Dzieci

Zaproponowałam mamie, żeby zamieszkała z nami na miesiąc po narodzinach dziecka, a ona postanowiła wprowadzić się na rok i przywieźć ze sobą tatę
Niedawno spotkałem znajomą z półtoraroczną córeczką na warszawskiej ulicy — szła zamyślona, jakby świat wokół nie istniał. Gdy zagadnąłem, usłyszałem wstrząsającą historię o rodzinnych problemach: miłość, piękny okres narzeczeństwa, małżeńskie szczęście i nagła przemiana męża po narodzinach córki, który zamiast wsparcia żądał powrotu żony do pracy, zrzucał na nią wszystkie obowiązki, ograniczał dostęp do pieniędzy i kontrolował codzienność, aż kobieta z rozpaczy i bezsilności szukała pomocy, pragnąc nie rozbijać rodziny dla dobra dziecka – a ja mogłem jej jedynie życzyć siły, bo nie znalazłem słów pocieszenia.
Zdecydowałam się na adopcję dziecka pozostawionego w Oknie Życia przy szpitalu po śmierci męża – zostałam mamą chłopca o imieniu mojego męża, a potem także nowo narodzonej dziewczynki, tworząc z moimi dziećmi najszczęśliwszą rodzinę w Polsce
Najważniejsze w życiu: Gwałtowna gorączka Lery, dramatyczna walka o oddech, Irina w szoku, dramatyczny telefon do pogotowia i Maksyma, ból serca i rozpacz ojca, szalona jazda przez nocne ulice Warszawy do szpitala dziecięcego, wspomnienia, które przeszywają duszę, oraz chwila największego strachu na szpitalnym korytarzu – aż do słów pielęgniarki: „Będzie żyć. Kryzys minął…” — noc, po której już nic nie jest takie samo.
Dziadkowie nie wzięli wnuków na ferie. Matka: Mają prawo mieć swoje sprawy i życie
Jak dałam nauczkę mężowi, teściowej i szwagierce – czyli jak odważyłam się sprzeciwić wszystkim dla dobra dziecka — Gdzie jest mój obiad, Lera? Pytam się, gdzie jedzenie?! Lera choćby nie spojrzała w stronę męża. Siedziała na skraju kanapy, kołysząc zawiniątko, z którego dobiegało pojękiwanie. — Danek, ciszej — wyszeptała. — Właśnie zasnęła! Pół dnia spędziłam w przychodni, potem w aptece, potem… — Mam w nosie, gdzie byłaś! — mąż wszedł do pokoju, nie zdejmując kurtki. — To ja pracuję, utrzymuję ciebie i dziecko! Wracam do domu i chcę na stole miskę gorącej zupy, a nie twoją kwaśną minę i wieczne utyskiwanie. Co ty robiłaś cały dzień? — Leczyłam twoją córkę — Lera spojrzała mu w oczy. — Znowu wysypało ją na policzkach. Lekarze nic nie wiedzą, musiałam sama szukać maści. Chociaż raz zapytałeś, jak ona się czuje? — A co mam pytać? Drze się — znaczy żyje. Ty jesteś matką, to się tym zajmij. Twoim obowiązkiem jest zapewnić mi komfort. Po co się żeniłem? Żeby wpie…lać pierogi z paczki i nie spać po nocach? — Ożeniłeś się, bo dla ciebie tak było wygodnie — ucięła Lera. — I ja wyszłam za ciebie, bo wszyscy wokół suszyli mi głowę: „Już czas, już czas”. No to masz ten swój „czas”! Danek skrzywił się, podszedł do wózka w kącie i z całej siły kopnął w koło. Wózek odsunął się i walnął w komodę. Córeczka w rękach Lery pisnęła i rozkrzyczała się jeszcze głośniej. — Zamknij ją! — wrzasnął Danek. — Bo nie ręczę za siebie. Jeszcze rok temu życie Lery wyglądało zupełnie inaczej. Była właśnie tą dziewczyną, za którą wszyscy się oglądali: zawsze stylowa, mądra, z własnymi planami na każdy weekend. Daniel wydawał się księciem z bajki: dobrze wyglądał, ambitny, umiał postawić na swoim. Schodzili się i rozstawali, urządzając sceny zazdrości i równie burzliwe godzenia na oczach wszystkich. Gdy przyniósł pierścionek, Lera się wahała, ale rodzice nalegali. — Lerka, ileż można „żyć po swojemu”? — mówiła matka, nakładając jej na talerz swoje słynne serniczki. — Masz już dwadzieścia siedem lat. Daniel to solidny chłopak, z dobrej rodziny. Kupić mieszkanie planujecie. A dzieci? Myślałaś o szklance wody na starość? — Mamo, jaka szklanka? Ja lubię pracować, dopiero co wzięłam się za nowy projekt. — Praca to pył — rzucał ojciec, nie odrywając się od gazety. — Kobieta bez rodziny to drzewo bez korzeni. Zwiędniesz nie zauważysz. Daniel cię kocha, a charakter — każdy jakiś ma. Przetrzecie się. I Lera uległa. Popełniła słabość, o której będzie myśleć podczas każdej bezsennej nocy. Ślub był wystawny, mieszkanie na kredyt, a ciąża — jak grom z jasnego nieba. Zadziało się wszystko zbyt szybko. Nie zdążyła choćby poczuć się żoną, gdy już „stała się naczyniem dla nowego życia”. Bardzo czekała na syna. Wyobrażała sobie, jak razem chodzą na mecze, jak będzie do niej podobny — spokojny, opanowany. A tu na USG: „dziewczynka”. Coś w niej pękło. Poród był koszmarem. Powikłania, kroplówki, bez końca szpitalne korytarze pachnące chlorem i beznadzieją. Kiedy w końcu wyszła do domu, Lera czuła się jak rozbita filiżanka, sklejona na gwałtownie i byle jak. Patrzyła na maleństwo w łóżeczku i nie czuła nic oprócz głuchej irytacji. — Dlaczego ona cały czas płacze? — pytała matki, która przyjechała pomóc. — To kolki, kochanie, wytrzymaj. My wszystkie wytrzymałyśmy. I ty też musisz wytrzymać. Głodna może. — Nie chce jeść! Wszystko mnie boli, mamo! — To źle karmisz. Staraj się bardziej. Jesteś matką, zapomnij o słowie „chcę”, teraz jest tylko „muszę”. Daniel w tym czasie wycofał się. Przez pierwsze dwa tygodnie udawał troskliwego ojca, potem mu się znudziło. Irytował go zapach dziecka, denerwowały rozrzucone pieluszki, ale najbardziej — iż Lera przestała być jego osobistą gejszą. *** — Mama dzwoniła — Daniel stał w kuchni, obserwując jak Lera jedną ręką miesza pusty rosół, a drugą uspokaja marudną córkę. — Mówi, iż Karina znowu płacze. Karina, siostra Daniela, była starsza od niego o trzy lata. Od pięciu lat zamężna, bez dzieci. Za każdym razem, gdy widziała post Lery na Facebooku lub słyszała o bratanicy, dostawała histerii. — I co ja mam zrobić? Przepraszać, iż urodziłam? — rzuciła Lera łyżką. — Powinnaś być skromniejsza. Mama twierdzi, iż się przed nią popisujesz swoim macierzyństwem. Poza tym, mama uważa, iż jesteś kiepską gospodynią. Masz kurz na listwach, Lera. — Twoja matka nie była u nas od dwóch tygodni, Daniel. Skąd ona wie o listwach? — Ona to wyczuwa! — Daniel uderzył dłonią w stół. — I ma rację. Popatrz na siebie. Brudny szlafrok, czerwone oczy. Zamieniłaś się w jakąś wieśniarę. — Gdybyś mi pomagał, gdybyś chociaż raz wstał do niej w nocy… — Ja pracuję! — warknął. — Pojmij to w swoim kobiecym łebku? Ja zarabiam. Twoim zadaniem jest dom i dziecko. A tak w sobotę jedziemy do twoich na działkę. Dzwonili, mówią, iż dziecku potrzeba świeżego powietrza. Moi też będą. — Nie chcę na działkę. Tam zimno, nie ma ciepłej wody, żeby ją wykąpać, twoja matka znów będzie obgadywać mnie z moją za moimi plecami. — Mam gdzieś, co chcesz. Rodzice powiedzieli — trzeba. Spakuj torby na ósmą rano. I żadnego marudzenia. *** Na działce było tylko gorzej. Rodzice Lery, uskrzydleni rolą dziadków, wyrywali dziecko z rąk. — Lera, źle ją trzymasz! — krzyczała matka spod altanki. — Podtrzymuj główkę! Boże, kto tak przewija? Daj, ja to zrobię. — Dajcie mi spokój — odburkiwała Lera, uciekając na drugi koniec ogrodu. Daniel na działce demonstracyjnie ignorował żonę i córkę. Siedział z teściem, rozmawiając o samochodzie, i dolewał oliwy do ognia, gdy teściowa zaczynała złośliwości. — Oj, Lera, co to ona ma na policzkach? Znowu wysypka? — teściowa, Antonina, podeszła do wózka i zmrużyła oczy. — Źle się nią opiekujesz. Pewnie coś źle jesz. A gdyby Karinka miała swoje dziecko, to by na nie chuchała. Ona taka porządna… — To niech Karinka sobie urodzi, w czym problem? — ostro odpowiedziała Lera. Antonina teatralnie złapała się za serce. — Daniel! Słyszałeś? Ona drwi z nieszczęścia twojej siostry! Daniel podbiegł do Lery, złapał ją mocno za łokieć. — Przeproś mamę! Już! — Puść, boli mnie! — Przeproś, mówię ci! Rodzice Lery stali obok, ale zamiast stanąć po stronie córki, ojciec tylko burknął: — Lera, nie pyskuj do teściowej. Daniel ma rację, okaż szacunek. Wtedy Lera zrozumiała: jest sama. Wszyscy są przeciwko niej. Mąż widzi w niej służbę, rodzice mają za nic jej szczęście, a teściowa z zazdrości niszczy jej małżeństwo. *** Kryzys przyszedł tydzień po powrocie do miasta z działki. Córka męczyła się z kolkami, Lera nie spała drugą dobę. Kiedy dziewczynka w końcu zasnęła, Lera opadła na podłogę w kuchni, wprost na linoleum, i zamknęła oczy. Drzwi się otworzyły. Daniel wrócił z pracy w wyjątkowo paskudnym humorze. — Dlaczego w przedpokoju stoją worki na śmieci? — rzucił na powitanie. Lera milczała. Nie miała siły choćby odezwać się. — Do ciebie mówię! — przeszedł do kuchni, zahaczając nogą o nią. — Wstawaj i wynieś. Szybko. — Wynieś sam — powiedziała cicho. — Już nie mogę. Kręgosłup mi wysiada, chcę spać. Tylko jedna godzina snu, Daniel. Proszę cię. — Ach, ty nie możesz?! — szarpnął ją za szlafrok i podniósł na nogi. Materiał pękł. — Zobaczcie na nią, księżniczka się zmęczyła. Inne pięcioro rodzą i w polu pracują, a ta się rozleciała. W pokoju zapłakała córka. Daniel, rycząc z wściekłości, ruszył tam. — Znowu! Znowu to wycie! — podbiegł do łóżeczka i gwałtownie je potrząsnął. — Zamknij się już! Dziecko zaniosło się takim płaczem, jakiego Lera jeszcze nie słyszała. W tej chwili w Lery coś pękło. Współczucie dla siebie, zmęczenie, zobojętnienie wobec dziecka — wszystko zniknęło w sekundę. Została czysta wściekłość. Chwyciła ciężką statuetkę z półki — kolejny tandetny prezent od teściowej — i, nie wahając się, zrobiła krok w przód. — Jeszcze raz… — wysyczała z podniesioną ręką. — Jeszcze raz dotkniesz jej, a rozwalę ci głowę. Wynoś się. Daniel aż zgłupiał. — Ty podnosisz na mnie rękę, w moim mieszkaniu?! — Mieszkanie kupione po ślubie — mówiła powoli, akcentując każde słowo. — Kredyt spłacaliśmy z moich macierzyńskich i twoich premii, nadpłatę załatwili moi z prezentów ślubnych. Połowa jest moja. Ale teraz nie dbam o to. Wynoś się, zanim zadzwonię na policję i nie udokumentuję obrażeń. Mam też ślady na twarzy od twojej łapy, Daniel. I na dziecku zostaną siniaki. Nie wsadzą cię, ale życie ci skutecznie obrzydzę, iż będziesz do końca pracował wyłącznie na swoich prawników. Lera wyszła ze sypialni i zadzwoniła po patrol. *** Potem trwały długie przepychanki. Daniel próbował zaangażować matkę i siostrę, dzwoniły do Lery, straszyły, obrażały, ale Lera nie zamierzała się godzić — po prostu je zablokowała. Gdy jej rodzice przyjechali „godzić”, Lera nie wpuściła ich do mieszkania. — Albo stajecie po mojej stronie, albo zapomnijcie mój adres. Wasz zięć podniósł rękę na waszą świeżo narodzoną wnuczkę. jeżeli to dla was „normalne”, nie mamy o czym rozmawiać. Ojciec się wymigiwał, matka szlochała, ale widząc siniaka na nóżce wnuczki, zaniemówili. Przyznali, iż okrucieństwa wobec dziecka nie da się usprawiedliwić. Lera nie tylko złożyła pozew o rozwód, ale poszła z dokumentami do pracy męża. Cicho, spokojnie, z teczką. Bez awantur, tylko pokazała szefowi ochrony — znajomemu swojego ojca — nagranie z niani kamery, którą Daniel sam kupił przed narodzinami dziecka. Na nagraniu było wszystko… i tamten moment w dziecięcym pokoiku. Daniela dyskretnie „poproszono” o odejście. Reputacja w ich firmie była wszystkim, a taki skandal nikomu nie był potrzebny. Teściowa, dowiedziawszy się o zwolnieniu syna, trafiła na ciśnienie, a Karina, bojąc się, iż Lera wrzuci nagranie do sieci (gdzie miała wielu wspólnych znajomych z mężem Kariny), natychmiast zamilkła i przestała wypisywać paszkwile. *** Lera teraz żyje spokojnie. Tak, czasem ledwo starcza na życie, ale nie narzeka. W ramach alimentów Daniel zrezygnował ze swojej części mieszkania, to Lerze pasowało. Rodzina byłego męża natychmiast „zapomniała” o dziecku, ojciec córki nie odwiedza. A nowym znajomym Daniel mówi, iż nigdy nie był żonaty…
Ten quiz pozwoli ci się cofnąć do czasów szkolnej ławy. Poradzisz sobie?
Harmonogram snu: ile drzemek powinno mieć niemowlę? Sporo rodziców popełnia ten błąd
– Tato, lepiej już do nas nie przychodź! Bo jak tylko wychodzisz, mama zawsze zaczyna płakać. I płacze aż do rana… – Zasypiam, budzę się, znowu zasypiam i znów budzę się, a ona cały czas płacze. Pytam: „Mamo, czemu płaczesz? Przez tatę?..” – A mama mówi, iż nie płacze, tylko ma katar. Ale ja już duża jestem i wiem, iż od kataru nie ma łez w głosie. Tata Oli siedział z córką w kawiarni, mieszał łyżeczką kawę w maleńkiej białej filiżance, która już ostygła. A Ola nie dotknęła choćby swojego lodowego deseru, choć przed nią w pucharku – małe dzieło sztuki: kolorowe kulki przykryte zielonym listkiem i wisienką, oblane czekoladą. Każda sześcioletnia dziewczynka skusiłaby się na taką pyszność. Ale nie Ola, bo już w zeszły piątek postanowiła porozmawiać z tatą zupełnie poważnie. Tato milczał bardzo długo, a potem spytał: – To co zrobimy, córeczko? Nie widywać się wcale? Jak ja mam żyć bez ciebie?.. Ola zmarszczyła nosek – taki ładny, po mamie, trochę jak ziemniaczek – i powiedziała: – Nie, tatusiu. Ja też bez ciebie nie dam rady. Zróbmy tak: zadzwoń do mamy i powiedz, iż co piątek odbierzesz mnie z przedszkola. – Pójdziemy razem na spacer, jak zechcesz kawę albo lody, możemy usiąść w kawiarni. Opowiesz mi wszystko, jak żyjesz z mamą. Potem znów się zamyśliła, a po minucie dodała: – A jak będziesz chciał zobaczyć się z mamą, zrobię jej zdjęcie telefonem i będę ci pokazywać co tydzień. Chcesz? Tato spojrzał na swoją mądrą córkę, uśmiechnął się i przytaknął głową: – Dobrze, tak będziemy teraz żyć, córeczko… Ola westchnęła z ulgą i zabrała się za swoje lody. Ale rozmowa nie była skończona. Miała do powiedzenia coś najważniejszego, więc gdy pod nosem zrobiły jej się „wąsy” od kolorowych lodów, oblizała je językiem i stała się znów poważna, prawie dorosła. Prawie kobieta. Która powinna dbać o swojego mężczyznę – choć ten jest już starszy: tata miał w zeszłym tygodniu urodziny. Ola namalowała mu w przedszkolu kartkę z dużą cyfrą „28”. Twarz dziewczynki znów stała się poważna, zmarszczyła brwi i powiedziała: – Wydaje mi się, iż powinieneś się ożenić… I wielkodusznie skłamała: – Przecież nie jesteś aż tak stary… Tata docenił „gest dobrej woli” córki i się uśmiechnął: – Co ty powiesz – „nie bardzo”… Ola z entuzjazmem kontynuowała: – Nie bardzo, nie bardzo! Pan Sławek, co już dwa razy przyszedł do mamy, choćby jest trochę łysy, tutaj… I Ola pokazała palcem czubek głowy, głaszcząc swoje miękkie loczki. Potem zrozumiała, widząc napięcie w oczach taty, iż wygadała maminy sekret. Przycisnęła obie dłonie do ust, oczy otworzyła szeroko – znak przerażenia i zakłopotania. – Pan Sławek? Jaki pan Sławek tak często was odwiedza? Maminy szef? – powiedział tata prawie na cały głos w kawiarni. – Nie wiem, tato… – zawstydziła się Ola. – Może i szef. Przynosi mi cukierki i tort dla nas wszystkich. – I jeszcze – Ola zastanawiała się czy dzielić się takimi tajemnicami z tatą, tym bardziej, iż był „nieadekwatny” – mamie kwiaty. Tata, splótłszy dłonie na stole, długo się im przyglądał. Ola wyczuła, iż właśnie podejmuje najważniejszą decyzję w swoim życiu. Czekała, nie poganiając go. Już wiedziała, a raczej przeczuwała, iż wszyscy mężczyźni są powolni w myśleniu, do adekwatnych decyzji trzeba ich prowadzić. A kto prowadzi? Kobieta. Zwłaszcza ta najważniejsza w jego życiu. Tato milczał, w końcu odważył się. Westchnął głośno, podniósł głowę i powiedział… Gdyby Ola była starsza, zrozumiałaby, iż powiedział to głosem prawdziwego Otella do swej Desdemony. Ale jeszcze nie znała ani Otella, ani Desdemony, ani innych wielkich zakochanych. Po prostu zdobywała życiowe doświadczenie, widząc jak ludzie cieszą się i czasem cierpią przez drobiazgi. A więc tata powiedział: – Chodź, córeczko. Już późno, odprowadzę cię do domu. I porozmawiam z mamą. Ola nie zapytała o czym, ale wiedziała, iż to bardzo ważne – zaczęła jeść lody szybciej. Zrozumiała, iż to, na co tata się zdecydował, jest ważniejsze niż choćby najsmaczniejsze lody. Więc prawie z rozmachem rzuciła łyżeczkę na stół, zsunęła się ze stołka, wytarła usta dłonią, pociągnęła nosem i patrząc prosto na tatę powiedziała: – Jestem gotowa. Chodźmy… Nie wracali do domu – prawie biegli. Tato biegł, ale trzymał Olę za rękę, więc „powiewała” jak chorągiewka. Wpadli do klatki i zobaczyli wolno zamykające się drzwi windy, która wywoziła kogoś z sąsiadów na górę. Tata spojrzał na Olę pytająco. Ona spojrzała w górę i spytała: – No i? Po co stoimy, na co czekamy? Przecież to tylko siódme piętro… Tata złapał ją w ramiona i ruszył po schodach. W końcu, gdy mama otworzyła drzwi po długich nerwowych dzwonkach, tata od razu zaczął od najważniejszego: – Nie możesz tak zrobić! Jaki Sławek? Przecież kocham cię. I mamy Olę… Potem nie puszczając córki z objęć, objął też mamę. A Ola objęła ich oboje za szyje i zamknęła oczy. Bo dorośli się całowali… Tak już w życiu bywa, iż dwóch zagubionych dorosłych potrafi pogodzić mała dziewczynka, która kocha ich oboje, a oni ją – i siebie nawzajem, choć pielęgnowali swą dumę i urazy… Napiszcie w komentarzach, co myślicie o tej historii? Zostawcie lajka!
Rodzice zabierają dzieci na "dzikie lodowiska". "Dźwięk pękającego lodu jest straszny"
Jak dobrać odpowiednią dietę mleczną na różnych etapach rozwoju dziecka?
Czy starsze rodzeństwo ma obowiązek zajmować się młodszym? "To nie jest jego obowiązek. Nauka najważniejsza"
Zdecydowałam się na adopcję dziecka pozostawionego w Oknie Życia przy oddziale położniczym szpitala w Warszawie trzy miesiące po śmierci mojego męża – zgromadziłam wszystkie dokumenty, przeszłam pozytywnie kontrole i nazwałam syna imieniem męża; gdy zaczął pytać o rodzeństwo, adoptowałam niemowlęcą dziewczynkę z Okna Życia i teraz razem, jako mama, syn i córka, tworzymy najszczęśliwszą rodzinę w Polsce.
Okazja Cenowa (Botanicals) – 10347 Mały bukiet żółtych kwiatów
Upatrzył sobie cudzą żonę: Opowieść o słabym artyście, wytrwałej Sofii i szczęściu, które przyszło z niespodziewanej strony
Szkoły zamknięte przez mróz, rodzice oburzeni. Psycholog dziecięca stanęła w obronie
Najpopularniejsze imiona dla dzieci w Polsce. Zmiany w czołówce
4 lata to magiczna granica u dziecka. Wtedy jego mama wchodzi w nowy etap macierzyństwa
Kalendarz szczepień na 2026 rok. Najważniejsze zmiany
Średniowieczne potwory i warsztaty z bibuły. Ruszają „Ferie w Muzeum”
Zapowiedzi serii Minifigures (CMF) & BaM na 2026 rok.
Zaproponowałam mamie, żeby zamieszkała z nami na miesiąc po urodzeniu dziecka, a ona postanowiła przeprowadzić się na rok i przywieźć ze sobą tatę
Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, nie ożeni się z tobą Wari dopiero co stuknęło szesnaście lat, gdy odeszła jej mama. Ojciec siedem lat temu wyjechał do pracy w mieście i przepadł – żadnych wieści, żadnych pieniędzy. Cała wieś pomagała przy pogrzebie, wspierali jak mogli. Ciotka Maria, matka chrzestna Wari, często do niej zaglądała, doradzała co i jak. Po ukończeniu szkoły Warę zatrudniono na poczcie w sąsiedniej wsi. Waria to zdrowa dziewczyna, o której mówi się, iż „krew z mlekiem”. Twarz okrągła i rumiana, nos zadarty, za to oczy szare, błyszczące. Gruby, jasny warkocz aż do pasa. Najprzystojniejszym chłopakiem we wsi był uznawany za takiego Nikodem. Dwa lata temu wrócił z wojska i dziewczyny nie dawały mu spokoju. choćby te z miasta, co na wakacje przyjeżdżały do wsi, zwracały na niego uwagę. Lepsza byłaby sława aktora w Hollywood, niż praca kierowcy na wsi. Nie wyszalał się jeszcze, nie był zainteresowany wyborem narzeczonej. Aż pewnego dnia ciotka Maria poprosiła go o pomoc przy naprawie ogrodzenia u Wari. Bez męskiej ręki trudno żyć na wsi. Z warzywnikiem dawała radę, ale dom już potrzebował wsparcia. Bez gadania zgodził się pomóc. Przyszedł, obejrzał, zaczął zarządzać: przynieś to, podaj tamto. Waria ze spuszczonym wzrokiem wszystko mu podawała. Tylko policzki coraz bardziej czerwieniały, a warkocz latał za plecami. Kiedy zmęczył się pracą, karmiła go sytym barszczem i mocną herbatą. Sama patrzyła, jak czarny chleb gryzie swoimi białymi zębami. Nikodem trzy dni naprawiał ogrodzenie, a czwartego dnia przyszedł już bez powodu – w gości. Waria nakarmiła go kolacją, od słowa do słowa został na noc. Tak już zaczął do niej chadzać. Zawsze szedł do domu o świcie, by nikt nie zauważył. Tylko na wsi nic się nie ukryje… — Oj, dziewczyno, na próżno go witasz, on się nie ożeni. A jakby się ożenił, to się z nim namęczysz. Jak lato przyjdzie, znów najadą miejskie piękności, co zrobisz? Spalisz się z zazdrości. Nie takiego chłopaka ci trzeba — powtarzała ciotka Maria. Ale młodość zakochana nie słucha mądrości, co płyną z latami. Potem Waria zrozumiała, iż jest w ciąży. Najpierw myślała, iż się rozchorowała albo zatruła. Słabość, mdłości, aż pewnego dnia dotarło do niej, iż nosi pod sercem dziecko Nikodema. Grzesznym myślą chciała się pozbyć, za wcześnie na dziecko. Ale potem pomyślała, iż będzie jej lepiej, bo nie będzie sama. Mama ją wychowała, sama też da radę. Ojciec, gdyby był, i tak więcej przeszkadzał niż pomagał. Ludzie pogadają, potem zapomną. Na wiosnę zdjęła kożuszek i wszyscy zobaczyli jej brzuch. Kręcili głowami: bieda z dziewczyną. Nikodem oczywiście przyszedł zapytać, co zamierza. — A co tu zrobić? Urodzę. Nie martw się, wychowam sama. Żyj jak chcesz — powiedziała, zajmując się piecem. Tylko płomienie od ognia tańczyły jej na czerwonych policzkach i w oczach. Nikodem patrzył, zachwycony, ale wyszedł. Sama zdecydowała, jego to nie ruszyło. Nastało lato, znów zjechały miejskie dziewczyny, Nikodem miał inne zajęcia. A Waria ogarnia ogródek, ciotka Maria pomaga, bo z dużym brzuchem ciężko się schylać. Wiadra wody z studni ciągnie. Brzuch wielki, baby na wsi przepowiadają jej syna – mocarza. — Kogo Bóg da — żartuje Waria. We wrześniu obudziła się skoro świt z rwącym bólem. Biegła do ciotki Marii. Ta od razu zrozumiała, co się dzieje. — Już rodzi? Siedź, zaraz wracam! Pobiegła po Nikodema. Stoi jego ciężarówka pod domem. Działkowicze już wyjechali. On, jak na złość, poprzedniego dnia nieźle wypił. Długo go budziła. Dopiero, gdy zrozumiał, co się dzieje, krzyknął: — Przecież do szpitala mamy dziesięć kilometrów! Zanim po lekarza, zanim wrócę, urodzi sama! Jedziemy! Pakuj ją. — Jak ciężarówką? Roztrzęsiesz ją całą, jeszcze po drodze malucha będziesz łapał! — wołała ciotka Maria. — To pojedziesz z nami, na wszelki wypadek — rzucił Nikodem. Dwa kilometry jechali ostrożnie po dziurawej drodze. Ciotka Maria w szoferce na worku. Jak dotarli do asfaltu, ruszyli szybciej. Waria krzywiła się z bólu, trzymała brzuch, gryząc wargę, żeby nie jęczeć. Nikodem całkiem wytrzeźwiał – patrzył na dziewczynę, aż ręce mu bielały od ściskania kierownicy. Zdążyli. Oddali Warę do szpitala i pojechali z powrotem. Całą drogę ciotka Maria strofowała Nikodema: — Po co zepsułeś dziewczynie życie?! Sama, bez rodziców, jeszcze dziecko, a ty jej dołożyłeś zmartwień. Jak ona sobie poradzi z dzieckiem? Mimo wszystko, zanim dotarli do wsi, Waria została matką zdrowego synka. Następnego dnia przynieśli jej go do karmienia. Nie wiedziała, jak go wziąć, jak nakarmić. Patrzyła przestraszonymi oczami na czerwone, pomarszczone dziąsła synka. Zagryzając wargę, robiła, co kazali. Ale serce miała pełne radości. Oglądała, dmuchała w czoło synka, cieszyła się jak niedoświadczona mama. — Po ciebie ktoś przyjedzie? — zapytał surowy, starszy lekarz. Waria wzruszyła ramionami i pokręciła głową: — Raczej nie. Lekarz westchnął i poszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalny koc, byleby tylko do domu dowieźć, kazała oddać potem. — Fedor szpitalnym samochodem cię odwiezie do wsi. Niech cię z dzieckiem nie wpychają do autobusu — powiedziała oschle. Waria jej podziękowała. Szła korytarzem ze spuszczoną głową, cała czerwona ze wstydu. W samochodzie tuliła synka, martwiąc się o dalsze życie. Zasiłek tak skromny, iż ledwo kot by zapłakał. Żal jej i siebie, i niewinnego synka. Ale patrzyła na śpiącego, zmiętego malucha i poczuła przypływ tkliwości – odgoniła złe myśli. Nagle auto stanęło. Warę zaniepokoił Fedor, niezbyt wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce. — Co się stało? — Dwa dni lało, patrz jakie kałuże. Nie przejadę, utkniemy. Tu tylko ciężarówką albo traktorem. — Przepraszam, zostały dwa kilometry. Dasz radę dojść? — Wskazał na drogę, gdzie rozlała się ogromna kałuża. Dziecko spało na rękach. choćby siedząc zmęczyła się je trzymać — prawdziwy mocarz. Ale jak przejść taką drogą? Ostrożnie wysiadła, przestawiła wygodniej synka i ruszyła brzegiem kałuży. Nogi grzęzły w błocie po kostki, strach, iż się poślizgnie. Stare, rozchodzone pantofle chlupały. Lepiej by było w kaloszach jechać do szpitala. Jeden but utknął w błocie, Waria się zatrzymała. Iść dalej z dzieckiem na rękach nie da rady. Poszła więc w jednym bucie. Gdy dotarła do wsi, zapadał zmierzch, nóg nie czuła z zimna. Nie miała już sił się dziwić, iż światło się pali w oknach. Stanęła na suchych schodach. Nogi zlodowaciałe, ale cała spocona ze zmęczenia. Otworzyła drzwi do chaty i zastygła. Przy ścianie stało łóżeczko dziecięce, wózek z nowymi ubrankami dla dziecka złożonymi w środku. Przy stole Nikodem z głową opartą o ręce – spał. Może coś usłyszał, może poczuł jej spojrzenie, podniósł głowę. Waria cała czerwona, rozczochrana, z dzieckiem na rękach ledwo stała w drzwiach. Sukienka mokra od błota, a nogi po kolana w mule. Jeden but zgubiony. Jak tylko to zobaczył, rzucił się, wziął dziecko, położył do łóżeczka. Sam poleciał do pieca po kocioł gorącej wody. Usadził Warę, pomógł się rozebrać, umyć nogi. Gdy ubierała się za kuchnią, na stole czekały już ziemniaki i dzbanek mleka. Nakarmić musiała synka — niemowlę zapłakało. Wzięła go, usiadła do stołu i zaczęła karmić bez skrępowania. — Jak go nazwałaś? — zapytał chrapliwym głosem Nikodem. — Sergiusz. Nie masz nic przeciwko? — spojrzała na niego jasnymi oczami. Było w nich tyle tęsknoty i miłości, aż Nikodemowi ścisnęło się serce. — Ładne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy syna i od razu się pobierzemy. — Nie trzeba… — powiedziała Waria, patrząc jak maluch ssie pierś. — Mój syn musi mieć ojca. Koniec – wyszalałem się. Jaki ze mnie będzie mąż, nie wiem, ale syna nie zostawię. Waria skinęła głową, nie podnosząc wzroku. Po dwóch latach mieli jeszcze córeczkę, dali jej imię po mamie Wari – Nadzieja. Ważne, jakie błędy popełnisz na początku życia, najważniejsze, iż zawsze możesz je naprawić… Taka oto historia się wydarzyła. Napiszcie w komentarzach, co o niej sądzicie. Zostawcie lajka.
Dar Boży… Ponury, wiosenny poranek nad Warszawą. Ciężkie chmury snują się nisko po niebie, w oddali słychać dudnienie grzmotu – nadciąga pierwsza burza tej wiosny. Zima się skończyła, ale wiosna jakby nie miała odwagi wejść w swoje prawa: chłód, porywisty wiatr porywa zeszłoroczne liście, nieśmiała trawa przebija się przez stwardniałą ziemię, drzewa jeszcze nie budzą się do życia. Przyroda pragnie deszczu – miniona zima była sucha, ziemia spragniona oczekuje burzy, która przyniesie długo wyczekiwaną wodę i obudzi życie. W kuchennym świetle, po burzliwej rozmowie, przy kawie i jajecznicy, Sacha i Wiktoria podejmują decyzję, która odmieni ich los na zawsze. Zawiedzeni przez los, po nieudanej walce o własne dziecko, po traumie po Czarnobylu, zamiast syna z sierocińca zdecydują się zaopiekować nie pozornie zdrowym chłopcem, ale zaniedbaną, kaleką dziewczynką z Domu Dziecka na Mazurach. To historia o miłości, cierpliwości i wytrwałości – o walce o zdrowie, operacjach w gdańskiej klinice, bezsennej nocy matki przy łóżeczku dziecka i ojcu, który oddał wszystko, by uratować córkę. To również opowieść o cudzie codzienności – pierwszy uśmiech, pierwsze kroki, pierwsze sukcesy w warszawskiej szkole plastycznej, pasma olśnień i radości, która wróciła do domu wraz z Lenusią. Bo czasem największy Boży dar przychodzi niespodziewanie: jako niechciany ktoś, kto uczy, iż warto kochać, czekać, walczyć i wierzyć, iż prawdziwa wiosna – szczęście i nadzieja – naprawdę nadejdzie, jeżeli tylko otworzymy serce na drugi człowieka.
Simple Story 4 w stylu clean & simple
Rodzice rozwodzą się po 50-tce. Badania pokazują, jak wpływa to na dorosłe dzieci
Zakaz mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 15. roku życia od nowego roku szkolnego. To pierwsze tak restrykcyjne regulacje w Europie
Rozpoczął się Festiwal Teatrów Dla Dzieci
Maria Winiarska o aktorstwie, początkach związku z Wiktorem Zborowskim i tęsknocie za siostrą. "Wycofałam się, bo czułam, iż bez niej nie dam rady" [WYWIAD]
Mam 50 lat i byłam uczennicą liceum, kiedy zaszłam w ciążę z moim chłopakiem. Oboje byliśmy wtedy jeszcze w szkole i żadne z nas nie pracowało. Gdy moja rodzina się o tym dowiedziała, zareagowali natychmiast: usłyszałam, iż przyniosłam wstyd domowi i iż nie będą wychowywać dziecka, które „nie jest ich”. Pewnego wieczoru kazali mi się spakować. Wyszłam z domu z małą walizką, nie wiedząc, gdzie spędzę następny dzień. To rodzina mojego chłopaka otworzyła mi drzwi. Jego rodzice przyjęli nas pod swój dach od pierwszego dnia. Dostaliśmy własny pokój, ustalili jasne zasady i powiedzieli, iż jedyne czego od nas oczekują, to żebyśmy ukończyli szkołę. Pokrywali koszty jedzenia, rachunków i opiekę medyczną w trakcie ciąży. Byłam od nich całkowicie zależna. Po narodzinach syna jego mama była przy mnie w szpitalu. Pomagała mi przy kąpieli, przewijaniu i uspokajaniu dziecka o poranku. Gdy dochodziłam do siebie, ona opiekowała się wnukiem, żebym mogła się przespać. Jego tata kupił łóżeczko i wszystko, co było potrzebne na początek. Niedługo potem sami zaproponowali, żebyśmy nie ugrzęźli w miejscu i nie zostali „uwięzieni”. Zaproponowali mi sfinansowanie szkoły dla pielęgniarek. Zgodziłam się. Rano chodziłam na zajęcia, a syn zostawał z teściową. Mój chłopak studiował informatykę. Oboje uczyliśmy się, a oni przez cały czas pokrywali większość kosztów. Tamte lata wymagały wielu wyrzeczeń. Żyliśmy według surowego planu dnia. Nie było luksusów. Czasami pieniędzy starczało tylko na przetrwanie. Nigdy jednak nie brakowało nam jedzenia ani wsparcia. Gdy któreś z nas było chore lub zniechęcone, byli z nami. Opiekowali się wnukiem, żebym mogła zdawać egzaminy, odbywać praktyki lub pracować wtedy, gdy była taka możliwość. Z czasem zaczęliśmy pracować. Ja jako pielęgniarka, mąż w swoim zawodzie. Wzięliśmy ślub. Zamieszkaliśmy na swoim. Wychowaliśmy syna. Dziś mam 50 lat. Nasze małżeństwo przez cały czas jest silne. Nasz syn dorastał, widząc nasz wysiłek i wytrwałość. Z moją rodzinną utrzymuję minimalny kontakt. Potem nie było już awantur, ale więzi nie odbudowaliśmy. Nie chowam urazy, ale relacje nigdy nie wróciły do dawnego stanu. Gdyby dziś poproszono mnie o wskazanie rodziny, która uratowała mi życie, nie byłaby to rodzina, w której się urodziłam. To rodzina mojego męża.
Ivan i Maria – opowieść o miłości, wyborach i polskiej wsi Jan nigdy nie marzył o wyjeździe z rodzinnej wioski do miasta. Uwielbiał otwartą przestrzeń, rzekę, pola i lasy oraz swoich sąsiadów. Postanowił zostać rolnikiem, hodować świnie, sprzedawać mięso i – jeżeli szczęście dopisze – rozwinąć biznes. Marzył o zbudowaniu dużego domu, samochód już miał, choć stary i niezbyt reprezentacyjny, a pieniądze po sprzedaży babcinego domu zainwestował w gospodarstwo. Było też inne, skryte marzenie – ożenić się z Marią i uczynić ją gospodynią własnego, wielkiego domu. Już się spotykali, a Maria wiedziała, iż interesy Jana jeszcze nie układają się najlepiej, dużych pieniędzy nie ma, a dom dopiero zaczął budować. A Maria była prawdziwą pięknością. Nigdy nie planowała sama do czegoś w życiu dojść. – Po co mi uroda, jeżeli nie po to, żeby to mężczyzna zapewnił mi dostatnie życie – mówiła przyjaciółkom. – Trzeba tylko znaleźć takiego, który wszystko weźmie na siebie. Moja uroda dużo jest warta. – Jan buduje dom i ma już samochód, – mówiła jej koleżanka Ania. – Wystarczy poczekać, może jeszcze się rozkręci. – A ja chcę wszystko i od razu – kaprysiła Maria. – Ile jeszcze mam czekać, aż Jasiu się dorobi? Pieniędzy nie ma. Jan kochał Marię, ale wiedział, iż jej uczucia nie są takie, na jakie liczył, choć miał nadzieję, iż z czasem ona go pokocha. I wszystko układałoby się dobrze, gdyby nie pojawił się w wiosce Tomasz. Przyjechał z kolegą do babci na wakacje. Na lokalne dziewczyny patrzył z góry, w wiejskim klubie wręcz się nudził – do czasu aż zobaczył Marię. Maria początkowo nie zwracała uwagi na przyjezdnego, ale kiedy dowiedziała się, iż pochodzi z zamożnej rodziny, a jego ojciec jest znanym urzędnikiem w dużym mieście – od razu przeniosła swoje zainteresowanie na niego. Tomasz był od niej starszy, obycie z kobietami miał spore, mówił pięknie, potrafił się zalecać. Często przynosił Marii kwiaty – wiedziała, iż w wiosce takich bukietów się nie kupi, zamawiał z dostawą, doceniła to. Jan widział, iż przyjmuje kwiaty, złościł się. – Nie przyjmuj od niego prezentów, po co mnie denerwujesz? – prosił, ale Maria tylko śmiała się z tego. – Co się złościsz, to tylko kwiaty, nie przesadzaj. Jan poszedł choćby do Tomasza ze skargą: – Przestań przynosić Marii kwiaty, to moja dziewczyna i mam wobec niej poważne zamiary. Tomasz jednak tylko wzruszył ramionami, skończyło się na bójce – na szczęście koledzy rozdzielili ich. Ale od tej chwili między Janem a Marią pojawił się mur. Maria go unikała, on czuł się zraniony. Maria wiedziała, iż Tomasz przyjechał tylko na miesiąc – potem wyjedzie i wszystko wróci do starego. – Muszę coś wymyślić, żeby zatrzymać Tomasza, wyjechać z nim do miasta. Tu nie ma czego szukać. I trzeba się spieszyć – myślała. Zwabić Tomasza do domu nie było trudno. Rodzice Marii pojechali do miasta na targ. Tak zaplanowała, żeby rodzice zastali ich razem. Wiedziała, jaki jest ojciec – twardy i bezpośredni. Oboje rozpaleni leżeli w łóżku, kiedy wrócili rodzice. Maria niedbale narzuciła szlafrok, a Tomasz w pośpiechu zakładał spodnie – w takim stanie znaleźli ich ojciec i matka. – Co tu się wyrabia? – zapytał ojciec z gniewem w głosie. Córka spuściła wzrok, Tomasz przytupywał niespokojnie nogą. – Rozumiem. Tomaszu, od dzisiaj musisz się ożenić z naszą córką, inaczej… załatwię cię, chodź na rozmowę do pokoju. Co tam ustalili – nie wiadomo, ale następnego dnia młodzi pojechali do urzędu stanu cywilnego, a matka Marii już szykowała ich do wyjazdu do miasta. Po wiosce wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Jan był załamany, choć starał się nie pokazywać po sobie. Tomasz w duchu przeklinał całą sytuację. – Po co mi to było? Dałem się omotać wiejskiej piękności, a okazała się sprytniejsza niż myślałem. Wpakowała mnie, sprytna dziewczyna. A Maria marzyła o wielkim mieście i szczęściu, no i o pięknym życiu. – Pokocha go, urodzi mu dzieci, jeszcze będzie szczęśliwy, iż tak się stało – myślała – tylko jak przyjmą mnie jego rodzice? Na przekór obawom rodzice przyjęli Marię z entuzjazmem. – Masz, Marysiu, czuj się jak u siebie! – powitała ją teściowa Irena, ojciec Tomasza, pan Michał, też był zadowolony. Maria starała się być idealną gospodynią. Mieszkanie duże, czteropokojowe, rodzice mili. Tomasz docenił jej starania, uznał, iż nie jest taka wyrachowana, jak początkowo sądził. – Tak, sprytnie mnie złapała, ale chyba szczerze wierzy, iż będziemy szczęśliwi – myślał, choć sam w to nie wierzył. To nie była jego bajka. Tomasz zaczął układać w głowie plany na rozrywki po ślubie – kumpli miał w mieście wielu. Tymczasem Maria zaskoczyła go wiadomością przy obiedzie: – Jestem w ciąży, będziemy mieli dziecko! – Gratulacje, Marysiu! – ucieszyła się teściowa, a Tomasz zrozumiał, iż teraz nie ma sensu narzekać – dziecko będzie. Odbyło się wesele, rodzice podarowali im mieszkanie z wyposażeniem. Po ślubie Maria widziała, iż mąż nie jest zachwycony perspektywą ojcostwa. – Nic to, z pojawieniem się dziecka Tomasz się zmieni, zrozumie, jakie to szczęście – łudziła się. Tomasz pogrążał się w rozrywkach. Żonie tłumaczył: – Taka praca – ciągle delegacje – a ona wierzyła, nie wiedząc czym naprawdę się zajmuje. Nie skarżyła się teściom, iż mąż wiecznie poza domem, czasem nie wracał na noc, podobno w delegacjach. Tęskniła – za wioską, przyjaciółkami, rodzicami. Coraz częściej myślała też o Janie. Zaczęła wątpić, czy dobrze wybrała, a na pytanie, czy mąż ją kocha, odpowiadał wymijająco. Irena widziała, iż synowa jest smutna – wiedziała, iż syn daleki od ideału. Narodziny syna były radosnym wydarzeniem dla wszystkich. Tomasz na początku był wzruszony, ale gwałtownie wrócił do dawnych przyzwyczajeń – dziecięcy płacz, pampersy, nieprzespane noce przyprawiały go o złość. Maria była przemęczona, nie nadążała sprzątać, a gotować – tym bardziej. Tomaszowi coraz częściej chciało się uciec z domu. gwałtownie zauważył, iż po ślubie dawne znajomości „na boku” zaczęły się urywać. – Co z żonatego? Nikomu o żonie nie opowiadał, wiedział: bez wykształcenia, wieśniara. – Gdzie ją kogokolwiek zatrudnię, jak syn podrośnie? Co z niej za żona – sprzątaczka albo handlara? Lepiej już łożyć na alimenty. Miał stałą kochankę – Kasię, z własnym mieszkaniem i pieniędzmi, nie chciała dzieci. Tam odpoczywał, imprezował. – Kasiu, gdybyś wiedziała, jak mnie wkurza domowy bałagan… Żony nie kocham, syn mnie denerwuje. Owszem, Maria ładna, ale wieś to wieś, nigdzie z nią nie pójdę, jak nic nie widziała poza swoim gospodarstwem. Maria zaczęła rozumieć, iż życie u boku Tomasza nie będzie takie, o jakim śniła. Domyślała się, iż ma inną. Bywało, iż wracał z zapachem damskich perfum i śladami szminki na koszuli. Coraz częściej się denerwował, na syna nie zwracał uwagi, potrafił nakrzyczeć, a choćby się zamachnąć. Żyli w napięciu, czekając, aż rodzina się powiększy… Nie wytrzymała – zadzwoniła do mamy. A ta odpowiedziała: – Nikt cię nie zmuszał do ślubu z Tomaszem, sama podjęłaś decyzję. Myśleliśmy, iż pójdziesz za Jana. Wybrałaś inaczej – pij własne piwo, jak się napijesz, wracaj, ale tym razem na stałe… Maria była przygnębiona, podczas snu męża zajrzała mu do telefonu. Treść wiadomości z Kasią była tak dosadna, iż odebrało jej mowę… Poskarżyła się teściowej, na co ta odparła: – Jak pomyślisz o rozwodzie, pamiętaj – dziecko zostanie z nami. Wiesz, jakie mamy wpływy. Tomasz, jaki by nie był, to ojciec, jest bogaty, ma osobne mieszkanie. Może dziecku dużo zapewnić. A ty? Bez wykształcenia, pracy, mieszkania… Syn gorączkował, ząbkował, Tomasz miał dość płaczu, a Kasia już czekała. Pisała: „Daj im coś na spanie, usną szybko, to co ci dałam.” Tomasz poszedł do łazienki, telefon zostawił. Maria przeczytała wiadomość. Przestraszyła się. – Co jeżeli da nam to „coś na sen”… Póki mąż kąpał się, zadzwoniła do Jana i opowiedziała o wszystkim. – Przyjadę po was i zabiorę na wieś. – Teściowie grożą, iż odbiorą mi syna. – Nie bój się, tylko cię straszą. Spróbuj się uspokoić, utul synka, niech mąż wyjdzie, a ty daj mi znać, będę blisko. Maria utuliła synka, położyła się udając, iż śpi. Słyszała, jak mąż zagląda do pokoju, potem wyszedł. gwałtownie zebrała rzeczy, zadzwoniła do Jana. Przyjechał niezwłocznie, zabrał ją do swojego domu. Tomasz wrócił dopiero następnego dnia, zorientował się, iż nie ma żony i dziecka. Zadzwonił do rodziców. – Tu ich nie było, synu – odparła Irena. – Uciekać mogli, teraz trzeba na policję… – Nie, mama, proszę, nie dzwoń. choćby lepiej, iż uciekła. Mam dość. Błagał, aż się zgodziła. Minęło trochę czasu. Jan i Maria pobrali się tuż po jej rozwodzie, mieszkali w dużym domu i niebawem oczekiwali powiększenia rodziny. Maria zrozumiała wreszcie, iż to właśnie Jan jest jej szczęściem.
Zdecydowałam się adoptować dziecko porzucone w Oknie Życia przy oddziale położniczym szpitala w Warszawie trzy miesiące po śmierci mojego męża – musiałam gwałtownie zdobyć wszystkie dokumenty, przejść kontrole, a dziś wychowuję dwoje ukochanych dzieci, które nazywam swoim synem i córką
Moja teściowa zaoferowała pomoc przy naszych dzieciach latem – emerytura daje jej dużo wolnego czasu, zgodziliśmy się więc na opiekę, bo pracujemy oboje, mamy trójkę dzieci i spłacamy kredyt hipoteczny, przez co nie stać nas na prawdziwe wakacje. Kupujemy jej jedzenie, dokładamy na smakołyki i doceniamy, iż dzieci są bezpieczne. Jednak brat męża też zawozi swoje troje dzieci do babci, nic nie dokładając, a ja muszę się martwić o wyżywienie wszystkich. Mąż nie chce rozmawiać z bratem o podziale obowiązków – jak rozwiązać problem bez kłótni?
Agnieszka Miastowska nową redaktor prowadzącą MamaDu i DadHero
Jak teściowa przejęła naszego syna: odkąd się ożenił, zapomniał o własnej rodzinie i spędza święta, każdą wolną chwilę oraz służy pomocą tylko przy jej kranie, pralce i gniazdkach – a dla nas czasu i chęci już nie ma
Konkurs dla dzieci: Twórcze Dzieci - wyzwanie lutowe
Dziecko nie chce przyjąć leku na grypę? Farmaceutka zdradza proste triki
Suwałki. Zimowe paczki pełne ciepła dla dzieci
Miałem w życiu trzy poważne związki. W każdej z tych relacji myślałem, iż zostanę ojcem. I w każdej odszedłem, gdy rozmowy o dzieciach stawały się coraz bardziej konkretne. Pierwsza partnerka miała już małe dziecko, a ja byłem wtedy w wieku 27 lat. Na początku nie zwracałem na to uwagi, gwałtownie przyzwyczaiłem się do jej trybu dnia, do obowiązków związanych z dzieckiem. Kiedy jednak zaczęliśmy rozważać, by także mieć wspólne dziecko, miesiące mijały bez skutku. To ona pierwsza zrobiła badania — wszystko u niej było w porządku. Zaczęła mnie pytać, czy ja się przebadałem. Twierdziłem, iż nie ma potrzeby, iż samo się uda. Ale z czasem pojawił się wstyd… rozdrażnienie… napięcie. Zaczęliśmy się kłócić. W końcu po prostu odszedłem. Drugi związek wyglądał inaczej. Nie miała dzieci, od początku wiedzieliśmy, iż chcemy założyć rodzinę. Minęło kilka lat, próbowaliśmy wielokrotnie. Każdy negatywny test sprawiał, iż się zamykałem w sobie. Ona coraz częściej płakała, a ja zacząłem unikać rozmów na ten temat. Gdy zaproponowała wspólną wizytę u specjalisty, odpowiedziałem, iż przesadza. Coraz częściej wracałem późno do domu, traciłem zainteresowanie, czułem się uwięziony. Po czterech latach się rozstaliśmy. Trzecia partnerka miała już dwóch nastoletnich synów. Od początku powiedziała, iż nie chce więcej dzieci. Ale temat znów wrócił. adekwatnie to ja sam zacząłem o tym mówić — chciałem sobie udowodnić, iż mogę być ojcem. Ale i tym razem nic się nie zmieniło. Znowu poczułem się nie na miejscu, jakby miejsce ojca nie było dla mnie. We wszystkich tych trzech związkach powtarzał się podobny schemat. To nie było tylko rozczarowanie. To był strach. Strach przed spotkaniem z lekarzem i możliwością, iż to właśnie ja jestem problemem. Nigdy nie zrobiłem badań. Nigdy niczego nie potwierdziłem. Wolałem odejść — niż usłyszeć odpowiedź, której być może nie byłbym w stanie udźwignąć. Dziś mam ponad czterdzieści lat. Patrzę na moje byłe partnerki z ich rodzinami, z dziećmi, które nie są moje. I czasem zastanawiam się, czy naprawdę odchodziłem, bo już mi się nie chciało… czy po prostu zabrakło mi odwagi, by zostać i zmierzyć się z tym, co mogło być moim problemem.
Dar z nieba… Poranek był ponury, ciężkie chmury ciągnęły nisko po niebie, gdzieś w oddali rozlegały się głuche grzmoty. Nadchodziła burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, a wiosna nie spieszyła się objąć władzy. Wciąż było zimno, wiatr porywał zeszłoroczne liście i targał je po ulicach. Przez zbitą ziemię nieśmiało przebijała się młoda trawa. Pąki drzew jeszcze nie chciały ujawnić swoich skarbów. Natura tęskniła za deszczem. Zima była mało śnieżna, wietrzna, surowa. Ziemia nie miała odpoczynku ani wilgoci, śniąc o ulewie. Burza przyniesie upragnioną wodę, obmyje kurz, tchnie życie. I wtedy dopiero zacznie się prawdziwa wiosna – bujna, kwitnąca, jak młoda, pełna miłości kobieta. Wtedy ziemia wyda zieloną trawę, barwne kwiaty, drżące liście, słodkie owoce. Radośnie zaśpiewają ptaki, rozpoczną budowę gniazd pośród świeżej zieleni w rozkwitających sadach. Życie trwa. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiola. – Kawa stygnie. Z kuchni czuć było aromat kawy i jajecznicy. Trzeba wstać. Po wczorajszej trudnej rozmowie, łzach, bezsennej nocy i ciężkich przemyśleniach nie chciało się podnosić. Ale trzeba – życie trwa. Wiola wyglądała na zmęczoną – czerwone oczy, cienie pod nimi. Podstawiła mu bladą twarz do pocałunku i uśmiechnęła się słabo. – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak pragnę deszczu! Kiedy w końcu przyjdzie ta prawdziwa wiosna? Słuchaj, przyszły mi na myśl wiersze: Czekam na wiosnę jak na zbawienie Od zimowej mizerii, samotności, Czekam, jakby miała wyjaśnić Wszystkie życiowe zawiłości… Wciąż mi się zdaje, iż ona przyjdzie I wszystko od razu się rozjaśni. Że tylko ona potrafi Uczynić życie lepszym, prostszym, pewniejszym, uczciwszym… Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź wreszcie! Sasza objął ją za chude ramiona, pocałował w pochyloną, jasną głowę – pachniały łąką i rumiankiem. Serce ścisnęło się z litości. Moja biedna, ukochana dziewczyno, za co Bóg nas tak doświadcza? Nadzieja była, po niej żyliśmy te wszystkie lata. Ale wczoraj słynny profesor, ostatnia nadzieja, rozstrzygnął sprawę ostatecznie. – Przykro mi, ale nie możecie mieć dzieci. Pobytem w Czarnobylu, Saszku, zapłaciłeś najwyższą cenę. Tu medycyna jest bezsilna. Przepraszam, nie mogę pomóc. Wiola wytarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszku, długo myślałam. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Tyle tam nieszczęśliwych maleństw. Przygarniemy chłopca, wychowamy. Będziemy mieć synka, zgodzisz się? Tak długo czekaliśmy, tak bardzo… – Łzy popłynęły obficie. Sasza przytulił ją mocno i też nie mógł się powstrzymać od łez. – Jasne, iż się zgadzam. Nie płacz, moja droga. I wtedy rozległ się potężny grzmot. Cały dom jakby zadrżał. I lunął deszcz. Niebo się otwarło! W końcu Bóg wysłuchał naszych modlitw! Wyczekiwany deszcz lał jak z cebra. Od razu pociemniało, jakby nastała noc. Grom gonił błyskawicę nad ich dachem. Sasza i Wiola, objęci, stanęli przed oknem, przez otwartą furtkę wpadały mokre krople i orzeźwiający zapach deszczu. Ciemna zasłona, która jeszcze niedawno przygniatała ich dusze, topniała, rozmywała się, spłukiwana wiosennym deszczem. Chcieli tylko jednego: niech pada jak najdłużej. Wytęskniony deszcz wiosenny – symbol nowego życia! Parę dni później stali już przed drzwiami domu dziecka. Byli umówieni na spotkanie. Przyszli wybrać syna, tego upragnionego, wyśnionego synka, Wiesia, Wieszka… Kochali go już, choć jeszcze go nie widzieli. Kochali miłością gromadzoną przez całe lata oczekiwania na szczęścia rodzicielstwa. Serca biły mocno, oddech zamierał z emocji. Sasza nacisnął dzwonek. Drzwi otwarto – już na nich czekano. Rozmowa z dyrektorką była kilka dni wcześniej; teraz prowadzono ich do dzieci, które mogłyby stać się ich synem. W pierwszej sali po drodze zobaczyli dziewczynkę – siedziała na mokrych śpiochach na folii. Brudna koszulka, zakatarzony nos, wielkie niebieskie oczy, smutno patrzące na mijających dorosłych. Od dziewczynki biła opuszczenie i niepotrzebność. Serce ścisnęło się z bólu. Oto dom dziecka – przytułek porzuconych dzieci! W kolejnej sali w łóżeczkach leżały lub siedziały maluchy, pielęgniarka opowiadała o każdym, o wieku, rodzicach… Dzieci były czyste, zadbane, ubrane na czystą pościel. Pielęgniarka delikatnie wyjmowała niemowlęta, pokazywała – prawie jak na rynku, pomyślał Sasza, a my jak kupujący. – Sasza, wróćmy do tej nieszczęsnej dziewczynki – szepnęła Wiola. Sasza uścisnął jej ramię. – Siostro, chcielibyśmy zobaczyć tę dziewczynkę z pierwszej sali, tę niebieskooką. – Ale przecież chcieliście chłopca! Ta dziewczynka Wam nie pasuje. Nie przygotowywaliśmy jej do pokazu. – Proszę, wróćmy tam. Chcemy ją zobaczyć jeszcze raz. Siostra się zmieszała, chciała coś powiedzieć, ale poprowadziła ich z powrotem. – Sprowadzę panią Annę Pietrzyk. Proszę poczekać tu – wskazała krzesła. Wiola przytuliła się do Saszy. – Weźmy tę dziewczynkę, serce mi zadrżało, gdy ją zobaczyłam. – Mnie też. Jest do Ciebie podobna. I oczka, i włosy. Taka biedna! Siostra przyszła z dyrektorką. Pani Anna Pietrzyk była zatroskana. – Wybraliście nieodpowiednie dziecko. Ona Wam nie pasuje. – Dlaczego? Nam się spodobała, jest jak wykapana Wiola! Zobaczy pani – mówił Sasza pewnie i wszedł do sali. Dziewczynka była już umyta, przebrana w suche śpioszki, na folii nie było już śladów wilgoci. Jej oczy choćby się rozweseliły, policzki zaróżowiły. Gdy zobaczyła, iż dorośli się zatrzymali przy nią, uśmiechnęła się, na jej buzi pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła do nich rączki, próbowała choćby wstać… Wiola ścisnęła dłoń Saszy. Dziewczynka miała stópki wykręcone do tyłu. Sasza, bez namysłu, wziął ją na ręce. Malutka przytuliła się policzkiem, znieruchomiała. Z oczu Saszy popłynęły łzy, Wiola wtuliła się w ramię, płakała. Anna Pietrzyk odwróciła się, ocierała oczy. – Chodźmy do mojego gabinetu. Siostro, proszę zabrać Lenusię – powiedziała dyrektorka. Poszli za nią, trzymając się mocno za ręce. Dziewczynka urodziła się u starszych, biednych rodziców na dalekiej, polskiej wsi. Najwyraźniej niechciane dziecko, do tego z wadami nóg. Ojciec choćby nie chciał jej wziąć do domu. Na prośby, iż można ją uratować operacją, odpowiadał, iż go nie stać i nie chce „dziwaczki”. W domu już była gromadka dzieci, ledwo wiązali koniec z końcem. Tak Lenusia trafiła do domu dziecka. – Proszę zdecydować, czy taki maluch Was interesuje. Jest szansa, iż stanie się zdrowa, ale to ogromny trud, duże wydatki i przede wszystkim – miłość i cierpliwość. Daję wam kontakt do profesora, który ją oglądał. Może wyjaśnić, co Was czeka. Daję Wam miesiąc na podjęcie decyzji. Nie odwiedzajcie jej póki co – dzieci bardzo się przywiązują. A jeżeli się rozmyślicie… Minął miesiąc. Wiola i Sasza jeszcze pierwszego dnia zdecydowali: biorą Lenusię. Konsultacja z gdańskim profesorem potwierdziła: serie operacji, ale będzie można zupełnie naprawić nogi. choćby blizn nie zostanie. Sasza przeliczył, czy starczy środków – wystarczyło, choćby kosztem samochodu i budującego się domu. Zamieszkają na razie w kawalerce. Byle córeczka była zdrowa! Wyczekiwali końca wyznaczonego terminu. Wreszcie byli znów przed tymi samymi drzwiami. Z sercem w gardle weszli do gabinetu pani Pietrzyk. Sasza trzymał bukiet różowych piwonii, Wiola – dużą torbę prezentów dla dzieci. Pani Pietrzyk miała łzy w oczach: kolejna kruszyna znajdzie rodzinę! Razem poszli do dziecięcych pokoi. Lenusia już podrosła, jasne loczki, różowe policzki, pierwsze ząbki. Gaworzyła radośnie. Sasza wziął ją na ręce, Lenusia objęła go, wtuliła się w niego całym ciałkiem. Potem poszła na ręce do Wioli. Wszyscy mieli wilgotne oczy. Cały dzień Sasza i Wiola spędzili w domu dziecka, słuchali rad, co i jak. Ale na razie dziecka nie dostali – trzeba było przejść żmudną procedurę adopcji. Z pomocą pani Pietrzyk, sprawę formalną załatwiono przez sąd, rodziców biologicznych pozbawiono praw. Wreszcie córeczka trafiła do domu. Wiola zrezygnowała z pracy, oddała się opiece nad dzieckiem. Zaczęli przygotowania do pierwszej operacji w gdańskiej klinice. Miesiąc pobytu – wtedy już pokazywali tacie, jak Lenusia sama je kaszkę, jak miauczy, jak „błędzi” koza rogata. Stópek na razie nie można było pokazywać. Na spacer – tylko w długich spodenkach. Chodziła niezgrabnie, jak kaczuszka, ale była śmiała, towarzyska, gadała wcześnie, wszystkich znała po imieniu. A najbardziej kochała Saszę. Jej nowe imię na jego cześć: „mój tatuś”, jak teraz wołała i mama. Tatko nie mógł bez niej żyć – Lenusia była dla niego wszystkim. Po roku przeszli kolejne operacje, kilka razy jeździli z biednym dzieckiem do Gdańska. Ileż wycierpiała ta dziewczynka! Ile trzeba było cierpliwości i siły rodzicom… Ile nocy Wiola czuwała u łóżeczka w szpitalu. Wreszcie – triumf: nóżki jak u wszystkich dziewczynek! Mogła biegać i skakać. W wieku pięciu lat zaprowadzili ją do przedszkola. Tam dostrzeżono jej talent do rysowania – zalecono rozwijać uzdolnienia. W wieku sześciu lat trafiła do szkoły plastycznej. Jej prace coraz częściej pojawiały się na wystawach dziecięcych, zachwycały odwiedzających kolorowymi pejzażami i pogodnymi scenami. Wszyscy się dziwili: to taka mała, a tak uzdolniona! W siedmiu latach zaczęła szkołę – od początku była liderką, uczennicą na medal, śmiała i radosna, towarzyska, świetnie rysująca, uczęszczająca na dodatkowe zajęcia taneczne. Zawsze otoczona przyjaciółmi, gdzie się pojawi – tam śmiech i radość. Rodzice dumni: o Lenusi tylko dobre słowa. Nikt nie podejrzewa, przez co przeszło to dziecko i ci rodzice – nie ci, co ją urodzili, tylko ci, co pokochali i wychowali. Bóg nie przestaje wspierać także Saszy i Wioli. Z pojawieniem się Lenusi szczęście im nie opuszcza. Biznes Saszy, kiedyś słabiutki, rozkwitł i dzięki temu rodzina przeniosła się do Gdańska, kupili wymarzone mieszkanie, dali córce miejsce w prestiżowej szkole. Lenusia już jest w szóstej klasie, przez cały czas prymuska, rozwija talent plastyczny. Piękna, niebieskooka, długowłosa dziewczyna, czuła i pogodna, ukochana przez wszystkich. Dar z nieba – tak mówią o niej sąsiedzi, nauczyciele i przyjaciele.
Wyprawa do El Dorado: Złote Świątynie – recenzja
Zaproponowałam mamie, żeby zamieszkała z nami na miesiąc po urodzeniu dziecka, a ona postanowiła wprowadzić się na rok i przywieźć ze sobą tatę
Teściowa do kwadratu – No proszę! – zamiast zwykłego „dzień dobry” powiedział Eryk, widząc w drzwiach niską, żwawą staruszkę w dżinsach, która ściągnęła wąskie usta w zawadiackim uśmiechu. Zza zmrużonych powiek wesoło błyskały figlarne oczy. „Babcia Iwony, pani Waleria – rozpoznał. – Ale jak to, bez zapowiedzi, choćby bez telefonu…” – Witaj, wnuczku! – wciąż uśmiechnięta przemówiła seniorka. – Wpuścisz mnie do domu? – Tak, tak, oczywiście! – zakrzątnął się Eryk. – Proszę wejść. Pani Waleria wciągnęła do mieszkania walizkę na kółkach… – Poproszę mocną herbatę! – zarządziła, kiedy Eryk ją częstował. – Iwonka, wiadomo, w pracy, Oleńka w przedszkolu, a ty co, leniuchujesz? – Na urlop mnie wysłali, – westchnął Eryk. – Dwa tygodnie z braku zajęć… – Jego marzenia o błogim lenistwie właśnie gasły. Z nadzieją spojrzał na gościa: – Długo u nas zostaniesz? – Zgadłeś, – kiwnęła głową, rozwiewając złudzenia. – Na dłużej. Eryk westchnął głośniej. Z panią Walerią prawie się nie znał. Widział ją tylko na jego i Iwony weselu – przyjechała z innego miasta. Ale o jej charakterze nieraz słyszał od teścia. Ten, opowiadając o własnej teściowej, zniżał głos i rozglądał się z niepokojem. Po wszystkim było widać, iż darzy ją szacunkiem… wręcz drżącym w kolanach. – Pozmywaj naczynia – zarządziła babcia – i się szykuj. Zrobię ci zwiadowczą wycieczkę po mieście, będziesz mnie oprowadzał! Eryk nie odważył się sprzeciwić, zresztą choćby nie próbował – ton przypominał mu sierżanta w wojsku. Z takim nie ma żartów. – Pokażesz mi bulwary! – zakomenderowała pani Waleria. – Jak tam najłatwiej dojść? – Wzięła Eryka pod rękę i mocnym krokiem ruszyła przez osiedle, rozglądając się ciekawie. – Taksówką – wzruszył ramionami Eryk. Pani Waleria nagle zwinęła palce w krążek, przyłożyła do ust i przeszywająco zagwizdała! Mijająca taksówka zahamowała z piskiem. – Po co tak gwizdać? Co sobie ludzie pomyślą? – upominał ją Eryk, pomagając wsiąść na przednie siedzenie. – Nic złego sobie nie pomyślą – zaśmiała się radośnie filigranowa babuleńka. – Najwyżej, iż to ty się źle zachowujesz. Kierowca parsknął śmiechem razem z panią Walerią. Przybili sobie żółwika, jak dobrzy kumple, kiedy żart się udał. – Ty, Eryczku, jesteś porządny i spokojny chłopak – mówiła babcia, spacerując z nim po nadwiślańskich bulwarach. – Pewnie twoja babcia jest grzeczna i stateczna, a ja nie bardzo. Mój świętej pamięci mąż, dziadek Iwony, długo się do mnie przyzwyczajał. Był cichy, spokojny, zaczytany, a tu pojawiłam się ja. I zaczęło się! W góry go zabierałam, na spadochronie nauczyłam skakać. Tylko lotni się bał jak ognia. Z córką czekał na dole, aż ja sobie krążę nad ich głowami. Eryk ze zdumieniem słuchał wspomnień pani Walerii. Iwona nic o przygodach babci nie wspominała, a najwyraźniej jej życie było barwne i pełne przygód. To sporo wyjaśniało w jej charakterze. Spojrzała rygorystycznie na Eryka: – A ty, skakałeś kiedyś ze spadochronem? – W wojsku, czternaście razy, – odpowiedział z nieukrywaną dumą. – No, szacunek! – przytaknęła babcia, po czym zanuciła: „Lecimy w dół, powoli coraz niżej, A w tej powietrznej zabawie…” Eryk znał tą wojskową przyśpiewkę i zaraz dołączył: „Białe płótno się rozwija, Za plecami me skrzydła…” Pieśń niespodziewanie ich połączyła, i Eryk przestał czuć skrępowanie przy tej niezwykłej staruszce. – Trzeba odpocząć i coś przekąsić, – zaproponowała – chodź tam, w takim namiocie chyba serwuje rewelacyjny szaszłyk, czujesz ten zapach? Nad rusztem kręcił się śniady, czarnooki szaszłykowy mistrz, z typowo kaukaskim wyrazem twarzy sugerującym, iż z nie mniejszą pasją mógłby przebijać wrogów kindżałem. Aż miałoby się ochotę zakrzyknąć: „Assa!” i zatańczyć „lezginkę”… Gdy przysiedli przy stoliku, pani Waleria figlarnie zamrugała i zanuciła operowym głosem: „Gamardżoba, gienacwale, Może razem by coś zagrać?” Szaszłykowy mistrz zareagował, a zaraz potem już śpiewali we dwoje: „Na weselu zaśpiewać by dobrze, Gienacwale, gamardżoba!” – Proszę się częstować, szanowna pani – gospodarz rozłożył na stole szaszłyki, lawasz i świeże zioła oraz dwa kieliszki zimnego kindzmarauli – i oddalił się, przykładając dłoń do serca. Na zapach pieczonego mięsa z krzaków wybiegł bury kociak, podszedł do stolika i spojrzał z nadzieją. – Właśnie ciebie nam brakowało, – babcia uśmiechnęła się serdecznie. – Chodź, malutki! – Zwracając się do grillowego mistrza dodała: – Panie, dałby pan jeszcze surowego mięska dla naszego przyjaciela, pokrojonego drobniutko! Gdy kotek wcinał smakołyk z miseczki, pani Waleria pouczała Eryka: – Dziecko macie, i to dziewczynkę! Jak ją nauczycie wrażliwości i troski o słabszych, jeżeli nie macie w domu kota? Ten maluszek zostaje z wami! Po spacerze pani Waleria wykąpała znalezisko, a Eryka wysłała po wyprawkę dla kociaka według listy. Gdy wrócił z kocią wyprawką, w mieszkaniu rozbrzmiewały wesołe piski. Iwonka i Olesia oplatały babcię ramionami, a ona rozpromieniona całowała wnuczki. Kotek, ochrzczony imieniem „Lewek”, z powagą studiował nowych domowników. – To dla ciebie, Oleńko, letni komplecik z szortami, – rozdawała babcia prezenty, – a dla ciebie, Iwonko. Nic tak nie podnosi kobiety w oczach męża, jak koronkowe majteczki… Przez cały tydzień Olesia nie chodziła do przedszkola. Rano znikały z babcią na długie spacery po mieście, wracały uśmiechnięte i zmęczone. W domu czekali na nie Eryk i Lewek. Wieczorami wracała Iwona i cała piątka ruszała z kotem na rodzinny spacer. – Muszę z tobą porozmawiać, Eryku… – powiedziała pewnego wieczoru poważnym tonem pani Waleria. – Jutro już wyjeżdżam, czas. To, jak pojadę, przekaż Iwonie… – wręczyła mu przezroczysty skoroszyt z dokumentem. – To mój testament. Mieszkanie i cały majątek zostawiam jej, tobie – całą bibliotekę po mężu. Bardzo cenne zbiory, są choćby unikaty z autografami znanych ludzi… – Po co to? Pani Walerio?! – uniósł się Eryk, ale uciszyła go gestem. – Iwonie nic nie mówiłam, tobie tylko powiem – mam poważny problem z sercem. Może się wszystko nagle skończyć, trzeba się przygotować. – Przecież nie może pani być sama! – zaprotestował Eryk. – Powinna pani być pod opieką! – Nigdy nie jestem sama, – łagodnie uśmiechnęła się babcia. – Córka mieszka niedaleko, twoja teściowa w sąsiednim mieście. A ty dbaj o Iwonę, wychowuj Oleńkę… Jesteś dobrym, odpowiedzialnym facetem. Zresztą, dla ciebie jestem… teściową do kwadratu! – poklepała go po ramieniu i wybuchnęła śmiechem. – Może zostaniesz jeszcze choć na chwilę? – poprosił cicho Eryk. Babcia już tylko wdzięcznie się uśmiechnęła i pokręciła głową. Odprowadzała ją cała rodzina, choćby Lewek, głaskany przez Oleńkę, wyglądał na przygnębionego. Pani Waleria zwinęła palce w kółeczko, przyłożyła do ust – i donośnym gwizdem zatrzymała taksówkę. – No, zięciu, jedziemy, podwieziesz mnie na dworzec! – zarządziła, po czym wycałowała Iwonę i Oleńkę, i rozsiadła się wygodnie na przednim siedzeniu. Zdziwiony taksówkarz spojrzał na babcię, która w tak nietypowy sposób złapała kurs. – A pan tak patrzy? – burknął Eryk. – Nigdy pan porządnej kobiety nie widział? Filigranowa babcia, potrząsając siwymi loczkami, parsknęła śmiechem i z rozmachem przybiła Erykowi piątkę. TEŚCIOWA DO KWADRATU – Pełna przygód opowieść o babci, rodzinie i nowym kocim członku, która wywróciła życie Eryka i Iwony do góry nogami!
Pierwsza tura ferii dobiega końca. "Świetlica nie jest taka straszna, a babcia taka chętna do pomocy"
Dobrych też porzucają Z lustra patrzyła na Annę piękna trzydziestopięcioletnia kobieta o smutnych oczach. Nie rozumiała, czego oczekują współcześni mężczyźni. Szkoda, iż tego nie uczą na uniwersytecie. Po co tylko zdobywała czerwony dyplom? Anna od zawsze marzyła o rodzinie, kochającym mężu i dzieciach, najlepiej trójce. Już od dziecka wzorem były dla niej rodzice – idealna para. Bardzo spieszyło się jej do ślubu, jakby bała się przegapić swoje szczęście. Z mężem, Witem, poznała się jeszcze na studiach. Przystojny, wysportowany, inteligentny – przyciągał uwagę dziewczyn i od razu stawał się duszą towarzystwa. Spotkali się na imprezie i od razu wpadli sobie w oko. Witek przyjechał studiować do Wrocławia z innego miasta, a Anna mieszkała z rodzicami. Po pół roku Witek się oświadczył. Zgodziła się. Wzięli ślub tuż po studiach. Mąż wydawał się idealny – troskliwy, opiekuńczy, pogodny. Zatrudnił się jako inżynier w firmie gazowej, a Anna jako specjalistka w banku. Po pół roku od ślubu Anna dowiedziała się, iż jest w ciąży. Witek nie był z tego zadowolony. — Ania, jak to się stało? Mówiłaś, iż masz wszystko pod kontrolą? — Witek, nie wiem jak to wyszło… – przyznała szczerze, zaskoczona jego niezadowolonym tonem. – Ale czy to takie ważne? I tak planowaliśmy dziecko. Widocznie tak miało być – to przeznaczenie. — Nie mów głupstw! To nie przeznaczenie, tylko brak ostrożności. Dopiero zaczęliśmy pracę. Teraz trzeba skupić się na karierze, a nie na pieluchach. Anna ledwo powstrzymała łzy. Reakcja męża ją zaskoczyła. — Aniu, – powiedział Witek łagodnie, obejmując ją za ramiona. – Może byśmy… no wiesz… Po co się spieszyć, jeszcze zdążymy… Spojrzała na niego zdumiona. — choćby o tym nie myśl! Nie podoba ci się – nie będę zmuszać. Sam decyduj. Anna wybiegła z mieszkania. Długo chodziła po Wrocławiu, próbując poukładać w głowie to, co się wydarzyło. Jej marzenie o dużej i szczęśliwej rodzinie właśnie się roztrzaskało. Anna i Witek nie rozmawiali ze sobą przez kilka dni. W końcu mąż przeprosił i powiedział, iż przemyślał sprawę i cieszy się, iż zostanie ojcem. Była wniebowzięta. Po ośmiu miesiącach urodził się syn, Antoni. Anna z euforią oddała się macierzyństwu. Opiekowanie się dzieckiem, dbanie o dom i gotowanie mężowi sprawiało jej prawdziwą przyjemność. Gdy Antek skończył trzy lata, Anna wróciła do pracy, oddając synka do przedszkola. Młoda mama latała jak na skrzydłach i była pewna, iż jest najbardziej szczęśliwa na świecie. Potwierdzało to także liczne grono ich przyjaciół. W domu Anny i Witka często zbierały się całe paczki znajomych ze studiów wraz z rodzinami. I pewnego dnia Anna usłyszała, jak jej mąż rozmawia z kolegami. — Witek, ty to masz szczęście do żony! Piękna, mądra, pracuje, dom lśni, gotuje tak, iż palce lizać. — Ano, prawda – przyznał drugi. – Moja to tylko kasę ciągle chce i nerwy mi szarpie. — No ale ja też niczego sobie, to i żonę mam super – zażartował Witek. Koledzy wybuchli śmiechem. A ich żony, wręcz przeciwnie, coraz częściej dzieliły się swoimi przemyśleniami z Anną.
Jak rozmawiać z rodziną, gdy teściowa pomaga latem przy opiece nad dziećmi, a brat męża przywozi swoje pociechy bez żadnego wsparcia finansowego i oczekuje, iż będziemy je karmić z własnej kieszeni? Nasza codzienność z kredytem hipotecznym, pracą, trzema dziećmi i brakiem urlopu – szukam sposobu na spokojną rozmowę, by uniknąć rodzinnych konfliktów
Wymarzona wnuczka Pani Natalia nieustannie wydzwaniała do syna, który znów wypłynął w dalekomorski rejs. Ale kontaktu wciąż nie było. – Narobiłeś mi zmartwień, Michaś! – westchnęła niespokojnie, ponownie wybierając znany numer. Nieważne, ile razy zadzwoni – i tak nie odbierze, póki nie dotrze do najbliższego polskiego portu. A to może nie nastąpić prędko. A akurat tyle się wydarzyło! Dwie noce już pani Natalia nie mogła zmrużyć oka – oto, do czego doprowadził ją syn! * * * Wszystko zaczęło się już kilka lat temu, jeszcze zanim Michał został marynarzem na zagranicznych liniach. Syn już dawno był dorosły, ale żadna kobieta mu nie odpowiadała – zawsze wynajdywał jakieś wady! Pani Natalia z żalem obserwowała, jak kolejne jego związki rozpadają się – chociaż dziewczyny wydawały jej się naprawdę miłe i porządne. – Masz nieznośny charakter! – wyrzucała synowi. – Wszystko ci nie pasuje! Jaka kobieta wytrzyma te twoje wymagania?! – Nie rozumiem twoich zastrzeżeń, mamo. Tobie zależy tylko na tym, żeby mieć synową – nie ważne jaką? – Ależ skąd! Chcę tylko, żeby cię kochała i była porządną osobą! Syn milczał wymownie, co zawsze ją złościło. Jak to, chłopak, którego wychowała i tuliła na kolanach, nagle zachowuje się, jakby sam był starszy i wszystko wiedział lepiej? Kto tu jest starszy, w końcu? – A czym ci się nie spodobała Ania?! – nie wytrzymywała czasem. – Przecież mówiłem. – No… dobrze… Ania może nie była trafionym przykładem. Ale nie zamierzam się poddać, mam swoje argumenty. Twierdzisz, iż cię okłamała – a ja i tak nie rozumiem… – Mamo, nie powinniśmy tego omawiać. Ania to nie ta osoba, z którą chcę spędzić życie. – A Kasia? – Też nie. – Albo Zosia? Miła była, domowa, uczynna. Zawsze zapytała, czy coś pomóc w domu… Chyba ci się podobała? – Była bardzo sympatyczna. Ale nigdy mnie nie kochała. – A ty ją? – Chyba też nie. – A Daria? – Mamo! – Co „mamo”? Tobie naprawdę nie da się dogodzić! Ty się nigdy nie ustatkujesz, rodziny nie założysz, dzieci nie będziesz miał! – Zakończmy tę rozmowę, dobrze? – nie wytrzymywał Michał, po czym zawsze wychodził. „Wdał się w ojca – z uporem i czepialstwem!” – ze złością myślała pani Natalia. Czas mijał, partnerki się zmieniały, a marzenie o tym, żeby syn wreszcie się ustatkował i dał jej wnuki, wciąż się nie spełniało. A potem Michał zmienił zawód: znajomy zaproponował mu pracę na polskich statkach – i syn się zgodził. Na próżno pani Natalia próbowała go odwieść: – Mamo, to świetna okazja! Wiesz, ile tam zarabiają? Wszystkim nam będzie lepiej! – Jakie mi z tego pieniądze, jeżeli cię miesiącami nie zobaczę! Lepiej, żebyś rodzinę założył zamiast pływać! – Trzeba rodzinę też utrzymać. Jak pojawią się dzieci, to przestanę pływać i będę je wychowywać. A teraz muszę zarobić, póki siły są! Rzeczywiście, Michał zarabiał bardzo dobrze. Po pierwszym rejsie wyremontował mieszkanie. Po drugim otworzył konto i wręczył matce kartę: – Żeby ci nigdy niczego nie brakowało! – I tak nie brakuje! Tylko wnuków nie mam, a czas ucieka… Ja już stara jestem! – Jaka tam stara? Do emerytury masz jeszcze kilka lat! – żartował syn. Pani Natalia żyła skromnie z własnej pensji jako farmaceutka w lokalnej aptece. Synowych nie wprowadzał, tłumacząc, iż nie warto się przywiązywać. To ją bolało, zwłaszcza jak powiedział: – Za dobrze myślisz o ludziach, mamo! Jesteś za bardzo ufna. Te moje „narzeczone” próbowały się tylko przypodobać, ale naprawdę takie nie były. Ta przykrość długo nie dawała jej spokoju – uznała, iż syn nazywa swoją matkę naiwną. Ale niedługo potem przypadkiem spotkała go z nową dziewczyną – Mileną. Postanowiła podejść i poznać ją. Milena od razu się spodobała pani Natalii – miła, kulturalna, ładna, rozmowna. Cały urlop Michała spędzili razem, wielokrotnie odwiedzając mamę. Jednak gdy syn ruszył w następny rejs, Milena nagle zniknęła. – Przestaliśmy się widywać. I ty też się z nią nie kontaktuj – rzucił krótko Michał i wyjechał. Długo pani Natalia nie mogła zrozumieć, co zaszło. Przez kolejny rok syn odpowiadał wymijająco, a na pytania o Milenę reagował złością. Pewnego dnia do apteki weszła Milena z wózkiem… a w nim siedziała malutka dziewczynka! – Milenka! Tak się cieszę, iż cię widzę! Mój syn nic mi nie powiedział. Od razu wyjechał, zabronił coś wypytywać! – powitała ją pani Natalia. – Tak wyszło – odparła smutnie Milena. – To już nieważne. Z czasem dziewczyny zaczęły rozmawiać. Milena wyznała, iż zaszła w ciążę z Michałem, ale on oznajmił, iż dziecko nie jest mu potrzebne, nie chce się wiązać na stałe, wyjeżdża w rejs i… zniknął. Pani Natalia aż się rozpłakała, wpatrując się w wózek: – To moja… wnuczka? – Tak wychodzi. Ma na imię Ania. * * * Od tej pory pani Natalia jeszcze bardziej przeżywała całą historię. Wypytała Milenę, jak sobie radzi, dowiedziała się, iż ledwo wiążą koniec z końcem, myśli nawet, żeby wrócić do rodziców, do innego miasta. Perspektywa utraty ukochanej wnuczki napawała ją lękiem. – Przeprowadźcie się do mnie, Milenka! Z Anią! To przecież moja wnuczka – pomogę wam, jak tylko umiem, znajdziesz spokojną pracę! Michał tyle pieniędzy przysyła, iż nie mam ich choćby na co wydawać. U Ani niczego nie zabraknie! – A co Michał na to powie? – A kto go pyta?! Narozrabiał, zostawił dziecko i matce nie powiedział! Chociaż tak zmażę jego winę! Tak zamieszkały razem. Pani Natalia robiła wszystko dla wnuczki, Milena podjęła pracę, a Anię często zostawiała pod opieką babci. Przyszła pora na powrót Michała z rejsu. Milena była mocno zdenerwowana, a pani Natalia wyczekiwała syna, już wyobrażając sobie rozmowę „do tablicy”. – On nas wyrzuci! Lepiej poszukam dla nas nowego mieszkania… – niepokoiła się Milena. – Nie wyrzuci! – zapewniała babcia. – To moje mieszkanie i mogę tu trzymać, kogo chcę! W końcu postanowiła przekazać mieszkanie na Anię, ale okazało się, iż nie może tego zrobić bez zgody syna. Milena próbowała się wycofywać, chowała rzeczy do torby. Pani Natalia upierała się, by zostały. Po powrocie syna, chciała go skonfrontować z małą Anią na rękach, „ustawić do pionu” i wymusić przeprosiny wobec Mileny. Michał był jednak zaskoczony: – Mamo… Co się dzieje? Co tu za dziecko? – Ty doskonale wiesz! – Ale ja naprawdę nic nie rozumiem – odpowiedział Michał, wyprowadzeni z równowagi. Wtedy pani Natalia wszystko odsłoniła. Syn był w szoku: – To nie jest moje dziecko, mamo! Milena cię oszukała… Ona chciała tylko pieniędzy… Sprawdź, czy wszystko masz! – Bzdura! Milena to porządna dziewczyna! – Jest oszustką! – powtarzał syn. Pani Natalia postanowiła poczekać do powrotu Mileny do domu, ale ta nie pojawiła się – ani tego dnia, ani następnego. Telefon Mileny milczał, w pracy nikt jej nie znał, a w domu brakowało jej rzeczy i pieniędzy. Okazało się, iż zostawiła tylko Anię. * * * Pani Natalia była rozbita – nie mogła uwierzyć, iż została tak okrutnie oszukana. Michał zaproponował test DNA, który wykazał, iż nie jest ojcem dziecka. Zgłosili sprawę na policji, ale Milena zniknęła bez śladu. Nim trwały poszukiwania, Anię pozwolono zostawić z panią Natalią. Ta rzuciła pracę, by opiekować się dziewczynką. Pomagał syn, a po miesiącach starań udało się ustanowić opiekę prawną: Michałowi odmówiono, ale pani Natalia została formalnie opiekunką dziewczynki. Minął rok. Michał wrócił z kolejnego rejsu i przyprowadził… żonę: – Poznaj, mamo, to Sonia. Zamieszkamy razem. – A co z Anią? – zapytała z niepokojem pani Natalia. – Bardzo miło mi panią poznać! – uśmiechnęła się Sonia. – Mąż opowiedział mi całą historię. Wiem i jestem pełna podziwu. jeżeli pozwolicie, chcę być dla Ani prawdziwą mamą. Będziemy rodziną! – Zamierzam zakończyć rejsy i wspólnie z Sonią adoptować Anię! – wyznał Michał. Pani Natalia ze łzami szczęścia nakryła stół na powitanie rodziny: – Boże, jakie to szczęście! Chodźcie do stołu! Czekałam na ten moment całe życie!
Ta mama twierdzi, iż kobiety w związkach powinny być "bezużyteczne" – i to naprawdę działa
Zapowiedzi serii LEGO® Technic na 2026 rok.
List do Świętego Mikołaja – Poruszająca Opowieść o Zgubionym Marzeniu, Dziecięcej Wierze w Magię Świąt i Rodzinie, Która Postanawia Stać Się Cudem dla Małego Sashy z Ulicy Mickiewicza 97