Dzieci

— Tato, nie przychodź już do nas, bo jak tylko wychodzisz, mama zawsze zaczyna płakać i płacze aż do rana. — Zasypiam, budzę się, znowu zasypiam, znowu się budzę, a ona cały czas płacze. Pytam: „Mamo, czemu płaczesz? Przez tatę?” — A mama mówi, iż nie płacze, tylko katar ma. Ale ja już jestem duża i wiem, iż taki katar nie powoduje łez w głosie. Tata Oli siedział z córką przy stoliku w kawiarni, mieszał kawę w malutkiej filiżance, która już ostygła. A Olinka choćby nie dotknęła swojego lodowego deseru — choć przed nią w pucharku prawdziwe dzieło sztuki: kolorowe kulki, przykryte listkiem mięty, wiśnią i polane czekoladą. Każda sześciolatka byłaby zachwycona takim deserem, ale nie Olinka, bo ona już w zeszły piątek postanowiła porozmawiać z tatą poważnie. Tata siedział długo w milczeniu, aż w końcu zapytał: — No i co my z tym zrobimy, córciu? Mamy się w ogóle nie widywać? Jak ja wtedy będę żył? Ola zmarszczyła nosek, taki jak mamusi — lekko kartofelkowaty, pomyślała, i odparła: — Nie, tatusiu, ja też nie dam rady bez ciebie. Zróbmy tak. Zadzwoń do mamy i powiedz jej, iż co piątek będziesz mnie odbierał z przedszkola. — Pójdziemy na spacer, może do kawiarni, na kawę albo lody, a ja będę opowiadać ci wszystko o tym, jak z mamą żyjemy. Potem znowu się zamyśliła i po chwili dodała: — A jeżeli będziesz chciał zobaczyć mamę, to będę ją co tydzień fotografować telefonem i pokazywać ci zdjęcia. Chcesz? Tata spojrzał na swoją mądrą córkę, uśmiechnął się lekko i przytaknął: — Dobrze, córeczko, tak właśnie będziemy teraz żyć. Ola westchnęła z ulgą i zabrała się za lody. Ale rozmowa się jeszcze nie skończyła, musiała powiedzieć coś najważniejszego. Więc, gdy pod jej nosem z kolorowych kulek zrobiły się lśniące „wąsy”, oblizała je, stała się znowu poważna — niemal dorosła. Prawie jak kobieta, która musi zadbać o swojego mężczyznę, choćby jeżeli jest już „stary”, bo tata miał urodziny w zeszłym tygodniu, a Ola zrobiła mu na tę okazję laurkę w przedszkolu z wielką cyfrą „28”. Jej twarz znów spoważniała, marszczyła brwi i powiedziała: — Wydaje mi się, iż powinieneś się ożenić… I wielkodusznie skłamała, dodając: — Przecież nie jesteś taki stary… Tata docenił „gest dobrej woli” córki i się uśmiechnął: — No jasne, „nie bardzo”… Ola z entuzjazmem kontynuowała: — Nie bardzo, nie bardzo! Pan Sławek, który dwa razy już przychodził do mamy, jest choćby trochę łysy, tutaj… Pokazała dłonią czubek głowy i przeczesała locki. Po tym, jak tata nagle się spięty i spojrzał jej w oczy, Ola zrozumiała, iż zdradziła tajemnicę mamy. Przycisnęła obie dłonie do ust i szeroko otworzyła oczy — znak zaskoczenia i niepokoju. — Pan Sławek? Kto to taki pan Sławek, co do was wpada? Ten od mamy z pracy? — tata prawie powiedział głośno, na całą kawiarnię. — Tatuś, nie wiem… Może z pracy. Przychodzi, przynosi mi cukierki i nam tort. — I jeszcze — Ola się waha, czy zdradzić taki sekret tacie, tym bardziej „nieprzewidywalnemu” — przynosi mamie kwiaty. Tata splecionymi palcami długo patrzył na ręce leżące na stole. Ola wiedziała, iż właśnie teraz, w tej chwili, tata podejmuje bardzo istotną w życiu decyzję. Dlatego czekała, nie poganiała. Już się domyślała, iż wszyscy mężczyźni są trochę uparci, a do adekwatnych decyzji kobieta musi ich czasem pchnąć. A kto, jak nie najważniejsza w życiu córka? Tata milczał, aż w końcu westchnął, podniósł głowę i powiedział… Gdyby Ola była starsza, wiedziałaby, iż wypowiedział te słowa jak Otello swoje tragiczne pytanie do Desdemony. Ale Ola jeszcze nie znała historii Otella, Desdemony, wielkich kochanków. Po prostu zbierała życiowe doświadczenia, patrząc, jak ludzie cieszą się i cierpią przez drobiazgi. Tata powiedział: — No chodźmy, córeńko. Już późno. Odprowadzę cię do domu. I porozmawiam z mamą. Ola nie pytała, o czym tata chce rozmawiać z mamą, ale zrozumiała, iż to ważne — i gwałtownie dokończyła lody. Zrozumiała też, iż to, co zamierzał tata, było o wiele ważniejsze niż najsmaczniejsze lody, więc niemal zgrabnie rzuciła łyżeczkę na stół, zsunęła się z krzesła, wytarła usta dłonią, pociągnęła nosem i, patrząc prosto na tatę, powiedziała: — Jestem gotowa. Chodźmy… Do domu nie szli, tylko prawie biegli. adekwatnie to biegł tata, ale Oli nie wypuścił z ręki, więc „powiewała” trochę jak chorągiewka. Wbiegli do klatki, gdy drzwi windy właśnie się zamykały, odwożąc sąsiada na górę. Tata spojrzał niepewnie na Olę. Ta spojrzała z dołu i spytała: — No co? Na co czekamy? To tylko siódme piętro… Tata wziął córkę na ręce i pobiegł schodami. Gdy mama po długich nerwowych dzwonkach wreszcie otworzyła drzwi, tata od razu zaczął od najważniejszego: — Nie możesz tak! Jaki jeszcze Sławek? Przecież kocham cię. I mamy Olę… Potem, nie puszczając córki z objęć, objął też mamę. Ola objęła ich oboje za szyję i zamknęła oczy. Bo dorośli się całowali… Tak to już jest w życiu, iż dwóch zagubionych dorosłych pocieszyła mała dziewczynka, która ich kochała, oni ją i siebie nawzajem — tylko pielęgnowali w sobie dumę i urazy… Dajcie znać w komentarzach, co o tym myślicie! Klikajcie łapki w górę.
Jak chcesz, to sobie zrób!
Gdy pociąg już odjechał
Tajemnicza korespondencja męża: Poranek pełen chaosu, zgubione telefony i wiadomość, która zmieniła wszystko w polskim małżeństwie Olgi i Sergiusza
„Tata, a Marcin powiedział…” – czyli jak dorośli w garniturach grają w głuchy telefon, a stawką jest nasza rzeczywistość
Jeszcze mamy w domu swoje sprawy… Babcia Wala z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała do drzwi, długo mocowała się ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego nieogrzewanego domu i usiadła na stołku przy zimnym piecu. W chacie pachniało pustką. Nie było jej zaledwie trzy miesiące, a sufity zdążyły pokryć się pajęczynami, wiekowy stołek żałośnie skrzypiał, wiatr huczał w kominie – dom przywitał ją niemal z wyrzutem: gdzieś ty, gospodyni, zniknęła? Na kogo mnie zostawiłaś?! Jak tu zimować?! – Zaraz, zaraz, kochany mój, poczekaj chwilkę, odpocznę… Napalę, rozgrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Wala kręciła się po starej chacie: bieliła, malowała, przynosiła wodę. Jej drobna postać raz kłaniała się przed ikonami, raz rządziła przy piecu, raz latała po ogrodzie, sadząc, pieląc i podlewając. A dom cieszył się razem z gospodynią; deski skrzypiały radośnie pod jej lekkimi krokami, drzwi i okna otwierały się na pierwszy dotyk spracowanych dłoni, piec wypiekał pachnące drożdżówki. I było im razem dobrze – Wali i jej starej chacie. Pochowała męża wcześnie. Wychowała troje dzieci, wszystkich wykształciła i „w ludzi wypuściła”. Jeden syn kapitan żeglugi wielkiej, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj daleko mieszkają, rzadko wpadają do matki. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została na wsi, główną agronomką, od rana do wieczora ślęczy w pracy, do matki wpada w niedzielę, duszę pierogami uraczy – i znowu widzą się dopiero za tydzień. Ukojenie – wnuczka Świetusia. Można powiedzieć, iż wychowała się u babci. A wyrosła jaka! Ślicznotka! Oczy szare, ogromne, włosy w kolorze zboża, do pasa, kędzierzawe, ciężkie i błyszczące – jakby promień ze słońca wplotła. Zrobi kucyka – a pasma rozsypią się po ramionach i chłopakom w okolicy mowę odcina. Usta otwierają – taki efekt. Figura jak malowana. Skąd u wiejskiej dziewczyny taka postura, taka uroda? Babcia Wala młoda też ładna była, ale jak stare zdjęcie postawić obok Świetusi – to jakby pasterka i królowa… I głowa nie od parady. Skończyła Akademię Rolniczą w Poznaniu, wróciła na rodzimą wieś pracować jako ekonomistka. Za mąż wyszła za weterynarza, dostali w ramach programu dla młodych rodzin nowy dom. A dom – prawdziwa willa! Solidny, murowany, na tamte czasy niemal pałac. Jedno tylko – u babci wokół chaty kwitnący sad, a przy nowym domu Świetusi jeszcze nic nie zdążyło urosnąć – trzy badyle. I do tego, powiedzmy wprost, do pracy w ogrodzie Świetlana niespecjalnie miała smykałkę. Bo chociaż dziewczyna ze wsi, była delikatna – babcia zawsze chroniła ją przed przeciągami i ciężką pracą. A na dodatek pojawił się syn – Wasilek. To już zupełnie nie było czasu w grządki. I zaczęła Świetusia wabić babcię do siebie: chodź do nas, chodź, dom duży, ogrzewany, pieca nie trzeba palić. A babcia Wala zaczęła podupadać na zdrowiu, stuknęła jej osiemdziesiątka, jakby choroba czekała na tę okrągłą datę – nogi, kiedyś lekkie, odmówiły posłuszeństwa. Dała się przekonać. Pobyła u wnuczki dwa miesiące. A potem usłyszała: – Babciu, kochana, wiesz, iż cię tak bardzo kocham! Ale tylko siedzisz… Ty przecież całe życie jesteś aktywna! Ja tu gospodarstwo chcę rozkręcać, na twoją pomoc liczę… – Ale nie mogę, córeczko, nogi już nie te… stara jestem… – Hm… Przyszłaś do mnie – od razu stara… No i babcia, która nie sprostała oczekiwaniom, wróciła na stare śmieci. Z żalu, iż nie pomogła ukochanej wnuczce, babcia Wala zupełnie opadła z sił. Nogi wolno sunęły po podłodze – nacięły się już za całe życie, zmęczone. Przejście od łóżka do stołu stało się wyczynem, a do ukochanego kościoła – czymś zupełnie niemożliwym. Proboszcz – ksiądz Borys – sam przyszedł do swojej stałej parafianki, przed chorobą bardzo czynnej przy wszystkich pracach w zabytkowym kościele. Rozejrzał się czujnym okiem. Babcia Wala pisała ważne listy – swoje miesięczne listy do synów. W chacie chłodno, piec ledwo dogrzany, podłoga lodowata. Na sobie miała zniszczony sweter i przybrudzoną chustkę – a przecież zawsze była wzorem czystości i porządku; na nogach znoszone walonki. Ksiądz Borys westchnął: potrzeba jej pomocy. Może Ania? Mieszka blisko, jeszcze dość krzepka, dwadzieścia lat młodsza od babci Wali. Wyjął chleb, pierniki, pół wielkiej, jeszcze ciepłej drożdżówki z rybą (pozdrowienia od gospodyni Aleksandry). Zawijał rękawy sutanny, wybierał popiół z pieca, przynosił drewno, układał w kącie poważny zapas. Napalił. Przyniósł wody, postawił duży okopcony czajnik na piecu. – Synku kochany! Ojej, to znaczy, księże drogi! Pomóż mi z adresami na kopertach. Bo moją kurzą łapką napiszę i nie dojdzie! Ksiądz Borys usiadł, napisał adresy, rzucił okiem na kartki z krzywymi linijkami. Od razu rzuciło się w oczy: dużymi, drżącymi literami – „A u mnie bardzo dobrze, synku mój kochany. Wszystko mam, chwała Bogu!” Ale te kartki o dobrym życiu babci Wali – całe w kleksach rozmazanych słów, i chyba solonych… Ania przejęła opiekę nad staruszką, ksiądz Borys regularnie ją spowiadał, na największe święta mąż Ani, wujek Piotrek, stary marynarz, przywoził ją motocyklem do kościoła. Powoli życie wracało na lepsze tory. Wnuczka przestała się pokazywać, a potem, po paru latach, ciężko zachorowała. Już dawno bolał ją żołądek, ale wszystko zrzucała na stare dolegliwości. Okazało się, iż to rak płuc. Skąd taka choroba u niej – któż wie. Wypaliła się w pół roku. Mąż niemal zamieszkał przy grobie: kupował półlitra, pił na cmentarzu, spał tam, budził się i szedł po następną butelkę. Czteroletni syn, Wacek, nikomu nie był potrzebny – brudny, głodny i zapłakany. Przygarnęła go Tamara, ale przez pracę, nie miała czasu się nim zajmować – i zaczęto szykować Wacka do domu dziecka. Ośrodek był całkiem dobry: energiczny dyrektor, pełnowartościowe wyżywienie, na weekend można było brać dzieci do domu. Domowa opieka to nie była, ale Tamara nie miała wyboru; musiała pracować, do emerytury jeszcze daleko. Wtedy, w wózku starego „Uralu”, przyjechała do córki babcia Wala. Za kierownicą siedział gruby sąsiad, wujek Piotrek, w marynarskiej koszulce z kotwicami i syrenami na obydwu rękach. Oboje mieli bojowy wyraz twarzy. Babcia Wala powiedziała krótko: – Wacka biorę do siebie! – Mamo, ty ledwo chodzisz! Jak sobie z tym maluchem poradzisz? I ugotować, i wyprać trzeba! – Dopóki żyję, Wacka do domu dziecka nie oddam – odcięła babcia. Tamara, zaskoczona stanowczością zawsze łagodnej matki, zamilkła i zaczęła pakować wnuczkowi rzeczy. Wujek Piotrek odwiózł staruszkę i malca do chaty, niemal na rękach wniósł ich oboje do izby. Sąsiedzi kręcili głową: – Dobra kobieta, ale na stare lata chyba już jej nie po kolei – sama wymaga opieki, a tu jeszcze dziecko… Przecież to nie szczeniak – opieka mu potrzebna… I co ta Tamarka sobie myśli! Po niedzielnej mszy proboszcz Borys poszedł z niepokojem do babci Wali – czy nie trzeba będzie odbierać wygłodzonego i zaniedbanego Wacka? W chacie pachniało ciepłem, piec napalony porządnie. Czyściutki, zadowolony Wacek siedział na tapczanie i słuchał ze starego adaptera bajki o Czerwonym Kapturku. A biedna, schorowana babcia uwijała się po izbie: smarowała brytfankę pędzelkiem, zagniatała ciasto, wbijała jajka do sera. I jej wymęczone nogi znów poruszały się sprytnie – jak dawniej. – Księże kochany! A ja tu takie… drożdżówki z serem przygotowuję… Pochwytaj jeszcze, będzie coś pysznego dla pani Aleksandry i Kuby… Ksiądz Borys wrócił do domu, przez cały czas powalony tym, co zobaczył, i opowiedział o wszystkim żonie. Pani Aleksandra chwilę pomyślała, potem z biblioteczki wyjęła grubą niebieską kronikę, przekartkowała i znalazła adekwatną stronę: „Stara Eufemia przeżyła długie życie. Wszystko minęło – marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod śnieżnym, cichym kopcem. Czas już tam… gdzie nie ma choroby, ni smutku, ni westchnienia… Kiedyś, zimowego wieczoru, długo modliła się przed ikonami, potem położyła i powiedziała domownikom: Wezwijcie księdza – będę umierać. I twarz jej pobielała jak śnieg za oknem. Domownicy wezwali księdza, Eufemia wyspowiadała się, przyjęła komunię, a już całą dobę leżała nie przyjmując jedzenia, ani wody. Tylko ciche oddechy zdradzały, iż dusza jeszcze nie uleciała ze starczego ciała. Nagle drzwi w korytarzu otwarły się: powiew zimnego powietrza, płacz niemowlęcia. – Ciszej, ciszej, u nas babcia umiera. – Przecież dziecku nie zatkam ust, ono dopiero co się urodziło, nie rozumie jeszcze, iż płakać nie wolno… Wnuczka starej Eufemii, Ania, wróciła właśnie ze szpitala z malutką córeczką. Rano cała rodzina była w pracy – zostali umierająca staruszka i młoda mama. Mleko jeszcze słabo się pojawiało, mama, niedoświadczona, nie umiała się odnaleźć, a niemowlę płakało tak głośno, iż przeszkadzało Eufemii w… odchodzeniu. Umierająca uniosła głowę, zamglone spojrzenie się sklarowało. Z trudem usiadła na łóżku, spuściła gołe stopy na podłogę i szukała kapci. Gdy domownicy wrócili – wszyscy w pracy poprosili się wcześniej z powodu (babci śmierć w domu) – zastali obrazek następujący: Eufemia nie tylko nie wybierała się do nieba, ale wyglądała lepiej niż zwykle. Bez cienia wahania odwołała przeprowadzkę i dziarsko chodziła po domu, kołysząc spokojną, wreszcie najedzoną wnuczkę, podczas gdy zmęczona, młoda mama wypoczywała na kanapie”. Aleksandra zamknęła pamiętnik, spojrzała na męża, uśmiechnęła się i dodała: – Moja prababcia, Weronika Eufemiewna, pokochała mnie bardzo i po prostu nie mogła pozwolić sobie umrzeć. Powiedziała słowami piosenki: „A nam się jeszcze nie umiera, jeszcze mamy w domu swoje sprawy!” Przeżyła potem jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej Anastasii, wychowywać mnie, ukochaną prawnuczkę. A ksiądz Borys uśmiechnął się do żony.
Szkolny quiz wiedzy zdemaskuje leserów. Jesteś gotów zmierzyć się z nim?
Dziewczyna siedziała na łóżku z nogami podkurczonymi, zniecierpliwiona powtarzała:
Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się… Wari ledwie stuknęło szesnaście lat, gdy zabrakło mamy. Ojciec z siedem lat temu wyjechał za pracą do miasta i ślad po nim zaginął – ani wiadomości, ani pieniędzy. Cała wieś przyszła na pogrzeb, wszyscy pomagali jak mogli. Ciocia Maria, chrzestna Wari, często do niej zaglądała, przypominała co i jak zrobić. Gdy tylko skończyła szkołę, załatwili jej pracę na poczcie w sąsiedniej wsi. Waria – dziewczyna z krwi i kości, o takich mówią, iż zdrowa jak rydz. Twarz okrągła, rumiana, nos ziemniaczany, za to oczy szare, promienne. Gruby, jasny warkocz aż do pasa. Najprzystojniejszym chłopakiem we wsi był uznawany Nikodem. Dwa lata temu wrócił z wojska i nie miał spokoju od dziewczyn — choćby te z miasta, co na lato przyjeżdżały, nie zostawiały go w spokoju. Jemu to raczej kariera w filmach, niż kierowaniem w naszej wsi pisana. Jeszcze się nie wyszalał, nie spieszyło mu się do żeniaczki. Aż tu przyszła do niego ciocia Maria, prosić o pomoc przy naprawie płotu u Wari, bo się przechylał. Bez męskiej ręki na wsi ciężko. Z ogródkiem Waria dawała sobie radę, z domem już nie bardzo. Zgodził się bez słowa. Przyszedł, spojrzał i zaczął wydawać polecenia: to przynieś, tam podaj, daj, zanieś… Waria wszystko bez sprzeciwu spełniała. Tylko rumieńce na twarzy jeszcze bardziej się czerwieniły, a warkocz przesuwał się z boku na bok. Jak się Nikodem zmęczył, to nakarmiła go gęstym barszczem, napoiła mocną herbatą. A sama patrzyła, jak gryzie czarny chleb białymi, mocnymi zębami. Trzy dni z płotem Nikodem się męczył, a czwartego dnia przyszedł już w gości, ot tak. Waria nakarmiła go kolacją, słowo za słowo – został na noc. Potem już regularnie przychodził. Wychodził o świcie, żeby go nikt nie zauważył, ale na wsi nic się nie ukryje. – Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się. A jak już, to będziesz się z nim mordować. Jak latem zjadą miastowe piękności, co zrobisz? Spalisz się z zazdrości. Nie taki ci chłopak potrzebny – powtarzała ciocia Maria. Ale czy zakochana młodość słucha mądrej starości? Później zrozumiała, iż jest przy nadziei. Najpierw myślała, iż się przeziębiła czy zatruła. Czuła się słaba, mdliło ją. A potem uderzyło ją jak obuchem – dziecko w niej, od pięknego Nikodema. Chciała usunąć, za wcześnie na dziecko. A potem pomyślała – będzie lepiej, nie będzie żyć sama. Mama ją wychowała, to i ona da radę. Ojciec kilka był wart, wiecznie pijany. Ludzie pogadają, potem przestaną. Na wiosnę zdjęła kożuch i od razu wszyscy we wsi zobaczyli brzuch. Kręcili głowami, iż bieda się przyplątała. Nikodem oczywiście przyszedł dowiedzieć się, co zamierza. – A co mam zrobić? Urodzę. Nie przejmuj się, sama dziecko wychowam. Żyj jak dawniej – powiedziała, krzątając się przy kuchni. Tylko płomienie z ognia odbijały się rumieńcami na policzkach i w oczach. Nikodem popatrzył, urzeczony, ale wyszedł. Postanowiła sama. Przeszło bez śladu. Latem zjechały się miastowe dziewczyny – Nikodem o Wari już nie myślał. A ona pracowała w ogródku, a ciocia Maria pomagała jej plewić. Z ciężkim brzuchem trudno się schylać, wodę z studni ciągnęła pół wiadra na raz. Brzuch wielki, baby we wsi wróżyły jej mocnego chłopca. – Kogo Bóg da – żartowała Waria. We wrześniu obudził ją nagły ból, jakby rozrywało ją na pół. Ból gwałtownie minął, ale wrócił. Pobiegła do cioci Marii. Ta od razu zrozumiała, co się dzieje. – Już? Siadaj, zaraz będę – i wybiegła z domu. Pobiegła do Nikodema. Ten właśnie miał ciężarówkę pod domem. Letnicy już wyjechali ze swoimi autami. A Nikodem, jak na złość, dzień wcześniej wypił zdrowo. Ciocia roztrzęsła go. Patrzył nieprzytomnie, nie rozumiał, gdzie jechać, co robić. Ale jak zrozumiał, krzyknął: – Przecież do szpitala mamy z10 kilometrów! Zanim po lekarza, ona już urodzi. Od razu wiozę! Zbieraj ją! – Jak ciężarówką? Całą roztrzęsiesz, dziecko po drodze zgubisz – lamentowała pani Maria. – To jedź z nami, na wszelki wypadek – powiedział krótko. Dwa kilometry jechał ostrożnie po wyboistej drodze. Na każdą kałużę trafiał. Ciocia Maria w szoferce na worku siedziała. Jak dojechali do asfaltu, to ruszyli szybciej. Waria wiła się, trzymała się za brzuch, nie chciała jęczeć. Nikodem natychmiast wytrzeźwiał. Zerkał na nią, a sam zgrzytał zębami, pobielały mu knykcie na kierownicy. Myślał o swoim. Zdążyli. Zostawili Warię w szpitalu i wrócili. Ciocia Maria cały czas wytykała Nikodemowi: – Po co dziewczynie życie zmarnowałeś?! Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a ty jej tylko kłopotów narobiłeś. Jak ona z dzieckiem sobie poradzi? Jeszcze nie dojechali do wsi, a Waria już została mamą zdrowego chłopczyka. Następnego dnia przynieśli jej synka do karmienia. Nie wiedziała, jak go wziąć, jak przystawić do piersi. Patrzy na niego z przerażeniem, nie wie, co robić. Ale serce jej drży z radości. Ogląda, dmucha na czoło, gdzie rosną cienkie włoski, cieszy się, mimo wszystko. – Przyjadą po ciebie? – zapytał srogi, starszy lekarz. Waria wzruszyła ramionami i pokręciła głową. Lekarz westchnął i poszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalny koc, tylko na drogę do domu. Nakazała oddać. – Felek cię dowiezie szpitalnym samochodem. Z niemowlakiem nie będziesz jechać zwykłym autobusem – powiedziała nieco obcesowo. Waria podziękowała. Szła korytarzem, ze spuszczoną głową, cała czerwona ze wstydu. Waria jedzie samochodem, tuli synka do piersi i martwi się, jak będą teraz żyć. Zasiłek marny, ledwie starczy, żal siebie i niewinnego synka. Patrzy na pomarszczone dziecięce oblicze i serce ją zalewa czułością – odpędza ciężkie myśli. Nagle samochód się zatrzymał. Waria spojrzała niespokojnie na Felka, pięćdziesięcioletniego kierowcę. – Co się stało? – Dwa dni padało. Zobacz, jakie kałuże, ani dojechać, ani ominąć. Utopię się. Tu tylko ciężarówką albo traktorem można. – Przepraszam. Niedaleko, może dwa kilometry zostało. Dasz radę dojść? – wskazał na drogę, gdzie wielka kałuża rozlała się jak jezioro. Dziecko śpi na rękach. choćby siedząc jest trudno je trzymać. Co dopiero iść z nim taką drogą? Ostrożnie wysiadła, wygodniej złapała synka i ruszyła brzegiem ogromnej kałuży. Nogi ugrzęzły jej w błocie po kostki, a byle chwila i może się poślizgnąć. Stare, znoszone buciki chlupią, szkoda, iż w kaloszach do szpitala nie pojechała. Jeden but ugrzązł w błocie. Zastanowiła się chwilę – ale sama nie wyciągnie z dzieckiem na ręku. Poszła dalej w jednym. Gdy dotarła do wsi, już się ściemniało, nóg prawie nie czuła z zimna. Nie miała sił dziwić się, iż w oknach świeci się światło. Weszła na suche schody, nogi zmarznięte, cała spocona ze zmęczenia. Otworzyła drzwi i stanęła jak wryta. Przy ścianie stoi łóżeczko dziecięce, wózek z pięknymi ubrankami dla malucha. Przy stole Nikodem śpi z głową opartą na dłoniach. Zauważył ją, czy wyczuł spojrzenie, podniósł głowę. Waria zarumieniona, rozczochrana, ledwo stoi w drzwiach z dzieckiem na rękach. Suknia cała mokra, nogi po kolana w błocie. Zobaczył, iż bez jednego buta — podbiegł, wziął dziecko, położył do łóżeczka. Sam do pieca, wyjął garnek z gorącą wodą. Posadził ją, pomógł rozebrać się, nogi umyć. Zanim zdążyła się przebrać za piecem, na stole już ziemniaki i dzbanek mleka. Dziecko zapłakało. Waria rzuciła się do niego, wzięła na ręce, usiadła do stołu, bez zażenowania zaczęła karmić. – Jak go nazwałaś? – zapytał ochrypłym głosem Nikodem. – Sergiusz. Nie przeszkadza ci? – podniosła na niego swoje jasne oczy. Było w nich tyle tęsknoty i miłości, iż serce Nikodema zadrżało. – Ładne imię. Jutro pójdziemy zarejestrować małego i od razu się pobierzemy. – Nie trzeba… – zaczęła cicho Waria, patrząc na dziecko ssące pierś. – Syn musi mieć ojca. Dość się wyszalałem. Mężem może dobrym nie będę, ale syna nie zostawię. Waria kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku. Po dwóch latach urodziła się jeszcze dziewczynka – dali jej imię Nadzieja, po babci Wari. Nie ważne, jakie błędy popełnisz na początku życia, zawsze można je naprawić… Taka to już życiowa historia. Piszcie w komentarzach, co sądzicie? Zostawcie lajka.
Anita Sokołowska o stawianiu granic, macierzyństwie, sławie i miłości. "Nie uzależniam swojego życia od tego, co o mnie napiszą" [WYWIAD]
Muzeum w Bochni. We wtorek wędrówka „Szlakiem bocheńskich legend”
Zdradził i stawia warunki: Gorzka cena rodzinnego szczęścia—historia Świetłany i Borysa z pięcioletnią Polą, zdradą, szantażem i walką o to, co najważniejsze dla polskiej mamy
Mam 58 lat i podjęłam decyzję, która kosztowała mnie więcej, niż większość ludzi potrafi sobie wyobrazić: przestałam pomagać finansowo swojej córce. I wcale nie dlatego, iż jej nie kocham… ani dlatego, iż stałam się „skąpa”. Moja córka wyszła za mąż za mężczyznę, który od początku pokazał, iż nie chce pracować. Zmieniał pracę co kilka miesięcy – zawsze miał nowe wymówki: szef, grafik, pensja, atmosfera… Ciągle coś mu nie pasowało. A córka pracowała, ale pieniędzy wiecznie brakowało. I co miesiąc on przychodził do mnie z tymi samymi słowami: czynsz, jedzenie, długi, szkoła dla dzieci. I ja… zawsze w końcu pomagałam. Na początku myślałam, iż to chwilowe. Że to przejściowy okres. Że w końcu się ogarnie, weźmie odpowiedzialność, stanie się prawdziwym mężczyzną. Lata mijały, a nic się nie zmieniało. On siedział w domu, spał do późna, wychodził ze znajomymi, obiecywał, iż „prawie” coś znalazł. A pieniądze ode mnie pokrywały wydatki, które on powinien pokryć… albo co gorsza — szły na jego picie. Nie szukał pracy, bo wiedział, iż cokolwiek się stanie, to ja „załatwię sprawę”. Córka też nie rozliczała go z niczego. Łatwiej było poprosić mnie, niż stanąć z nim twarzą w twarz. I tak płaciłam rachunki, które nie były moje. Niosłam ciężar małżeństwa, które nie było moje. Dzień, w którym zdecydowałam się przestać, nadszedł wtedy, gdy córka poprosiła o pieniądze na „nagły przypadek”… i przypadkiem wspomniała, iż potrzebuje ich na spłatę długu, który jej mąż nabił, grając w bilard z kolegami. Zapytałam: — Dlaczego on nie pracuje? Odpowiedziała: — Nie chcę go naciskać. Wtedy powiedziałam wyraźnie: Dalej będę was wspierać emocjonalnie. Będę przy niej i wnukach. Zawsze. Ale dopóki zostaje z mężczyzną, który nic nie robi i nie bierze żadnej odpowiedzialności, nie dam więcej pieniędzy. Córka płakała. Złościła się. Zarzuciła mi, iż ją zostawiam. To był jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu jako matki. Powiedzcie… czy popełniłam błąd?
Mój drugi mąż, Filip, okazał się cudownym człowiekiem – nie szczędził pieniędzy na zakupy dla mnie i mojego syna, troszczył się o nas jak nikt wcześniej i sprawił, iż znów poczułam się bezpieczna oraz kochana
A umierać nam jeszcze nie pora – zostały nam w domu sprawy do załatwienia… Babcia Wanda z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała do drzwi, długo siłowała się ze starym, zardzewiałym zamkiem i weszła do swojej wychłodzonej, dawno nieogrzewanej chaty, siadając na stołku przy zimnym piecu. W chałupie pachniało nieobecnością. Zabrakło jej tylko trzy miesiące, a już pajęczyny pokryły sufit, zabytkowy stołek skrzypiał żałośnie, wiatr huczał w kominie – dom przyjął ją z wyrzutem: „Gdzieś ty się podziewała, gospodyni, komuś nas zostawiła?! Jak zimę przetrwamy?!” – Już, już, mój drogi, daj mi chwilę odpocząć… Zaraz napalę w piecu, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Wanda krzątała się żwawo po starym domu: bielenie, malowanie, przynieść wody. Jej drobna, lekka postać raz klękała przed ikonami, raz ogarniała piec, raz latała po ogrodzie, sadziła, podlewała, plewiła wszystko, co się dało. I dom cieszył się razem z gospodynią: skrzypiące deski żywo rozbrzmiewały pod jej lekkimi krokami, okna i drzwi otwierały się na dotyk spracowanych drobnych dłoni, a piec wypiekał puszyste drożdżówki. Razem było im dobrze: Wandzie i jej staremu domowi. Mężowi postawiła krzyż wcześnie. Troje dzieci wychowała, wszystkie wykształciła i poprowadziła w świat. Jeden syn – kapitan żeglugi dalekomorskiej, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj mieszkają daleko i rzadko w rodzinne strony zaglądają. Tylko najmłodsza córka Tamara została na wsi, główny agronom, od rana do nocy w pracy – dziadkom zagląda tylko w niedzielę, nakarmić pierogami i znów tydzień się nie widzą. Pociechą została wnuczka – Świetusia. A jaka z niej pannica wyrosła! Uroda po babci – oczy szare, duże, włosy koloru dojrzałego owsa aż do pasa, błyszczące, bujne. Gdy zrobi kucyk, kosmyki rozsypują się po ramionach – chłopakom wiejskim mowę odbiera. Na widok takiej figury – aż dech zapiera! Od kogo u tej wiejskiej dziewczyny taka postawa, taka uroda? W młodości Babcia Wanda była urodziwa, ale jak się w stare zdjęcie spojrzy i porówna ze Świetusią – to pasterka i królowa… Jeszcze do tego mądra. Ukończyła studia rolnicze w Krakowie, wróciła do swojej wioski i pracuje jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza i z programu „Młodzi na swoim” dostali nowy, okazały, murowany dom – jak na te czasy prawdziwa willa. Jedno tylko: wokół chaty babci sad – wszystko rośnie i kwitnie, a wokół nowego domu wnuczki tylko kilka kwiatków i nic nie zdążyło jeszcze urosnąć. I Świetusia, choć dziewczyna wiejska, to przez babcię chroniona przed każdym przeciągiem i ciężką pracą – więc do ogrodu jej nie ciągnęło… A jeszcze pojawił się synek – Wacek. I już nie było czasu w ogródki czy warzywniki. Świetusia zaczęła w końcu babcię namawiać: „Chodź do mnie, babciu! Duży dom, wygodny – pieca palić nie trzeba”. Babcia Wanda zaczęła niedomagać, skończyło jej się już osiemdziesiątka, nogi, kiedyś lekkie, teraz ledwie ją niosły. Dała się w końcu namówić. Pobawiła u wnuczki kilka miesięcy. A potem usłyszała: – Babciu kochana, ja cię bardzo kocham, ale czemu ty tylko siedzisz? Całe życie byłaś w ruchu, a tu nagle – przysiadłaś. Chciałam gospodarstwo rozwinąć, na twoją pomoc liczyłam… – Kochanie, ja już nie mogę, nogi nie te, stara już jestem… – Hm… Jak do mnie przyjechałaś, to od razu stara… I tak, zawodząc nad sobą, iż nie podołała, babcia wróciła do własnego domu. Po tym wszystkim całkiem opadła z sił. Nogi ledwie powłóczyły – przebiegały swoje przez całe życie, zmęczyły się już. Od łóżka do stołu – trudne zadanie, a do kościoła – niemożliwe. Proboszcz, ksiądz Borys (wszyscy wołali na niego po imieniu), do swojej stałej parafianki sam przychodził, już nie tylko z duszpasterską misją, ale jako serdeczny przyjaciel domu. Babcia Wanda, jak zwykle, pisała listy do synów – każdego miesiąca. Chłodno – piec ledwo przepalony. Podarte kapcie, wypłowiały sweter, stary chustka na głowie – a przecież była zawsze czyścioszka. Ksiądz westchnął – trzeba pomóc. Może poprosić o opiekę Annę? Wyjął z torby chleb, pierniczki, pół jeszcze ciepłego ciasta z rybą od żony księdza, pani Aleksandry. Zawijał rękawy sutanny, wybrał popiół z pieca, przyniósł drwa na kilka paliń, ustawił w kącie. Rozpalił. Przyniósł wody, postawił na piec duży, osmolony czajnik. – Syneczku kochany! Ojej, to znaczy, księże kochany! Pomóż mi adresy na kopertach napisać, bo jak ja swoim kurzym pazurem nakreślę, to list nie dojdzie! Ksiądz usiadł, wypisał adresy, zerknął na listy – na każdym dużymi, drżącymi literami: „A ja żyję bardzo dobrze, syneczku kochany. Wszystko mam, Bogu dzięki!” Ale kartki babci o tej „dobrej” doli – pełne rozmazanych kleksów. Czemu kleksy słone… Anna przejęła opiekę nad staruszką; ksiądz starał się odwiedzać ją regularnie, spowiadał i udzielał komunii, a mąż Anny, wujek Piotr – stary marynarz – przywoził babcię na mszę na motorze. Życie powoli się układało. Wnuczka się nie pojawiała, a potem po dwóch latach ciężko zachorowała. Od dawna dokuczał jej żołądek, a objawy wszyscy zrzucali na wrzody. Okazał się rak płuc – i w pół roku zgasła Świetusia. Mąż – złamany, mieszkał przy jej grobie, opijał smutki, spał na cmentarzu, po przebudzeniu kupował kolejną butelkę. Czteroletni synek Wacek – nikomu niepotrzebny, brudny, głodny, zasmarkany. Wzięła go Tamara – ale dla niej, zapracowanej, czasu dla wnuka nie było, więc zaczęto szykować Wacka do domu dziecka – internatu. W internacie – nieźle: energiczny dyrektor, jedzenie porządne, na weekendy można dzieci zabierać do domu. Ale to nie to samo, co rodzinny dom. Tamara nie miała wyjścia – do emerytury jeszcze długo, pracy mnóstwo… I wtedy w koszu starego „Urała” do córki przyjechała babcia Wanda. Za kierownicą sąsiad – wujek Piotr w marynarskiej koszulce, z tatuażami na rękach, oboje wyglądali wojowniczo. Babcia Wanda krótko: – Ja Wacka do siebie wezmę. – Mamo, ty sama ledwo chodzisz! A tu dziecko! Trzeba mu ugotować, prać, oporządzić… – Jak żyję – do domu dziecka go nie oddam – ucięła babcia. Tamara, zdziwiona stanowczością łagodnej matki, zadumała się i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Wujek Piotr przywiózł babcię i Wacka do chaty i niemal na rękach ich do izby przeniósł. Sąsiadki patrzyły z dezaprobatą: – Dobra staruszka, ale chyba jej się na starość w głowie pomieszało: sama pomocy potrzebuje, a tu dzieciaka wzięła… Przecież to nie szczeniak – dziecko wymaga ciągłej troski… Po niedzielnej mszy ksiądz Borys ruszył z niepokojem do babci Wandy: czy nie będzie trzeba zabierać głodnego Wacka od niedołężnej babci? W chacie było ciepło, piec mocno napalony. Czysty, najedzony Wacek słuchał bajki o Złotym Koguciku z gramofonu, a „niedołężna staruszka” lekko fruwała po izbie, krzątała się przy cieście i spokojnie stukała jajka do twarogu – nogi miała żwawe i lekkie, jak przed chorobą… – Księże kochany! Właśnie piekę drożdżówki… Zaczekaj chwilkę, będą cieplutkie dla pani Aleksandry i Kaziutka… Ksiądz wrócił do domu cały w myślach, opowiedział żonie to, co zobaczył. Pani Aleksandra zadumała się, potem sięgnęła po grubą niebieską teczkę, przewertowała strony i przeczytała: „Stara Egorowa przeżyła swój długi wiek. Wszystko przeminęło – marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod bielutkim śniegiem. Czas już tam, gdzie nie ma choroby, smutku, ani westchnienia… Pewnego lutowego wieczoru długo się modliła, położyła się i powiedziała domowym: „Zawołajcie księdza – będę umierać”. Twarz jej stała się biała jak śnieg za oknem. Domownicy sprowadzili księdza – Egorowa wyspowiadała się, przyjęła komunię, leżała już dzień bez jedzenia ani picia, oddychała ledwo-ledwo. Wtem drzwi się otwarły: chłodny powiew, płacz dziecka. – Cicho, cicho, babcia umiera… – Niemowlakowi ust nie zatkam, przecież się dopiero urodziła, nie wie, iż nie wolno płakać… Z porodówki wróciła wnuczka Egorowej, Nastka, z nowo narodzoną córeczką. Rano wszyscy wyszli – została umierająca staruszka z młodą matką. Nastka była jeszcze niedoświadczona, mleka nie miała, córeczka płakała i babci nie dawała odejść. Stara Egorowa podniosła się, zamglony wzrok nabrał życia, wstała z łóżka, zaczęła szukać pantofli i zaraz krzątała się po pokoju, bujając wnusię, a młoda mama odpoczywała… Gdy domownicy wrócili, zamiast pożegnać starą, zastali ją pełną życia – postanowiła nie umierać, zaopiekować się prawnuczką”. Aleksandra zamknęła pamiętnik, uśmiechnęła się do męża i powiedziała: – Moja prababcia, Wera Egorowna, tak mnie ukochała, iż nie mogła sobie pozwolić odejść. Jak w starej piosence: „A umierać nam jeszcze nie pora – zostały nam w domu sprawy do załatwienia!” Przeżyła po tym jeszcze dziesięć lat, pomagała mojej mamie, a twojej teściowej, Anastazji, wychowywać mnie – swoją ukochaną prawnuczkę. I ksiądz Borys uśmiechnął się do żony.
Jeszcze mamy w domu swoje sprawy… Babcia Wala z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała się do drzwi, długo mocowała się ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego zimnego, nieopalonego domku i usiadła na krześle przy zimnym piecu. W izbie pachniało niezamieszkałością. Nie było jej tylko trzy miesiące, a już sufity zarosły pajęczyną, stare krzesło żałośnie skrzypiało, wiatr huczał w kominie — dom przyjął ją ze złością: „Gdzieś ty się podziewała, gospodyni, kogo zostawiłaś na straży? Jak my przezimujemy?!” — Już, już, kochany mój, poczekaj chwileczkę, odpocznę… Zaraz napalę w piecu, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Wala sprawnie krzątała się po swoim wiekowym domku: bieliła ściany, malowała, nosiła wodę. Jej mała, lekka sylwetka raz pochylała się przed ikonami, raz gospodarzyła przy piecu, a raz latała po sadzie — sadziła, plewiła, podlewała. I dom cieszył się razem z gospodynią — radośnie skrzypiał pod jej energicznymi, lekkimi krokami, drzwi i okna otwierały się chętnie pod pierwszym dotykiem utrudzonych dłoni, piec z zapałem piekł puszyste drożdżówki. Im razem było dobrze: Wali i jej starej chałupie. Męża pochowała wcześnie. Wychowała trójkę dzieci, wszystkie wyuczyła, wypchnęła w świat. Jeden syn — kapitan żeglugi dalekobieżnej, drugi — wojskowy, pułkownik, obaj mieszkają daleko, rzadko przyjeżdżają. Tylko młodsza córka Tamara została na wsi, jest główną agronomką, całe dnie w pracy, do matki wpadnie w niedzielę, nakarmi ją pierogami — i znów tydzień się nie widzą. Pociechę znajdowała w wnuczce, Świetusi. Ta, można powiedzieć, u babci wyrosła. A jaka wyrosła! Piękność! Wielkie, szare oczy, włosy do pasa w kolorze dojrzałego owsa, kręcone, ciężkie, lśniące — aż bije blask od tych włosów. Zrobi warkocz, a pasma rozsypują się po ramionach — miejscowym chłopakom mowę odbiera. Stoją jak wryci z otwartymi ustami. Figura jak malowana. Skąd u wiejskiej dziewczyny taka uroda, taka postawa? Babcia Wala za młodu była ładna, ale jakby porównać stare zdjęcie z urodą Świetusi — pasterka i królowa… Do tego mądra dziewczyna: skończyła technikum rolnicze w mieście, wróciła na rodzinną wieś pracować jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza i z programu pomocy dla młodych rodzin dostali nowy dom. A co to był za dom! Porządny, solidny, murowany — na owe czasy prawdziwa willa, nie zwykły dom. Tylko babcia miała przy swojej izbie sad — wszystko rosło, wszystko kwitło. A przy nowym domu wnuczki na razie nie zdążyło nic wyrosnąć — trzy badyle na krzyż. I do ogrodu, trzeba przyznać, Świetusia nie miała smykałki. Choć niby wiejska dziewucha, to jednak delikatna, babcia chroniła ją przed każdym przeciągiem i ciężką pracą. Jeszcze synek się urodził — Wacek. Gdzie tu ogródki uprawiać? I zaczęła Świetusia namawiać babcię do siebie: „Chodź, babciu, do mnie mieszkać — dom duży, wygodny, pieca palić nie trzeba”. A babcię zaczęło coś łapać, dobiło do osiemdziesiątki, jakby choroba czekała na okrągłą rocznicę — nogi, kiedyś lekkie jak piórko, teraz przestały ją słuchać. Dała się babcia namówić. Pobyła u wnuczki parę miesięcy. Potem usłyszała: — Babciu, kochana, wiesz, jak cię kocham! Ale czemu ciągle siedzisz? Całe życie byłaś w ruchu! A tu rozsiadłaś się… Gospodarkę chcę prowadzić, na ciebie liczę… — Ale ja nie mogę, córeczko, już nogi nie chodzą… stara jestem… — Hm… Jak do mnie przyjechałaś, od razu stara się zrobiłaś… gwałtownie więc babcia, nie sprawdziwszy się jako pomoc, wróciła do swojego domu. Zmartwienie, iż zawiodła ukochaną wnuczkę, całkiem ją rozłożyło. Nogi powłóczyły się po podłodze powoli, nie chciały się ruszać — nabiegały się przez długie lata, zmęczyły. Dojść od łóżka do stołu stało się problemem, a do ukochanego kościółka — już niemożliwością. Ksiądz Borys sam przyszedł do swojej stałej parafianki, przed chorobą czynnej opiekunki starego drewnianego kościółka. Uważnie się rozejrzał. Babcia Wala siedziała przy stole i pisała jak co miesiąc listy do synów. W izbie było chłodno: piec niedbale wypalony, podłoga lodowata. Na niej stary sweterek i przybrudzona chustka — na niej! Pierwszej czyścioszce i pedantce! Na stopach zdeptane filcowe kapcie. Ksiądz Borys wzdycha: babci pomoc potrzebna. Ale kogo poprosić? Może Anię? Mieszka blisko, jeszcze krzepka, z dwadzieścia lat młodsza od babci Wali. Wyjął chleb, pierniki, połowę wielkiego jeszcze ciepłego pieroga z rybą (upominek od żony, pani Aleksandry). Zakasał rękawy sutanny, wygarnął popiół z pieca, przyniósł w trzech turach drewna na kilka paleń, ułożył w rogu. Napalił. Przyniósł wody i postawił na piecu duży poczerniały czajnik. — Synuś kochany! Ojej, tfu, ojcze nasz kochany! Pomóż mi adresy na kopertach napisać. Bo ja swoim kurzym pazurem naskrobię — to i tak nie dojdzie! Ojciec Borys przysiadł, napisał adresy, rzucił okiem na kartki z koślawymi linijkami. W oczy rzuciło się duże, drżące pismo: „A ja żyję bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, dzięki Bogu!” Tylko iż te kartki o dobrym życiu babci Wali były całe w rozmazanych kleksach, i, jak można się domyślić, te kleksy były raczej słone. Ania objęła opiekę nad staruszką, ksiądz Borys starał się ją regularnie spowiadać i przynosić komunię, na większe święta Anin mąż, wujek Piotr, stary marynarz, przywoził babcię na motorze do kościoła. Powoli życie zaczęło wracać do normy. Wnuczka nie pokazywała się, a potem, po paru latach, ciężko zachorowała. Od dawna skarżyła się na żołądek, swoje dolegliwości zrzucała na chore żołądki. Okazało się, iż to rak płuc. Skąd taka choroba się wzięła — kto to wie; ale Świetusia spaliła się w pół roku. Mąż zamieszkał praktycznie na jej grobie: kupował flaszkę, pił, spał na cmentarzu, budził się i szedł po następną. Czteroletni synek Wacek nie był nikomu potrzebny — brudny, zasmarkany, głodny. Zabrała go Tamara, ale przy swojej pracy agronoma nie miała czasu zajmować się wnukiem, więc zaczęto przygotowywać Wacka do internatu. Internat był nie najgorszy: energiczny dyrektor, dobre jedzenie, na weekendy można było dzieci zabierać do domu. Oczywiście nie to samo co rodzinny dom, ale Tamara nie miała wyjścia: w pracy musiała zostawać długo, a do emerytury daleko. I wtedy, w bocznej przyczepie starego „Uralu” do córki przyjechała babcia Wala. Za kierownicą siedział opasły sąsiad, wujek Piotr, w pasiaku, z kotwicami i syrenami na ramionach. Oboje wyglądali bojowo. Babcia Wala powiedziała krótko: — Ja wezmę Wacka do siebie. — Mamciu, ty ledwo chodzisz! Jak sobie poradzisz z dzieckiem? Trzeba mu ugotować, wyprać! — Dopóki jestem żywa, Wacka do internatu nie oddam — ucięła babcia. Zaskoczona stanowczością zwykle łagodnej Wali Tamara zamilkła, pomyślała i zaczęła pakować synkowi rzeczy. Wujek Piotr dowiózł starą i małego do babcinej chałupy, wyładował ich, a potem niemal na rękach wniósł do izby. Sąsiedzi kręcili głowami: — Taka dobra babcia, a na starość chyba postradała rozum: sama ledwo żyje, a tu jeszcze dziecko przywiozła… To nie szczeniaczek, potrzebuje opieki… Gdzie Tamarka patrzy?! Po niedzielnej mszy ksiądz Borys poszedł do babci Wali z niepokojem: czy nie będzie trzeba zabierać głodnego i brudnego Wacka od biednej, schorowanej staruszki? A tu w izbie ciepło, piec napalony na dobre. Czyściutki, uśmiechnięty Wacek na tapczanie słucha z gramofonu bajki o Czerwonym Kapturku. A biedna, schorowana staruszka energicznie krząta się po izbie: pędzelkiem smaruje blachę, zagniata ciasto, wbija jajka do sera. Jej stare, chore nogi żywo, zwinnie się ruszają — jak za czasów zdrowia. — Księże, kochany! A ja tu… drożdżówki robię… Zaczekaj chwilkę — będzie ciepłe dla pani Aleksandry i Kuby… Ojciec Borys wrócił do domu oszołomiony i opowiedział żonie, co zobaczył. Pani Aleksandra zamyśliła się na chwilę, sięgnęła do regału po grubą niebieską teczkę, przekartkowała i znalazła odpowiednią stronę: „Stara Eugenia przeżyła długie lata. Wszystko przeszło, przeleciało, wszystkie marzenia, uczucia, nadzieje — wszystko śpi pod śnieżnobiałym, cichym zwałem śniegu. Czas już, czas do miejsca, gdzie już nie ma chorób, smutku ani westchnień… Pewnego śnieżnego lutowego wieczora Eugenia długo się modliła przed ikoną, potem położyła się i powiedziała domownikom: 'Wołajcie księdza — będę umierać’. I twarz jej zrobiła się biała-biała, jak śnieg za oknem. Domownicy zawołali księdza, Eugenia wyspowiadała się, przyjęła komunię i leżała już cały dzień, nie przyjmując jedzenia ni picia. Tylko spokojny oddech świadczył: dusza jeszcze nie uleciała z jej starego ciała. Nagle drzwi w korytarzu otwarły się: powiew mroźnego powietrza i dziecięcy krzyk. — Cicho, cicho, u nas babcia umiera. — Ja niestety niemowlęciu ust nie zakleję, ona dopiero się urodziła, nie wie, iż nie wolno płakać… Z porodówki wróciła do domu wnuczka starej Eugenii, Nastka, z maleńką, jeszcze czerwoną córeczką. Rano wszyscy wyszli do pracy, zostawiając umierającą babcię i młodą matkę same. Nastce jeszcze nie napłynęło mleko, sama nie bardzo umiała sobie radzić, więc niemowlę krzyczało, co przeszkadzało Eugenii w umieraniu. Umierająca babcia podniosła głowę, niewidzący wzrok nabrał ostrości. Z trudem usiadła, spuściła bose stopy i zaczęła szukać pantofli po podłodze słabą nogą. Gdy domownicy wrócili, spodziewając się najgorszego (babcia umarła!), zobaczyli taki obrazek: Eugenia nie tylko nie umarła, ale wyglądała lepiej niż dotąd. Zdecydowała, iż jeszcze nie umiera i krzątała się po pokoju, kołysząc spokojne, szczęśliwe wreszcie niemowlę, podczas gdy zmęczona wnuczka odpoczywała na kanapie”. Pani Aleksandra zamknęła dziennik, spojrzała na męża, uśmiechnęła się i dodała: — Moja prababka, Wera Eugenia, tak mnie pokochała, iż nie mogła sobie pozwolić umrzeć. Powiedziała słowami piosenki: „A pomierać nam za wcześnie — bo mamy jeszcze w domu sprawy!” Przeżyła potem jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej, Annie K., wychowywać mnie, swoją ukochaną prawnuczkę. I ksiądz Borys uśmiechnął się do żony w odpowiedzi.
Zaproponowałam mamie, żeby zamieszkała z nami miesiąc po urodzeniu dziecka, a ona postanowiła wprowadzić się na rok i przyprowadzić tatę
Cieszyłam się, iż mam grzeczne dziecko. To był pierwszy sygnał, iż coś jest nie tak
Kilkulatka stawia granice lepiej niż wielu dorosłych. To wideo poruszyło mnie jako kobietę
Niby prosty rachunek, a mylą się niemal wszyscy. Czy ty też nie dasz rady?
To nie żarty z memów. Teściowe naprawdę potrafią zrujnować spokój młodych rodziców
Mój przyjaciel Adam, 42 lata, ożenił się z kobietą dlatego, iż świetnie sprząta i doskonale gotuje – reszta go nie interesuje!
Ważna jest harmonia.
W tym quizie pytamy o wieczorynki z dawnych lat. Kto rozwiąże go na 100%?
„NIE ZDĄŻYŁAŚ, MARINO! SAMOLOT ODLATUJE! A RAZEM Z NIM ODLATUJE TWOJE STANOWISKO I PREMIA! ZWOLNIONA!” – WRZESZCZAŁ SZEF DO SŁUCHAWKI. MARINA STAŁA W ŚRODKU KORKA, PATRZĄC NA PRZEWRÓCONY SAMOCHÓD, Z KTÓREGO PRZED CHWILĄ URATOWAŁA CUDZE DZIECKO. STRACIŁA KARIERĘ, ALE ODKRYŁA PRAWDZIWĄ SIEBIE.
Odkrycie, które spadło jak grom z jasnego nieba Do dwudziestego siódmego roku życia Michał żył jak wartki wiosenny strumień – głośno, burzliwie i bez zastanowienia. Był niespokojnym duchem, wszyscy w wiosce znali jego wybryki. Potrafił w nocy po ciężkich żniwach zebrać kumpli i pojechać z wędkami aż nad rzekę trzy kilometry dalej, by wrócić o świcie i od razu pomóc sąsiadowi ze starym, chwiejącym się stodołą. – Panie Boże, ten Michał to szalony człowiek, żyje bez trosk – kręcili głowami starzy gospodarze. – Żyje bez rozumu, jedno słowo: lekkoduch – wzdychała matka. – A co w tym złego, żyje jak każdy – wzruszali ramionami rówieśnicy, dawno już z rodzinami, własnym domem i gospodarstwem. A potem stuknęła mu dwudziestka siódemka. Nie spadło to jak grom, ale cicho, jak pierwszy uschnięty liść z jabłoni. Po prostu któregoś świtu obudził go piejący kogut, a ten krzyk zabrzmiał już nie jak zaproszenie do zabawy, ale jak wyrzut sumienia. Pustka, której wcześniej nie dostrzegał, nagle zaczęła mu doskwierać. Rozejrzał się: rodzinny dom — porządny, ale starzejący się, potrzebujący silnych męskich rąk nie na chwilę, a na lata. Ojciec, zgarbiony od pracy, mówił już tylko o sianokosach i cenach paszy. Przełom nastał na wiejskim weselu u dalekiego kuzyna. Michał – dusza towarzystwa – jak zwykle żartował, tańczył do ostatnich sił. Wtedy zobaczył w kącie ojca rozmawiającego z siwym sąsiadem. Patrzyli na niego i w ich spojrzeniu nie było potępienia – była cicha, zmęczona melancholia. W tym momencie Michał z brutalną jasnością zobaczył siebie z boku: już nie chłopak, ale dorosły facet, który tańczy, podczas gdy życie przemija. Bez celu, bez korzeni, bez swojego miejsca. Poczuł się nieswojo. Nazajutrz obudził się już inny. Lekkoduch zniknął, zastąpiła go cicha ciężkość, spokój i dojrzałość. Przestał szwendać się po gościach bez celu i wziął się za stary, zapomniany przez wszystkich kawałek ziemi po dziadku na skraju wsi, pod samym lasem. Pokosił trawę, zwalił dwa martwe drzewa. Najpierw cała wieś go wyśmiewała. – Michał dom buduje? Przecież gwoździa porządnie nie umie wbić! A on uczył się – niezdarnie, tłukąc młotkiem w palce zamiast gwoździ. Rąbał drzewo, korzeniał pnie. Pieniądze, które wcześniej roztrwaniał, teraz szły na gwoździe, eternit, szybę. Pracował od świtu do zmierzchu, w ciszy i z uporem. Wieczorami padał ze zmęczenia, ale pierwszy raz od wielu lat czuł, iż dzień minął nie na marne. Minęły dwa lata. Na działce stał skromny, ale solidny dom pachnący żywicą i świeżością. Obok własna, manualnie zbudowana bania. W ogródku pierwsze grządki. Michał schudł, opalił się, a w oczach pojawił się spokój i powaga zamiast szczenięcego temperamentu. Ojciec przychodził do nowego domu, proponował pomoc, ale on ją odmawiał. Ojciec chodził, oglądał kąty, zaglądał pod dach, po czym chwalił syna: – Mocno stoi… – Dzięki, tato – odpowiadał Michał. – Teraz trzeba żony się rozejrzeć. Gospodynię do domu – mówił ojciec. Michał uśmiechał się patrząc na swoje dzieło, na ciemny, gęsty las na horyzoncie. – Znajdę, tato. Wszystko w swoim czasie. Wziął siekierę i poszedł do drewutni. Poruszał się powoli, pewnie. Po tamtej hałaśliwej młodości nie zostało nic. Zastąpiła ją codzienna troska, ciężka praca, dorosłość. Ale pierwszy raz od dwudziestu dziewięciu lat Michał poczuł, iż jest u siebie. Nie tylko pod dachem rodziców, ale w domu, który zbudował własnymi rękami. Lekkomyślna młodość odeszła. A to odkrycie przyszło w zwykły letni poranek, gdy Michał zbierał się do lasu po drewno. Już odpalał silnik starego polskiego fiata, gdy z furtki sąsiedniego domu wyszła ona. Julia. Ta sama Julia, którą pamiętał goniącą w dzieciństwie po podwórku, zawsze z kolanami w strupach, z warkoczykami. Widział ją ostatnio jako niezdarną nastolatkę, wyjeżdżającą na studia pedagogiczne. Z furtki wyszła już nie dziewczynka, ale piękna kobieta. Słońce bawiło się w jej złocistych włosach, które spływały na ramiona. Pewna, lekka postawa. Prosta, ciemna sukienka podkreślała zgrabną figurę, a w dawnych, zawsze filuternej oczach rozjaśniło się nowe, ciepłe światło. Była zamyślona, poprawiała torbę na ramieniu i nie zauważyła go od razu. Michał oniemiał, zapomniał o silniku, o lesie. Serce biło mocno, dziwnie, śmiesznie. – Kiedy? – przeleciało mu przez głowę. – Jakim cudem z dziewczynki stała się taką pięknością? Ona zauważyła jego spojrzenie, zatrzymała się i uśmiechnęła. Ten uśmiech był już zupełnie inny – nie dziecinny, ale delikatny, czuły. – Cześć Michał, co tak stoisz, nie możesz odpalić auta? – głos był łagodny, bez śladu dawnej piskliwości, gdy mówiła „maluch”. – Jul… Julia – wyjąkał, tylko tyle potrafił powiedzieć. – Do szkoły? – Tak, zaraz zaczynam lekcje, nie mogę się spóźnić – odparła. Ruszyła przed siebie przez wiejską drogę, a on patrzył za nią, a w głowie, zwykle zajętej kalkulacjami desek i kątów, z hukiem pojawiła się jasna, olśniewająca myśl: – Właśnie na niej powinienem się ożenić. Nie wiedział, iż dla Julii to zwykłe, letnie poranne spotkanie było jednym z najbardziej szczęśliwych momentów od lat. Bo wreszcie – ten roztrzepany, wciąż nie zauważający jej Michał na nią spojrzał. Nie przez nią, nie jak na mebel, tylko naprawdę ją zobaczył. – Naprawdę się doczekałam… Od trzynastego roku życia mi się podobał, a dla niego byłam „maluchem”. Płakałam, kiedy wyjeżdżał do wojska. Starsze dziewczyny go żegnały, a mnie było okropnie przykro. choćby dlatego wróciłam do wsi, by pracować w szkole. Jej cicha, dziecięca sympatia do starszego sąsiada długo tliła się głęboko w duszy i dopiero teraz otrzymała szansę. Szedła, powstrzymując uśmiech, czując na sobie jego gorące, zaskoczone spojrzenie. A Michał tego dnia nie pojechał do lasu. Chodził dookoła domu, piłował drewno zapamiętale, na myśli miał tylko jedno: – Jak to możliwe, iż nie zauważyłem? Przecież ona zawsze tu była. Rosła obok. A ja… zmieniałem dziewczyny… Wieczorem przy studni znów zobaczył Julię. Wracała zmęczona, z tą samą torbą. – Julia, Julia – zawołał, sam zdziwiony własną śmiałością. – Jak… praca? Jak uczniowie, pewnie rozrabiają… Stanęła, oparła się o płot, oczy zmęczone, ale piękne i serdeczne. – Praca jak to praca. Dzieci – dzieci, hałaśliwie, ale serce się raduje. Lubię z nimi pracować, są pomysłowe… A u ciebie dom nowy, solidny. – Jeszcze nie skończony – bąknął. – Wszystko da się skończyć – powiedziała łagodnie, zawstydzona własną mądrością. – Idę już. – Wszystko można dokończyć – powtórzył za nią Michał – i nie tylko dom. Od tej pory jego życie nabrało nowego sensu. Budował nie tylko dla siebie, ale z myślą o niej. Marzył, iż kiedyś w oknie zamiast pustych słoików będą stały kwiaty. Że na ganku będzie siedział z nią, zamiast samotnie. Nie narzucał się, nie chciał spłoszyć swojego cichego marzenia. Michał „przypadkiem” coraz częściej na nią trafiał. Najpierw tylko kiwnął głową. Potem zaczął pytać o szkołę i uczniów. – Jak tam dzieciaki w twojej klasie? – często przechodził obok szkoły i widział, jak po lekcjach dzieci okrążają ją, wołając: „do widzenia, Pani Julio!” Pewnego dnia przyniósł jej koszyk leśnych orzechów, a Julia przyjmowała jego nieśmiałe zaloty z ciepłym uśmiechem. Widziała, jak się zmienił, jak z lekkoducha stał się solidnym, godnym zaufania mężczyzną. W jej sercu, które tak długo kryło ten obraz, rozgorzała prawdziwa miłość. Nad wioską wisiały szare, jesienne chmury Późną jesienią, gdy dom był już prawie gotowy, a nad wioską wisiały ciężkie, przedzimowe chmury, Michał nie wytrzymał. Czekał na Julię przy furtce, ściskając pęk ostatnich czerwonych jagód jarzębiny zerwanych pod lasem. – Julia, – powiedział nieśmiało. – Dom już prawie ukończony, ale… taki pusty jest. Strasznie pusty. Może… zajrzysz kiedyś? Tak naprawdę to… chcę ci zaproponować moje serce. Już dawno wiem, jak jesteś mi bliska. Michał patrzył na nią poważnym, trochę wystraszonym wzrokiem i Julia w tych oczach zobaczyła wszystko, na co tyle lat czekała. Powoli wzięła gałązkę jarzębiny z jego spracowanej dłoni, czując, jak czerwone owoce rozgrzewają jej serce. – Wiesz Michał – odpowiedziała cicho – od pierwszego dnia budowy wypatrywałam tego domu. Zawsze się zastanawiałam, jak będzie wyglądał w środku. Kiedy mnie wreszcie zaprosisz… Marzyłam o tym. Zgadzam się… Pierwszy raz od miesięcy w jej oczach pojawiła się dawna, dziecięca iskierka. Ta iskra, której on kiedyś nie dostrzegł, a która przez cały ten czas czekała, by rozbłysnąć. Dziękuję za przeczytanie, za subskrypcje i wasze wsparcie. Życzę wszystkim szczęścia i dobra!
Czesi też chcą zakazu social mediów dla nastolatków
Przed urodzinami dziecka wysyła każdemu listę. "Nie chcę zagracać domu"
Podwórko w jednym rytmie
Nigdy nie mów tego, gdy dziecko zadaje pytanie. Możesz zniechęcić je do ciekawości
Dzieci rodzą się z wyjątkową zdolnością. Puszczanie im muzyki ma sens
Jeszcze mamy w domu swoje sprawy… Babcia Wala z trudem otworzyła furtkę, z wysiłkiem dotarła do drzwi, długo mocowała się ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do swego dawnego, niewygrzanego domu i usiadła na stołku przy zimnym piecu. W chacie pachniało niezamieszkaniem. Nie było jej zaledwie trzy miesiące, a pajęczyny zdążyły pokryć sufity, stare krzesło żałośnie skrzypiało, wiatr huczał w kominie – dom powitał ją gniewnie: Gdzieś ty przepadła, gospodyni, komu mnie zostawiłaś?! Jak tu przezimujemy?! – Już, już, mój kochany, poczekaj tylko chwilkę, odsapnę… Zaraz napalę w piecu, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Wala krzątała się żwawo po starym domu: bieliła, malowała, przynosiła wodę. Jej mała, drobna postać raz pochylała się nisko przed ikonami, raz gospodarzyła przy piecu, raz uwijała się w sadzie, sadząc, plewiąc, podlewając wszystko, na co czas pozwalał. I dom cieszył się razem z gospodynią – deski witały radośnie każdy jej lekki krok, drzwi i okna otwierały się od pierwszego dotknięcia spracowanych małych dłoni, piec gorliwie piekł pyszne drożdżówki. Dobrze im było razem: Wali i jej starej chacie. Męża pochowała wcześnie. Troje dzieci wychowała i wykształciła, wszystkim pomogła znaleźć swoje miejsce w świecie. Jeden syn – kapitan dalekomorskiej żeglugi, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj daleko mieszkają, rzadko przyjeżdżają w odwiedziny. Tylko najmłodsza córka Tamara została na wsi jako główna agronomka, od rana do wieczora w pracy, do matki wpadnie tylko w niedzielę na chwilę, poczęstuje ją ciastem i znów cały tydzień się nie widzą. Pociechą była wnuczka, Świetusia, która, można rzec, u babci wyrosła. A jaka z niej wyrosła dziewczyna! Piękność! Oczy szare, wielkie, włosy do pasa, koloru dojrzałego owsa, kręcone, lśniące – aż bije od nich blask. Zwiąże w koński ogon, zaraz loki spłyną na ramiona – lokalni chłopcy od razu tracili głowę. Usta im się otwierały z podziwu. Sylwetka niczym rzeźba. Skąd u wiejskiej dziewczyny taka postawa, taka uroda? Babcia Wala za młodu była ładna, ale gdyby porównać jej stare zdjęcie ze Świetą – pasterka i królewna… I rozumna była. Ukończyła studia rolnicze w mieście, wróciła pracować do rodzinnej wsi jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza, dostali od gminy nowy dom w ramach programu dla młodych rodzin. A to był dom! Murowany, solidny – jak na tamte czasy prawdziwa willa. Jedynie: wokół chałupy babci – sad, wszystko kwitnie i rośnie. A przy nowym domu wnuczki jeszcze nic nie zdążyło wyrosnąć – tylko kilka źdźbeł trawy. I szczerze mówiąc, do pielęgnowania zieleni Świetlana była niespecjalnie stworzona. Chociaż to dziewczyna wiejska, była delikatna, przez babcię chroniona przed każdym przeciągiem i ciężką pracą. A potem urodził się syn, Wacek. Teraz już nie miała czasu w ogródki i sady. I zaczęła Światka namawiać babcię: chodźże, babciu, zamieszkaj u mnie – dom nowy, wygodny, pieca palić nie trzeba. Babcia Wala zaczęła niedomagać, stuknęło jej osiemdziesiąt lat i jakby choroba czekała na tę okazję – nogi, kiedyś żwawe, coraz gorzej się ruszały. Dała się przekonać i przeniosła do wnuczki. Pobyła tam dwa miesiące. A potem usłyszała: – Babciu, kochana, wiesz, jak cię kocham! Ale czemu tylko siedzisz?! Całe życie pracujesz, chodzisz po domu! A u mnie – usiadłaś jak na emeryturze… Chciałam założyć gospodarstwo, liczyłam na twoją pomoc… – Ale ja już nie mogę, córciu, nogi nie chodzą… zestarzałam się… – Hm… U mnie od razu się zestarzałaś… I tak babcia, która zawiodła oczekiwania, wróciła w rodzinne progi. Ze zmartwienia, iż nie podołała, iż nie pomogła ukochanej wnuczce, babcia Wala jeszcze bardziej opadła z sił. Nogi już nie chciały chodzić – nabiegały się przez całe życie. Dojście od łóżka do stołu stało się sztuką, a do ukochanego kościoła – czymś niewyobrażalnym. Proboszcz, ksiądz Stefan, sam przyszedł do wieloletniej parafianki i nieocenionej pomagierki w sprawach świątyni. Wszystkiemu się przyjrzał. Babcia Wala pisała swoje comiesięczne listy do synów. W chacie chłodno: piec dogrzany słabo, podłoga lodowata. Na niej cieplejszy, niezbyt świeży sweter, nieco przybrudzona chusta – a przecież zawsze była taka schludna! Na nogach wytarte walonki. Ksiądz westchnął: potrzeba babci pomocy. Może poprosić Annę? Mieszka niedaleko, jeszcze krzepka, o dwadzieścia lat młodsza od Wali. Przyniósł chleb, pierniki i pół jeszcze ciepłej rybnej drożdżówki (podziękowanie od żony, pani Aleksandry). Podwinął rękawy sutanny i wyrzucił popiół z pieca, w trzech turach naniósł drewna na kilka dni, ułożył w kącie. Nagrzał, przyniósł wody i postawił na piecu duży okopcony czajnik. – Synku kochany! Ojej, to znaczy księże nasz! Pomóż mi zaadresować koperty. Bo jak ja tym moim kurańskim pazurkiem napiszę, to list nie dojdzie! Ksiądz Stefan przysiadł, zaadresował koperty, rzucił okiem na kartki z krzywymi liniami. W oczy rzucało się duże, drżące pismo: „A żyje mi się bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, dzięki Bogu!” Tylko te kartki o dobrym życiu babci Wali były w plamkach, rozmazanych od łez. Anna objęła opiekę nad staruszką, ksiądz starał się regularnie omawiać z nią sprawy sumienia, a na większe święta mąż Anny, wujek Piotrek, były marynarz, zabierał babcię na motorze do kościoła. Życie powoli wracało do normy. Wnuczka przestała się pokazywać, po dwóch latach ciężko zachorowała. Od dawna miała kłopoty żołądkowe, więc swój niedomagania zrzucała na żołądek. Okazało się, iż to rak płuc. Skąd ta choroba się wzięła – kto wie. Ale Świetlana zgasła w pół roku. Mąż praktycznie zamieszkał na jej grobie: kupował flaszkę, pił, spał na cmentarzu, budził się i szedł po następną. Czteroletni syn Wacek został nikomu niepotrzebny – brudny, zmarznięty, głodny. Zabrała go do siebie Tamara, ale z racji pracy rzadko była w domu, więc Wacka szykowano do internatu powiatowego. Internat uchodził za dobry: energiczny dyrektor, trzy posiłki, na weekendy można było zabrać dzieci do domu. To jednak nie domowe wychowanie, ale Tamara nie miała wyjścia: musiała zostawać po godzinach, do emerytury jeszcze daleko. Wtedy w wózku starego „Uralu” do córki przyjechała babcia Wala. Kierowcą był sąsiad, wujek Piotr, gruby, w pasiaku z kotwicami i syrenami na obu rękach. Oboje wyglądali bojowo. Babcia powiedziała krótko: – Ja biorę Wacka do siebie. – Mamo, sama ledwo chodzisz! Jak ty dasz sobie radę z maluchem! Jemu trzeba ugotować i uprasować… – Dopóki żyję, Wacka do internatu nie oddam – ucięła stanowczo babcia. Tamara zaskoczona i zaszokowana uporem zwykle łagodnej mamy, zamilkła, zebrała ubrania wnuka. Wujek Piotr odwiózł starą i małego do chaty, wysadził, a potem niemal na rękach wniósł ich do izby. Sąsiedzi krytykowali babcię: – Fajna ta staruszka, dobra, ale musi już na starość rozum straciła: sama pomocy potrzebuje, a jeszcze dzieciaka przygarnęła… To nie szczeniak… Jak ona sobie poradzi… I gdzie patrzy Tamarka! Po niedzielnej mszy ksiądz Stefan poszedł do babci z duszą na ramieniu: czy nie będzie musiał odebrać wychudzonego i zaniedbanego Wacka starej, niemogącej chodzić kobiecie? W izbie okazało się ciepło, piec solidnie napalony. Czysty, zadowolony Wacek słuchał z kanapy bajki o Czerwonym Kapturku z gramofonu. A biedna, schorowana staruszka uwijała się po izbie, smarowała blachę masłem, wyrabiała ciasto, wbijała jajka do twarogu. I jej stare, chore nogi poruszały się żwawo – jak dawniej, przed chorobą. – Księże kochany! A ja tu właśnie… bułeczki z serem piekę… Zaczekaj chwilkę, będzie coś ciepłego dla pani Aleksandry i Kuby… Ksiądz Stefan wrócił do domu, ciągle zdziwiony, i wszystko opowiedział żonie. Pani Aleksandra zamyśliła się, potem sięgnęła po grubą, niebieską kronikę i przeczytała: „Stara Egorowna przeżyła długie życie. Wszystko przeminęło, wszystkie marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod śnieżnobiałą, spokojną pierzyną. Czas, już czas tam, gdzie nie ma bólu, smutku ni wzdychania… W pewien lutowy, śnieżny wieczór Egorowna długo się modliła przed ikonami, po czym położyła się i powiedziała domownikom: »Zawołajcie proboszcza – umieram«. Twarz jej stała się biała jak śnieg. Wezwano księdza, Egorowna się wyspowiadała, przyjęła komunię, i już od doby leżała, nie jedząc ani nie pijąc. Tylko lekki oddech szeptał: dusza jeszcze nie odeszła. Drzwi w sieni się otworzyły: powiew mrozu, niemowlęcy płacz. – Ciszej, ciszej, babcia umiera. – Niemowlęciu ust nie zatkam, ona dopiero się urodziła i nie wie, iż nie wolno… Z porodówki wróciła wnuczka Egorowny, Nastka, z maleństwem. Z rana wszyscy wyszli do pracy, zostawiając umierającą staruszkę i młodą mamę same. Nastka jeszcze nie miała pokarmu, była niedoświadczona, więc niemowlę wyło, przeszkadzając Egoronwnej w umieraniu. Umierająca Egorowna podniosła głowę, zamglony wzrok odzyskał jasność. Usiadła z trudem, spuściła bose stopy na podłogę, zaczęła szukać kapci. Kiedy domownicy weszli po pracy, obawiając się najgorszego, zastali Egorowną nie tylko żywą, ale i silniejszą niż zwykle. Postanowiła nie umierać i energicznie biegała po izbie, kołysząc spokojne, wreszcie szczęśliwe dziecko, podczas gdy wyczerpana wnuczka odpoczywała na kanapie”. Pani Aleksandra zamknęła pamiętnik, spojrzała na męża, uśmiechnęła się i zakończyła: – Moja prababka, Wiera Egorowna, bardzo mnie pokochała i po prostu nie mogła umrzeć. Mówiła słowami piosenki: „A pomierać nam za wcześnie – jeszcze mamy w domu swoje sprawy!” Przeżyła potem jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, twojej teściowej, wychowywać mnie, swoją ukochaną prawnuczkę. I ksiądz Stefan uśmiechnął się do żony.
Mam 70 lat i zostałam matką, zanim nauczyłam się myśleć o sobie. Wyszłam za mąż młodo, a od pierwszej ciąży całe życie podporządkowałam innym. Nie pracowałam zawodowo – nie dlatego, iż nie chciałam, ale nie było wyboru: ktoś musiał być w domu. Mąż wychodził wcześnie, wracał późno. Dom był mój. Dzieci były moje. Zmęczenie też. Pamiętam nieprzespane noce – jedno gorączkuje, drugie wymiotuje, trzecie płacze. Ja sama. Nikt nie pytał, czy daję radę. Następnego ranka znów wstawałam i zaczynałam od nowa. Nigdy nie powiedziałam „nie dam rady”. Nigdy nie poprosiłam o pomoc. Myślałam, iż tak powinna wyglądać dobra matka. Gdy dzieci dorosły, chciałam się czegoś uczyć – choćby krótki kurs. Mąż powiedział: „A po co ci to? Swoje już zrobiłaś.” Uwierzyłam. Zostałam w cieniu, zawsze wspierając. Gdy jedno z dzieci zawaliło semestr, ja tłumaczyłam mężowi, by się nie denerwował. Gdy drugie zaszło młodo w ciążę, chodziłam z nią do lekarzy i opiekowałam się wnukiem, aż ogarnęła życie. Zawsze przejmowałam stery, gdy wszystko się sypało. Potem przyszły wnuki i w domu znów zrobiło się tłoczno. Plecaki, zabawki, płacz i śmiech. Przez lata byłam przedszkolem, stołówką, pielęgniarką. Nie oczekiwałam wdzięczności, nie narzekałam. Gdy byłam kompletnie wyczerpana, słyszałam: „Mamo, tylko Ty potrafisz tak o nich dbać.” To mnie trzymało. Potem zachorował mąż. Opiekowałam się nim do końca. Później zaczęły się wymówki: „W tym tygodniu nie dam rady”, „odezwę się”, „zobaczymy się innym razem”. Teraz mijają tygodnie, kiedy nie widzę nikogo. Nie przesadzam – tygodnie. Zdarzały się urodziny, gdy dostałam tylko SMS-a na WhatsAppie. Czasem bezwiednie szykuję dwa talerze do obiadu. Orientuję się, gdy jedzenie gotowe, a nie ma kogo zawołać. Kiedyś przewróciłam się w łazience. Nie było to groźne, ale się przestraszyłam. Siedziałam na podłodze, czekałam aż ktoś odbierze telefon. Nikt nie odebrał. Wstałam sama. Nikomu nie powiedziałam, żeby nie martwić. Nauczyłam się milczeć. Dzieci mówią, iż mnie kochają i wierzę im. Ale miłość bez obecności też boli. Rozmawiają w pośpiechu, zawsze gdzieś gonią. Gdy zaczynam opowiadać coś więcej, słyszę: „Mamo, później pogadamy.” To „później” nigdy nie nadchodzi. Najtrudniejsza nie jest samotność. Najtrudniejsze jest poczucie, iż z potrzebnej stałam się niepotrzebna. Byłam fundamentem, a dziś jestem kłopotliwym wpisem w kalendarzu. Nikt nie jest dla mnie nieuprzejmy. Po prostu już mnie nie potrzebują. Co byście mi poradzili?
Cudu nie było. Tania wyszła ze szpitala z synkiem na rękach. Rodzice jej nie odebrali. Wiosenne słońce świeciło, otuliła się luźną już kurtką, w jednej ręce niosła siatkę z rzeczami i dokumentami, drugą poprawiła dziecko i ruszyła w nieznane. Nie wiedziała, dokąd pójść. Rodzice zabronili jej wziąć dziecko do domu, mama żądała, by zrzekła się syna. Ale sama była z domu dziecka – matka ją oddała, i przysięgła sobie, iż nigdy tak nie postąpi wobec własnego dziecka, choćby ją to miało wiele kosztować. Dorastała w rodzinie zastępczej – ojciec i matka traktowali ją jak swoją, choćby trochę rozpieszczali, ale nie nauczyli samodzielności. Nie było im bogato, często chorowali. Oczywiście, to jej wina, iż syn nie ma ojca – dziś to rozumie. Niby był poważny, obiecywał, iż pozna ją z rodzicami, ale gdy tylko powiedziała o ciąży, stwierdził, iż „nie jest gotowy na pieluszki”. Wstał i wyszedł; nie odbierał telefonu, pewnie zablokował jej numer. Tania westchnęła. — Nikt nie jest gotowy, ani ojciec dziecka, ani moi rodzice. Ale ja jestem – i wezmę za syna odpowiedzialność. Usiadła na ławce, podstawiając twarz do słońca. Dokąd iść? Mówili, iż są ośrodki dla takich matek, ale wstydziła się zapytać o adres, ufając, iż rodzice zrozumieją i przyjadą. Ale nie przyjechali… Postanowiła zrealizować plan – pojechać na wieś do babci, babcia ją przyjmie. Pomoże jej w ogródku, póki płacą zasiłek; potem znajdzie pracę. Musi mieć szczęście. Tak zrobi – tylko sprawdzi w telefonie, skąd odjeżdżają autobusy na wieś. Babcie są zwykle dobre i może jej się poszczęści. Przestawiła wygodniej śpiącego synka, wyjęła stary telefon z kieszeni i o mało nie zderzyła się na przejściu z samochodem. Za kierownicą był siwy, postawny mężczyzna. Wyskoczył i nakrzyczał, iż nie patrzy, gdzie idzie, iż może zabić siebie i dziecko, a jemu przyjdzie starość spędzić w więzieniu. Tania przestraszyła się, łzy napłynęły jej do oczu, dziecko się obudziło i zapłakało. Mężczyzna zapytał, dokąd idzie z dzieckiem. Odpowiedziała przez łzy, iż sama nie wie. — No to wsiadaj, pojedziesz do mnie, uspokoisz się i pomyślimy, co dalej. Szybko, bo dziecko płacze. Jestem Konstanty Grzegorz, a Ty? — Tania. — No to chodź, pomogę Ci wsiąść. Przywiózł młodą mamę z dzieckiem do swojego mieszkania. Przydzielił jej pokój, by mogła nakarmić maluszka. Miał duże, trzypokojowe mieszkanie. Przewinąć nie było w co. Tania poprosiła, by kupił pampersy, wręczyła portfel z resztką swoich pieniędzy – ale odmówił, mówiąc, iż nie ma na kogo wydawać. Poszedł do sąsiadki, lekarki, licząc, iż jest w domu. Okazało się, iż ma wolne. Zebrała listę potrzebnych rzeczy i wręczyła Konstatemu Grzegorzowi. Gdy wrócił z zakupami, Tania spała na pół siedząco, oparta na poduszce; dziecko się rozbudziło. Umył ręce, wziął malucha, by mama mogła się przespać. Ledwo domknął drzwi do pokoju, Tania się obudziła i wołała, gdzie jej dziecko. Konstanty wszedł z malcem na rękach, żartując, żeby się nie denerwowała, chciał tylko, by odpoczęła. Pokazał zakupy i zaproponował przewinięcie. Zapowiedział, iż później sąsiadka-lekarka wyjaśni wszystko o pielęgnacji i zgłosi ich do przychodni. — Żadnej wsi ani babki szukać nie musisz! Zostań u mnie, miejsca wystarczy. Jestem wdowcem, nie mam dzieci ani wnuków. Mam emeryturę, jeszcze pracuję, a samotność mi ciąży. Będę szczęśliwy, gdy zamieszkacie razem ze mną. — Miał Pan kiedyś dzieci? — Tak, Taniu, miałem syna. Pracowałem na kontrakcie na Północy, pół roku tam, pół roku tutaj. Syn studiował, zakochał się, a na ostatnim roku mieli wziąć ślub, bo dziewczyna była w ciąży. Czekali na mój powrót. Syn kochał motory, rozbił się dokładnie tuż przed moim przyjazdem – nie zdążyłem go pożegnać. Żona po jego śmierci ciężko zachorowała. Straciłem z oczu dziewczynę syna – choć miałem jej zdjęcie i wiedziałem, iż jest w ciąży. Szukałem – nie znalazłem. Dlatego proszę, zostań. Może na starość znów poczuję, czym jest rodzina. Jak nazwałaś synka? — Nie wiem czemu, zawsze chciałam: Sawa. Lubię to imię, choć niespotykane. — Sawa? Tania, Sawa to imię mojego syna! Nie mówiłem Ci… Ale trafiłaś, ucieszyłaś starca. No to co, zostajesz? — Z radością. Jestem z domu dziecka – rodzice nie przyjęli mojego dziecka, więc nie przyszli po nas do szpitala, nie mam dokąd pójść. Ale dzięki nim skończyłam szkołę, miałam ciepły dom. Choć z domu dziecka przysługiwałby mi własny lokal. Moja mama podrzuciła mnie pod bramę sierocińca, zostawiając tylko łańcuszek z wisiorkiem na kocu. — Idź się przebrać, kupiłem i dla Ciebie ubrania, potem zajmiemy się dzieckiem i domem. Wanienkę trzeba wyszorować, sąsiadka pokaże jak kąpać. Musisz jeść, by mieć mleko. Kiedy Tania, już w nowym ubraniu, wróciła do kuchni, zobaczył na jej szyi łańcuszek i zapytał, czy to ten, który zostawiła jej matka. Tak, ten właśnie. Pokazała mu wisiorek – wtedy zakręciło mu się w głowie i o mało nie upadł. Gdy odzyskał równowagę, poprosił o obejrzenie wisiorka. Zapytał, czy próbowała go otworzyć. Odpowiedziała, iż nie – nie ma żadnych zatrzasków. – Ja sam zamawiałem ten wisiorek dla syna, otwiera się w szczególny sposób. Tak to robi się… Otworzył – w środku była mała kępka włosów. — To włosy mojego syna, sam je tam schowałem. To znaczy, iż jesteś moją wnuczką? Los nas połączył nie bez powodu! — Zróbmy jeszcze test, by Pan nie wątpił, iż jest Pan moim dziadkiem. — Nie ma takiej potrzeby. Jesteś moją wnuczką, to mój prawnuk i nigdy więcej nie wracamy do tego tematu. Ty przecież jesteś podobna do Savy – widziałem w Twoich rysach coś znajomego. Mam zdjęcia Twojej mamy. Mogę Ci pokazać Twoich rodziców! Autorka: Zofia Koralewska
Wzruszająca historia niespodziewanego ojcostwa: Vitalij przy biurku z kawą, tajemniczy telefon z porodówki, śmierć Anny podczas porodu i maleńka córeczka, której nie miał zamiaru poznać… aż do chwili, gdy spojrzał jej w oczy – opowieść o decyzji, która zmienia życie na zawsze
Moje usta nigdy nie były tak suche, jak tej zimy. 7 produktów z apteki, które je ratują
— Czyja ty jesteś, dziewczynko? ..— Chodź, zabiorę cię do siebie, ogrzejesz się. Wzięłam ją na ręce. Przyniosłam do domu, a sąsiedzi już kręcą się pod oknem — wieści na wsi gwałtownie się rozchodzą. — Matko Boska, Hanno, skąd ją przyniosłaś?— A co z nią zrobisz?— Hanno, oszalałaś? Po co ci dziecko? Z czego je wykarmisz? Skrzypnęła podłoga — znów pomyślałam, iż trzeba by ją naprawić, ale ciągle jakoś brak czasu. Usiadłam przy stole, wyjęłam stary zeszyt. Kartki pożółkłe jak liście jesienią, a tusz wciąż przechowuje moje myśli. Za oknem zawiewa, brzoza stuka gałęzią, jakby chciała wejść w gościnę. — Co się tak rozszumiałaś? — mówię do niej. — Poczekaj, przyjdzie wiosna. Śmiesznie, gadać z drzewem, ale jak człowiek mieszka sam, wszystko wokół zdaje się żyć. Po tamtych strasznych czasach zostałam wdową — mój Staszek zginął. Ostatni jego list do dziś przechowuję, wyblakły od czasu, przetarty na zagięciach — tyle razy czytałam. Pisał, iż wróci, iż mnie kocha, iż razem będziemy szczęśliwi… A po tygodniu już wiedziałam. Dzieci Bóg nie dał, może dobrze — wtedy ciężko było wykarmić. Naczelnik, pan Władek, zawsze pocieszał: — Nie martw się, Hanno. Młoda jesteś, jeszcze ułożysz sobie życie. — Nie pójdę już za mąż — odpowiadałam twardo. — Kochałam raz, wystarczy. W PGR pracowałam od świtu do zmierzchu. Brygadzista, pan Janusz, krzyczał czasem: — Hanno, wracaj do domu, późno już! — Zdążę, — mówię, — póki ręce pracują, dusza nie starzeje się. Gospodarstwo miałam niewielkie — koza Mania, uparta jak ja. Pięć kur — budziły mnie lepiej niż kogut. Sąsiadka, Klaudia, często żartowała: — Ty chyba indyk, twoje kury najgłośniej gdaczą! Ogródek prowadziłam — ziemniaki, marchew, buraki. Wszystko swoje, z ziemi. Jesienią robiłam przetwory — ogórki kiszone, pomidory, grzyby marynowane. Zimą, gdy otworzysz słoik, jakby lato wracało do domu. Tamten dzień pamiętam dokładnie. Marzec był mokry, przygnębiający. Rano mżyło, wieczorem przymroziło. Poszłam do lasu po chrust — trzeba było rozpalić piec. Po zimie sporo drewna walało się, tylko zbierać. Nazbierałam naręcze, wracam przez stary most, słyszę — ktoś płacze. Myślałam, iż wiatr. Ale nie — wyraźnie, po dziecinnemu łka. Zeszłam pod most, patrzę — siedzi mała dziewczynka, umazana błotem, sukienka mokra i podarta, w oczach strach. Gdy mnie zobaczyła, ucichła, ale drżała jak osika. — Czyja ty jesteś, dziecko? — pytam cicho. Milczy, tylko oczy jej wielkie, usta sine z zimna, rączki czerwone, spuchnięte. — Zmarzłaś, — mówię, bardziej do siebie. — Chodź, ogrzejesz się u mnie. Wzięłam ją w ramiona — lekka jak piórko, otuliłam chustą, przytuliłam mocno do serca. Myślę — co to za matka, porzucić dziecko pod mostem? Nie mieści mi się w głowie. Chrust rzuciłam — już nie było mi po drodze. Całą drogę do domu milczała, tylko ściskała moją szyję mocno swoimi zimnymi paluszkami. Przyniosłam do domu, zaraz sąsiedzi — wieści po wsi niosą się lotem błyskawicy. Klaudia pierwsza wbiegła: — Matko Boska, Hanno, skąd wzięłaś to dziecko? — Pod mostem znalazłam. Porzucone — mówię. — O, nieszczęście… co teraz z nią zrobisz? — Jak to co? Zostawię u siebie. — Hanno, całkiem rozum straciłaś? Jak wykarmisz? Po co ci dziecko? — Wykarmię tym, co da Bóg. Najpierw rozpaliłam piec jak trzeba, wodę podgrzałam. Dziewczynka cała w siniakach, chuda taka, żebra wystają. Umyłam ją w ciepłej wodzie, ubrałam w starą moją bluzę — nie miałam nic dziecięcego w domu. — Jesteś głodna? Kiwnęła tak bardzo nieśmiało. Dałam jej wczorajszego barszczu, kawałek chleba. Jadła łapczywie, ale schludnie — widać, iż była domowa, nie z ulicy. — Jak masz na imię? Milczy, czy się boi, czy mówić nie umie. Spać położyłam ją u siebie na łóżku, sama przenocowałam na ławie. Nocą kilka razy sprawdzałam, czy śpi. Leżała skulona, łkała przez sen. Rano poszłam do urzędu gminy — zgłosić znalezisko. Wójt, pan Stefan, tylko wzruszył rękami: — Nie było żadnych zgłoszeń o zaginięciu dziecka. Może ktoś z miasta podrzucił… — I co teraz zrobić? — Po przepisach, do domu dziecka. Zadzwonię do powiatu. Serce mi się ścisnęło: — Poczekaj, Stefanie. Daj mi czas, może rodzice się odnajdą. Zostawię ją u siebie. — Hanno, dobrze się zastanów… — Nie ma nad czym. Już zdecydowałam. Nazwałam ją Marysia — na cześć mojej mamy. Myślałam, iż może rodzice ją szukają, ale nikt nigdy się nie zgłosił. I dobrze — pokochałam ją całą duszą. Początki były trudne — wcale nie mówiła, tylko wzrokiem wszystko śledziła, szukała czegoś w kątach. Nocami budziła się z krzykiem, drżała. Przytulałam ją mocno, głaskałam po głowie: — Już dobrze, córeczko, już dobrze. Teraz będziesz bezpieczna. Ze starych sukien uszyłam jej ubrania, pofarbowałam na błękit, zielony, czerwony. Wyszło chałupniczo, ale wesoło. Klaudia, gdy zobaczyła, aż płakała ze śmiechu: — Hanno, masz złote ręce! Myślałam, iż tylko łopatą machasz. — Życie nauczy i krawcową być, i nianią, — cieszyłam się z pochwały. Nie wszyscy byli tacy otwarci. Szczególnie babka Motruniowa — jak nas zobaczyła, to zaraz się żegnała: — Na złe to wyjdzie, Hanno. Podrzutek do domu — kłopoty w rodzinę. Matka jej widocznie zła, to i dziecko takie. Jabłko od jabłoni… — Przestań, Motrunio! — przerwałam jej. — To nie twoje grzechy sądzić. Dziewczynka jest moja i koniec. Naczelnik też początkowo się gniewał: — Przemyśl, Hanno, może jej lepiej w domu dziecka? Tam nakarmią, ubiorą… — A miłości kto jej da? W domu dziecka i bez niej sierot pełno! Machnął ręką, później sam pomagał — mleka przyniósł, czasem kaszy. Marysia powoli rozkwitała. Najpierw pojedyncze słowa, potem całe zdania. Pamiętam jej pierwszy śmiech — wtedy spadłam z krzesła, coś zawieszałam. Leżałam na podłodze, jęczałam, a ona wybuchnęła śmiechem — tak dziecięco, głośno. choćby przestało mnie boleć. Potem pomagała w ogródku. Małą motykę jej dałam — szła za mną poważnie, naśladowała, choć więcej zadeptała niż wypieliła. Nie złościłam się — cieszyłam się, iż życie wraca w jej oczach. Ale przyszły nowe kłopoty — Marysia dostała wysokiej gorączki. Leżała, cała czerwona, majaczyła. Pobiegłam do naszego felczera, pana Stanisława: — Na miłość Boską, ratuj! Rozkłada ręce: — Jakie leki, Hanno? Na całą wieś mam trzy tabletki aspiryny. Może za tydzień coś przywiozą. — Za tydzień? — krzyczę. — Do jutra może nie przeżyć! Pobiegłam do miasta, dziewięć kilometrów błotem. Buty zniszczyłam, nogi w bąblach, ale dotarłam. W szpitalu młody lekarz, pan Andrzej, spojrzał na mnie — zgnębioną, mokrą: — Poczekaj tu. Przyniósł manualnie leki, wytłumaczył co i jak: — Nie trzeba pieniędzy, — mówi, — tylko dziecko wypielęgnuj. Trzy dni nie odchodziłam od łóżka. Modliłam się, zmieniałam kompresy. Czwartego dnia gorączka spadła, Marysia otworzyła oczy, powiedziała cicho: — Mamo, pić… Mamo… Pierwszy raz tak mnie nazwała. Rozpłakałam się ze szczęścia, ze zmęczenia, ze wzruszenia. Ona wytarła mi łzy swoją rączką: — Mamo, czemu płaczesz? Boli? — Nie, kochanie, z radości. Po tej chorobie stała się inną — czuła, rozmowna. Z czasem poszła do szkoły — nauczycielka chwaliła: — Ogromnie zdolna dziewczynka, wszystko pojmuje od razu! Wieś powoli się przyzwyczaiła, już nikt za plecami nie szeptał. Babka Motrunia choćby polubiła Marysię — szczególnie wtedy, gdy pomogła rozpalić piec w największych mrozach. Babuszka leżała chora, a Marysia zaproponowała: — Mamo, chodźmy do babci Motruni? Przecież zimno jej samej. Tak się zaprzyjaźniły — zrzędliwa staruszka i moja dziewczynka. Motrunia opowiadała jej bajki, nauczyła dziergać i już nigdy nie wspominała o podrzutku. Czas mijał. Marysia, gdy miała dziewięć lat, pierwszy raz sama wspomniała most: Wieczorem, siedziała w fotelu, kołysała lalkę, którą sama uszyła. — Mamo, pamiętasz, jak mnie znalazłaś? Zadrżało mi serce, ale nie dałam po sobie poznać. — Pamiętam. — Ja też trochę pamiętam. Bardzo zimno było. I strasznie. Jakaś pani płakała i poszła. Druty wypadły mi z ręki. A ona mówi dalej: — Jej twarzy nie pamiętam. Tylko niebieską chustę. Ciągle powtarzała: „Wybacz mi…”. — Marysiu… — Nie martw się, mamo. Ja nie smucę się. Tylko czasem myślę. Ale wiesz co? — uśmiechnęła się. — Cieszę się, iż mnie wtedy znalazłaś. Przytuliłam ją mocno, w gardle ściskało. Ile razy myślałam — kim była ta kobieta w niebieskiej chuście? Co ją do tego sprowadziło? Może głodowała, może mąż pił… W życiu różnie bywa. Nie mi oceniać. Tamtej nocy Marysia coraz częściej pytała o swoją przeszłość. Nigdy nie ukrywałam prawdy, tylko tłumaczyłam tak, by nie ranić: — Wiesz, czasem ludzie są w takim położeniu, iż nie mają wyboru. Może twoja mama cierpiała, podejmując taką decyzję. — A ty byś tak nigdy nie zrobiła? — spytała, patrząc mi w oczy. — Nigdy, — odpowiedziałam pewnie. — Jesteś moim szczęściem, radością. Lata leciały niepostrzeżenie. Marysia była najlepsza w szkole. Często wpadała: — Mamo! Czytałam dziś wiersz przy tablicy, a pani Maria powiedziała, iż mam talent! Nasza nauczycielka, pani Maria, zaczęła ze mną rozmawiać: — Hanno, Marysia powinna się dalej uczyć. Takiej głowy nie można zmarnować. Ma dar do języków i pisania. Widziałabyś jej wypracowania! — Gdzie na naukę, — wzdychałam. — Pieniędzy u nas mało… — Ja pomogę przygotować się — za darmo. Grzech taki talent zaprzepaścić. Pani Maria pomagała Marysi. Wieczorami siedziały razem nad książkami. Ja zabierałam im herbatę, słuchałam, jak rozprawiają o Mickiewiczu, Słowackim, Żeromskim. Serce się radowało, iż moja dziewczynka chłonie wiedzę. W dziewiątej klasie Marysia pierwszy raz zakochała się — w nowym chłopaku z klasy, który się przeprowadził do naszej wsi. Bardzo przeżywała, pisała wiersze do zeszytu ukrytego pod poduszką. Udawałam, iż nie zauważam, ale serce bolało — pierwsza miłość zawsze jest nierozdzielna. Po maturze Marysia złożyła papiery do pedagogicznego. Oddałam jej wszystkie oszczędności, jeszcze krowę sprzedałam — żal było Zorki, ale cóż. — Mamo, nie trzeba! — protestowała. — Jak ty sobie poradzisz? — Przeżyję, kochana. Ziemniaki są, kury znoszą. Tobie trzeba się uczyć. Gdy przyszło potwierdzenie, cała wieś się cieszyła. choćby naczelnik przyszedł pogratulować: — Dobra robota, Hanno! Wychowałaś, wykształciłaś. Teraz własna studentka na wsi. Pamiętam dzień wyjazdu. Stoimy na przystanku, czekamy na autobus. Marysia mnie obejmuje, łzy lecą. — Będę pisać do ciebie co tydzień, mamo! Przyjadę na wakacje! — Oczywiście, — mówię, a serce pęka. Autobus zniknął za zakrętem, ja długo stałam. Klaudia mnie objęła: — Chodź, Hanno. Mnóstwo pracy w domu. — Wiesz, Klau, — mówię, — jestem szczęśliwa. Niektórzy mają dzieci własne, a ja — z Bożego daru. Marysia dotrzymała słowa — pisała często. Każdy list był świętem. Czytałam, czytałam, znałam je na pamięć. Pisała o nauce, o przyjaciołach, o mieście. A między wierszami czytałam — tęskni do domu. Na drugim roku poznała swojego Pawła — student, historyk. Zaczęła o nim wspominać w listach, a moje matczyne serce czuło — zakochała się. Na wakacje przywiozła go poznać. Chłopak okazał się porządnym, chętnym do pracy. Pomógł mi dach naprawić, płot postawić. Sąsiedzi go polubili. Wieczorami opowiadał o historii i wszyscy słuchali. Widać było, jak kocha Marysię — ciągle na nią patrzył. Kiedy przyjeżdżała na święta — cała wieś się schodziła zobaczyć, jaka piękna wyrosła. Babuszka Motrunia, już bardzo stara, żegnała się: — A ja byłam przeciw, gdy ją brałaś. Wybacz, Hanno. Popatrz, jakie szczęście wyrosło! Teraz Marysia jest nauczycielką w miejskiej szkole. Sama uczy dzieci, jak kiedyś jej pani Maria. Wyszła za Pawła, żyją zgodnie. Doczekałam się wnuczki — Hani, na moją cześć. Hania — cała Marysia za młodu, tylko z charakterem odważniejsza. Gdy przyjeżdżają, nie ma spokoju — wszędzie trzeba wejść, wszystko dotknąć. A ja się cieszę — niech hałasuje. Dom bez dziecięcego śmiechu jest jak kościół bez dzwonów. Siedzę, znów piszę w zeszycie, a za oknem pada. Wszystko takie samo — skrzypi podłoga, brzoza puka w okno. Ale ta cisza już nie boli. W niej jest spokój i wdzięczność — za każdy dzień, za każdy uśmiech Marysi, za los, który zaprowadził mnie kiedyś pod stary most. Na stole stoi zdjęcie — Marysia z Pawłem i małą Hanią. Obok stara chusta, ta sama, którą ją wtedy owinęłam. Przechowuję na pamiątkę. Czasem ją głaszczę — jakby wracało tamto ciepło. Wczoraj przyszła wiadomość — Marysia znów w ciąży. Będzie chłopiec. Paweł imię już wybrał — Staszek, po moim mężu. Ród będzie się toczył, pamięć nie zginie. Stary most dawno rozebrano, nowy betonowy stoi — mocny. Rzadko tam chodzę, ale zawsze na chwilę się zatrzymam. Myślę, ile może zmienić jeden dzień, jeden przypadek, jeden dziecięcy płacz w mokry, marcowy wieczór. Mówią, los doświadcza nas samotnością, byśmy nauczyli się cenić bliskich. Ja myślę inaczej — przygotowuje nas do spotkania z tymi, którzy nas potrzebują najbardziej. I nieważne, czy mają naszą krew, czy nie — ważne, co mówi serce. Moje serce wtedy, pod starym mostem, nie pomyliło się.
Nie mogę jej porzucić
5 najtrwalszych arabskich perfum z Rossmanna. Na mnie trzymają się cały dzień
Porwanie stulecia — Chcę, żeby za mną biegali faceci i płakali, iż nie mogą mnie dogonić! — przeczytała głośno Marzena swoje życzenie z kartki, po czym podpaliła ją zapalniczką. Zgasiła popiół w kieliszku i dopiła resztki prosecco, śmiejąc się z przyjaciółkami. Choinka zamigotała światłami, jakby chwilę się zastanawiała, po czym rozbłysła jeszcze mocniej. Muzyka rozkręciła się na całego, kieliszki zadźwięczały, ludzkie twarze zamieniły się w jeden, noworoczny fajerwerk. Z gałązek posypał się złoty pył — albo może tylko tak to się zapamiętało… — Ma-a-mooo… Mamo, pobudka! Marzena z trudem otworzyła jedno oko. Nad nią stała niemal cała drużyna piłkarska. — Kim wy jesteście? Czy ja was znam, dzieci? Dzieci, wygłupiając się, przedstawiały się przekrzywiając głowy: — Mama, przypomnij sobie, Mateusz — 9 lat, Alek — 7, Szymon — 5, Dawidek — 3! Pełen skład, bez zmian, wszyscy z chytrymi minami i ogromną determinacją. Nie o takich biegających za nią facetach marzyła w sylwestrową noc… — A gdzie wasz trener… tfu, znaczy tata? — wychrypiała suchym głosem. — Przynieście mamie wody… Tylko na sekundę przymknęła oczy — i znowu: — Mamo! Natychmiast w jej rękach wylądowały dwie szklanki wody, mandarynka i kubek z ogórkową zalewą. No tak… Najstarszy już wie, jak ratować mamę po imprezach. Rośną! — Mamo, miałaś obiecać… — jęczały młodsze. Marzena rozpaczliwie próbowała sobie przypomnieć, jak się tu znalazła i czego adekwatnie się zobowiązała. — Kino? — Nieee. — McDonald’s? — Nie! — Sklep z zabawkami? — No maamo, nie udawaj! Już prawie się zebraliśmy, a ty wciąż leżysz! — Dokąd, choć powiedzcie matce, bo już nie mam siły! — Kochanie, wstawaj — rozległ się męski głos. Do pokoju wszedł wysoki brunet o orzechowych oczach, w których błyszczały złote iskierki. Łał, niezły przystojniak! — Jesteśmy gotowi, samochód już zapakowany. Po drodze wstąpimy do marketu — i ruszamy! Marzena próbowała sobie przypomnieć, kim jest ten facet i dlaczego te dzieci nazywają ją mamą. Idealna pustka. Zero wersji. — Mamo, nie zapomnij kąpielówek! I dla siebie też! — ktoś krzyknął z dziecięcego pokoju. „To co, jeszcze basen po drodze? — przemknęło przez głowę. — Co to za cudowne życie, i czemu nic nie pamiętam?..” Marzena otworzyła oczy i powoli rozejrzała się po pokoju. Każda rzecz była obca. Żadnego zdjęcia na komodzie, żadnej znanej szafki, grube zasłony z nieznanym wzorem. Pokój był kompletnie obcy. Jedynym rozpoznawalnym detalem była czerwona gwiazda betlejemska w białej doniczce udekorowanej maleńkimi perełkami — akurat ten kwiat wydawał się znajomy. Zamknęła oczy i zaczęła ostrożnie odtwarzać, co się działo poprzedniego dnia. Z dziewczynami poszły świętować Sylwestra do restauracji i pobawić się w tajemniczego Mikołaja. Jak kiedyś na studiach, tylko teraz z markowymi torebkami, fryzurami i ciągłym brakiem czasu. Przyjaciółki wyglądały glamur, uśmiechnięte, podekscytowane chwilą wolności. Odbiły się na chwilę od codzienności: mężowie, dzieci, szkoła, przedszkola, garnki… Promieniały wolnością jak licealistki uciekające z ostatniej lekcji. I tylko Marzena była spokojna i piękna, jak zawsze. Sama mieszka, nikogo nie musi pytać ani tłumaczyć się. — Ostatnia panna młoda — żartowały koleżanki, mrugając i dolewając jej prosecco. Podarowała przyjaciółce zestaw do pielęgnacji z „czarnym kawiorem i złotymi nitkami”. Śmiały się, iż taki krem to już śniadanie z szampanem. Obfotografowały pudełko jak dzieło sztuki. W zamian Marzena dostała gwiazdę betlejemską w białej doniczce i butelkę rzadkiego prosecco przywiezionego z francuskiego zamku. Tylko na szczególne okazje, o nich mówi się szeptem, otwiera uroczyście. Przeczytała życzenie z karteczki i… koniec! Dalej — luka w pamięci. Jak to mówią: szła — upadła — obudziła się — gips! Spojrzała w lustro. Wciąż ta sama młoda dziewczyna, makijaż jeszcze jak na Nowy Rok. Skąd więc dzieci i mąż? Nie pamięta, żeby rodziła, opiekowała się nimi, ślubu sobie nie przypomina! Ale zna imiona dzieci, a imienia męża — nie. Coś tu nie gra… Wyszła do przedpokoju. Stały tam walizki na kółkach. Dwie duże dorosłe: czarna i beżowa, z logiem znanej luksusowej marki. Obok trzy sportowe dziecięce plecaki. Czyli nie na piknik. Gdzie jedziemy? W podróż?! W tym momencie wszedł „mąż” i rutynowym ruchem podniósł walizki, delikatnie, zdecydowanie popychał ją do drzwi. — Spóźnimy się — powiedział ze spokojem. Marzena spojrzała na dłoń — i zamarła. Brak obrączki! U niej i u niego. Kolejna zagadka… Dzieci wskoczyły jedno po drugim do dużego, wygodnego minivana. Plecaki na miejscach, pasy zapięte jak w wojsku. Mąż za kierownicą. Marzena westchnęła i usiadła z przodu. Podał jej od razu kubek kawy. Ciepła, biała — takiej nie cierpi! To zabolało najbardziej. — Ruszamy — powiedział wesoło, mrugając do dzieci. Im dalej od domu, tym bardziej kłębił się jej niepokój. Dzieci za plecami śmiały się i szeptały, mąż prowadził pewnie. Czasem patrzył wymownie na nią, jakby znali wspólną tajemnicę, którą tylko on już poznał. Marzena czuła się jak jeż w mgle. Wszystko wydawało się logiczne: rodzina, auto, droga. Ale nic nie miało sensu. Kiedy minęli miasto, wiedziała już — to nie jej rodzina! To nie jej facet, nie jej dzieci! On ją porwał! A może to oni porwali ją? Ale dlaczego zna imiona dzieci? W końcu się pogubiła — i doszła do wniosku: to obcy facet, ją uprowadził i trzeba coś z tym zrobić! Wyprostowała się, mocniej złapała za kawę, udając, iż patrzy na drogę. W jej środku powoli budził się tryb przetrwania. Po pół godzinie dzieci zbuntowały się chórem: — Tata, siku! — Pić chcę! — Można coś przekąsić? Auto zatrzymało się na stacji. Wszyscy wysypali się z auta. To był jej moment! Serce waliło jak szalone. Gdy wszyscy się zajęli sobą, wyślizgnęła się do samochodu, chciała uciec… Nie było kluczyków w stacyjce. — O, tu jesteś! Szukamy cię — zabrzmiał głos z okna auta. Marzena zadrżała. — Skoro wszyscy są, jedziemy dalej — dodał łagodnie. — Kochanie, połóż się, odpocznij. I ruszyli znowu. Po godzinie pojawiło się lotnisko — szkło, beton, tłum ludzi i samochodów. Zostawili auto na parkingu, weszli całą bandą do środka. Na skraju załamania, Marzena była gotowa się bronić. Zaczęła zwalniać, by odłączyć się od „rodzinki”. Nagle — zerwała się do biegu. — To porwanie! Proszę o pomoc! — wrzasnęła, rzucając się do ochroniarza. Ten zareagował błyskawicznie. Marzena leżała już na ziemi, skrępowana kajdankami, otoczona przez ochronę z bronią i radiami. — Chwileczkę, niech pan poczeka, zaraz wszystko wyjaśnię! — rzucił mężczyzna, którego podejrzewała o porwanie. — To noworoczny żart! Nic złego się nie dzieje! Nikogo nie porywamy! Głos docierał do niej jak przez wodę. Ale nagle ją zobaczyła. Za reklamową ścianką stały jej przyjaciółki. Uśmiechnięte, zdenerwowane i szczęśliwe zarazem. — Mamo! — dzieci rzuciły się do jednej z kobiet, stojącej wśród koleżanek. Reszta dziewczyn śmiała się i wyjaśniała, prosiły o zwolnienie „porywaczki”. Rozkuto ją. Przestało się kręcić w głowie. Stała ze zmierzwionymi włosami, z walącym sercem — i zrozumiała: nie została uprowadzona. Została… wkręcona!? Gdy adrenalina opadła, Marzena zaczęła słyszeć słowa i rozumieć. To był żart. Na wielką skalę. Z rozmachem. Grupowy. Z elementami kryminału. Przyjaciółki rozmawiały jednocześnie, śmiejąc się i tłumacząc. Od dawna chciały poznać Marzenę z „fajnym facetem”. Tym, który co prawda wzdychał, ale bał się się ujawnić — bo znał jej charakter. Ona zawsze odpowiadała: — Dziękuję, nie trzeba. Sama sobie radzę. Dobrze mi tak, jak jest. A one to wiedziały. Więc zamiast namawiać — postanowiły ją wrzucić w rodzinne klimaty z zaskoczenia. Oto dom, rodzinny poranek, zorganizowane dzieci, facet z równym temperamentem i pięknymi oczami. — Chciałyśmy, żebyś po prostu poczuła to ciepło — szczerze przyznały koleżanki. Marzena łapała się na tym, iż nie potrafi się naprawdę złościć. Kobieca logika może nie znosi wtrąceń, ale szanuje efekty. Metoda hard, wynik bezbłędny. Czasem, by wiedzieć, czy ten facet jest „twój”, wystarczy jedno poranne wyjście z dziećmi i kubek kawy. Zauważyła go. „Bohater romansów” stał z łobuzerskim uśmiechem jak z „Shreka”. W orzechowych oczach tańczyły złote diabełki. „Dzieci” były jego siostrzeńcami, kochali te żarty najbardziej. — Dziewczyny, zaraz wasz lot! — sięgnęły po nią koleżanki. — Szybko, bo samolot odleci! — Co, następne porwanie? — przemknęło jej przez głowę. — Gdzie adekwatnie chcieli mnie wywieźć? Nad Bałtyk? Do Włoch? Może pod palmę? Wyciągnął do niej dłoń. — To co, poznajmy się naprawdę. Jestem Wojtek. Pozwolisz się „porwać”? — uśmiechnął się łagodnie. Spojrzała na walizki, na koleżanki. Bo na jego oczy jeszcze raz. Co ją adekwatnie powstrzymuje? — No to jazda! — rzuciła, uśmiechając się z niedowierzaniem, iż takie „porwanie” może być najprzyjemniejszą przygodą życia. A potem, prawie szeptem: — Ale dzieci zostają w domu… Dziewczyny roześmiały się, Wojtek uśmiechnął jeszcze szerzej, a lotnisko ze swoim zgiełkiem zmieniło się nagle w początek czegoś zupełnie nowego — zabawnego, ciepłego, niespodziewanie przytulnego. Czasem życie nie porywa nas naprawdę. Tylko po prostu przenosi nas gwałtownie tam, gdzie od dawna powinniśmy być.
Polak prędzej zginie pod lodem na rzece niż Szwed. Przyczyna jest bardzo ciekawa
Szkoła w likwidacji. "Samorządowcy wykorzystają niż demograficzny, żeby oszczędzać"
– Jak to nie zamierzasz opiekować się dzieckiem mojego syna? – nie wytrzymała przyszła teściowa – Po pierwsze, nie kręcę nosem na Igorka. Pragnę przypomnieć, iż to właśnie ja, jak porządna żona i matka, po pracy wciskam drugi etat przy garach, praniu i sprzątaniu w tym domu. Pomóc chętnie mogę, podpowiedzieć – też, ale nie zamierzam brać na siebie pełnej odpowiedzialności rodzica. – Jak to nie zamierzasz? Czyli taka z ciebie hipokrytka? – D…a jesteś, Rytka. Kto by chciał tyrać za darmo? – tak jak zawsze, na zjeździe absolwentów, Swietka nie powstrzymała się od swoich kąśliwych komentarzy. Ale minęły już czasy, gdy Rita nie potrafiła się odgryźć…
Proste liczby, a zły wynik wciąga tysiące osób. Jeden dług i zagadka do rozwiązania
Nie patrz tak na mnie! Nie chcę tego dziecka! Zabierz je!” – obca kobieta wrzuciła mi niemowlę w ramiona. Byłam w szoku i zupełnie nie rozumiałam sytuacji.
Z życia wzięte. "Moje wnuki mają trafić do domu dziecka": Kocham je nad życie, ale moje ciało i portfel mówią "nie"
Moja synowa obraziła się na mnie z powodu mieszkania i zaczęła nastawiać mojego syna przeciwko mnie.
Tato, proszę… nie przychodź dzisiaj do szkoły, dobrze?
Porwanie Stulecia — „Chciałabym, żeby faceci biegali za mną i płakali, iż nie mogą mnie dogonić!” — wykrzyknęła głośno Marzena, czytając swoje życzenie z karteczki i strzeliła zapalniczką. Popiół strzepała do kieliszka i dopiła musujące wino, śmiejąc się z przyjaciółkami. Choinka mrugnięciem światełek zdawała się namyślić, po czym zabłysła jeszcze mocniej. Muzyka przycichła, szkło zadzwoniło, twarze się zakręciły i zlały w jeden świąteczny fajerwerk. Z gałęzi posypał się złoty pył — a może to tylko tak się wydaje… — Ma-mooo… Mama, wstawaj! Marzena z trudem otworzyła jedno oko. Nad nią pochylała się niemal cała drużyna piłkarska. — Kim wy jesteście? Znam was, dzieciaki? Dzieci, wygłupiając się, przedstawiały się, przechylając głowy: — Mama, pomyśl, Mateusz — 9 lat, Kuba — 7, Staś — 5, Dawid — 3 lata! Komplet, bez zmian, wszyscy ze szelmowskimi minami i pełni determinacji. Nie takich biegających za nią facetów wyobrażała sobie w sylwestrową noc… — A gdzie wasz trener… tfu, ojciec wasz gdzie? — wychrypiała wysuszonym gardłem. — Przynieście mamie wody… Miała zamiar tylko na chwilę zamknąć oczy — a tu znów: — Maaaama! W rękach natychmiast znalazły się dwie szklanki z wodą, mandarynka i kubek z ogórkową zalewą. No proszę… Najstarszy już wie, jak prawidłowo ratować mamę po świętach. Rośnie pokolenie! — Mama, wstawaj, przecież obiecałaś… — marudziły młodsze. Marzena usilnie próbowała sobie przypomnieć, jak się tu znalazła i co adekwatnie obiecała. — Kino? — Nieee! — McDonald’s? — Nie! — Sklep z zabawkami? — No maaaamooo! Nie udawaj! Prawie już gotowi, a ty dalej nie wstajesz! — A gdzie wy się zbieracie, choć mamie powiedzcie? — poddała się. — Kochanie, wstawaj — rozległ się męski głos. Do pokoju wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. W jego orzechowych oczach błyszczały złote iskierki. Niech to, ale przystojniak! — Już wszystko gotowe, spakowałem auto. Po drodze wstąpimy do supermarketu i ruszamy! Marzena usilnie próbowała sobie przypomnieć, kim jest ten facet i czemu te dzieci nazywają ją mamą. W głowie miała idealną pustkę. Żadnego pomysłu. — Mamo, nie zapomnij naszych kąpielówek! I sobie też! — zawołał ktoś z dziecięcego pokoju. „Czyli… jest tam też basen? — przebiegło jej przez głowę. — Co to jest za cudowne życie i czemu niczego nie pamiętam?..” Otworzyła oczy i powoli rozejrzała się po pokoju. Z każdą chwilą wszystko było coraz wyraźniejsze: nie poznaje tu niczego. Ani jednej rzeczy. Ani zdjęcia na komodzie, ani mebli, ani gęstych zasłon z nieznanym wzorem w oknie. Pokój był zupełnie obcy. Jedyny punkt rozpoznania to kwiat w doniczce. Czerwona bożonarodzeniowa gwiazda z lekko aksamitnymi płatkami. Biała doniczka, udekorowana drobnymi perłowymi koralikami, też wydawała się dziwnie znajoma. Zamknęła oczy i zaczęła ostrożnie odtwarzać nić wczorajszego dnia. Z dziewczynami zebrały się w restauracji na sylwestrową imprezę połączoną z zabawą w Tajemniczego Mikołaja. Zupełnie jak dawniej, tylko w lepszych ciuchach, z drogimi torebkami, fantazyjnymi fryzurami i wiecznym brakiem czasu. Przyjaciółki były odświętnie ubrane, rozgadane, podekscytowane rzadką wolnością. Udało się wyrwać, choć na chwilę, z codziennej orbity: mąż, dzieci, lekcje, przedszkole, garnek… Promieniały tą wolnością jak nastolatki, które uciekły z ostatniej lekcji. A Marzena, jak zawsze, spokojna i urocza. Przecież nie jest zamężna, sama sobie szefową. Nikogo nie musi pilnować, na nikogo nie czeka, nikomu się nie tłumaczy. Ostatnia z panien młodych, — żartowały przyjaciółki, mrugając i dolewając jej wina musującego. Dała jednej z koleżanek kosmetyki „z czarnym kawiorem i złotymi nićmi”. Śmiały się, iż taki krem można i na kanapkę, i do szampana na śniadanie podać. Dowcipkowały, przekomarzały się, robiły zdjęcia opakowaniu jakby to był unikatowy eksponat. W zamian Marzena dostała świątecznego kwiatka, tę właśnie gwiazdę betlejemską w białej doniczce z koralikami oraz butelkę rzadkiego szampana, który koleżanka przywiozła ze starego zamku we Francji. Takiego, o którym mówi się szeptem, a otwiera „na specjalną okazję”. Przeczytała karteczkę, wrzuciła do kieliszka i… wszystko! Dalej nic nie pamiętała. Jak to mówią: szedł – upadł – obudził się – gips! Marzena spojrzała w lustro. przez cały czas ta sama młoda kobieta, choćby makijaż z sylwestrowej nocy. Ale skąd te dzieci, mąż? Nie pamięta żadnego porodu, pieluch, co więcej, choćby nie pamięta własnego wesela z tym przystojniakiem! A zna imiona dzieci, za to imienia „męża” już nie. Coś tu nie gra… Wyszła z pokoju. W korytarzu stały walizki na kółkach. Dwie duże – czarna i beżowa, z logiem luksusowej marki. Obok trzy sportowe dziecięce plecaczki. To nie piknik w lesie… Więc gdzie? Wakacje?! W tej chwili do mieszkania wszedł „mąż”. Szybko, pewnie złapał walizki, jakby robił to zwykle, i delikatnie popychał ją w stronę drzwi. — Spóźnimy się — powiedział spokojnie, bez cienia złości. Marzena automatycznie zerknęła na dłoń – i zamarła. Nie miała obrączki! On również nie. Kolejna dziwność. Albo…? Dzieci jedno po drugim wsiadły do samochodu — duży, wygodny rodzinny van. Plecaki poleciały na swoje miejsca, pasy zaskoczyły z wprawą. Mąż pewnie usiadł za kierownicą. Marzena głęboko odetchnęła i zajęła miejsce z przodu. Od razu podał jej kubek z kawą. Ciepła, z mlekiem, a ona przecież nienawidzi mleka w kawie! To uderzyło ją najbardziej. — Jedziemy — powiedział wesoło i porozumiewawczo puścił oczko dzieciom. Samochód ruszył. Im dalej oddalali się od domu, tym bardziej czuła narastający niepokój. Dzieci w tle zgranym chórem mruczały, śmiały się, szeptem się sprzeczały. Mąż prowadził uważnie, skoncentrowany. Czasem rzucał jej zalotne spojrzenie — takie, jakby mieli wspólną tajemnicę. Jakby wiedział coś, czego ona jeszcze nie pamięta. Marzena patrzyła na drogę jak Jeż w mgle. Wszystko wyglądało normalnie: rodzina, auto, podróż. A jednak kompletnie nic nie było jasne. Wyjechali na trasę i gwałtownie oddalali się od miasta. Marzena już niczemu nie wierzyła — gdzieś w głębi duszy wiedziała: to nie jej rodzina, tylko obcy facet i nieznane dzieci! On ją porwał! Nie, oni ją porwali! Ale czemu w takim razie zna imiona dzieci? W końcu całkiem się pogubiła, dochodząc do wniosku, iż obcy mężczyzna ją porwał i trzeba działać! Wyprostowała się w fotelu, mocniej ścisnęła kubek z kawą i udawała, iż po prostu patrzy na drogę. Wewnątrz zaczęła się powoli uruchamiać inna Marzena — ta, która musi przetrwać! Po pół godzinie dzieci chórem zaprotestowały. — Tato, siku! — Pić! — A coś do przegryzienia? Auto zjechało na stację i się zatrzymało. Wszyscy wysypali się na zewnątrz i ruszyli do budynku. Oto moment. Szansa na ucieczkę. Serce Marzeny waliło jak oszalałe, zagłuszając hałas drogi. Póki wszyscy byli zajęci, wyślizgnęła się z kawiarni i nachylona podbiegła do auta. Próbowała odpalić… Kluczyków w stacyjce nie było. — No jesteś, szukaliśmy cię — zabrzmiał spokojny głos z otwartego okna. Marzena drgnęła. — Skoro już wszyscy, jedziemy dalej — powiedział łagodnie. — Kochana, ja prowadzę, a ty odpocznij. Ruszyli dalej. Po godzinie za szybą wyrosło lotnisko — szkło, beton, tłum aut i ludzi. Zaparkowali i całą gromadą weszli do budynku. Marzena była na granicy paniki, nie pozwoli się wywieźć nie wiadomo gdzie! Będzie walczyć do końca! Zaczęła dyskretnie zostawać w tyle. Krok, drugi, aż nagle… rzuciła się w bok. — To porwanie! Pomocy! — krzyknęła, dopadając do ochroniarza. Ochrona działa błyskawicznie. Sekundę później leżała już na ziemi, ręce skute kajdankami, wokół ludzie z bronią i poważnymi minami. — Zaczekajcie, proszę, wyjaśnię! — wołał mężczyzna, którego uznała za porywacza. — To noworoczny żart! Nic nam nie jest! Nie mamy broni! To nie porwanie! Głos docierał do niej jak zza szyby. I wtedy, jak w filmie, zobaczyła je. Za stojakiem reklamowym stały jej przyjaciółki. Uśmiechnięte, zmieszane, rozbawione i wystraszone jednocześnie. — Mamo! — dzieci popędziły do jednej z kobiet stojących w grupie koleżanek. Pozostałe przyjaciółki objaśniały, śmiały się, przepraszały i tłumaczyły ochroniarzom, prosząc, by uwolnić „porywaczkę”. Odpięto jej kajdanki. Świat przestał wirować. Stała pośród hali, z rozczochranymi włosami i walącym sercem — i w końcu zrozumiała: nikt jej nie porwał. To ją… wkręcono?! Kiedy adrenalina odpuściła i szum w uszach zamilkł, Marzena zaczęła słyszeć słowa, potem rozumieć. To był żart. Wielki. Kosztowny. Grupowy. Z nutką kryminału. Przyjaciółki mówiły jedna przez drugą, tłumacząc się, śmiejąc i przepraszając jednocześnie. Chciały ją poznać z „porządnym facetem”. Tym samym, który podobał się jej od lat. I który, chociaż patrzył i wzdychał, nigdy nie odważył się na krok — za dobrze znał jej charakter. Marzena bowiem na hasło „randka” reagowała tylko tak: — Dzięki, nie trzeba. Dobrze mi samej. Przyjaciółki wiedziały. I zamiast namawiać, postanowiły rzucić ją od razu „na głęboką wodę”. Pokazać rodzinny poranek, kawę, dzieci znające zasady, mężczyznę uważnego i spokojnego, który wszystko robi odruchowo i jeszcze się uśmiecha. A jakie on ma oczy! — Chciałyśmy, żebyś nie myślała — przyznały szczerze. — Tylko poczuła to sercem. Marzena nie potrafiła się już złościć. Logika kobieca nie znosi brutalnych rozwiązań, ale uznaje fakty. Metoda… dyskusyjna. Zawał prawie murowany. Ale eksperyment — czysty! Czasem by zrozumieć, czy chcesz faceta, wystarczy jedno poranne zamieszanie, trójka dzieci i kubek kawy od „porywacza”. Wtedy go dostrzegła. „Bohater romansu” uśmiechał się lekko jak Kot ze Shreka. W orzechowych oczach tańczyły złote iskierki. „Dzieci” obłapiały go — jak się okazało siostrzeńcy, zachwyceni noworocznym żartem ukochanego wujka. — Zaraz, spóźnicie się! — koleżanki nagle się ożywiły. — W samolot się nie spóźnijcie! Do odprawy, już! — Co, znów porwanie? — przemknęło jej przez głowę. — I dokąd mnie wywożą? Nad morze? Do ciepłych krajów? On wyciągnął do niej dłoń. — Zacznijmy od nowa. Jestem Wiktor. Pozwól się porwać — powiedział z miękkim uśmiechem. Marzena spojrzała na przyjaciółki. Wszystkie stały cicho, z przejęciem i nutką niepokoju. Czekały na jej decyzję. Rzuciła okiem na walizki. Spojrzała mu w orzechowe oczy, gdzie tańczyły złote iskierki, patrzące prosto w duszę. W głowie przemknęło: a czemu nie? — Jedźmy! — powiedziała z uśmiechem do siebie, rozumiejąc, iż to „porwanie” jest najfajniejszą z możliwych przygód. I dodała, prawie szeptem: — O ile dzieci zostają w domu… Przyjaciółki wybuchnęły śmiechem, on uśmiechnął się szerzej, a lotnisko, tłum i zamieszanie zmieniły się w początek czegoś zupełnie nowego — śmiesznego, ciepłego i zaskakująco przytulnego. Czasem życie nas nie porywa. Ono po prostu przenosi nas zbyt gwałtownie tam, gdzie od dawna powinniśmy być.
Od narodzin syna ścinam się z teściową. Wszystkie próby rozmowy kończą się awanturą