosiłem telewizor, by ich nie słyszeć. — Nie padłbyś, gdybyś trochę pomógł i zajął się dziećmi, prawda? — spytałaś, ściszając dźwięk. W złości odpowiedziałem: — Pracowałem cały dzień, żebyś mogła siedzieć w domu i bawić się domkiem dla lalek. Wywiązała się kłótnia, posypały się argumenty. Płakałaś z rozpaczy i zmęczenia. Powiedziałem ci wiele rzeczy. Krzyknęłaś, iż masz dość. Potem wybiegłaś z domu, zostawiając mnie z dziećmi. Musiałem je sam nakarmić i położyć spać. Następnego dnia nie wróciłaś. Wziąłem wolne w pracy i zostałem z dziećmi. Przeszedłem przez wszystkie płacze i lamenty. Cały dzień biegałem po domu, nie mając choćby chwili, by się wykąpać. Siedziałem z dziećmi cały dzień i nie miałem z kim porozmawiać, kto miałby więcej niż 10 lat. Nie mogłem spokojnie zjeść obiadu – cały czas musiałem pilnować dzieci. Byłem tak wykończony, iż mógłbym spać 20 godzin ciurkiem, ale to niemożliwe, bo co trzy godziny któreś dziecko wstaje i płacze. Przez dwie doby żyłem bez ciebie. Zrozumiałem wszystko. Zrozumiałem, jak bardzo jesteś zmęczona. Uświadomiłem sobie: bycie matką to nieustanna ofiara. Rozumiem – to zdecydowanie trudniejsze niż 10 godzin w biurze i ważne decyzje finansowe. Pojąłem, iż poświęciłaś karierę i niezależność finansową, by być przy dzieciach. Zrozumiałem, jak trudno jest, gdy sytuacja finansowa zależy od partnera, a nie od ciebie. Doceniłem, co tracisz, odmawiając imprez, treningów czy swojej pasji – choćby porządnie się nie wyśpisz. Wiem, jak się czujesz, będąc zamknięta z dziećmi i tracąc z oczu cały świat. Rozumiem, dlaczego ranisz się, gdy moja mama krytykuje twoje wychowanie. Nikt nie zna dzieci lepiej niż własna matka. Zrozumiałem, iż matki mają największą odpowiedzialność w społeczeństwie. Niestety, nikt tego nie docenia. Nie piszę tego listu, by powiedzieć, jak bardzo mi cię brakuje. Nie chcę, byś przeżyła kolejny dzień bez tych słów: „Jesteś bardzo dzielna, robisz wspaniałą robotę i podziwiam cię!” Rola żony, matki i gospodyni domowej, choć najważniejsza w społeczeństwie, jest najmniej doceniana. Podaj ten list swoim przyjaciółkom, bo czas, byśmy zaczęli chwalić najważniejszy zawód świata – macierzyństwo.
Dwie partie produktu dla niemowląt wycofane. Ostrzeżenie
Ta matematyczna zagadka ma tylko jedną odpowiedź. Większość się myli, a wystarczy zrobić ją po kolei
Test z "Pana Tadeusza": co pamiętasz z jednej z najważniejszych lektur? Sprawdź wiedzę przed lekcją
Pilny komunikat GIS. Pożywienie dla niemowląt wycofane z obiegu
Niewinne kłamstewka dzieci? "U nas w przedszkolu dają jeść tylko surową cebulę"
Gdy razem z mężem klepaliśmy biedę, teściowa kupowała sobie futra, nowy telewizor i żyła jak królowa – a później życie dopisało nieoczekiwany ciąg dalszy!
Znalazł mnie nad ranem na tej samej krawędzi łóżka, gdzie wieczorem się rozpadłam
Dar z nieba… Poranek był pochmurny, ciężkie chmury wlokły się nisko nad Warszawą, gdzieś w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadciągała burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima już odeszła, ale wiosna nie spieszyła się z nadejściem. Wciąż było chłodno, porywisty wiatr pędził zeszłoroczne liście po śródmiejskich chodnikach. Nieśmiało przebijała się przez twardą ziemię młoda trawa, pąki na drzewach w Łazienkach ciągle zwlekały z pokazaniem swoich skarbów. Przyroda czekała na deszcz. Zima tego roku była w Polsce mało śnieżna, sucha i wietrzna. Ziemia nie miała kiedy odpocząć, nie nasyciła się wilgocią pod białą kołderką i teraz z niecierpliwością wyczekiwała burzy. Burza przyniesie tak wyczekiwaną wodę, obmyje wszystko z kurzu i brudu, ożywi do nowego życia. I dopiero wtedy zacznie się prawdziwa, polska wiosna – radosna, kwitnąca, młoda jak zakochana kobieta. Ziemia wtedy wyda soczystą zieloną trawę i kolorowe kwiaty, drżące liście i słodkie owoce. Radośnie zaśpiewają ptaki, zaczną budować gniazda wśród świeżej zieleni w warszawskich ogrodach i sadach. Życie płynie dalej. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie. Z kuchni unosił się aromat świeżego kawy i jajecznicy. Trzeba było wstawać. Po wczorajszej trudnej rozmowie, po łzach Wiktorii, bezsennej nocy i ciężkich myślach wstawanie nie należało do łatwych. Ale trzeba – bo życie trwa nadal. Wygląd Wiktorii też świadczył o przeżytym bólu – zaczerwienione oczy, ciemne cienie pod nimi. Wystawiła blady policzek do pocałunku, słabo się uśmiechając. – Dzień dobry, kochanie! Wygląda na to, iż będzie burza. Boże, jak ja czekam na deszcz! Kiedy już przyjdzie ta prawdziwa wiosna? Wiesz co, przypomniały mi się wiersze… Czekałam wiosny, jak wybawienia Od mroźnej zimy, bezdomności. Czekałam wiosny, jak wyjaśnienia Wszystkich życiowych zawiłości. Wciąż mi się zdawało, iż gdy ona przyjdzie, Wszystko się rozjaśni od razu, Wciąż mi się zdawało, iż tylko wiosna Może poukładać wszystko Szczerzej, Prościej, Pewniej, Z ufnością. Gdzie jesteś, wiosno? Przybądź, błagam! Sasza objął ją za szczupłe ramiona, pocałował w pochyloną smutnie, jasną głowę. Włoski pachniały łąką i rumiankiem. Serce ścisnęło mu się z żalu. Moja biedna, ukochana dziewczyno, za co nas Bóg karze? Jedyna nadzieja pozwalała przetrwać te wszystkie lata. A wczoraj słynny profesor – ich ostatnia nadzieja – postawił kropkę na ich oczekiwaniach. – Przykro mi, ale dzieci mieć nie będziecie. Pobyty w Strefie Czarnobylskiej, Saszko, nie pozostały bez wpływu. Niestety, tu medycyna bezsilna. Bardzo mi przykro. Wiktoria stanowczo wytarła łzy. – Saszku, myślałam długo i zdecydowałam. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile tam nieszczęśliwych maluchów! Weźmiemy chłopca, wychowamy, będziemy mieli synka. Zgadzasz się? Tyle na niego czekaliśmy… – łzy znowu popłynęły. Sasza tulił ją do piersi i sam nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście, kochanie! Nie płacz, nie płacz. I wtedy rozległ się grzmot tak potężny, iż cały dom zatrząsł się od tej uroczystej kanonady. I lunął deszcz… Niebo się otworzyło! Nareszcie Bóg wysłuchał ich próśb! Ulewny deszcz spadł na szare, warszawskie ulice. Grzmiało, błyskało, jakby tuż nad dachami. Sasza i Wiktoria, objęci, stali przy oknie, a przez uchylone okno wlatywały zimne krople i ożywczy zapach deszczu. Ciemna zasłona smutku, która jeszcze niedawno oplatała ich dusze, topniała, rozpuszczała się, zmywana przez ten pierwszy, wytęskniony wiosenny deszcz. Chciałoby się tylko jednego: niech ten deszcz trwa jak najdłużej… Wiosenny deszcz – symbol życia, nadziei i odrodzenia! Kilka dni później stanęli przed drzwiami warszawskiego domu dziecka. Zaproszono ich na spotkanie. Przyszli po synka, tego upragnionego, wyczekanego – synka, Kacperka, Kubusia… Już go kochali, choć jeszcze go nie widzieli. Pokochali miłością, która przez lata gromadziła się w ich sercach. Bijące serca, zatykanie oddechu z emocji. Sasza nacisnął dzwonek. Drzwi się otwarły – już na nich czekano… Rozmowa z dyrekcją odbyła się kilka dni wcześniej, a teraz wprost zaprowadzono ich do dzieci, które mogłyby zostać ich synkiem. W pierwszym pokoju zobaczyli dziewczynkę w mokrych śpioszkach na wilgotnej ceracie. Brudna koszulka, zaschnięte łzy i katar, wielkie niebieskie oczy smutno spoglądające na przechodzących dorosłych. Bolesny obraz… Oto dom dziecka, przytułek porzuconych… W następnej sali dzieci były zadbane i czysto ubrane. Pielęgniarka delikatnie pokazywała maluszki, jakby w sklepie – pomyślał Sasza – a my, jak kupujący… – Saszku, wróćmy do tamtej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. – Siostro, chcielibyśmy zobaczyć tę niebieskooką dziewczynkę… – Ale państwo chcieli chłopca… – Chcemy ją zobaczyć jeszcze raz – stanowczo odpowiedzieli. Zaprowadzono ich do dziewczynki. Była już umyta, ubrana na sucho, na policzkach pojawiły się rumieńce, w oczach – radość. Gdy zauważyła dorosłych przy łóżeczku, uśmiechnęła się i na jej policzkach pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła rączki… Wiktoria ścisnęła dłonie Saszy – jej stópki były wykręcone do tyłu. Sasza wziął ją na ręce; zatonęła przytulona, mokrym noskiem dotykając jego twarzy… Powstrzymując łzy, wiedzieli zgodnie – to właśnie ona. Chociaż lekarze ostrzegają: niełatwo, wiele trudu, rehabilitacja, operacje, ale szansa jest… Dali im miesiąc na decyzję. Już po jednym dniu wiedzieli. Lenka będzie ich córką. Po formalnościach, sądowych przeprawach, odwiedzinach u profesorów w Gdańsku – decyzja zapadła. Sasza sprzedał nowiutkie auto, ruszył z biznesem na nowo. Wiktoria zrezygnowała z pracy, w całości poświęciła się córeczce. Pierwsze operacje, długie miesiące rehabilitacji, żmudna walka… I zwycięstwo! Po polskich szpitalach, na oddziałach ortopedycznych, wychodzili z córką na wiosenne spacery, już bez łez, w krótkich spódniczkach i sandałkach. Lenka okazała się niezwykle pogodna, twórcza, uzdolniona – gwałtownie trafiła do dziecięcej szkoły plastycznej, jej rysunki pojawiały się na wystawach. W podstawówce była wszędzie liderką, dumą rodziców… Nie była dzieckiem “od urodzenia”, a jednak wychowana z miłością, uważnością – stała się im wszystkim. Odtąd szczęście ich nie opuszcza – Saszy interes kwitnie, przenoszą się całą rodziną do Trójmiasta, do wymarzonego mieszkania. Lenka, piękna, jasnowłosa, niebieskooka nastolatka, chodzi do prestiżowej szkoły, wciąż maluje, tańczy, lśni wśród rówieśników. Dar z nieba, dar najcenniejszy – właśnie tak rodzina myśli o niej od pierwszego, burzowego poranka.
GIS ostrzega rodziców. Kolejna partia mleka dla niemowląt wycofana
GIS ostrzega rodziców. Kolejne partie mleka dla niemowląt wycofane
#119 milch-beschwõrer…
Zaplanuj rodzinną wyprawę w 2026 roku ze Skyscanner!
„Nie, postanowiliśmy, iż lepiej nie przywozić żony i dziecka do tego mieszkania.”
Przebaczenia nie będzie – Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym, żeby odnaleźć swoją matkę? Pytanie padło tak niespodziewanie, iż Wika aż się wzdrygnęła. Właśnie rozkładała na kuchennym stole dokumenty z pracy – sterta papierów groziła rozsypaniem, więc Wika ostrożnie przytrzymywała ją dłonią. Teraz jednak zamarła, powoli opuściła ręce i spojrzała na Aleksa. W jej oczach widać było szczere zdumienie: skąd w ogóle taki pomysł? Po co miałaby szukać tej, która jednym nieuważnym ruchem pogmatwała jej życie? – Oczywiście, iż nie – odpowiedziała, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie. – Jaki w tym sens? Dlaczego miałabym to robić? Aleks lekko się speszył. Przejechał dłonią po włosach, jakby chciał zebrać myśli, i uśmiechnął się – nieco sztucznie, jakby już żałował swojego pytania. – Bo… – zaczął, szukając słów. – Często słyszę, iż dzieci z domów dziecka czy rodzin zastępczych pragną odnaleźć swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem, iż jeżeli będziesz chciała, pomogę. Serio. Wika pokręciła głową. W piersi nagle zrobiło się ciasno, jakby ktoś niewidzialny ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, próbując opanować narastające rozdrażnienie, i znów spojrzała na Aleksa. – Dzięki za propozycję, ale nie potrzebuję tego – powiedziała stanowczo, lekko podnosząc głos. – Nigdy jej nie będę szukać! Dla mnie ta kobieta od dawna nie istnieje. Nigdy jej nie wybaczę! Tak, zabrzmiało to ostro – ale przecież inaczej się nie da! Inaczej trzeba by wracać do tych bolesnych wspomnień i odsłaniać duszę przed narzeczonym. A są rzeczy, których nie chce się dzielić choćby z najbliższymi. Sięgnęła więc po stertę dokumentów, udając zajęcie. Aleks zmarszczył brwi, ale nie próbował naciskać. Ewidentnie nie było mu miło słyszeć tak dosadnej odpowiedzi. W głębi ducha nie rozumiał jej postawy! Matka w jego oczach zawsze miała niemal święty status, niezależnie od jej roli w wychowaniu. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko przez dziewięć miesięcy, dawała mu życie, stawiał ją w jego oczach na piedestale. Aleks wierzył, iż między matką a dzieckiem jest wyjątkowa, niezniszczalna więź, której nie złamią ani czas, ani okoliczności. Wika nie podzielała tych przekonań – wręcz jednoznacznie je odrzucała. Wszystko było dla niej jasne: jak można chcieć spotkania z kimś, kto tak okrutnie się zachował? Jej „mamusia” nie tylko oddała ją do domu dziecka – sprawa była o wiele gorsza, bardziej bolesna! Dawno temu, jeszcze jako nastolatka, Wika zdobyła się na pytanie, które latami ją dręczyło. Podeszła do dyrektorki domu dziecka, pani Barbary Wiesławskiej – surowej, ale sprawiedliwej kobiety, której dzieci darzyły szacunkiem. – Dlaczego tu jestem? – zapytała cicho, ale stanowczo. – Moja mama… zmarła? Odebrano jej prawa rodzicielskie? Musiało się przecież stać coś poważnego, prawda? Pani Barbara zamarła. Właśnie przeglądała papiery, ale po pytaniu dziewczynki odłożyła je na bok. Dyrektorka przez chwilę milczała, jakby ważyła każde słowo, potem westchnęła ciężko i skinieniem głowy zaprosiła Wikę do siebie. Dziewczynka usiadła, mocno ściskając brzeg krzesła, pełna niepokoju. Przeczuwała, iż zaraz usłyszy coś, co na zawsze zmieni jej obraz własnej przeszłości. – Została pozbawiona praw rodzicielskich i pociągnięta do odpowiedzialności karnej – zaczęła powoli pani Barbara, dobierając słowa. Wzrok miała spokojny, ale w oczach widać było troskę – miała opowiedzieć dwunastolatce prawdę, którą wielu wolałoby zataić. Można by spróbować ją osłodzić, dodać coś mniej bolesnego, ale pani dyrektor zdecydowała – Wika zasługuje na prawdę, choćby okrutną. Zrobiła krótką pauzę, po czym mówiła dalej: – Trafiłaś do nas w wieku czterech i pół roku. Powiadomiły nas osoby, które zauważyły małą dziewczynkę tułającą się po ulicy. Szłaś sama, malutka, zagubiona… Okazało się później, iż jakaś kobieta zostawiła cię na ławce przy dworcu, a sama wskoczyła do pociągu i odjechała. Była jesień, zimno, mokro, a ty byłaś w cienkim płaszczyku i kaloszach. Kilka godzin na zimnie skończyło się szpitalem – długo dochodziłaś do siebie. Wika siedziała sztywno, jakby skamieniała. Zaciśnięte pięści, twarz obojętna – tylko oczy pociemniały, jakby zebrała się w nich burza. Słuchała, każda informacja zapadała w pamięć, choć wszystko w niej przewracało się do góry nogami. – Znaleziono ją? Co powiedziała na swoje usprawiedliwienie? – szepnęła, nie rozluźniając pięści. – Znaleziono i osądzono. Wytłumaczenie? – dyrektorka skrzywiła się smutno. – Powiedziała, iż nie miała pieniędzy, aż trafiła się praca. Problem w tym, iż pracodawca nie pozwalał przychodzić z dzieckiem – przeszkadzałaś jej. To był chyba ośrodek wypoczynkowy czy coś w tym rodzaju. Uznała, iż łatwiej będzie zostawić cię i zacząć nowe życie. Wika pozostawała nieruchoma. Powoli rozluźniła pięści, opuściła ręce na kolana. Patrzyła w dal, jakby nie widziała nic – jej myśli wróciły do tamtego jesiennego poranka, którego przecież choćby nie pamiętała. – Rozumiem… – powiedziała w końcu jednostajnym, niemal martwym głosem. Spojrzała na panią Barbarę i dodała: – Dziękuję za szczerość. W tamtej chwili Wika zrozumiała raz na zawsze – nie musi już szukać matki. Nigdy. Myśl, która czasem gdzieś zaświtała: „a może kiedyś, tylko żeby spytać: 'dlaczego?’”, teraz zniknęła na zawsze. Zostawić dziecko na ulicy… Tego nie była w stanie pojąć! Czy kobieta, która dała jej życie, naprawdę nie miała ani sumienia, ani litości? Przecież z tak małym dzieckiem mogło się zdarzyć wszystko. „To nie czyn człowieka, tylko zwierzęcia!” – powtarzała w myślach Wika, czując w środku ostry, przeszywający ból. Próbowała, szczerze próbowała, znaleźć usprawiedliwienie. Może matka była zdesperowana? Może myślała, iż tak będzie dla Wiki lepiej? Ale każde z tych tłumaczeń rozpadało się w konfrontacji z faktami. Dlaczego nie złożyła oficjalnej rezygnacji? Nie oddała dziecka do domu dziecka w normalny sposób, by było bezpieczne? Po co zostawiła czteroletnią dziewczynkę samą na zimnej ulicy? Wika analizowała to wszystko dziesiątki razy, każde wyjaśnienie rozbijało się o ścianę. Nic nie łagodziło bólu, nic nie usprawiedliwiało zdrady. Pozostawała tylko zimna decyzja – świadomie pozbyła się dziecka jak niepotrzebnej rzeczy. Im dłużej o tym myślała, tym mocniej utwierdzała się w decyzji. Nie, nigdy nie będzie jej szukać. Nie będzie pytać „dlaczego”. Nie będzie próbować zrozumieć. Zrozumienie nie zmieni przeszłości. A takiego czynu nie potrafiłaby wybaczyć. I z tą decyzją przyszło dziwne uczucie ulgi… ************************** – Mam dla ciebie niespodziankę! – Aleks promieniał radością, aż mu się oczy śmiały, jakby właśnie wygrał los na loterii. Stał w przedpokoju, niecierpliwie przebierając nogami, rwąc się do pokazania tego, co przygotował. – Spodoba ci się! Chodź, nie można kazać komuś czekać! Wika stanęła w progu, trzymając w dłoniach zimną już herbatę. Spojrzała na Aleksa z niepokojem, odstawiła kubek. Co to za niespodzianka? I dlaczego mimo jego entuzjazmu czuła dziwne przeczucie? W środku jakby napięta struna miała zaraz pęknąć. – Dokąd idziemy? – zapytała, starając się brzmieć spokojnie. – Zobaczysz! – Aleks uśmiechnął się szerzej, złapał ją za rękę i pociągnął do drzwi. – Obiecuję, zaraz wszystko się wyjaśni! Nie stawiała oporu, ale w środku miała coraz większą pustkę. Założyła płaszcz, buty i wyszła za narzeczonym. Po drodze do parku próbowała zgadnąć, co wymyślił. Może bilety na koncert? Może spotkanie z dawnymi znajomymi? Wszystko wydawało się mało prawdopodobne. Wchodząc do parku, od razu zauważyła kobietę siedzącą na ławce przy głównej alei. Ubrana skromnie, ale schludnie: ciemny płaszcz, szalik na szyi, nieduża torebka na kolanach. Jej twarz wydawała się Wice jakby znajoma, tylko zupełnie nie mogła sobie przypomnieć, skąd. Może krewna Aleksa? Albo koleżanka z pracy, z którą miał ją poznać? Aleks pewnym krokiem ruszył w stronę ławki, Wika szła za nim, próbując dopasować elementy układanki. Gdy podeszli bliżej, kobieta podniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła. W tym momencie coś w Wice pękło – już wiedziała, skąd zna tę twarz. Ze swojego odbicia. Gdyby tylko dodać trzydzieści, czterdzieści lat. – Wika – głos Aleksa zabrzmiał podniośle, jakby miał ogłosić coś na scenie – mam euforia ogłosić: po długich poszukiwaniach znalazłem twoją mamę. Jesteś szczęśliwa? Wika stała nieruchomo, czując jak świat na chwilę się zatrzymuje. Jak on mógł? Przecież mówiła wyraźnie, iż nie chce choćby o niej słyszeć! – Córeczko! – kobieta wstała, wyciągając ramiona. W głosie drżenie, w oczach blask – jakby naprawdę się cieszyła. Wika cofnęła się gwałtownie, zwiększając dystans, twarz zesztywniała, spojrzenie stało się twarde. – To ja, twoja mama! Tak długo cię szukałam, codziennie myślałam, martwiłam się… – To nie było łatwe! – dodał Aleks z dumą. – Zaangażowałem znajomych, obdzwoniłem mnóstwo urzędów, szukałem kontaktów… Ale udało się! Przerwał mu głośny, dźwięczny policzek. Ręka Wiki wystrzeliła w górę bez namysłu. W oczach stanęły łzy – ból i gniew. Patrzyła na narzeczonego z niedowierzaniem: jak mógł? Skoro tyle razy mówiła, iż przeszłość jest zamknięta na zawsze! – Co ty wyprawiasz? – wyjąkał Aleks, chwytając się za policzek. – Przecież robiłem to dla ciebie! Chciałem pomóc, zrobić coś dobrego… Wika milczała. W środku kipiała – czuła, jak Aleks, któremu ufała, po prostu zburzył wszystko, co najcenniejsze: nie dotykać tego, co zakopane głęboko. To, co tak pilnie ukrywała – on wystawił na światło dzienne. Kobieta obok stała zagubiona – spoglądała raz na Wikę, raz na Aleksa. Chciała coś powiedzieć, ale zobaczywszy wyraz twarzy córki, nie odważyła się. – Nie prosiłam cię, byś jej szukał – powiedziała Wika cicho, choć głos jej drżał. – Wyraźnie dałam ci do zrozumienia, iż tego nie chcę! A ty i tak zrobiłeś po swojemu! Aleks opuścił dłoń, ale nie znalazł odpowiedzi. Patrzył na Wikę z nadzieją – iż się rozmyśli, odpuści, ale widział w niej tylko zimną, nieprzejednaną decyzję. – Powiedziałam jasno: nie chcę słyszeć o tej kobiecie! – Wika zadrżała z gniewu. Patrzyła na Aleksa, a w jej oczach nie była już tylko zraniona – to był ból, głęboki i stary jak blizna. – Ta „matka” zostawiła mnie na dworcu, gdy miałam cztery lata! Samą! Na dworcu, gdzie roi się od dziwnych typów! W cienkiej kurtce! I ty myślisz, iż powinnam to wybaczyć? Aleks pobladł, ale nie ustąpił. Wyprostował się, próbując dodać sobie powagi: – Jest twoją matką! Nie liczy się, jaka jest! Matka to matka! Wtedy kobieta zrobiła nieśmiały krok naprzód. Jej głos był cichy, niemal przepraszający, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi: – Często chorowałaś, nie miałam pieniędzy na leki – zaczęła wybierając starannie słowa. – Trafiła się praca, szansa… Gdyby wszystko się ułożyło, odebrałabym cię, bylibyśmy razem… Wika odwróciła się do niej gwałtownie. W jej oczach nie było współczucia – tylko chłodna, przez lata pielęgnowana gorycz. – Skąd byś mnie zabierała? Z cmentarza? – jej głos był ostry, niemal okrutny, ale już dłużej milczeć nie mogła. – Mogłaś zgłosić się do opieki i napisać, iż nie dasz teraz rady! Mogłaś zostawić mnie w szpitalu, jeżeli naprawdę tak często chorowałam! Ale nie na ulicy! Nie w zimnie, sama, bez opieki! Aleks w rozpaczliwym geście próbował ująć jej dłoń. Jego palce delikatnie ścisnęły jej nadgarstek, ale gwałtownie się wycofała. – Przeszłość minęła, trzeba żyć dalej – przekonywał, jakby próbował przekonać siebie. – Marzyłaś, żeby do ślubu zaprosić rodzinę. Spełniłem marzenie… Wika spojrzała na niego – w jej oczach widniał taki żal, iż Aleks odruchowo cofnął się o krok. – Zaprosiłam panią Barbarę, dyrektorkę domu dziecka, i panią Julię, moją wychowawczynię – głos Wiki był cichy, ale zdecydowany. – To one były prawdziwymi mamami! Były przy mnie, gdy było źle! Wspierały, uczyły, opiekowały się. To je uważam za rodzinę! Wyrwała rękę i wybiegła z parku bez oglądania się. Biegła po alejkach, mijając ławki, klomby – byle dalej od wszystkiego. W piersi szalała burza, ciężko oddychała. Takiego rozczarowania ze strony narzeczonego nie spodziewała się nigdy. Przecież nic przed nim nie ukrywała. Przeciwnie – powiedziała całą prawdę o dzieciństwie, bez upiększeń. O dniach w domu dziecka, gdy jeszcze miała nadzieję, iż mama wróci. Aleks słuchał, kiwał głową, powtarzał, iż rozumie. A i tak ją odnalazł. I sprowadził. „Nie ważne jaka, ważne iż matka” – te słowa odbijały się w głowie bólem. „Nigdy!” – postanowiła. Przez nią już nigdy nie przejdzie do porządku dziennego! Nigdy nie udawać, iż nic się nie stało. Nie zatrzymując się, wyszła z parku na ulicę. W myślach znowu stawała twarz matki – taka, jaką ją dziś zobaczyła: postarzała, z cieniami niepokoju, z wymuszoną próbą uśmiechu. Wika zacisnęła pięści, wypierając wspomnienie. Teraz liczyło się jedno – uciec jak najdalej. choćby nie wróciła po rzeczy do mieszkania Aleksa. Na szczęście jej rzeczy było tam niewiele: kilka toreb z ubraniami, trochę drobiazgów. Przeprowadzkę planowali dopiero na po ślubie, więc niemal wszystko miała w kawalerce przyznanej przez państwo. To ułatwiało sprawę. Najważniejsze – nie wracać tam, dopóki wszystko się nie uspokoi. Telefon raz po raz wibrował – Aleks dzwonił bez przerwy. Wika patrzyła na wyświetlacz, widziała jego imię, ale nie odbierała. Bała się, iż jeżeli podniesie słuchawkę, powie za dużo, powie coś, czego potem pożałuje. Wolała poczekać, aż pierwszy gniew opadnie. Aleks nie ustępował. Oprócz telefonów przysłał kilka wiadomości głosowych. Jego głos był ostry, prawie gniewny: – Wika, zachowujesz się jak dziecko! Starałem się dla ciebie, a ty… Po prostu jesteś niewdzięczna! To jest histeria i tyle! Kolejna wiadomość była jeszcze ostrzejsza: – Już zdecydowałem. Ludmiła będzie na ślubie. Kropka. Nie mam zamiaru zmieniać zdania z powodu twoich fanaberii. Będziemy utrzymywać rodzinne kontakty, nasze dzieci będą ją nazywać babcią. Tak jest normalnie, tak jest adekwatnie! Wika słuchała tych wiadomości stojąc na przystanku i czuła, jak ściska jej się serce. Wyłączyła telefon i wsunęła do kieszeni. Jej świat właśnie zaczął się kruszyć – i nie wiedziała, jak go poskładać. Długo patrzyła w ekran, gdzie wyświetlały się ostatnie wiadomości Aleksa. W głowie dźwięczały jego słowa – twarde, nieznoszące sprzeciwu, bez miejsca na kompromis. „Ludmiła będzie na ślubie. Kropka”. Wryły się w świadomość, nie dając spokoju. Otworzyła aplikację wiadomości, wklepała krótki tekst i przeczytała go kilka razy. Słowa były proste i jednoznaczne: „Ślubu nie będzie. Nie chcę was widzieć – ani ciebie, ani tej kobiety”. Nacisnęła „Wyślij”. Przez chwilę patrzyła na potwierdzenie dostarczenia, potem powoli odłożyła telefon. Prawie natychmiast telefon zaczął dzwonić – Aleks chciał się połączyć. Wika choćby się nie poruszyła. Przyszło jeszcze kilka wiadomości – nie czytała ich. Otworzyła listę kontaktów, wyszukała numer byłego narzeczonego i bez wahania dodała go do czarnej listy. Telefon zamilkł. Tylko cisza, która otuliła ją jak ciepły koc, dając poczucie spokoju. Może kiedyś pożałuje tej decyzji. Może… Ale teraz, w tej chwili, wiedziała, iż postąpiła adekwatnie. Burza w środku cichła, zastępowana przez cichą, zmęczoną decyzję. Tak jest dobrze. Nie ma wspólnej przyszłości z kimś, kto potrafi zrobić coś takiego…
Zaproś dom do zabawy – odkryj kolekcję GREJSIMOJS
Ten quiz wiedzy nie jest trudny, ale 13/13 zdobywa co trzecia osoba!
Kiedy straciłam mamę, ciocia Marysia została moją drugą matką – historia o utracie, sile rodziny i bezwarunkowej miłości, która odmieniła moje życie
"Zamień pączka na ciepły posiłek dla Dziecka" Fundacja POCIECHA po raz szósty wspiera niedożywione dzieci
Kolejny kraj chce zakazu mediów społecznościowych dla dzieci
"CO MA PIERNIK DO WIATRAKA" WARSZTATY / SKANSEN W SZYMBARKU (03 lutego 2026)
Opieka naprzemienna – w teorii doskonała, w praktyce niekoniecznie?
Chłopiec znalazł pomysł na biznes. "Z jednej strony wstyd, a z drugiej duma"
Nie tylko opiekunka, czyli jak studentka pedagogiki Alicja została częścią rodziny samotnego taty – ciepła opowieść o pracy, zaufaniu i prawdziwej miłości w sercu polskiego miasta
Kobieca niepłodność – kiedy możemy o niej mówić, jakie są jej przyczyny i możliwości leczenia?
Dałem swoje nazwisko dzieciom mojej partnerki. Teraz mam obowiązek je utrzymywać, podczas gdy ona żyje szczęśliwie z ich biologicznym ojcem. Opowiem Wam, jak z „fajnego gościa” stałem się oficjalnym bankomatem dla dwójki dzieci, które piszą do mnie tylko wtedy, gdy potrzebują kasy na kino, a w Wigilię nie raczą choćby odpisać. Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Poznałem Martę – niesamowitą kobietę, rozwódkę z dwójką dzieci w wieku 8 i 10 lat. Zakochałem się bez pamięci, kompletnie zaślepiony. Ona powtarzała mi w kółko: „Dzieci tak bardzo cię kochają!” I wierzyłem jej jak naiwniak. Jasne, iż mnie kochały – zabierałem je w każdą sobotę i niedzielę do parku rozrywki. Pewnego razu, podczas jednej z tych rozmów, w których ludzie mówią największe życiowe głupoty, Marta powiedziała: — Strasznie mi przykro, iż dzieci nie noszą nazwiska po ojcu. On nigdy ich nie uznał. Wtedy – w najbłyskotliwszym momencie życia (tak, sarkazm) – odparłem: — Mogę je adoptować. I tak traktuję je jak własne. Znacie te filmowe momenty, kiedy czas się zatrzymuje i zza kadru słychać głos: „Już wtedy powinienem wiedzieć, iż to się źle skończy”? U mnie takiego głosu nie było. Ale powinien być. Marta wybuchła płaczem ze szczęścia. Dzieci rzuciły mi się na szyję. Poczułem się jak bohater. Głupi, ale bohater. Przeszliśmy przez wszystko – prawników, notariuszy, sądy. Dzieci oficjalnie zostały Sebastianem Kowalskim i Kamilą Kowalską – Z MOIM nazwiskiem. Ja byłem szczęśliwy. Marta była szczęśliwa. Urządziliśmy choćby małą „rodzinną uroczystość” z tortem. Sześć miesięcy później. SZEŚĆ. Marta mówi: — Musimy porozmawiać… Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale… Tomek wrócił. — Jaki Tomek? — spytałem, choć już wiedziałem. — Biologiczny ojciec dzieci. Zmienił się. Dojrzał. Chce odzyskać rodzinę. Zaniemówiłem. Dosłownie. — I co zamierzasz? — Dam mu szansę. Dla dzieci, rozumiesz? No jasne, iż rozumiem. Tak wyraźnie, jakbym dostał neonowy znak „WYJŚCIE”. — Marta, PRZYJĄŁEM dzieci jako własne. Są oficjalnie moje. — Tak, tak… potem to załatwimy. Najważniejsze, żeby dzieci miały teraz ojca. „Załatwimy potem.” Jakby chodziło o rachunek za prąd. Poszedłem do prawnika. Facet mało się nie zakrztusił kawą. — Podpisał pan pełną adopcję? — Tak. — To jest pan ich ojcem. Z pełnymi obowiązkami – alimenty, szkoła, ochrona zdrowia. Wszystko. — Ale nie jestem już z ich matką… — To bez znaczenia. Jesteś ojcem. Tak działa prawo. I oto dziś – płacę alimenty Marcie, która szczęśliwie mieszka z Tomkiem w MOIM mieszkaniu. Bo „dzieci potrzebują stabilności i nie należy ich przeprowadzać”. MOJE mieszkanie. Kupione za moje pieniądze. Ale się wyprowadziłem, bo „to zbyt traumatyczne dla dzieci”. Najbardziej absurdalne? Tomek – tata widmo, który przez lata nie dał ani grosza – teraz zabiera dzieci do parku, na piłkę i jest bohaterem rodziny. A ja dostaję co miesiąc mail od adwokata: „Alimenty przelane: x zł” Z jednym, smutnym emotikonem. Nie pomaga. W zeszłym miesiącu Sebastian napisał: — Cześć, możesz przelać jeszcze trochę? Chcę nowe buty do biegania. — A Tomek nie może ci ich kupić? — Powiedział, iż ty jesteś moim prawnym tatą. On jest tylko tatą z serca. Tata z serca. Jak wygodnie. Ja jestem tata z przelewu. Adopcja praktycznie nie do odkręcenia. Sąd uznałby mnie za drania, który chce „porzucić dzieci”. Znajomi już choćby mnie nie współczują. — Stary, w którym momencie pomyślałeś, iż to dobry pomysł? — Byłem zakochany. — Zakochanie nie powinno wyłączać mózgu całkiem. Mają rację. Teraz, gdy widzę faceta z cudzymi dziećmi, mam ochotę krzyknąć: „NIE PODPISUJ! BĄDŹ wujkiem, chłopakiem, czymkolwiek – BYLE NIE PODPISUJ!” A mama powiedziała tylko: „Miłość robi z ludzi głupców” i przytuliła mnie tak, iż jeszcze bardziej mnie zabolało. Wczoraj znów: „Nadzwyczajny wydatek: wyprawka szkolna – x zł” Nadzwyczajny. Jakby szkoła nie była co roku. A Marta wrzuca zdjęcia „szczęśliwej rodziny”. Dzieci – z MOIM nazwiskiem – przy mężczyźnie, który je porzucił. Kulminacja? Kamila (10 lat, a już ma Instagram…) wpisała w bio: „Córka Marty i Tomka ❤️” Moje nazwisko? Zero. Jestem anonimowym sponsorem ich życia. Oto ja – sam, co miesiąc 2 000 zł mniej w kieszeni, z dwojgiem „dzieci”, które kontaktują się tylko dla kasy, i z pełną świadomością, iż z miłości zrobiłem w życiu największą głupotę. Jedyne dobre – gdy ktoś pyta, czy mam dzieci, mogę powiedzieć „tak” i opowiedzieć tę historię przy stole. Wszyscy się śmieją. Ja – tylko w środku płaczę. A Wy? Podpisaliście kiedyś coś „z miłości” i drogo za to zapłaciliście… czy tylko ja byłem takim geniuszem, który podarował nazwisko i konto bankowe w promocyjnym pakiecie?
Chociaż Łucja była wzorową synową i oddaną żoną, zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale także samą siebie – historia dziewczyny z domu dziecka, która podporządkowała się mądrościom polskiej teściowej i zapomniała o własnym szczęściu
– Ona po prostu manipuluje moim mężem! – oburzała się Inna, patrząc, jak znowu dzwoni do niego była żona
Nowe elementy już dostępne na PaB!
Jak przez dziewięć lat udawałam szczęśliwą, wychowywałam cudze dziecko i modliłam się, by mój sekret nie wyszedł na jaw. Wyszedł wtedy, gdy mój syn potrzebował krwi swojego prawdziwego ojca, a ja po raz pierwszy zobaczyłam łzy mojego męża
Zastanawia się, ile chrzestna "daje do koperty". "I co z prezentem dla drugiego dziecka?"
Francja bierze się za VPN. Nie będzie omijania blokad
Przedszkolakom zakaże się ekranów. MEN mówi jedno, robi zupełnie co innego
Niedzielny tata. Opowiadanie. — Gdzie jest moja córka? – powtórzyła Olesia, czując, jak szczęka zębami, czy to ze strachu, czy z zimna.
Gdy Zosia przypadkiem podsłuchała rozmowę, bo jej przyjaciółka nie rozłączyła się po telefonie, odkryła, co naprawdę myślą o niej i jej rodzinie – ta historia wstrząsnęła jej zaufaniem do ludzi
Każdy wtorek Liana w pośpiechu schodziła do warszawskiego metra, ściskając w dłoni pustą reklamówkę. Była symbolem dzisiejszej porażki — aż dwie godziny spędzone na bezsensownym błądzeniu po Galerii Mokotów i Złotych Tarasach, a pomysłu na prezent dla chrześnicy, córki przyjaciółki, przez cały czas brak. Maja w wieku dziesięciu lat porzuciła fascynację końmi, a zakochała się w astronomii — znaleźć porządny teleskop w rozsądnej cenie okazało się zadaniem wręcz nie z tej ziemi. Dzień się już kończył, a w podziemiach czuło się zmęczenie wieczoru. Liana, omijając tłum opuszczający pociąg, przeciskała się w stronę schodów ruchomych. I właśnie wtedy jej, oderwany od gwaru uszu, wyłowił czysto, emocjonalnie brzmiący fragment rozmowy. — …naprawdę nie sądziłam, iż jeszcze go zobaczę, przysięgam — dobiegł zza pleców młody, lekko drżący głos. — A teraz, we wtorki, to on odbiera ją z przedszkola. Osobiście. Przyjeżdża swoją toyotą i razem jadą do tego parku z karuzelami… Liana zatrzymała się na stopniu poruszających się w dół schodów. Przez ułamek sekundy zerknęła przez ramię — dostrzegła czerwoną kurtkę, wzruszoną twarz i błyszczące oczy. I słuchającą ją z uwagę przyjaciółkę. „Każdy wtorek”. Ona też miała kiedyś taki dzień. Trzy lata temu. Nie poniedziałek, trudny od samego startu, nie piątek z obietnicą weekendu. Wtorek. Dzień, wokół którego kręcił się jej świat. Co wtorek, równo o siedemnastej, wybiegała ze szkoły na Ursynowie, gdzie uczyła języka polskiego i literatury, i niemal biegła przez pół miasta do szkoły muzycznej im. Moniuszki na Starym Mokotowie, w zabytkowej kamienicy z trzeszczącą podłogą. Odbierała Marka. Siedmioletniego, aż nazbyt poważnego chłopca ze skrzypcami, prawie tak dużymi jak on sam. Nie swojego syna — bratanka. Syna jej brata Antoniego, który zginął w tragicznym wypadku trzy lata temu. W pierwszych miesiącach po pogrzebie te wtorki stały się rytuałem przetrwania. Dla Marka, który zamknął się w sobie i niemal przestał się odzywać. Dla jego mamy, Olgi, która złamała się pod ciężarem żałoby. I dla niej samej — Liany — która próbowała poskładać ich wspólne życie na nowo, będąc przez czas jedynym oparciem. Pamiętała każdy szczegół. Jak Marek, nie patrząc na nikogo, opuszczał salę, ciągnąc ciężki futerał, który ona zawsze brała do ręki. Jak milcząc pieli się po schodach do metra, a ona opowiadała mu zabawne historie — jak uczeń napisał w wypracowaniu, iż „królowa Jadwiga miała męża Jagódka”, o kruku, który ukradł bułkę spod szkoły. Kiedyś, w listopadową pluchę, spytał cicho: — Ciociu Lino, a tata też nie lubił deszczu? Zatkało ją z bólu i czułości, ale odpowiedziała: — Nie znosił. Uciekał pod dach przy pierwszym kapuśniaczku. W tym momencie Marek chwycił ją za dłoń — mocno, jak dorosły. Nie żeby go prowadzić, raczej, jakby starał się zatrzymać coś, co się wymyka. Nie jej dłoń, ale właśnie ten obraz. Ściskał jej palce; w tym uścisku była cała potęga dziecięcej tęsknoty i nagłe zrozumienie: tata był naprawdę. Biegał po Warszawie pod daszki. Nienawidził szarugi. Istniał nie tylko w pamięci, nie tylko w westchnieniach babci, ale tu, we wspólnym listopadowym powietrzu. Trzy lata jej życie było podzielone na „przed” i „po”. Najważniejszym dniem, dniem prawdziwej — choć trudnej — obecności, był wtorek. Reszta tygodnia była tylko tłem, oczekiwaniem. Przygotowywała się do tych wtorków: kupowała sok jabłkowy, który Marek lubił, wgrywała na telefon śmieszne bajki na wypadek, gdyby w metrze panowała całkowita nuda, wymyślała tematy do rozmowy. Potem… Olga powoli stanęła na nogi. Znalazła pracę. A zaraz potem — nową miłość. I postanowiła zacząć od zera. W innym mieście, daleko od wspomnień. Liana pomagała im spakować się, wsunęła Markowi skrzypce do miękkiego pokrowca, mocno go przytuliła na peronie Warszawa Centralna. — Pisz, dzwoń, kochanie. Jestem zawsze pod telefonem. Najpierw dzwonił co wtorek, równo o szóstej. Przez kilka minut znów była ciocią Liną, która miała kilka czasu, by dopytać o wszystko: szkołę, skrzypce, nowych kolegów. Jego głos był cienką nicią przez setki kilometrów. Potem dzwonił już co dwa tygodnie. Marek podrósł — miał już dodatkowe zajęcia ze szachów, lekcje angielskiego, granie na konsoli z przyjaciółmi. — Ciociu, wybacz, w zeszły wtorek zapomniałem, mieliśmy kartkówkę — pisał w messengera, a ona: — Nic się nie stało, skarbie. Jak kartkówka? Jej wtorki wyznaczało już bardziej oczekiwanie na wiadomość, która mogła przyjść, ale nie musiała. Nie miała żalu. Pisała wtedy pierwsza. Potem kontakt ograniczył się do świąt; urodziny, Boże Narodzenie. Jego głos zrobił się pewniejszy. Mówił już jednym słowem: „Ok”, „Uczy się”, „W porządku”. Jego nowy tata, pan Sergiusz, był dobrym, spokojnym człowiekiem — nie próbował nikogo zastępować, po prostu był blisko. To było najważniejsze. Niedawno na zdjęciu w mediach społecznościowych pojawiła się siostrzyczka, Alinka. Marek trzymał maleństwo z niezdarną, ale rozczulającą czułością. Życie, okrutne i szczodre jednocześnie, tworzyło nowe, zasypując rany codziennością, opieką nad niemowlęciem, zakupami, planami na przyszłość. Dla Liany pozostało coraz skromniejsze, ale ciepłe miejsce „cioci z przeszłości”. I tak dzisiaj, w dźwięczącym echem metrze, te przypadkowe słowa — „każdy wtorek” — zabrzmiały nie jak wyrzut, ale ciche echo. Jak pozdrowienie od tej Liany, która przez trzy lata nosiła w sobie ogromną odpowiedzialność i miłość, jak otwartą ranę i największy dar. Tamta Liana wiedziała, kim jest: oparciem, latarnią w rozkładzie dnia małego człowieka. Była potrzebna. Kobieta w czerwonym płaszczu miała swoją własną opowieść — swój kompromis między bólem przeszłości a wymaganiami teraźniejszości. Ale ten rytm, ta rutyna — „każdy wtorek” — były uniwersalnym językiem. Językiem obecności — mówiącym: „Jestem. Możesz na mnie liczyć. Jesteś istotny dokładnie w ten dzień i godzinę”. To był język, który Liana niegdyś znała biegle, a teraz już niemal zapomniała. Pociąg ruszył. Liana wyprostowała się, patrząc na swoje odbicie w czarnym szybie tunelu. Wysiadła na Polach Mokotowskich już pewna, iż jutro zamówi dwa identyczne teleskopy — niedrogie, ale solidne. Jeden dla Mai, drugi — z dostawą do domu — dla Marka. Kiedy go otrzyma, napisze SMS: „Markuś, to żebyśmy mogli patrzeć w to samo niebo, choćby z innych miast. Co powiesz na to, żeby w następny wtorek, o szóstej wieczorem, o ile będzie pogodnie, wspólnie popatrzeć na Wielką Niedźwiedzicę? Ustawmy zegarki. Ściskam, ciocia Lina”. Wjechała po schodach na powierzchnię, w zimne, świeże powietrze wieczornej Warszawy. Najbliższy wtorek już nie był pusty. Znowu został wyznaczony. Nie jako obowiązek, ale serdeczna umowa między dwojgiem bliskich ludzi, których łączy wdzięczność i cicha, nierozerwalna nić rodzinnych wspomnień. Życie toczyło się dalej. W jej kalendarzu wciąż były dni, których nie trzeba tylko przeżyć, ale można je zarezerwować. Zarezerwować na cichy cud synchronicznego spojrzenia w niebo przez setki kilometrów. Dla pamięci, która już nie boli, ale ogrzewa. Dla miłości, która nauczyła się mówić na odległość — i dlatego stała się cichsza, mądrzejsza i silniejsza. KAŻDY WTOREK — dzień, kiedy znów jesteśmy blisko, mimo dzielących nas miast i lat.
Ferie w PRL-u. Pamiętasz jeszcze, jak wyglądały? Quiz ci przypomni!
– Spadaj stąd!!! Mówię ci – idź! Co się tu pałętasz?! – Klaudia Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielki półmisek z gorącymi pierogami i popchnęła sąsiadującego chłopaka. – No już, wynocha! Kiedy twoja matka wreszcie zacznie się tobą interesować?! Leniusz! Chudy jak szczapa Szymek, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy od dawna przyzwyczaili się do jego przezwiska Konik, rzucił spojrzenie na surową sąsiadkę i powlókł się do własnego ganku. Ogromny dom podzielony na kilka mieszkań był zamieszkany tylko częściowo. W rzeczywistości mieszkały tu dwie i pół rodziny: Pokotilowie, Semenowie i Karpenkowie – Kasia z Szymkiem. Ci ostatni właśnie byli tą „połówką”, z którą się specjalnie nie liczono i raczej ignorowano, póki nie zaszła jakaś nagła potrzeba. Kasia nie uchodziła za istotną osobę, więc nie warto było poświęcać jej czasu. Katarzyna oprócz syna nie miała nikogo – męża ani rodziców. Radziła sobie, jak umiała. Patrzono na nią z ukosa, ale specjalnie jej nie zaczepiano, czasem tylko przeganiano Szymka, zwanego nie inaczej jak Konikiem przez jego chude, długie ręce i nogi oraz dużą głowę, która jakby cudem trzymała się na cienkiej szyjce-łodyżce. Konik był bardzo niepozorny, lękliwy, ale wyjątkowo dobry. Nigdy nie przeszedł obojętnie obok płaczącego dziecka, zaraz próbując je pocieszyć – za co często obrywał od zatwardziałych matek, które nie życzyły sobie przy nim „Straszaka”. Kim był Straszak, Szymek nie wiedział do pewnego czasu. Potem mama dała mu książkę o dziewczynce Elżbiecie, i chłopak zrozumiał, skąd ta ksywka. Ale nie obraził się ani trochę. Szymek uznał, iż wszyscy, którzy nazywają go tak samo, czytali tę książkę, czyli wiedzą, iż Straszak był mądry i dobry, wszystkim pomagał, a na koniec sam został władcą pięknego miasta. Kasia, z którą podzielił się swoimi przemyśleniami, nie wyprowadzała go z błędu – uznała, iż lepiej, by dziecko myślało dobrze o ludziach, niż mieliby poznać gorzką prawdę. Bo na świecie tyle zła – i jej syn jeszcze nałyka się go pełnymi łyżkami. Niech przynajmniej z dzieciństwa się cieszy… Syna Kasia kochała ponad wszystko. Wybaczyła ojcu Szymka jego lekkomyślność i zdradę, jeszcze w szpitalu pogodziła się z losem i zgasiła położną, która coś bąkała o tym, iż chłopak przyszedł na świat „nie taki”. – Wymyślajcie dalej! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie! – A któż się kłóci?! Mądrym, to tylko nie będzie… – To jeszcze zobaczymy! – głaskała twarzyczkę syna i płakała. Przez dwa lata nieustannie woziła Szymka po lekarzach i wymogła, by zajęli się nim poważnie. Jeździła do miasta, trzęsąc się w zdezelowanym autobusie i mocno tuląc opatulanego po brwi malucha. Na współczujące spojrzenia nie zwracała uwagi – jeżeli ktoś próbował ją pocieszać czy radzić, zamieniała się w wilczycę: – Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To i twoje rady mnie nie obchodzą! Sama wiem, co robić! Do drugiego roku życia Szymek wyrównał się, przytył i nie różnił się już rozwojem od innych dzieci, choć urodziwy nie był. Duża, trochę spłaszczona głowa, cienkie rączki i nóżki oraz wychudzenie, z którym Kasia walczyła wszelkimi możliwymi sposobami. Ograniczając sobie wszystko, synowi dawała, co najlepsze, i odbiło się to na jego zdrowiu. Choć wyglądał mizernie, lekarzy przestał martwić – tylko kiwali głowami, patrząc, jak drobna, jak leśny elf, Kasia tuli swojego Konika. – Takich matek na palcach jednej ręki! Dawało się mu orzeczenie o niepełnosprawności, a teraz? Popatrzcie, chłopak jak ze stali! Mądrala! – Tak! Mój chłopiec jest właśnie taki! – My nie o chłopcu, Kasiu! O tobie! Jesteś prawdziwą bohaterką! Kasia wzruszała ramionami – nie rozumiała, za co ją tak chwalą. Czy matka nie powinna kochać syna i dbać o niego? Jaki w tym wyczyn? Wszystko jest, jak powinno! Po prostu robi, co do niej należy. Gdy Szymek miał iść do pierwszej klasy, czytał już, pisał i liczył, ale trochę się jąkał, co czasem przekreślało wszystkie talenty. – Szymonku, już wystarczy! Dziękuję! – przerywała mu nauczycielka i przekazywała czytanie komu innemu. Potem skarżyła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopak jest świetny, ale nie sposób go słuchać przy czytaniu czy odpowiedzi przy tablicy. Na szczęście dla Szymka, ta pani wytrzymała w szkole dwa lata – wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński, a klasę przekazano innej. Maria Iljina była starszą panią, ale temperamentu i miłości do dzieci nie straciła. gwałtownie zrozumiała, kim jest Konik, pogadała z Kasią, odesłała do dobrego logopedy, a Konik dostawał zadania pisemne. – Masz tak ładny charakter pisma! Miło się czyta! Szymek rozkwitał od takich słów, a Maria Iljina czytała głośno jego odpowiedzi, podkreślając, jak utalentowanego ma ucznia. Kasia płakała z wdzięczności, gotowa całować dobre ręce, które mimochodem podarowały jej synkowi odrobinę czułości, ale Maria Iljina gwałtownie ucinała wszelkie podziękowania. – A pani zgłupiała?! To moja praca! A chłopak cudowny! Wszystko mu się uda – zobaczycie! Do szkoły Szymek zawsze biegł podskakując – co bardzo bawiło sąsiadów. – O! Nasz Konik poleciał! Czas i nam się zbierać! Boże, jak przyroda mogła tak dziecko skrzywdzić? Po co ona go zatrzymała? Co sądzą o niej i synu sąsiedzi, Kasia oczywiście wiedziała. Ale nie lubiła się kłócić – uważała, iż jeżeli Bóg dał komuś tak kamienne serce, to „po ludzku” być nie zmusi. Więc nie warto tracić czasu w roztrząsanie, dlaczego ludzie bywają tacy – lepiej poświęcić go czemuś pożytecznemu: uporządkować dom albo posadzić jeszcze jedną różę pod gankiem. Wielkie podwórko, z grządkami pod każdym oknem i własnym sadem z tyłu, nikt choćby nie zasłaniał – obowiązywała niepisana zasada: „placyk” przed gankiem należy do tego, kto tam mieszka. Placyk Kasi był najpiękniejszy – kwitły róże, rosł ogromny krzak bzu, a schodki wykładane były kawałkami płytek uratowanych z remontu domu kultury. Kierownik domu śmiał się z prośby Kasi o „śmieci”, ale się zgodził, więc Kasia, pożyczywszy taczki od sąsiadów, cały dzień wybierała najładniejsze kawałki kafli. Potem z dumą przetoczyła się przez całe osiedle, pchając taczkę, w której dumnie siedział Konik. – Po co jej ten gruz? – dziwiły się sąsiadki. Ale za parę tygodni już się zachwycały, widząc, co wyczarowała Kasia z tych niepotrzebnych nikomu odłamków… Nigdy nie była w muzeum, nie widziała greckich fresków ani bizantyjskich świątyń, ale jej smak bezbłędnie podpowiedział, jak ma to wyglądać. I schody wykładane kaflami stały się prawdziwym dziełem sztuki, podziwianym przez całe osiedle. – Zobacz tylko! Toż to arcydzieło! Kasia nie reagowała na podziw sąsiadek. Jedyne liczące się dla niej słowa pochodziły od syna: – Mamo, jak tu pięknie… Szymek, siedząc na schodku, wodząc palcem po kolorowych płytkach, marzył z euforii – a Kasia znów płakała. Bo jej syn był szczęśliwy. A powodów do euforii nie miał wielu w życiu: w szkole go pochwalą albo mama upichci coś pysznego, przytuli i szepnie: jesteś taki mądry i dobry. Ot, i wszystkie szczęścia. Przyjaciół Konik miał niewielu, bo za chłopcami nie nadążał, a wolał czytać niż grać w piłkę. Dziewczyn nie dopuszczano do niego choćby na krok – zwłaszcza sąsiadka Klaudia, która miała trzy wnuczki: pięć, siedem i dwanaście lat. – choćby nie zbliżaj się do nich! – groziła pięścią Konikowi. – To nie dla ciebie dziewczynki! Co działo się w jej głowie pełnej trwałej ondulacji, pozostawało tajemnicą, ale Kasia nakazała Szymkowi trzymać się z dala od Klaudii i jej wnuczek. – Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje… Konik posłusznie słuchał i unikał sąsiadki jak ognia. I choćby tamtego dnia, gdy Klaudia szykowała się na wielkie rodzinne święto, tylko przechodził obok, nie myśląc o przyłączaniu się do zabawy. – O, grzechy moje ciężkie! – mruknęła Klaudia, przykrywając półmisek wyszywanym ręcznikiem. – Jeszcze powiedzą, iż jestem sknera! Czekaj tu! Wybrała parę pierogów i pobiegła za nim. – Trzymaj! I żeby mi cię na podwórku nie było! Mamy święto! Siedź grzecznie u siebie, aż mama wróci z pracy! Zrozumiałeś? Szymek skinął głową – zgadzając się i dziękując za pierogi, ale Klaudii nie było już na nim zależało. Za chwilę miały nadjechać dzieci, przyjechać wnuki, rodzina, czas siadać do stołu, a jeszcze tyle do zrobienia. Urodziny najmłodszej, ukochanej wnuczki – Zosi – Klaudia chciała uczcić z rozmachem. A syn sąsiadki, mizerny, wielkogłowy Szymek-Konik, w ogóle nie był jej potrzebny! Po co straszyć dzieci tym wyłupiastym chłopakiem! Potem będą mieli koszmary! Klaudia westchnęła, przypominając sobie, jak odradzała sąsiadce zostawienie dziecka. – Dokąd ci, Kaśka, z tym dzieckiem?! Po co?! Drogi mu nie dasz. Znieprawi się, zginie pod płotem! – Widzisz mnie kiedyś z kieliszkiem? – odburknęła Kasia. – To o niczym nie świadczy! Od takich bied jak twoje – jedna droga! Twoi rodzice nic ci nie dali, twojemu dziecku też nic nie dają! Nie wiesz, co to być matką! Po co twojemu dziecku się męczyć? Oddaj go, póki możesz! – A co jeszcze powinnam zrobić?! Jak ci nie wstyd! Sama matka jesteś! – Ty mi się nie wstydź! Swoje dzieci wychowałam sama. Co ty mu dasz? Nic! To się zastanów! Kasia przestała się wtedy z Klaudią witać – chodziła obok z dumą, niosąc swój wielki, trochę niekształtny, dziwnego kształtu brzuch i nie patrzyła w stronę sąsiadki. – A na co się na mnie gniewasz, głupia? Przecież ci dobrze radzę! – kręciła głową Klaudia. – Twoje dobro cuchnie! A ja mam mdłości! – odburknęła Kasia, głaszcząc brzuch, uspokajając nieznanego jeszcze Konika. – Nie bój się, maluszku! Nikt cię nie skrzywdzi! O tym, co i kto miał odwagę przez niecałe osiem lat życia Szymka, chłopak nie mówił mamie nigdy. Żałował jej… jeżeli bardzo skrzywdzili – płakał po cichu w kąciku, ale nie mówił. Wiedział, iż mamę zaboli mocniej niż jego. Krzywda spływała po nim jak po kaczce, bez goryczy i złości. Czyste łzy dziecka dokładnie wypłukiwały ją z duszy Szymka, i już po pół godzinie choćby nie pamiętał, kto i co mu powiedział, żal mu tylko było dziwnych dorosłych, którzy nie rozumieli prostego. Bez żalu żyje się lżej… Klaudii Matwiejewnej Szymek dawno się nie bał, ale nie pałał też sympatią. Za każdym razem, gdy groziła mu palcem i mówiła coś przykrego, Szymek uciekał, by nie widzieć jej złych oczu i nie słuchać ostrych jak brzytwa słówek. Gdyby zapytać go o to wszystko, Klaudia bardzo by się zdziwiła. Bo Szymek jej współczuł – z całego serca, jak tylko on umiał. Szkoda mu było kobiety, która marnuje swoje chwilki na złość. A chwilki Szymek cenił ponad wszystko – zrozumiał już dawno, iż nic na świecie cenniejszego nie ma. Wszystko można odzyskać, naprawić, ale nie czas. – Tik-tak! – powie zegar. I koniec… Nie ma już chwili! Chwytaj – nie złapiesz! Znikła… I nie wróci już nigdy, nie kupisz za żadne pieniądze i nie poprosisz w zamian za najpiękniejszy papierek po cukierku. Tylko dorośli jakoś tego nie pojmują… Siedząc na parapecie swojego pokoju, Szymek jadł pieroga i patrzył, jak po łące za domem gonią się wnuczki Klaudii i dzieci zebrane na urodziny Zosi. Solenizantka biegała jak kolorowy motyl w różowej sukience, a Szymek patrzył na nią zahipnotyzowany, wyobrażając ją sobie raz jako księżniczkę, raz wróżkę z baśni. Dorośli świętowali przy dużym stole koło ganku Klaudii, a dzieci po zabawie w pobliżu ruszyły grać w piłkę aż pod stary studzien – na większą łąkę. Szymek, gdy tylko dzieciarnia pobiegła, domyślił się, dokąd – i pognał do sypialni mamy. Z tamtego okna łąka była jak na dłoni i długo podziwiał zabawę, klaszcząc i ciesząc się razem z dzieciakami, aż zaczęło się ściemniać. Niektóre dzieci poszły do rodziców, inne zaczęły nową zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się koło starej studni, przyciągając uwagę Konika. Wiedział, iż przy studni jest niebezpiecznie – mama nie raz ostrzegała, by nie podchodzić. – Tam zrąb jest zbutwiały, a choć studni od dawna nikt nie używa, to woda tam jest. Wpadniesz – koniec! choćby nie krzykniesz – nikt nie usłyszy! Zrozumiałeś? Nie podchodź tam, synku! – Nie będę! Moment, gdy Zosia poślizgnęła się i znikła z pola widzenia, Konik przegapił – zapatrzony na chłopaków dyskutujących w kółku. Chłopcy rozbiegli się po łące, a Szymek zaczął szukać różowej plamki – aż zamarł z przerażenia. Zosi na łące nie było… Wypadł na ganek, wystarczyło mu chwili, by zrozumieć – Zosi nie było także przy stole. Czemu nie przyszło mu do głowy wołać dorosłych – nie potrafił później wyjaśnić. Po prostu zleciał ze schodów i pognał na tyły domu, choćby nie słysząc, jak oburzona krzyknęła Klaudia: – Komu mówiłam – siedź w domu?! Bawiące się dzieci w ogóle nie zauważyły, iż Zosi brakuje. Także nie zauważyły, jak Szymek podbiegł do studni, zobaczył daleko w dole coś jasnego i krzyknął: – Przyciśnij się do brzegu! Bał się trącić dziewczynkę, więc położył się na brzegu studni, zwiesił nogi i, obcierając brzuch na zbutwiałych kłodach, zanurzył się w ciemność. Do studni Szymek wskoczył, wiedząc, iż Zosi czas leci na minuty. Pływać nie umiała… To Szymek wiedział, bo nie raz próbował z nią na płytkiej wodzie na lokalnej plaży – przy babci Klaudii, która sarkała na Szymka i próbowała nauczyć wnusię pływać. Nie nauczyła, a Zosia bała się Szymka przez babcię. Ale dowcipem losu, właśnie on, Szymek, tymi chudymi ramionami, wyciągnął ją z wody. – Nic się nie bój, jestem tu! – obejmując Zosię za szyję, jak uczyła mama. – Trzymaj się, a ja będę krzyczał! Ręce mu ślizgały się po śliskich kłodach, Zosię wciągało na dno, ale Szymek zdołał nabrać powietrza i wrzasnąć: – Pomocy! Nie wiedział, czy go ktoś usłyszy, czy wystarczy mu sił, czy dorosły przyjdzie na czas… Wiedział tylko, iż śmieszna dziewczynka w różowej sukience powinna żyć – bo przecież piękna na świecie i tak jest niewiele. Usłyszeli go dopiero po chwili. Klaudia, niosąc talerz z gęsią, zaczęła szukać wzrokiem wnuczki i zamarła: – Gdzie jest Zosia?! Goście pod wpływem nie zrozumieli od razu, czego chce przerażona gospodyni, ale ona wrzasnęła tak, iż na nogi poderwali się i ci, którzy przechodzili ulicą. A Konik zdołał jeszcze raz, coraz słabszy, krzyczeć to słowo, które powinno być usłyszane: – Mamo… A Kasia, wracając z pracy, przyspieszyła kroku, jakby przeczuwała, iż musi biec co sił… Wpadła na podwórko w momencie, gdy Klaudia chwyciła się za serce i osunęła na schody jej ganku. Rozbawiona nie wiedziała, co się dzieje – popędziła na tył domu, gdzie zwykł bawić się Szymek, i usłyszała głos syna. – Jestem tutaj, synku! Domyślić się, skąd dobiegł głos, nie musiała – od lat bała się starej studni i bezskutecznie prosiła, by ją zasypać – nikt jej nie słuchał… Nie było czasu w myślenie. Kasia pobiegła po linę do suszenia, wybiegła na ganek, zawołała: – Za mną! Trzymajcie mnie! Na szczęście zięć Klaudii był na tyle trzeźwy, żeby gwałtownie obwiązać Kasię liną: – Dawaj! Ja cię trzymam! Zosię wyłowiła od razu – dziewczynka rzuciła jej się na szyję i natychmiast zwiotczała. Kasię trzęsło z przerażenia. Szymka długo nie mogła znaleźć… Szukała rozpaczliwie, jak wtedy, gdy bała się o jego życie, chcąc dać mu je po raz pierwszy. Wreszcie trafiła na coś cienkiego w wodzie – raptownie wyciągnęła syna, nie myśląc nawet, czy oddycha. Wykrzyczała: – Ciągnijcie! Wychodząc nad wodę, usłyszała ciche: – Mamo… Po dwóch tygodniach w szpitalu Szymek wrócił do domu jako bohater. Zosię wypisano szybciej – nałykawszy się wody, była cała. Szymek miał połamany nadgarstek i długo dochodził do siebie, ale mama była przy nim, a strach o Zosię, która odwiedzała go z rodzicami, minął. Szymek cieszył się, iż wróci do książek i ukochanego kota. – Kochany chłopcze! Gdyby nie ty… – płakała Klaudia, obejmując opalonego Szymka – mogę ci dać wszystko, co zechcesz! – Ale po co? – Szymek wzruszył ramionami. – Zrobiłem, co trzeba. Czy nie jestem facetem? Klaudia nie wiedziała, co odpowiedzieć – po prostu przytuliła chłopaka, jeszcze nie wiedząc, iż ten chudy, niezręczny Szymek, który już zawsze zostanie Konikiem, za kilka lat wyprowadzi wóz pancerny pełen rannych spod ostrzału. A potem dopilnuje, by każdy z nich w bólu dostał pomoc, jak kiedyś on, płacząc za mamą… A na pytanie – czemu to robi, skoro jemu robiono inaczej – Konik powie krótko: – Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest słusznie! *** Drodzy Czytelnicy! Matczyna miłość naprawdę nie zna granic. Katarzyna, mimo wszelkich trudności i uprzedzeń, kochała Szymka bezgranicznie. Jej wiara i troska pomogły mu się rozwinąć i być dobrym człowiekiem. To przypomnienie o niezwyciężonej sile rodzicielskiej miłości. Prawdziwy bohater jest w duszy: Szymek, „niepozorny” na zewnątrz, stał się bohaterem, gdy rzucił się ratować dziewczynkę ze studni. To jego czyn, a nie wygląd, zdefiniował, kim był. Pokazuje, iż dobro, odwaga i wrażliwość są prawdziwymi oznakami wielkości. Sąsiedzi, którzy z pogardą traktowali Kasię i jej syna, musieli uznać ich wartość po bohaterskim czynie Szymka. Ta historia podkreśla, iż uprzedzenia znikają wobec prawdziwych cnót, a najwyższą lekcją jest umieć wybaczyć, nie mieć żalu i działać słusznie mimo niesprawiedliwości. Jak powiedział Szymek: „Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest słusznie!” Ta historia inspiruje nas, by pamiętać, iż człowieczeństwo i współczucie zawsze pokonują obojętność i złość, a prawdziwe piękno płynie z wnętrza. Zachęcamy do refleksji: Czy wierzycie, iż dobro, mimo przeciwności, zawsze znajduje swoją drogę i zmienia świat na lepsze? Jakie sytuacje z waszego życia potwierdzają, iż pozory mylą, a prawdziwe bogactwo człowieka tkwi w duszy? **Matka, która walczyła o syna – historia Szymka Konika. O tym, jak pogardzany chłopiec został bohaterem i uratował życie, pokazując, iż prawdziwa wartość tkwi w sercu, a nie w wyglądzie. Opowieść o sile matczynej miłości, odwadze i sile przebaczenia.**
List do Świętego Mikołaja, czyli jak Denis znalazł zgubę w śniegu i spełnił dziecięce marzenia małego Szymka z ulicy Mickiewicza 97
Okazja Cenowa (Botanicals) – 10349 Wesołe roślinki
Dzika podróż po parkach narodowych z ilustracjami Mizielińskich
Okazja Cenowa (Creator) – 31170 Dzikie zwierzęta: różowy flaming
Okazja Cenowa (Technic) – 42173 Szary hipersamochód Koenigsegg Jesko Absolut
„Mapy. Obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świata”
Mama zawsze ma rację
Jak można być taką matką? Porzuciła swojego 4-letniego synka w domu dziecka, bo nie chciała go leczyć – na szczęście znalazł prawdziwy dom u Oli, mojej przyjaciółki, która mimo własnych przeżyć dała mu szansę na szczęście