Dzieci

Dekada po odejściu Sary: ojciec i pięcioro dzieci stawiają czoła pustce w sercu rodziny
Prosty quiz wiedzy o życiu na wsi. Wynik poniżej 9/11 to powód do wstydu
Zjadł wszystkie słodycze, siostry wybuchły gniewem. Filmik wywołał dyskusję o wychowaniu chłopców
Matka nigdy nie choruje. "Jestem jak robot na baterie, które nigdy się nie wyczerpują"
Pukanie do Drzwi: Płacząca Teściowa i Ukryty Dramat
PRZYPOMNĘ CI — Pani Mario, tutaj mi nie wychodzi ten zawijas… – szepnął smutno drugoklasista Tomek, wskazując pędzelkiem zbuntowany, wyginający się w złą stronę zielony listek, który namalował na swoim kwiatuszku. — Spokojnie, Tomciu, naciskaj na pędzel delikatniej… Poprowadź nim lekko, jakby ślizgał się po dłoni – tak, brawo! Teraz zawijas jak malowany! — uśmiechnęła się starsza nauczycielka. — A dla kogo namalowałeś takie cudo? — Dla mamy! — rozpromienił się chłopiec, który uporał się z opornym listkiem. — Dziś ma urodziny! To mój prezent! — w głosie Tomka po pochwałach nauczycielki brzmiała widoczna duma. — Ooo, szczęściara z twojej mamy, Tomku! Ale poczekaj, nie zamykaj jeszcze zeszytu. Niech wyschnie, żeby się nie rozmazało. Jak wrócisz do domu, wtedy ostrożnie wyrwij kartkę. Zobaczysz, bardzo się mamie spodoba! Pani Maria spojrzała ostatni raz na pochyloną nad kartką głowę Tomka i, uśmiechając się do swoich myśli, wróciła do biurka. No proszę, prezent dla mamy! Dawno nie widziała tak pięknych podarków. Tomek zdecydowanie ma talent do rysowania! Musi zadzwonić do jego mamy, zaproponować zapisanie chłopca do szkoły plastycznej. Szkoda by taki dar przepadł. A przy okazji dowiedzieć się, czy ten prezent jej się podobał? Sama Maria nie mogła oderwać oczu od barwnych kwiatków rozkwitłych na kartce, aż wydawało jej się, iż zaraz ożyją, zaszeleszczą zielonymi zawijaskami. Ech, cała matka! Tomek zdecydowanie odziedziczył talent po mamie! Laryska za młodu też pięknie rysowała… ***** — Pani Mario, mówi Larysa, mama Tomka Kwiatkowskiego — rozległ się wieczorem telefon w mieszkaniu nauczycielki — Chcę uprzedzić, iż Tomek jutro nie przyjdzie — ton w słuchawce młodej kobiety był sztywny. — Dobry wieczór, Laryso! Co się stało? — dopytywała pani Maria. — Co się stało?! Całe urodziny mi ten łobuz zepsuł! — wybuchła kobieta. — A teraz leży z gorączką, pogotowie dopiero wyjechało. — Jak to z gorączką? Przecież wychodził zdrowy, prezent ci niósł… — Mówi pani o tych kleksach? — Jakich kleksach, Laryso! On ci takie kwiaty namalował! Miałam dzwonić, by zapisać go do szkoły plastycznej… — Nie wiem, co to miały być za kwiaty, ale ja się na żaden kosmaty kłębek nie nastawiałam! — Kłębek? O czym ty mówisz? — Maria była coraz bardziej zdezorientowana, a wysłuchawszy chaotycznych wyjaśnień zdenerwowanej Larysy, marszczyła się coraz mocniej. — Wiesz co, Laryso, nie masz nic przeciwko, jeżeli wpadnę do was? Blisko mieszkam… Za kilka minut, mając zgodę swej dawnej uczennicy, a w tej chwili (jak ten czas leci!) mamy swego podopiecznego, pani Maria, zabrawszy z szafki gruby album z wyblakłymi zdjęciami i dziecięcymi rysunkami swojego pierwszego ukochanego klasowego rocznika, już wychodziła. W jasnej kuchni, gdzie Larysa wprowadziła gościa, panował rozgardiasz. Po sprzątnięciu tortu i naczyń, matka Tomka opowiadała: Jak syn przyszedł spóźniony, z plecaka kapała woda i błoto… Jak spod kurtki wyjął przemokniętego szczeniaka, od którego na kilometr zajeżdżało śmietnikiem! Wskoczył za nim do lodowatej kałuży, gdzie obcy chłopcy wrzucili psiaka! O zniszczonych książkach i o zeszycie z kleksami, na które żal patrzeć. I o gorączce, co w godzinę podskoczyła do niemal trzydziestu dziewięciu… O tym, iż goście wyszli, tortu nie spróbowawszy, i o lekarzu, który ją, matkę rzekomo nieodpowiedzialną, skarcił… — No to odnosiłam szczeniaka z powrotem na śmietnik, kiedy Tomek zasnął. A zeszyt, tam na kaloryferze schnie. Nie to, iż kwiatów, w ogóle nic w nim nie zostało po tej wodzie! — fuknęła Larysa niezadowolona. Nie zauważyła nawet, jak z każdą wypowiedzianą frazą pani Maria coraz bardziej posępniała. A kiedy usłyszała o losie ratowanego przez Tomka szczeniaka — spochmurniała zupełnie. Spojrzała na Larysę surowo, przesunęła czule dłonią po zniszczonym zeszycie i powiedziała cicho… Opowiedziała o zielonych zawijasach, o rozkwitłych kwiatach… O dziecięcej pilności i odwadze ponad wiek. O sercu chłopaka, które nie zniosło niesprawiedliwości i o łobuziakach, co żywe stworzenie wrzuciły do lodowej dziury. Potem wstała, wzięła Larysę za rękę i podprowadziła do okna: — Patrz, tam jest ta dziura — pokazała. — Nie tylko szczeniak mógł utonąć. I Tomek mógł. Ale czy o tym myślał w tamtej chwili? A może myślał o tych kwiatach, na które tchu zabrakło, żeby tylko nie popsuć prezentu mamie? A może zapomniałaś, Laryso, jak wtedy, w dalekich dziewięćdziesiątych, na ławce przy szkole płakałaś tuląc znalezionego kotka, odebranego chuliganom? Jak cały klas głaskał kota, dopytując, kiedy twoja mama przyjdzie? A do domu nie chciałaś iść, na rodziców, bez powodu, byłaś zła, kiedy wyrzucili „kosmatego kłębka” za drzwi… Na szczęście się opamiętali! To ci przypomnę! I Tiszkę twojego, z którym żegnać się wtedy nie chciałaś! I Muchtara, szczeniaka wiejskiej Najdy, co prawie do studiów z tobą był, i gawrona z połamanym skrzydłem, którymś opiekowała się w żywym kąciku… Pani Maria wyjąła z pożółkłego albumu duże zdjęcie, na którym szczupła dziewczynka w białym fartuszku przytulała do siebie puszystego kotka, z uśmiechem spoglądając na klasę, i cichym, ale stanowczym głosem kontynuowała: — Przypomnę ci dobroć, która na przekór wszystkiemu w twoim sercu kolorami kwitła… Za fotografią z albumu na stół spłynął dziecięcy rysunek: mała dziewczynka z kudłatym kotkiem na ręku, drugą dłonią mocno trzymająca mamę. — Gdyby to ode mnie zależało — dodała nauczycielka już surowiej — rozcałowałabym tego szczeniaka razem z Tomkiem! A barwne kleksy w ramkę bym oprawiła! Bo dla matki nie ma piękniejszego prezentu niż wychować dziecko na dobrego człowieka! Nie zauważyła starsza nauczycielka, jak z każdym słowem zmieniała się twarz Larysy. Jak niespokojnie zerkała na zamknięte drzwi pokoju Tomka. Jak bielały palce zaciśnięte na zeszycie… — Pani Mario! Kochana, proszę, popilnuje pani Tomka przez chwilę? Ja zaraz wracam! Tylko chwilkę! Po czujnym spojrzeniem nauczycielki Larysa w pośpiechu narzuciła płaszcz i wybiegła. Nie patrząc na kałuże, pognała do znajomej śmietniskowej górki. Nie bacząc na przemoczone nogi, szukała, nawoływała, przeszukiwała kartony, rozgrzebywała worki. I raz za razem niepokojąco zerkała w stronę domu… Czy jej wybaczą? ***** — Tomek, kto ci ten nos w kwiaty wsadził? To chyba twój przyjaciel — Dyzio? — On, pani Mario! Poznaje go pani? — Oczywiście! choćby ta biała gwiazdka na łapce jest! Jak przypomnę sobie, jak z twoją mamą te łapki myliśmy… — śmiała się serdecznie nauczycielka. — Teraz mu codziennie łapki myję! — dumnie powiedział Tomek. — Mama mówi, masz psa, dbaj o niego! choćby specjalną wanienkę nam kupiła! — Dobra mama z twojej mamy — uśmiechnęła się Maria. — Pewnie znowu jej rysujesz jakiś prezent? — No jasne — chcę oprawić do ramki. Bo u niej w ramce stoją te stare kleksy, a ona patrzy i się uśmiecha. Czy można się uśmiechać do kleksów, pani Mario? — Do kleksów? — zaśmiała się nauczycielka. — A czemu nie, jeżeli są od serca. A powiedz mi, jak sobie radzisz w szkole plastycznej? Udaje się? — Bardzo! niedługo portret mamy namaluję! Będzie szczęśliwa! A na razie… — Tomek wyciągnął z plecaka złożoną kartkę. — To dla pani od mamy, ona też czasem rysuje. Maria rozwinęła kartkę i lekko ścisnęła dziecko za ramię. Na białym papierze kolorowa plama szczęścia: uśmiechnięty Tomek kładący rękę na głowie rozkochanego w nim kundelka. Po prawej stała drobna, jasnowłosa dziewczynka w szkolnym fartuszku, tuląca kotka… A z lewej zza zagraconego biurka, z ciepłym uśmiechem i mądrym spojrzeniem, patrzyła ona – pani Maria. I w każdej kresce, w każdym pociągnięciu czuła skrytą, przeogromną matczyną dumę. Pani Maria otarła łzę i szeroko się uśmiechnęła — w rogu obrazka, wplecione w kwiaty i zielone zawiasy, stało jedno jedyne słowo: „Pamiętam”.
Gorycz na dnie duszy: „Od dawna dom dziecka za tobą tęskni! Wynoś się z naszej rodziny!” – wrzeszczałam głosem pełnym rozpaczy. Obiektem mojego skrajnego rozczarowania był mój kuzyn Darek, którego kiedyś tak bardzo kochałam…
Jak rozpoznać legalnego wolontariusza WOŚP? Pamiętaj o tym przed finałem
Z życia wzięte. "Nigdy nie widziałam brata mojego męża": Gdy pojawił się po latach, w sześć miesięcy zamienił nasze życie w koszmar
Z życia wzięte. "Wychowuję syna sama, odkąd mąż porzucił rodzinę": Gdy po latach wrócił, mój syn stanął po jego stronie i poczułam się zdradzona
Nie tylko opiekunka – Historia Alicji, studentki pedagogiki, która została nianią w rodzinie samotnego ojca z Warszawy, by pomóc dwóm sześcioletnim bliźniaczkom pozbierać rozbite serca po stracie mamy, a nieoczekiwanie odmieniła życie całej rodziny i znalazła własną drogę do szczęścia
ŻYCIE W PORZĄDKU — Lada, zakazuję ci kontaktów z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje życie, my swoje. Znowu dzwoniłaś do Natalii? Skarżyłaś się na mnie? Ostrzegałem cię. Nie miej pretensji, jeżeli coś się stanie — Bogdan mocno złapał mnie za ramię. Jak zwykle w takich sytuacjach, bez słowa szłam do kuchni. W oczach stawały łzy goryczy. Nigdy nie żaliłam się siostrze na swoje życie. Po prostu rozmawiałyśmy. Byli starzy rodzice, sprawy do omówienia. To doprowadzało Bogdana do furii. Nienawidził mojej siostry Natalii. U niej w domu panował spokój i dostatek, czego absolutnie nie można było powiedzieć o mnie i Bogdanie. Gdy wychodziłam za mąż za Bogdana, byłam najszczęśliwszą dziewczyną w całej Polsce. Porwał mnie w wir namiętności. Nie przeszkadzało mi nawet, iż był ode mnie o głowę niższy. W dniu ślubu nie zwróciłam uwagi na jego matkę, która ledwo trzymała się na nogach. Później okazało się, iż teściowa była alkoholiczką z wieloletnim stażem. Zaślepiona miłością nie widziałam złego. Po roku małżeństwa zaczęłam bardzo wątpić w swoje szczęście. Bogdan pił na umór, wracał do domu pijany jak bela. Potem przyszła seria zdrad. Pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu, pensja była marna. Bogdan wolał nie tracić czasu w pracę, tylko na wspólne picie z kolegami. Nie zamierzał mnie utrzymywać. Na początku marzyłam o dzieciach, teraz zadowalałam się rasowym kotem. Przestałam chcieć mieć dzieci z alkoholikiem, chociaż wciąż kochałam Bogdana. — Jesteś naiwna, Lada! Zobacz, ilu facetów się wokół ciebie kręci, a ty zapatrzona w swojego karzełka! Co ty w nim widzisz? Chodzisz wiecznie posiniaczona od jego pięści. Myślisz, iż nikt nie widzi twoich sińców pod grubą warstwą makijażu? Opuść go, zanim zrobi ci poważną krzywdę! — radziła mi przyjaciółka, koleżanka z pracy. Bogdan coraz częściej wpadał w złość. Parę razy podniósł na mnie rękę tak, iż nie przyszłam do pracy na zmianę. Zamknął mnie choćby raz w domu i zabrał klucz. Od tamtej pory panicznie się go bałam. Dusza mi się kurczyła, serce tłukło na dźwięk otwieranego zamka. Myślałam, iż mści się za to, iż nie dałam mu dziecka, za to, iż jestem złą żoną — za co tylko mógł. Nie sprzeciwiałam się jego przemocy, wyzwiskom, szyderstwom. Dlaczego wciąż go kochałam? Jego matka, przypominająca czarownicę, powtarzała: — Ladoczko, słuchaj męża, kochaj go całym sercem, o rodzinie i koleżankach zapomnij. Zatem zapominałam o przyjaźniach, rodzinie, słuchałam męża. Byłam całkowicie pod jego władzą. Lubiłam, gdy prosił o wybaczenie, klękał, całował stopy. Pogodzenie było słodko-krępujące, prawie magiczne. Bogdan obsypywał małżeńskie łoże płatkami pachnących róż. W tych chwilach unosiłam się na obłokach, jakby w raju. Wiedziałam, iż róże zerwane były w ogródku przyjaciela-alkoholika, którego żona pielęgnowała kwiaty, a on rozprowadzał je za bezcen wśród pijaków. Żony przebaczały swoim winnym mężom obdarowanymi różami… Pewnie tkwiłabym w tym związku do końca życia. Wymyślony raj co rusz rozbijałby się na kawałki, a ja próbowałabym go składać od nowa. Gdyby nie przypadek… — Odsuń się od Bogdana, mam z nim syna. Ty jesteś bezpłodna. — tak bezceremonialnie nieznajoma zaproponowała, żebym oddała męża dla jej nieślubnego dziecka. — Nie wierzę! Wynoś się! — wykrzyczałam. Bogdan wypierał się jak mógł. — Przysięgnij, iż to nie twój syn! — wiedziałam, iż nie da rady wyprzeć się dziecka. Milczał znacząco. Wszystko zrozumiałam… — Lada, nigdy nie widziałem cię radosnej. Coś się stało? — zagadnął mnie ordynator naszego szpitala, dr Herman Lewicki. Dotąd sądziłam, iż choćby mnie nie zna. — Wszystko w porządku — zmieszałam się przed dyrektorem. — W porządku? To dobrze. Wtedy życie jest piękne — powiedział z uśmiechem. Podobno kiedyś był żonaty, miał córkę, ale rozwiódł się po zdradzie żony. Teraz Herman Lewicki był sam. Czterdzieści dwa lata, zwyczajny, łysiejący, niski, w okularach. Ale gdy był blisko, czułam się dziwnie — przyciągała mnie jakaś nieodparta męskość, zapach wody po goleniu… Po tych słowach nie mogłam się pozbierać. “To dobrze, gdy wszystko w porządku”. Tak proste, a dotarły do duszy. U mnie przecież panował chaos… Odeszłam od Bogdana, zamieszkałam u rodziców. — Lada, co się stało? Wyrzucił cię mąż? — Nie, mamo. Później wszystko wyjaśnię. Potem matka Bogdana wydzwaniała, krzyczała, przeklinała. Ale ja już oddychałam pełną piersią. Dziękuję ci, panie Hermanie… Bogdan wściekał się, groził, próbował mnie znaleźć, nie rozumiał, iż już nie ma nade mną władzy. — Bogdan, zajmij się lepiej swoim synem. Ja przewróciłam naszą stronę życia. Żegnaj — powiedziałam spokojnie. Wróciłam do Natalii, do rodziców. Wróciłam do siebie, przestałam być marionetką. — Lada, nie poznaję cię — świeża, radosna, rozkwitłaś jak panna młoda! — zauważyła od razu przyjaciółka. A doktor Herman Lewicki oświadczył mi się: — Lada, wyjdź za mnie! Nie pożałujesz. Tylko jedno — mów mi po imieniu. — Ty mnie kochasz, Herman? — spytałam ze zdziwieniem. — Wybacz, kobiety potrzebują słów. Chyba cię kocham. Ale ufam czynom — pocałował mnie w rękę. — Zgadzam się, Hermanie. Chyba i ja cię pokocham — nie posiadałam się z radości. …Minęło dziesięć lat. Herman codziennie udowadniał swoją miłość. Nie rzucał pustych słów, nie całował stóp jak mój były. Był czuły, troskliwy, umiał zaskoczyć pięknym gestem. Naszych wspólnych dzieci się nie doczekaliśmy — widocznie byłam „pustym kwiatem”. Herman jednak nie miał mi za złe. — Lada, nam wystarczy, iż jesteśmy razem — pocieszał, kiedy tęskniłam za niespełnionym macierzyństwem. Córka Hermana dała nam wnusie, Sonię. Była naszym ukochanym dzieckiem. …A Bogdan? Pił do końca, nie dożył pięćdziesiątki. Jego matka, spotykając mnie czasem na rynku, patrzy z nienawiścią, ale te spojrzenia już do mnie nie docierają. Szkoda mi jej, nic poza tym. A u nas z Hermanem wszystko w porządku. Życie jest piękne…
Największe tego typu badanie. Sprawdzą wpływ ograniczenia mediów społecznościowych u dzieci
Chociaż Kasia była wzorową synową i żoną, zniszczyła nie tylko własne małżeństwo, ale również samą siebie
Prezent na Nowy Rok – czyli jak tata z synkiem postanowili naprawić błąd przedszkolnej Snieżynki i sprawić uśmiech smutnemu Koledze, który nie dostał upominku na uroczystości tuż przed sylwestrem
Jak mój mąż potajemnie wspierał swoją mamusię, a ja nie miałam czym ubrać naszej córki i musiałam cerować dziecięce skarpetki
Ciocia Marysia została moją drugą mamą: historia o tym, jak po śmierci mamy zyskałam rodzinę, wsparcie i prawdziwą matczyną miłość
Niechciana Potrzebna Wnuczka: Kogo Naprawdę Obejmie Miłość Babci Słowikowej?—Poruszająca Historia Małej Kariny, Matczynej Siły i Walki z Oczekiwaniami Rodziny w Letnim Polskim Miasteczku
Dziecko nie powinno podróżować w foteliku w kurtce. Pasy nie działają wtedy prawidłowo
Przyjaciółka zapomniała się rozłączyć po rozmowie telefonicznej, a Zosia przypadkiem podsłuchała, co jej najbliżsi znajomi naprawdę myślą o niej i jej rodzinie – to wydarzenie zmieniło ich relacje na zawsze
Nie tylko opiekunka – historia Alicji, studentki pedagogiki, która dzięki pracy wieczornej niani dla samotnego ojca Bogdana i jego córek bliźniaczek odnajduje swoje powołanie, a niespodziewanie także miłość oraz nową rodzinę w sercu współczesnej Warszawy
Gdy byłam w pracy, mąż poszedł odebrać dzieci, a kiedy do niego podeszłam, nie otworzył mi drzwi.
34. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jak zagra powiat konecki? Harmonogram imprez
Polska zablokuje social media dla dzieci? Kluczem ma być mObywatel
Chociaż Lucyna była wzorową synową i żoną, zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale także samą siebie
Gorycz na dnie duszy: „Już dawno powinieneś trafić do domu dziecka! Wynoś się z naszej rodziny!” – krzyczałam łamiącym się głosem do kuzyna Dymka, którego kiedyś kochałam jak brata. Dziecięca fascynacja, rodzinne spotkania przy polskim stole, podziw dla jego rysunków… wszystko zmieniło się po śmierci jego mamy. Przygarnęliśmy go, choć jego własny ojciec umył ręce. Dymek, starszy o dwa lata, od pierwszego dnia zaczął wyliczać swoje żądania: kolejka elektryczna, magnetofon, jeansy, kurtka z Pewexu… Rodzice spełniali wszystko, a on odwdzięczał się kłamstwami, kradzieżą mojej skarbonki i podrywaniem mnie, a później moich koleżanek. Nikt nie chciał o tym słuchać, a kiedy podniosłam głos, odwrócił się ode mnie na zawsze. Rodzina już wcześniej znała jego drugie oblicze, ale nikt nie ostrzegł nas na czas. Dymek został w końcu mężem nieugiętej Kaśki, która latami znosiła jego zdrady, kłamstwa i opuszczenie, także wtedy, gdy zamieszkał z inną w Kazachstanie. Po latach Dymek wrócił, został wzorowym katolikiem, mają wnuki… Ale ja do dziś nie potrafię przełknąć goryczy tej historii, choćby z miodem.
Garmin zrobił dobry zegarek AMOLED dla dzieci. Sprawdź premierę i cenę nowości
Życie po dzieciach nigdy nie wróci do normy. Rodzicielstwo to wyzwania i kompromisy
Ciocia Marysia została moją drugą mamą: Jak po stracie rodziców odnalazłam prawdziwą rodzinę dzięki niezwykłej kobiecie, która pokochała mnie jak własną córkę
Nie chcę, żeby twój syn mieszkał z nami po ślubie: Poruszająca opowieść o ojcu, który wybrał dziecko zamiast wybranki serca
Jak można być taką matką? Oddała syna do domu dziecka, bo nie chciała walczyć o jego zdrowie – chłopiec miał zaledwie cztery lata
Zrobię z niego prawdziwego człowieka! – Mój wnuk nie będzie leworęczny! – oburzyła się pani Tamara. Darek spojrzał na teściową, zirytowany. – Co w tym złego? Staś taki się urodził, to jego cecha. – Cecha! – prychnęła Tamara. – To nie żadna cecha, tylko niedorozwój. Od zawsze prawa ręka była tą adekwatną, a lewa od diabła. Darek ledwo powstrzymał śmiech. XXI wiek, a teściowa myśli jak babcia ze wsi. – Pani Tamaro, medycyna już dawno… – Nie interesuje mnie twoja medycyna – przerwała mu. – Swojego syna oduczyłam, i wyrósł na normalnego człowieka. Oduczcie Stasia, póki czas. Potem mi podziękujecie. Odwróciła się i wyszła z kuchni, zostawiając Darka z niedopitą kawą i dziwnym posmakiem po rozmowie. Na początku Darek nie przywiązywał do tego wagi – teściowa i jej staromodne poglądy, po prostu każda generacja ma swój bagaż uprzedzeń. Obserwował, jak Tamara delikatnie poprawia wnuka przy stole, przekłada mu łyżkę z lewej do prawej i myślał: nic się nie stanie, dziecięca psychika jest plastyczna, babcine fanaberie nie zrobią mu krzywdy. Staś był leworęczny od urodzenia. Darek pamiętał, jak już mając półtora roku wyciągał do zabawek lewą rączkę, później rysował – nieporadnie, po dziecięcemu, ale zawsze lewą. To wydawało się zupełnie naturalne, adekwatne – taka część Stasia jak kolor oczu czy pieprzyk na policzku. Dla Tamary wszystko wyglądało inaczej. Leworęczność była dla niej błędem natury, który trzeba natychmiast naprawić. Zawsze, gdy Staś sięgał po kredkę lewą dłonią, jej usta zaciskały się tak, jakby robił coś nieprzyzwoitego. – Prawą, Stasiu. Prawą bierz. – Znowu swoje? W naszej rodzinie nie było i nie będzie leworęcznych. – Sławka odukałam, ciebie też oduczę. Darek raz usłyszał, jak opowiadała córce o tym swoim „osiągnięciu” – małym Sławku, który był „również niewłaściwy”, ale matka gwałtownie się zorientowała. Przywiązywała rękę, pilnowała każdej czynności, karała za nieposłuszeństwo. I proszę, dorosły, normalny mężczyzna. Była z tego taka dumna, tak pewna swojej słuszności, iż Darek poczuł dreszcz niepokoju. Zmiany w zachowaniu syna zauważył dopiero po czasie. Najpierw były to drobiazgi – Staś zwlekał, sięgając po coś ze stołu, ręka zawisała w powietrzu, jakby rozwiązywał arcytrudny rebus. Zaczął oglądać się za babcią, sprawdzając kątem oka: patrzy czy nie? – Tato, którą ręką mam brać? Staś zapytał przy kolacji, niepewnie patrząc na widelec. – Którą ci wygodniej, synku. – Ale babcia mówi… – Babci nie słuchaj, rób po swojemu. Ale Staś już nie czuł się pewnie. Mieszał się, upuszczał przedmioty, zawieszał w połowie ruchu. Jego pewne, dziecięce gesty zmieniły się w ostrożne, niezdarne ruchy. Jakby przestał ufać własnemu ciału. Ola wszystko widziała. Darek zauważał, jak przygryza wargę, gdy matka znów przekłada Stasiowi łyżkę. Jak odwraca wzrok, gdy Tamara zaczyna swoje wykłady o „prawidłowym wychowaniu”. Wychowała się pod tym walcem matczynej woli. Nauczyła się jednego – nie dyskutować i po prostu przetrwać burzę. Darek próbował rozmawiać. – Ola, to przecież chore. Spójrz na niego. – Mama chce dobrze. – Jaka różnica co chce? Widzisz co się z nim dzieje? Ola tylko wzruszała ramionami i uciekała od tematu. Lata uległości okazały się silniejsze od instynktu matki. Z każdym dniem było gorzej. Tamara wyraźnie nabrała ochoty. Już nie tylko poprawiała wnuka – komentowała każdy jego ruch. Chwaliła, gdy Staś przez przypadek używał prawej dłoni. Wzdychała z dezaprobatą, gdy lewą. – No widzisz, Stasiu, da się! Trzeba tylko się postarać. Ze Sławka zrobiłam człowieka, z ciebie też zrobię. Darek postanowił rozmówić się z teściową. Wybrał moment, gdy Staś bawił się w swoim pokoju. – Pani Tamaro, zostawmy dziecko w spokoju. On jest leworęczny i to normalne. Proszę go nie oduczać. Reakcja przerosła wszystko – Tamara tak się nadęła jakby ją obraził. – Ty będziesz mnie uczyć? Troje dzieci wychowałam, a ty mnie będziesz pouczał? – Nie pouczam. Proszę, niech pani nie męczy mojego syna. – Twojego? A córki geny tam nie są? To i mój wnuk! I nie pozwolę, żeby rósł… taki. Słowo „taki” wypowiedziała z obrzydzeniem, jakby mówiła o czymś wstydliwym. Darek zrozumiał: polubownie się nie da. Następne dni zamieniły się w wojnę pozycyjną. Tamara ostentacyjnie ignorowała zięcia, zwracając się wyłącznie przez córkę. Darek rewanżował się tym samym. Między nimi wisiała ciężka, lepka cisza, czasem przerywana krótkimi spięciami. – Ola, powiedz mężowi, iż zupa na kuchence. – Ola, powiedz mamie, iż sam się obsłużę. Ola biegała między nimi blada i wykończona. A Staś coraz częściej chował się w kąt z tabletem, starając się być niewidzialny. Pomysł przyszedł Darkowi w sobotni poranek, gdy Tamara celebrowała gotowanie barszczu. Kroiła kapustę szybkim, pewnym ruchem, tak jak robiła to od lat. Darek stanął za jej plecami. – Źle pani kroi. Ani nie spojrzała. – Słucham? – Kapustę trzeba cieniej, wzdłuż włókien, nie w poprzek. Westchnęła i kontynuowała. – Poważnie – nie odpuszczał. – Tak się nie robi. To źle. Chce pani, pokażę? Sięgnął po nóż. Tamara odsunęła dłoń. – Oszalałeś? – Nie. Chcę tylko, żeby pani robiła dobrze. Tu, za dużo wody, tu ogień za duży, buraczki nie tak wrzucane. – Całe życie tak robiłam! – To nie argument. Trzeba się oduczyć. Zacznijmy od nowa. Tamara zamarła z nożem w powietrzu. Na twarzy miała autentyczne zdumienie. – Co ty pleciesz? – To samo, co pani mówi Stasiowi każdego dnia. Oduczać. Tak się nie robi. Inna ręka, inna metoda. – To co innego! – Niby czym? Tamara odłożyła nóż, jej policzki pociemniały z oburzenia. – Porównujesz moje gotowanie z… Ja zawsze tak robiłam! Mnie tak wygodnie! – A Stasiowi wygodnie lewą. Ale jego chce pani zmieniać. – On dziecko, on się jeszcze zmieni! – A pani dorosła z nawykami nie do zmiany, prawda? To czemu pani chce go złamać? Tamara zacisnęła usta, jej oczy zabłysły złością. – Jak śmiesz? Ja wychowałam troje dzieci! Sławka oduczyłam i nic mu nie jest! – A jest szczęśliwy? Pewny siebie? Cisza. Darek wiedział, iż trafił w czuły punkt. Sławek mieszkał w innym mieście i odwiedzał matkę rzadko. – Chciałam dobrze – głos Tamary zadrżał – zawsze chciałam dobrze. – Wierzę. Ale pani „dobrze” to „jak ja sobie wymyśliłam”. A Staś to osobny człowiek. Mały, ale osobny. I jego cech nie dam sobie wykręcać na siłę. – Będziesz mnie uczyć?! – Będę, jeżeli nie przestanie pani. Będę komentował każde pani działanie. Każdy gest, nawyk. Zobaczymy jak pani wytrzyma. Stali naprzeciw siebie – zięć i teściowa, obydwoje na granicy wytrzymałości. – To podłe i dziecinne – wycedziła Tamara. – Tylko tak można pani coś uświadomić. Coś w niej się złamało. Wyglądała nagle starzej i słabiej. – Przecież z miłości… – nie dokończyła. – Wiem. Ale pora zmienić sposób okazywania tej miłości. Inaczej nie zobaczy już pani wnuczka. Barszcz na kuchence wykipiał. Nikt choćby nie drgnął. Wieczorem, gdy Tamara zamknęła się w pokoju, Ola usiadła przy Darku na kanapie. Milczała długo, opierając głowę o jego ramię. – Mnie nikt w dzieciństwie tak nie bronił – wyszeptała. – Mama zawsze wiedziała lepiej. Zawsze. A ja po prostu… poddawałam się. Darek przytulił żonę. – W naszej rodzinie twoja mama już nikomu nie będzie narzucać swojej racji. Ola skinęła głową, ściskając mocno jego dłoń. A z pokoju dziecięcego słychać było cichy szelest kredek po papierze. Staś rysował. Lewą ręką. Nikt już nie mówił, iż to nie tak. Zrobię z niego prawdziwego człowieka! – czyli jak z uporem godnym polskiej babci próbować oduczyć wnuka leworęczności i co z tego (nie) wynikło
Przypadkowo podsłuchana rozmowa telefoniczna przyjaciółki ujawnia prawdę o rodzinie Zosi i sprawia, iż całkowicie zmienia podejście do bliskich relacji
Szwagierka korzystała z luksusowych wakacji, gdy my tkwiliśmy w remoncie starego domu, a teraz chce u nas wygodnie zamieszkać – choć wcześniej odrzuciła wspólne inwestycje i zostawiła swoją połowę w ruinie!
Chociaż Lucyna była wzorową synową i żoną, zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale także samą siebie – historia dziewczyny z domu dziecka, która trafiła pod skrzydła teściowej, wierząc w jej dobre intencje, a przez lata podporządkowywała się złotym radom o idealnej żonie, aż w końcu wyczerpana walką o perfekcję straciła zdrowie, wsparcie bliskich i zdecydowała się na rozwód
Strażacy z Lublina wspierają WOŚP – dołącz do festynu w Galerii Olimp!
Jak można być taką matką?! Oddała swojego 4-letniego synka do domu dziecka, bo nie chciała go leczyć – historia walki i cudownej adopcji w polskiej rodzinie
Nie będę mogła zostać twoją mamą ani pokochać cię jak własne dziecko, ale będę się o ciebie troszczyć i nie powinieneś się na mnie gniewać. Przecież u nas będziesz miał lepiej niż w domu dziecka Dziś był ciężki dzień. Jan chował swoją siostrę. Może nie była najlepsza, ale była bliska. Nie widzieli się prawie pięć lat i przyszła tragedia. Wiktoria, jak mogła, wspierała męża, starając się wziąć na siebie większość obowiązków. Po pogrzebie czekała ich jeszcze jedna, niemniej poważna sprawa. Irina, siostra Jana, zostawiła małego synka. Wszyscy krewni, którzy tego dnia przyszli pożegnać Irinę, jednogłośnie uznali, iż to właśnie młodszy brat powinien zająć się chłopcem. Kto, jak nie wujek, ma zatroszczyć się o dziecko? Nie było dyskusji, bo to było oczywiste, iż tak właśnie jest najlepiej. Wiktoria to rozumiała i nie była temu specjalnie przeciwna, ale miała jeden „ale”. Nigdy nie chciała dzieci – ani swoich, ani cudzych. To była decyzja podjęta dawno temu. Szczerze powiedziała o tym Janowi przed ślubem, a on nie przejął się za bardzo. W wieku dwudziestu lat mało kto myśli o dzieciach. Nie i nie – będą żyć dla siebie, tak postanowili dziesięć lat temu. A teraz miała przyjąć całkiem obce dziecko. Nie było wyjścia – Jan nigdy nie oddałby siostrzeńca do domu dziecka, a Wiktoria choćby nie ośmieliłaby się zacząć takiej rozmowy. Wiedziała, iż nigdy nie pokocha tego chłopca, a tym bardziej nie zastąpi mu matki. Chłopiec był bardzo dojrzaly jak na swój wiek, i Wiktoria postanowiła powiedzieć mu szczerze wszystko. – Wojtek, gdzie byś wolał mieszkać – z nami czy w domu dziecka? – Chcę mieszkać w domu… sam. – Ale nie pozwolą ci mieszkać samemu, masz zaledwie siedem lat. Musisz wybrać. – W takim razie u wujka Jana. – Dobrze, pojedziesz z nami, ale muszę ci coś powiedzieć. Nie będę mogła zostać twoją mamą ani cię pokochać, ale będę się o ciebie troszczyć i nie powinieneś się na mnie gniewać. Przecież u nas będzie ci lepiej niż w domu dziecka. Formalności zostały w większości załatwione i mogli wrócić do domu. Wiktoria uważała, iż po tej rozmowie nie musi udawać przed chłopcem troskliwej cioci – wystarczy nakarmić, wyprać ubrania, pomóc z lekcjami, a swoje emocje zachować dla siebie. A mały Wojtek nie zapominał ani przez chwilę, iż jest nielubiany, i by nie wrócić do domu dziecka, musi być grzeczny. Wrócili do domu. Dla Wojtka wybrali najmniejszy pokój – wymagał całkowitej zmiany pod kątem dziecka. Wybór tapet, mebli, dekoracji – to było coś, co Wiktoria uwielbiała. Z entuzjazmem zabrała się za urządzanie pokoju. Tapety mógł wybrać Wojtek, resztą zajęła się ona. Nie żałowała pieniędzy – nie była skąpa, po prostu nie lubiła dzieci, dlatego pokój wyszedł pięknie. Wojtek był szczęśliwy! Szkoda tylko, iż mama nie zobaczy jego nowego pokoju. Ech, gdyby tylko Wiktoria mogła go pokochać… Jest dobra, miła, tylko dzieci nie lubi. Wojtek często myślał o tym przed snem. Potrafił cieszyć się z wszystkiego, choćby z najdrobniejszych rzeczy. Cyrk, zoo, park rozrywki – chłopiec okazywał tak szczerą radość, iż Wiktoria sama zaczęła czerpać przyjemność z tych wspólnych spacerów. Lubiła zaskakiwać go i patrzeć na jego reakcje. W sierpniu miała lecieć z mężem nad morze, a Wojtka na dziesięć dni miała wziąć bliska kuzynka. W ostatniej chwili Wiktoria jednak zmieniła zdanie. Bardzo chciała, żeby chłopiec zobaczył morze. Jan był trochę zdziwiony, ale w głębi ducha cieszył się – bardzo przywiązał się do Wojtka. A Wojtek prawie był szczęśliwy! Gdyby tylko ktoś go kochał… Ale zobaczy morze! Wyjazd był udany. Morze ciepłe, owoce soczyste, nastrój wyśmienity. Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy – i urlop także. Zaczęły się zwykłe dni – praca, dom, szkoła. Ale coś się zmieniło w ich świecie, pojawiło się nowe uczucie – jakby życie się ruszyło, pojawiła się subtelna radość, oczekiwanie na cud. Cud się wydarzył – Wiktoria przywiozła z morza nowe życie. Jak to się stało, skoro tyle lat udawało się uniknąć takich niespodzianek? Nie wiedziała, co robić. Powiedzieć mężowi, czy rozwiązać sprawę sama? Po pojawieniu się Wojtka nie była pewna, czy jej mąż jest tak bardzo zdecydowany na życie bez dzieci. Uwielbiał bawić się z chłopcem, zabierał go na mecze, pomagał w nauce. Nie, jeden gest Wiktoria uczyniła, ale na kolejny nie była gotowa. Sama podjęła decyzję. Siedziała w klinice, gdy zadzwonili ze szkoły – Wojtka zabrano karetką z podejrzeniem zapalenia wyrostka. Wszystko trzeba odłożyć. Wpadła do szpitala. Wojtek leżał blady, trząsł się. Gdy ją zobaczył, rozpłakał się. – Wiktorio, proszę, nie odchodź, boję się. Bądź dziś moją mamą. Proszę, tylko jeden dzień i więcej nie będę prosił. Chłopiec mocno złapał ją za rękę, łzy leciały strumieniami. Jakby wybuchła u niego histeria. Wiktoria jeszcze nigdy nie widziała, żeby płakał, poza dniem pogrzebu. Teraz pękł. Wiktoria przytuliła jego rękę do swojego policzka. – Wytrzymaj, kochanie. Zaraz przyjdzie lekarz, wszystko będzie dobrze. Jestem tutaj, nie odejdę. Boże, jak ona go kochała w tym momencie! Ten chłopiec z zafascynowanymi oczami – był najważniejszy. Chciałabym nie mówić tych słów o braku miłości. Dziś wieczorem powie Janowi o nowym dziecku. Decyzja przyszła wtedy, gdy Wojtek ze strachu jeszcze mocniej zacisnął jej rękę. Minęło dziesięć lat. Dziś Wiktoria świętuje okrągły jubileusz – czterdzieste piąte urodziny. Będą goście, życzenia. Na razie przy kawie wspomina – czas minął tak szybko! Młodość, beztroska. Jest szczęśliwą żoną i mamą dwójki cudownych dzieci. Wojtek ma prawie osiemnaście lat, Zosia dziesięć. Nie żałuje niczego. Choć jednej rzeczy bardzo żałuje – tych słów o braku miłości. Jak chciałaby, żeby Wojtek ich nie zapamiętał, żeby zapomniał na zawsze. Po tym dniu w szpitalu, starała się mówić mu o swojej miłości jak najczęściej, ale czy zapomniał tamte pierwsze wyznanie – nigdy nie miała odwagi zapytać.
Goście byli u nich niemal codziennie – wszyscy pili, butelek pełno, a jedzenia brak. Na stole tylko pety i pusta puszka po śledziu. Lonia, sześcioletni chłopiec w podartych butach, marzył o bułce z makiem, więc postanowił uzbierać butelki na sprzedaż. Gdy zebrał ich sporo, został okradziony przez złośliwego mężczyznę. Zziębnięty i głodny zasnął w klatce schodowej, gdzie znalazła go dobra kobieta o imieniu Liliana, która dała mu dom i miłość, o której zawsze marzył. Niestety, matka odebrała go stamtąd, a niedługo trafił do domu dziecka. Przez lata rysował biały dom i śnieżynki, marząc o powrocie do Liliany. Po latach spotkał ją dzięki artykułowi w gazecie – odnaleźli się wzajemnie, a ona go adoptowała. Dziś Lonia jest dorosły, ukończył politechnikę, zakłada rodzinę i wdzięczny jest swojej mamie Lilianie, która podarowała mu nowe, szczęśliwe życie.
Pukanie do Drzwi: Płacząca Teściowa i Dramat, Który Wyszedł na Jaw
Fundacja LOTTO im. Haliny Konopackiej i Robert Lewandowski wspólnie dla WOŚP
W wieku 49 lat, z dwójką dorosłych dzieci i ukochanym mężem — postanowiła wybrać młodość i zniszczyła wszystko
Zimowy wyjazd z dzieckiem nie ma nic wspólnego z relaksem. Ojciec obnaża prawdę
Czy można nazwać matką kobietę, która oddała chorego synka do domu dziecka? Chłopiec miał tylko 4 lata!
Więcej dni płatnej opieki nad dzieckiem? Sejm zajmuje się projektem
Dziecko ma urodziny, a kupuje prezenciki całej przedszkolnej grupie. "Jako matka byłam przeciwna"
Złap pociąg do przygody! „Szybcy i sprytni” już w kinach
Choć Lucyna była wzorową synową i oddaną żoną, zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale również zatraciła samą siebie
Wyczekiwane szczęście po dwunastu latach: historia Viktorii, która dzięki spotkaniu z małym Kirkiem z domu dziecka odnalazła euforia macierzyństwa, odzyskała wiarę wraz z Michałem i spełniła marzenie o pełnej rodzinie, gdy po adopcji syna niespodziewanie urodziła córeczkę Polinę
Teraz będziecie mieć własne dziecko, a ona powinna wrócić do domu dziecka – czyli jak teściowa próbowała wyrzucić adoptowaną córkę z rodziny, kiedy dowiedziała się o biologicznej ciąży synowej