Dzieci

Natasha już od dawna planowała ten krok – przygarnąć dziecko z domu dziecka
Gdy z mężem klepaliśmy biedę, teściowa kupiła sobie futro, nowy telewizor i żyła po królewsku – a na…
Ten quiz rozwiążą tylko kociarze z krwi i kości! Jak dobrze znasz koty?
Trzyetapowa rutyna przeciwzmarszczkowa – skuteczna pielęgnacja z linią Q10 od NIVEA każdego dnia
Konto dla dziecka w wieku 0-17 lat w promocji banku ING: 200 zł kieszonkowego czeka!
Śmierć niemowlęcia w kamienicy. Przerażające ustalenia
Zapytała, czy kochają swoje dzieci tak samo. "Ze starszym zostaję najmniej chętnie"
Andziaks nazwała syna Franco. Inne dzieci celebrytów mają jeszcze oryginalniejsze imiona
Zgodziłam się opiekować dzieckiem mojej najlepszej przyjaciółki, nie wiedząc, iż to syn mojego męża – historia zdrady, która rozbiła rodzinę i przyjaźń
Awaria ciepłownicza we Włocławku. Szkoły i przedszkola bez zajęć
Kiedy z mężem ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, teściowa kupiła sobie futro, nowy telewizor i żyła jak królowa. Ale po latach los się odwrócił! Miałam 18 lat, gdy zaszłam w ciążę. Moi rodzice mi nie pomogli, uważali, iż jestem za młoda na dziecko. Mąż właśnie został powołany do wojska. Babcie z obu stron powiedziały krótko: – Dziecko to twój problem. – Nie mam teraz ochoty zajmować się twoim dzieckiem – stwierdziła moja mama. A teściowa w ogóle nie chciała ze mną rozmawiać. Przeprowadziłam się więc do ciotki od strony taty. Wtedy miała 38 lat, nie miała własnych dzieci i poświęciła się całkowicie pracy. Nie osądzała moich rodziców: – Rozumiem ich – nie było wam łatwo, gdy się urodziłaś. Włożyli w ciebie mnóstwo wysiłku. Bywało, iż nie mieliście co jeść. Twój ojciec rozładowywał nocą wagony, żeby zarobić. – Ale teraz żyją dobrze. Tata ma wysoką pensję i dwupokojowe mieszkanie. Mama też pracuje. A ja zaraz będę miała dziecko. – Naprawdę ich to nie obchodzi? – zapytałam ciotkę. – Chcą wreszcie pomyśleć o sobie. Nie powinnaś ich oceniać. Na pewno później zmienią zdanie. Nie dostałam od nich żadnego wsparcia. Spakowałam się i zamieszkałam u ciotki. Gdy mąż wrócił z wojska, nasz syn miał półtora roku. Przez cały ten czas teściowa nie przyszła ani razu zobaczyć wnuka. Moi rodzice odwiedzili mnie tylko dwa razy. Mąż zatrudnił się jako mechanik samochodowy i chciał jeszcze skończyć szkołę, ale się nie udało. przez cały czas mieszkaliśmy u ciotki. Gdy syn poszedł do przedszkola, a ja znalazłam pracę, ciotka musiała się przeprowadzić w inną dzielnicę. Wynajęliśmy wtedy małe mieszkanie. Niedługo potem zmarła babcia męża. Teściowa sprzedała jej mieszkanie, wyremontowała swoje i kupiła sobie wszystko, czego zapragnęła. Mąż próbował ją przekonać, by nie sprzedawała mieszkania – choćby oferował, iż będzie spłacał raty i odkupi apartament, ale bez efektu. – Dlaczego mam się poświęcać? Od dawna marzyłam o remoncie. Chcecie to zrobić za mnie? – tak zareagowała na prośbę syna. Pięć lat później urodziła się nasza córka. Wiedzieliśmy, iż musimy mieć swoje własne cztery kąty. Mąż wyjechał za granicę do pracy. Ale zebranie pieniędzy na mieszkanie nie było łatwe. przez cały czas wynajmowaliśmy lokum. Moja mama tymczasem została sama w trzypokojowym mieszkaniu – tata rozwiódł się z nią dwa lata wcześniej. Ale i tak nie było w nim miejsca dla mnie i dzieci. Do teściowej też iść nie mogłam – ciągle urządzała remonty i nie śpieszyło się jej do pomocy. Mąż pracował za granicą. Po paru latach udało się kupić upragnione mieszkanie. Bez niczyjej pomocy. Dziś nasz syn kończy ósmą klasę, córka chodzi do drugiej. Dobrze już wiemy, jak smakuje każdy grosz. Oszczędzaliśmy każde pieniądze. Nasze życie się odmieniło. Mamy własne samochody, co roku jeździmy na wakacje nad morze. Jedyną osobą, której jesteśmy naprawdę wdzięczni, jest ciotka. Może zadzwonić w każdej chwili, a my pomożemy. Nasi rodzice za to mocno odczuli skutki swoich decyzji. Mama straciła pracę, ostatnio prosiła o wsparcie, ale odmówiłam. Teściowa w podobnej sytuacji – jest na emeryturze, nie chciała żyć skromnie. Wydała całą gotówkę z dawnej sprzedaży mieszkania. Mąż też jej odmówił. Poradził jej, by sprzedała wyremontowany apartament i kupiła kawalerkę. My nie jesteśmy nikomu nic winni. Nasze dzieci traktujemy zupełnie inaczej niż nasi rodzice nas. I zawsze im pomożemy. Wierzę, iż i one, gdy będziemy starzy, okażą nam wsparcie.
Nie potrzebuję go. Rezygnuję z niego.
Quiz szkolny. Ośla ławka już czeka! Większość nie ma szans choćby na 8/10
Z życia wzięte. "Biologiczna matka mojej córki pojawiła się w dniu jej urodzin": To, co powiedziała córka, mnie rozbiło
Zastrzyk gotówki dla samodzielnych rodziców. Skarbówka rozstrzyga, komu przysługuje ulga
Wakacyjny tata: Opowieść o nieoczekiwanym ojcu, zaginionej córce i nadziei, która pojawiła się w centrum handlowym
Niechciane dziecko – Jak zamierzacie nazwać córeczkę? – Starszy lekarz z profesjonalnym uśmiechem spojrzał na swoją młodą pacjentkę. – Jeszcze nie wybraliśmy imienia – wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle obok łóżka. – To poważna decyzja, Daria musi się dobrze zastanowić. – Wcale nie chcę. – Wbrew wszystkim powiedziała młoda mama. – Nie mam zamiaru jej zabierać. Złożę zrzeczenie. – Co ty wygadujesz? – Kobieta zerwała się na równe nogi i rzuciła dziewczynie gniewne spojrzenie, po czym zwróciła się do lekarza. – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, iż zabieramy dziecko do domu. – Przyjdę później, odpoczywajcie – lekarzowi zupełnie nie chciało się być świadkiem rodzinnej kłótni. Gdy tylko drzwi za lekarzem się zamknęły, matka zaczęła oskarżać dziewczynę. – Jak możesz coś takiego mówić? Co ludzie o nas pomyślą? Przecież przenieśliśmy się do tego miasta, żeby wszystko odbyło się po cichu. To dziecko MUSI zostać w naszej rodzinie. – A kto jest temu winien? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś mnie wtedy posłuchała, nic by się nie stało. Skończyłabym spokojnie liceum, zdała maturę. Więc jeżeli to dziecko jest ci potrzebne, to je sobie zabierz. Odwróciła się do ściany, pokazując, iż rozmowa zakończona. Natalia jeszcze przez chwilę próbowała przemówić jej do rozsądku, ale nagle do sali zajrzała pielęgniarka i poprosiła kobietę o wyjście — pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została sama. Cicho szlochała w poduszkę, modląc się do wszystkich świętych, by to wszystko skończyło się jak najszybciej. Nieśmiałe pukanie do drzwi zmusiło ją do wytarcia łez. Głębokim oddechem opanowała emocje: – Proszę wejść. Spodziewała się personelu lub w najgorszym razie ojca. Tymczasem do sali weszła zupełnie obca kobieta. – W czym mogę pomóc? – Kto by pomyślał, jak trudno było utrzymać maskę spokoju! – Przypadkiem usłyszałam… Lekarze rozmawiali przy mojej sali. – Kobieta była wyraźnie zawstydzona. – Tak, chcę oddać dziecko. To panią interesowało? – Widziałam twoją mamę… – To nie moja mama! – Daria gwałtownie się wtrąciła, tracąc resztki opanowania. – To tylko macocha, która myśli, iż może wszystko. Moja mama jest za granicą. – Przepraszam, nie chciałam cię urazić – kobieta nie wiedziała, gdzie spojrzeć. – Mam troje dzieci, trudno mi zrozumieć twoją decyzję. Poza tym całe dzieciństwo spędziłam w domu dziecka. Tak współczuję tej malutkiej, ona przecież niczemu nie jest winna! – Takie maleństwo gwałtownie ktoś adoptuje, tak mówią. – Wzruszyła ramionami Daria. – Nie mogę się zmusić, żeby ją choćby wziąć na ręce. A gdyby wtedy Natalia się nie wtrąciła, nie byłoby mnie teraz tutaj. – Przecież jesteś już dorosła, masz więcej niż piętnaście lat, mogłaś decydować. – To taki wstyd! – powtórzyła z pogardą za macochą Daria. – Jak my ludziom spojrzymy w oczy! – Nie rozumiem… – Opowiem pani, może wtedy pani przestanie mnie oceniać. ************************************** Ostatni rok liceum okazał się dla Darii koszmarem. Najpierw jej ukochanego Pawła zabrali do wojska, zaraz potem do klasy dołączył przybysz z Warszawy — rozpuszczony bogacz, zesłany przez ojca na prowincję za swoje „wybryki”. Uwielbiał podrywać dziewczyny, nie szukając związku, tylko kolejnego „zaliczonego”. To dlatego ojciec wysłał go z dala od stolicy. Makar kupował drogie prezenty, zabierał do klubów i restauracji. Dziewczyny jedna po drugiej mu ulegały, wierząc, iż zostaną narzeczoną „księcia”. Najbardziej nieugięta była właśnie Daria — zakochana, nikogo poza Pawłem nie potrzebowała. Wydawało jej się, iż Makar zrezygnował i zajął się innymi. Jakże się myliła! Pod koniec grudnia u koleżanki odbywały się urodziny. Był cały klasowy skład, pojawił się i Makar. Niestety, jego celem nie były życzenia dla jubilatki. W trakcie imprezy Daria wyszła odebrać telefon. Gdy wróciła, obok jej miejsca siedział Makar. Początkowo nie zwróciła uwagi, ale niedługo poczuła się źle… Rano z trudem otworzyła oczy. Obok leżał zadowolony z siebie Makar. – No widzisz, a tak udawałaś niedostępną – powiedział beztrosko. – To taki prezent ode mnie. Twój Paweł to frajer. Dotarcie do domu kosztowało Darię mnóstwo sił. Ledwo stała na nogach, kręciło jej się w głowie. Ludzie krzywo się przyglądali. Nie miała siły wyciągać kluczy, zadzwoniła domofonem. Wiedziała, iż macocha jest w domu. – Gdzie się włóczyłaś?! – Natalia była wściekła. – Nie wróciłaś na noc, nie odbierasz telefonu, a do tego w takim stanie! Ojciec by cię takim choćby nie poznał… – Zadzwoń po lekarza i policję – przerwała jej Daria. – Chcę złożyć zawiadomienie. Niech go wsadzą. Natalia wyczuła powagę sytuacji, analizując słowa i stan dziewczyny. – Kto? – Makar, kto by inny – Daria ledwo wypowiadała słowa. – Nikt inny nie miałby tyle tupetu. Dzwoń, albo sama zadzwonię. – Poczekaj… – Natalia długo milczała. Zawsze chciała coś ugrać. – I tak go wybronią. Załatwimy to inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem. Zapłaci odszkodowanie. – Oszalałaś? – Daria nie wierzyła w to, co słyszy. – Jakie odszkodowanie? Sama pójdę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – kobieta brutalnie chwyciła Darii za rękę i zaprowadziła do pokoju. Dziewczyna nie miała siły walczyć. – I tak cię oskarżą, a we wsi będą wytykać palcami. Sama to załatwię. Daria nie miała telefonu, zgubiła go lub zostawiła u koleżanki. choćby nie mogła wyjść, bo macocha zamknęła drzwi. Było jej coraz gorzej – łóżko wciągało… Kilka dni później pojechała do babci, sto kilometrów od miasteczka. Nie chciała martwić starszej kobiety, udawała więc, iż wszystko jest w porządku. Po miesiącu usłyszała straszną wiadomość – będzie miała dziecko. Natalia szalała ze szczęścia. To dziecko zapewni rodzinie bogate życie! Dziadek zapłaci sowicie, znów ochraniając synka. Tylko do piątego miesiąca nikt nie może niczego podejrzewać. Co o tym wszystkim myśli Daria? Nikogo to nie obchodziło. Gdy tylko wspomniała o aborcji, Natalia urządziła awanturę i zaczęła pilnować ją na każdym kroku. Dziadek nie był zachwycony, ale dał pieniądze i obiecał dalsze wsparcie. ***************************************** – Teraz już pani wie, przez co przeszłam. Paweł mnie rzucił, nie uwierzył w żadne tłumaczenia, koleżanki się odwróciły, musiałam się wyprowadzić, nie skończyłam liceum! – Przepraszam… Oceniałam, nie znając prawdy – kobieta była zawstydzona. – Ale dziecko nie jest niczemu winne. – Dario, musimy poważnie porozmawiać! – do sali pewnym krokiem weszła Natalia, za sobą ciągnęła męża. – Proszę nas zostawić, to sprawa rodzinna! Obca kobieta rzuciła Darii pełne współczucia spojrzenie i wyszła, cicho zamykając drzwi. – Nie pozwolę ci zniszczyć moich planów. jeżeli zostawisz tu dziecko, nie masz po co wracać do domu. I gdzie pójdziesz? Babcia zmarła, jej mieszkanie dostał twój wujek. Zostaniesz żebraczką? – Nie, zabiorę ją ze sobą. – Do sali weszła elegancka kobieta. Oczy Darii rozbłysły radością. – Mamo! Przyleciałaś! – Oczywiście, nie mogłam cię zostawić w biedzie. – Albina mocno przytuliła córkę. – Gdybyś tylko wcześniej wszystko mi powiedziała, wzięłabym cię do siebie. Myślałam, iż tu będzie ci łatwiej skończyć liceum. – Myślałam, iż mnie nie chcesz – szepnęła Daria, jeszcze dziecko mimo wszystko. – Ktoś przekonywał mnie, iż nie chcesz się ze mną widywać. Prezenty wracały nieodpakowane, nie dało się do ciebie dodzwonić. Myślałam, iż mi nie wybaczysz. Nic się nie martw — uciekniesz ze mną i o wszystkim tu zapomnisz… ******************************************* Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, licząc na dostatnie życie. Jednak gdy wpływowy dziadek się o tym dowiedział, przyjechał i zabrał wnuczkę do siebie. Makar musiał uznać dziecko, choć nie chciał. Daria jest teraz szczęśliwa. Jest z najdroższą osobą, która nigdy jej nie zawiedzie… Niechciane dziecko – Historia Darii, która po traumatycznych przeżyciach w polskiej małej miejscowości postanawia oddać swoje nowo narodzone dziecko, nie znajdując wsparcia w rodzinie ani otoczeniu, ale ostatecznie odnajduje szczęście u boku prawdziwej matki.
Okazja Cenowa (Minecraft) – 21272 Ring w Leśnym dworze
Okazja Cenowa (City) – 60337 Ekspresowy pociąg pasażerski
Z życia wzięte. "Mieszkam z mężem i córką w wynajętym mieszkaniu": A moja matka sprzedała mieszkanie za grosze
Zapisy na kolonie ruszyły. "Nie zapłacę 3 tys. złotych za tydzień kąpania się w morzu"
Wtorki, które znaczą więcej: Historia Liany, pustego plastikowego worka i wtorkowych spotkań, które trzymają razem rodziny – o poszukiwaniu prezentu, stracie i miłości, która nie zna granic czasowych ani odległości, w sercu Warszawy
Ola Kwaśniewska nie przebierała w słowach. "Mojego męża nikt o to nie pyta"
Zapytałam AI o idealny wiek na pierwsze dziecko. Liczba zaniepokoi część matek
Kiedy z mężem klepaliśmy biedę, teściowa kupowała sobie futro, nowy telewizor i żyła jak królowa. Ale po latach los zatoczył koło! Miałam 18 lat, gdy zaszłam w ciążę. Moi rodzice mnie nie wsparli — uważali, iż to za wcześnie na dziecko. Mój mąż właśnie poszedł do wojska. Babcie z obu stron powiedziały zgodnie: „Dziecko to twój problem”. Mama oznajmiła: „Nie chcę teraz zajmować się twoim dzieckiem.” Teściowa w ogóle nie chciała ze mną rozmawiać, więc zamieszkałam u cioci. Ciocia, która miała wtedy 38 lat, była bezdzietna, oddana pracy i nie oceniała moich rodziców: „Rozumiem ich, w waszym dzieciństwie nie było łatwo, często brakowało choćby jedzenia. Teraz jednak są dobrze sytuowani, mają dwupokojowe mieszkanie, tata dobrze zarabia, mama pracuje, a ty zaraz zostaniesz mamą.” Zapytałam, czy rodzicom naprawdę nie zależy. „Chcą żyć dla siebie, nie powinnaś ich osądzać. Pewnie zmienią zdanie.” Z ich strony żadnej pomocy nie dostałam. Spakowałam wszystko i zamieszkałam u cioci. Mąż wrócił z wojska, syn miał już półtora roku. Teściowa ani razu nie odwiedziła wnuka, rodzice wpadli parę razy. Mąż został mechanikiem, próbował studiować, ale nie dał rady pogodzić pracy z nauką. Wciąż mieszkaliśmy u cioci. Gdy syn poszedł do przedszkola, znalazłam pracę, a ciocia musiała się przeprowadzić, więc wynajęliśmy mieszkanie. niedługo zmarła babcia męża. Teściowa sprzedała jej mieszkanie, za wszystko zrobiła remonty i kupiła, co chciała. Mąż prosił, by nie sprzedawała, choćby proponował płacić raty i kupić potem to mieszkanie, ale bez skutku. „Czemu miałabym poświęcić swoje życie i interesy? Od zawsze chciałam zrobić remont, macie ochotę zrobić go dla mnie?” — odpaliła. Pięć lat później urodziła się nasza córka. Wiedzieliśmy, iż potrzebujemy własnego kąta. Mąż pojechał do pracy za granicę, ale zebranie pieniędzy na mieszkanie łatwe nie było. Wciąż żyłam z dziećmi w wynajmowanym lokum. Tymczasem mama została sama w trzypokojowym mieszkaniu po rozwodzie, ale nie było w nim miejsca dla mnie i dzieci. U teściowej też nie mogliśmy zamieszkać — ciągłe remonty, żadnej pomocy. Po kilku latach mąż zarobił na nasze mieszkanie. Bez czyjejkolwiek pomocy. Dziś syn kończy ósmą klasę, córka chodzi do drugiej. Znają wartość pieniądza — każdy grosz skrzętnie liczyliśmy. Teraz każdy z nas ma auto, co roku jeździmy nad Bałtyk. Jedyna osoba, której naprawdę jesteśmy wdzięczni, to ciocia. Może dzwonić i prosić nas o pomoc w każdej chwili. Rodzice po latach przeżyli trudne chwile. Mama straciła pracę, niedawno dzwoniła z prośbą o wsparcie, ale odmówiłam. Teściowa podobnie — przeszła na emeryturę, chciała przez cały czas żyć na wysokim poziomie. Wydane wszystkie pieniądze ze sprzedaży mieszkania. Mąż odmówił pomocy, doradził sprzedaż dużego apartamentu i zakup kawalerki. Nikomu nic nie jesteśmy winni. Swoje dzieci wychowujemy inaczej niż nasi rodzice. Zawsze im pomożemy. I wierzymy, iż na ich wsparcie my też będziemy mogli liczyć na starość.
Zdradził i stawia warunki: „Albo przestajesz się użalać i zapominasz, albo jutro się wyprowadzam — sama wszystko wytłumaczysz Poli”. Opowieść o rodzinie, gdzie ojciec szantażuje żonę po zdradzie, a ona dla córki próbuje uratować małżeństwo za wszelką cenę
Gdy ojciec nas opuścił, macocha wyrwała mnie z piekła domu dziecka.
Nie maluje życia samotność
Imię, które było hitem PRL-u dziś wymiera. Piękne w swojej prostocie
Wypunktowała zachowanie gości. "Jest noworodek, którego każdy chce zobaczyć i jest niemowlę"
"Żeby tu dotrzeć, przebyłam bardzo trudną drogę"
Zrujnowałam życie byłemu mężowi
A po co ci to słoiczek, kochanie? Dziecko choćby nie podniosło wzroku. — Żeby kupić tort dla dziadka… on nigdy nie miał swojego. Powiedziało to z taką dziecięcą powagą, iż mamie aż ścisnęło się gardło, zanim w pełni uświadomiła sobie, co słyszy. Na stole leżała tylko drobna suma i garść monet, które malec układał starannie jak skarby. Wzruszyło ją nie to ile pieniędzy zebrał, ale wielkie serce, które jeszcze nie znało się na cenach, ale już wiedziało czym jest wdzięczność. Za tydzień dziadek miał urodziny. Człowiek o spracowanych dłoniach, małomówny, zawsze dający i niczego nie oczekujący. Nigdy o nic nie prosił. A pewnego dnia, trochę żartem powiedział: — Nigdy nie miałem tortu tylko dla siebie… Słowa, które dla dorosłych są zwykłą anegdotą, dla dziecka stały się misją. Od tego czasu: — zbierał monety zamiast je wydawać, — nie kupował sobie słodyczy po szkole, — sprzedał dwie swoje rysunki, — a każdego wieczoru wrzucał jeszcze jedną monetę do słoiczka, który brzęczał nadzieją. Nadszedł dzień urodzin – niedziela. Na stole – zwykły tort z cukierni, krzywo wstawiona świeczka, roztrzęsione z emocji dziecko i dziadek, który rozpłakał się w tej chwili. Płakał nie przez smak, nie przez wielkość, ani nie przez cenę. Płakał, bo po raz pierwszy w życiu ktoś o nim naprawdę pomyślał z miłością tak skromną w formie, a tak bezgraniczną w środku. Bo czasem ten największy gest mieści się w najmniejszej skarbonce i czasem prawdziwa miłość przychodzi od tego, kto ma najmniej… ale czuje najwięcej.
Mam 58 lat i podjęłam decyzję, która kosztowała mnie więcej, niż większość Polaków mogłaby sobie wyobrazić: przestałam wspierać finansowo moją córkę. I nie zrobiłam tego, bo jej nie kocham… ani dlatego, iż stałam się „skąpa”. Moja córka wyszła za mąż za człowieka, który od początku nie lubił pracy. Zmieniał zajęcia co kilka miesięcy – zawsze z innym wytłumaczeniem: szef, harmonogram, zarobki, atmosfera… Zawsze coś mu nie pasowało. A ona pracowała, ale ciągle brakowało pieniędzy. I każdego miesiąca przychodził do mnie z tymi samymi słowami: czynsz, jedzenie, długi, szkoła dla dzieci. I ja… za każdym razem w końcu pomagałam. Na początku myślałam, iż to przejściowe. Że to tylko etap. Że w końcu się ogarnie, weźmie odpowiedzialność, stanie się prawdziwym mężczyzną. Ale lata mijały i nic się nie zmieniało. On siedział w domu, spał do południa, wychodził ze znajomymi, obiecywał, iż „już prawie” coś znalazł. A pieniądze, które dawałam córce, faktycznie pokrywały wydatki, które powinien ponosić on… albo, co gorsza — finansowały jego picie. Nie szukał pracy, bo wiedział, iż jakkolwiek by było, to ja „wszystko załatwię”. Córka też mu nie zwracała uwagi. Łatwiej było jej prosić o pomoc mnie, niż postawić się jemu. I tak opłacałam rachunki, które nie były moje. Nosiłam ciężar małżeństwa, które nie było moje. Dzień, w którym postanowiłam przestać, nadszedł, gdy córka poprosiła mnie o pieniądze na „nagły wypadek”… i niechcący przyznała, iż są potrzebne na spłatę długu, który jej mąż nabił, grając w bilard z kolegami. Zapytałam: — Dlaczego on nie pracuje? A ona odpowiedziała: — Nie chcę na niego naciskać. Wtedy powiedziałam jasno: Będę ją dalej wspierać emocjonalnie. Będę przy niej i wnukach. Zawsze. Ale nie dam już ani złotówki, póki trwa przy mężczyźnie, który nic nie robi i nie bierze żadnej odpowiedzialności. Córka płakała. Złościła się. Oskarżyła mnie, iż ją zostawiam. I był to jeden z najtrudniejszych momentów, jakie przeżyłam jako matka. Powiedzcie mi… Czy postąpiłam źle?
Próba porwania dziewczynki z przedszkola w Rzymie. Kobieta udawała jej nianię. To nie pierwszy taki incydent
Każdy wtorek Liana spieszyła się do metra, ściskając w dłoni pustą plastikową torbę – symbol dzisiejszego niepowodzenia: dwa stracone godziny na krążenie po warszawskich centrach handlowych i ani jednego sensownego pomysłu na prezent dla chrześnicy, córeczki przyjaciółki. Maja w wieku dziesięciu lat już przestała lubić kucyki i pasjonowała się astronomią, a znalezienie dobrego teleskopu w rozsądnym budżecie było zadaniem wręcz kosmicznym. Robiło się już ciemno, a pod ziemią czuło się specyficzne zmęczenie końca dnia. Liana, omijając tłum wychodzących, przepchnęła się do schodów ruchomych. W tej chwili jej – dotąd odłączony od miejskiego zgiełku – słuch wyłowił z tłumu dźwięków wyrazisty, emocjonalnie naładowany fragment rozmowy. — …nawet nie sądziłam, iż jeszcze go zobaczę, naprawdę! A teraz w każdy wtorek sam po nią przyjeżdża do przedszkola. Przywozi samochodem, a potem jadą razem do tamtego parku z karuzelami… Liana znieruchomiała na ruchomej schodach w dół. Zdążyła jeszcze spojrzeć przez ramię i zobaczyć dziewczynę w jaskrawoczerwonym płaszczu, o przejętej twarzy i błyszczących oczach. I przyjaciółkę, która słuchała uważnie, potakując głową. „W każdy wtorek.” Ona też kiedyś miała taki dzień. Trzy lata temu. To nie poniedziałek z ciężkim rozruchem, nie piątek z obietnicą weekendu. Tylko wtorek. Dzień, wokół którego kręcił się jej świat. Każdy wtorek, punktualnie o piątej, wypadała ze szkoły, gdzie uczyła polskiego i literatury, i niemal biegiem leciała na drugi koniec Warszawy. Do Państwowej Szkoły Muzycznej im. Karola Szymanowskiego, w starym pałacyku ze skrzypiącą podłogą. Odbierała Marka. Siedmioletniego chłopca z powagą starca i skrzypcami prawie równymi mu wzrostem. Nie swojego syna – siostrzeńca. Syna jej brata Antka, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym trzy lata temu. Przez pierwsze miesiące po pogrzebie te wtorki były rytuałem przetrwania: dla Marka, który zamknął się w sobie i niemal przestał mówić. Dla jego mamy Oli, która rozpadła się i ledwo wstawała z łóżka. I dla Liany, która próbowała sklejać rozbite życie ich trojga, stając się na ten czas kotwicą, oparciem, najstarszą w tej tragedii. Pamiętała każdy szczegół. Jak Marek wychodził z sali, nie patrząc wokół, ze spuszczoną głową. Jak brała od niego ciężki futerał, który bez słowa podawał. Jak szli do metra, a ona opowiadała o zabawnej literówce w wypracowaniu albo o kawce, która ukradła bułkę uczniowi. Pewnego listopadowego dnia zapytał niespodziewanie: „Ciociu Liana, a tata też nie lubił deszczu?” I ona, ściskana bólem i czułością, odpowiedziała: „Nie znosił. Od razu uciekał pod dach.” Wtedy wziął ją za rękę. Mocno, dorosłym gestem. Nie po to, żeby prowadziła – jakby próbował zatrzymać coś, co się wymyka. Nie jej dłoń, ale właśnie ten obraz. Ściskał jej palce z całą dziecięcą siłą tęsknoty i bolesnym zrozumieniem: tak, tata był prawdziwy. Biegał pod daszki. Nie znosił słoty. Był – nie tylko we wspomnieniach i cichych westchnieniach babci – był tu, na tej mokrej, jesiennej ulicy. Jej życie przecięło się ostrą linią „przed” i „po”. I właśnie wtorek stał się najważniejszym dniem – dniem prawdziwego, choć trudnego, życia. Pozostałe dni były tłem, oczekiwaniem. Przygotowywała się – kupowała sok jabłkowy, który Marek lubił, ładowała na telefon śmieszne animacje, gdyby podróż metrem dłużyła się nie do zniesienia, wymyślała tematy do rozmów. A potem… Ola powoli doszła do siebie. Znalazła pracę. Potem nowego partnera, a wreszcie – nowy początek gdzieś daleko, z dala od wspomnień. Liana pomogła im się spakować, spakowała Markowi skrzypce w miękki pokrowiec, mocno go wyściskała na dworcu. „Pisz, dzwoń – mówiła, tłumiąc łzy – zawsze jestem”. Na początku dzwonił w każdy wtorek, dokładnie o szóstej. Przez kilka minut znów była ciocią Lianą, którą trzeba było zdążyć o wszystko wypytać podczas krótkiej rozmowy: o szkołę, o skrzypce, o nowych kolegów. Jego głos w słuchawce był cienką nicią przez kilkaset kilometrów. Później – raz na dwa tygodnie. Rósł, miał coraz więcej zajęć, zadania domowe, gry z kolegami. „Ciociu, przepraszam, w zeszły wtorek zapomniałem, mieliśmy sprawdzian” – pisał w wiadomości, a ona odpisywała: „Nic się nie stało, kochanie. Jak poszedł sprawdzian?” Jej wtorki były już nie rozmową, a czekaniem na wiadomość, która mogła nie nadejść. Nie obrażała się – wtedy pisała pierwsza. Potem – tylko w święta. Urodziny, Boże Narodzenie. Głos miał już pewniejszy. Zamiast o sobie mówił ogólnikami: „Dobrze”, „W porządku”, „Uczymy się”. Jego ojczym, pan Sergiusz, okazał się spokojnym człowiekiem, który nie próbował zastąpić taty, po prostu był obok. I to było najważniejsze. Niedawno urodziła się siostrzyczka – Ala. Na zdjęciu w mediach społecznościowych Marek trzymał drobny zawiniątek z nieudolną, ale rozczulającą troską. Życie, bezlitosne i hojnie rozdające, szło do przodu. Budowało nowe – łagodziło rany codziennością, opieką nad noworodkiem, szkolnymi sprawami, snuciem planów. Dla Liany pozostało schludne, ale coraz węższe miejsce „cioci z przeszłości”. Teraz, w dudnieniu metra, te przypadkowe słowa – „każdy wtorek” – nie zabrzmiały już jak wyrzut, ale jak ciche echo. Jak pozdrowienie od tej Liany, która przeżyła trzy lata z ciężarem i czułością w sercu, z otwartą raną i darem ogromnej miłości. Znała wtedy swoje miejsce w świecie: być podporą, drogowskazem, ważnym elementem wtorkowego rytuału małego człowieka. Była potrzebna. Pani w czerwonym płaszczu miała swoją historię, własny trudny kompromis między przeszłością a teraźniejszością. Ale ten rytm – „każdy wtorek” – to uniwersalny język obecności, który znaczy: „Jestem tu. Możesz na mnie liczyć. Jesteś dla mnie istotny w tym konkretnym dniu, o tej konkretnej godzinie”. To był język, którym Liana kiedyś władała biegle, a teraz niemal już zapomniała. Pociąg ruszył. Liana wyprostowała się, patrząc na swoje odbicie w ciemnym szybie tunelu. Wysiadła na swojej stacji, już wiedząc, iż jutro zamówi przez internet dwa takie same teleskopy – niedrogie, ale dobre. Jeden dla Mai. Drugi dla Marka, z dostawą pod ich nowy adres. Gdy tylko dojdzie przesyłka, napisze do niego: „Markuś, ten teleskop jest po to, żebyśmy mogli patrzeć na to samo niebo, choćby z różnych miast. Co ty na to, żeby w następny wtorek o szóstej wieczorem, jeżeli będzie pogodne niebo, wspólnie poszukać Wielkiej Niedźwiedzicy? Zegar nastawiony? Ściskam, ciocia Liana”. Weszła na górę, do wieczornego miasta. Powietrze było zimne i rześkie. Najbliższy wtorek nie był już pusty. Znów został wyznaczony – nie jako obowiązek, ale jako dobra, cicha umowa między dwojgiem ludzi związanych pamięcią, wdzięcznością i cichą, nierozerwalną nicią rodzinności. Życie toczyło się dalej. A w jej kalendarzu wciąż mogły się znaleźć dni, których nie trzeba tylko przeżywać – można je wyznaczać. Wyznaczać na ciche, zsynchronizowane patrzenie w niebo przez setki kilometrów. Dla wspomnienia, które już nie boli, ale ogrzewa. Dla miłości, która nauczyła się mówić językiem oddalenia i stała się przez to cichsza, mądrzejsza, trwalsza.
Oddałem dzieciom jej nazwisko, a teraz muszę je utrzymywać, podczas gdy ona żyje szczęśliwie z ich biologicznym ojcem. Opowiem Wam, jak z „fajnego gościa” stałem się oficjalnym bankomatem dla dwójki dzieci, które odzywają się tylko, gdy potrzebują pieniędzy na kino, ale ignorują mnie w święta. Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Poznałem Martę – cudowną kobietę, rozwódkę z dwójką dzieci w wieku 8 i 10 lat. Zakochałem się po uszy. Byłem kompletnie zaślepiony. Ona ciągle powtarzała: „Dzieci tak bardzo cię kochają!” A ja, jak prawdziwy naiwniak, wierzyłem jej. Oczywiście, iż mnie lubiły – co weekend zabierałem je do parku rozrywki. Pewnego dnia, w takich rozmowach, gdzie ludzie wypowiadają życiowe głupoty, Marta mówi: — Tak mi smutno, iż dzieci nie mają nazwiska ojca. On nigdy ich oficjalnie nie uznał. I ja, w swoim „najlepszym” życiowym momencie (tak, ten sarkazm), odpowiadam: — Mogę je adoptować. I tak są dla mnie jak własne. Znacie ten filmowy moment, kiedy czas się zatrzymuje i głos z offu mówi: „Właśnie wtedy powinieneś wiedzieć, iż to źle się skończy”? U mnie takiego głosu nie było. Szkoda, bo powinien. Marta rozpłakała się ze szczęścia. Dzieci mnie uściskały. Czułem się bohaterem. Głupim bohaterem, ale jednak. Przeszliśmy przez wszystko – adwokatów, notariuszy, sąd. Dzieci oficjalnie stały się Sebastianem Nowakiem i Kamilą Nowak – z MOIM nazwiskiem. Byłem szczęśliwy. Marta była szczęśliwa. Zrobiliśmy choćby małą „domową ceremonię” z tortem. Sześć miesięcy później. SZEŚĆ. Marta mówi: — Musimy pogadać… Nie wiem jak ci to powiedzieć, ale… Michał wrócił. — Jaki Michał? — pytam, choć już wiedziałem. — Biologiczny ojciec dzieci. Zmienił się. Wydoroślał. Chce odzyskać rodzinę. Zaniemówiłem. Dosłownie. — I co zamierzasz? — Dam mu szansę. Dla dzieci, rozumiesz? Oczywiście, iż zrozumiałem. Zrozumiałem tak wyraźnie, jakby ktoś wskazał mi drzwi z neonowym napisem „WYJŚCIE”. — Marta, JA JE ADOPTOWAŁEM. To prawnie moje dzieci. — Tak, tak… to się później załatwi. Teraz najważniejsze, żeby dzieci miały ojca. „Później się załatwi.” Jakby chodziło o rachunek za prąd. Poszedłem do mojego prawnika. Człowiek o mało co się nie udławił kawą. — Podpisałeś pełną adopcję? — Tak. — To jesteś ojcem. Ze wszystkimi obowiązkami – alimenty, szkoła, zdrowie. Wszystko. — Ale nie jestem już z ich matką… — To nie ma znaczenia. Jesteś tatą. Tak działa prawo. I tak oto – płacę alimenty Marcie, która sobie szczęśliwie żyje z Michałem w MOIM mieszkaniu. Bo „dzieci muszą mieć stabilizację i nie powinno się ich przeprowadzać”. MOJE mieszkanie. Opłacone przeze mnie. Ale musiałem się wyprowadzić, bo „to zbyt traumatyczne dla dzieci”. Najbardziej absurdalne? Michał – ojciec-widmo, który latami nie dawał grosza – dziś zabiera ich na mecze, do parku, jest bohaterem rodziny. A ja? Co miesiąc dostaję maila od adwokata: „Przysięgłe alimenty: X zł” Ze smutną emotką. To nie pomaga. W zeszłym miesiącu Sebastian napisał: — Hej, możesz przelać jeszcze trochę kasy? Chciałbym nowe adidasy. — A Michał nie może ci ich kupić? — Powiedział, iż ty jesteś moim prawnym tatą. On jest tylko „tatą z serca”. Tata z serca. Jak wygodnie. A ja jestem tata od przelewów. Adopcji praktycznie nie da się cofnąć. Sąd będzie mnie widział jako drania, który chce „zrzec się dzieci”. Koledzy już choćby mi nie współczują. — Stary, w którym momencie uznałeś, iż to był dobry pomysł? — Byłem zakochany. — Miłość nie może całkiem wyłączyć mózgu. W punkt. Dziś, kiedy widzę parę z cudzymi dziećmi, mam ochotę wrzeszczeć: „NIE PODPISUJCIE NICZEGO! Możecie być kumplem, chłopakiem, kimkolwiek – ale NIE PODPISUJCIE!” Mama tylko: „Miłość zrobiła z ciebie głupka.” I przytuliła tak, iż jeszcze bardziej bolało. Wczoraj znów: „Niespodziewany wydatek: wyprawka szkolna – XXX zł” Niespodziewany. Jakby szkoła się nie powtarzała co wrzesień. A Marta wrzuca zdjęcia „szczęśliwej rodzinki”. Dzieci – z MOIM nazwiskiem – przy facetcie, który je zostawił. Wisienka na torcie? Kamila (10 lat, tak, ma Instagrama…) napisała w bio: „Córka Marty i Michała ❤️” Moje nazwisko? Nigdzie. Jestem anonimowym sponsorem ich życia. Oto jestem – sam, z 2 tysiącami złotych mniej miesięcznie, z dwojgiem „dzieci”, które piszą tylko po kasę, i z pełną świadomością, iż z miłości zrobiłem najgłupszą rzecz w życiu. Jedyny plus? Jak ktoś mnie zapyta, czy mam dzieci, mogę odpowiedzieć „tak” i opowiedzieć tę historię przy kolacji. Wszyscy się śmieją. Ja – tylko w środku płaczę. A Wy? Podpisaliście kiedyś coś „z miłości”, za co potem musieliście słono zapłacić… czy tylko ja jestem geniuszem, który podarował nazwisko i numer konta w jednej paczce?
ZAKAZANA MIŁOŚĆ
Zimowe warsztaty w Bibliotece: Ruch, zabawa i kultura Japonii!
Główna Rola w Życiu
Baterie alkaliczne – wydajność i trwałość
Samotność – Wędrówka przez Zawirowania Życia
Zdradzających nie wpuszczam z powrotem!
Rodzicielska miłość. Ela z ulgą, choć zmęczona, sadza dzieci do taksówki – Milenka ma cztery lata, Dawidek półtora. Cudownie spędzili czas u dziadków: z ciastkami, przytuleniami, bajkami i „troszkę większymi niż w domu” radościami. Ela także naprawdę cieszyła się z tej wizyty. Rodzice, siostry, siostrzeńcy – rodzinny dom przyjmował ją bezwarunkowo. Mama gotowała tak, iż nie sposób było odmówić. Choinka świeciła lampkami i wzruszająco starymi ozdobami. Tosty taty – może trochę przydługie, ale zawsze prosto z serca. Mamine prezenty – troskliwe, potrzebne, podarowane z miłością. Przez chwilę Ela poczuła się znowu dzieckiem. Chciało się po prostu powiedzieć: „Mamusiu, tatusiu, dziękuję, iż jesteście!”. Ela z dziećmi wsiadła do taksówki. Droga była spokojna, dzieci gwałtownie zasnęły – szczęśliwe, syte, wtulone w siebie na tylnym siedzeniu. W drodze do domu Ela poprosiła o postój przy małym sklepie przy ulicy. – Dosłownie na minutkę. Muszę kupić pampersy i wodę – powiedziała kierowcy. Pięć minut później wyszła, wróciła do samochodu… i zamarła z przerażenia. Dzieci nie było! Kierowca rozmawiał beztrosko z nieznajomą kobietą na przednim siedzeniu. – Przepraszam, nie rozumiem… – wydobyło się z ust Eli. Kobieta gwałtownie się odwróciła: – A to kto?! Co to za babka?! Kierowca wzruszył ramionami: – Nie wiem! – zwracając się do Eli, zapytał: – A pani to kto? Czego pani tu chce? – Czy wyście powariowali?! Gdzie są moje dzieci?! – Ty podły typie! – wrzasnęła kobieta – Masz jeszcze dzieci?! – i zaczęła okładać go torebką. – Kogo ty wpuszczasz do samochodu?! – już Ela krzyczała. – Pytam: gdzie są moje dzieci?! Przez trzy, może pięć minut, w kabinie trwał prawdziwy chaos: krzyki, pretensje, machanie rękami, wszechogarniająca niesprawiedliwość. Wtem otwiera się drzwi… Pochyla się jakiś mężczyzna, spokojnie mówi: – Proszę pani, to nie jest pani samochód. Ja stanąłem kawałek dalej. Świat stanął w miejscu. Ela bez słowa, wściekle zatrzasnęła drzwi, wybiegła i pobiegła do niemal identycznej jasnej taksówki stojącej z przodu. Otworzyła drzwi. Na tylnym siedzeniu spokojnie spały jej dzieci. Dwa małe aniołki choćby się nie poruszyły. Ela odetchnęła głęboko, jakby wróciła znad przepaści. Usiadła, zamknęła drzwi i burknęła: – Jedziemy… I wtedy ogarnął ją śmiech. Prawdziwy, nerwowy, wyzwalający. Kierowca też zaczął się śmiać, ocierając łzy z oczu – najwyraźniej ciesząc się, iż wszystko skończyło się tylko zabawną historią, a nie tragedią. Ela spojrzała na śpiące dzieci i nagle zrozumiała prostą prawdę: rodzice na co dzień bywają łagodni, zmęczeni, roześmiani, czasem rozkojarzeni. Ale gdy tylko pojawia się zagrożenie – budzi się w nich lew! Bez zastanowienia i bez strachu. Tylko jedno uczucie – chronić! Tak wygląda prawdziwa miłość. Cicha, póki wszystko jest dobrze, i niezniszczalna, kiedy w grę wchodzą dzieci.
Jak ubierać dziecko w taką pogodę? Już nie chodzi choćby o "cebulkę"
Dziecięcy punkt widzenia 27.02-17.04.2026 Warszawa
Wtorki, które łączą serca – Opowieść o pamięci, utracie i sile rodzinnych rytuałów w codzienności warszawskiego metra
„Jesteś sama, oddaj dom siostrze, jej teraz jest ciężej” — powiedziała mama. „Tobie jest łatwiej, a siostra ma wielodzietną rodzinę, musisz to zrozumieć.” — „Dlaczego jesteś taka naburmuszona?” Siostra usiadła przy mnie na kanapie z sokiem w ręku. Wokół stołu dzieci hałasowały, jej mąż opowiadał coś teściowej, machał widelcem z kawałkiem tortu. — „Wszystko w porządku” — odwróciłam wzrok. — „Po prostu jestem zmęczona. W pracy miałam dziś koszmarny dzień.” Uśmiechnęła się i odgarnęła kosmyk włosów. — „Od kilku dni chcę z tobą porozmawiać. O domu po tacie.” — „Słucham cię.” Przysunęła się bliżej i ściszyła głos. — „Pomyśleliśmy… Po co wam z mężem ten dom? Jesteście we dwoje, macie własne mieszkanie. A my z trójką dzieci w wynajętym M2. Gdybyśmy się tam przeprowadzili — świeże powietrze, ogród, miejsce dla wszystkich.” Milczałam, patrząc na siostrzenicę zdmuchującą świeczki na torcie. Sześciolatka. Najstarsza z trojga. — „Tak naprawdę wam ten dom niepotrzebny” — ciągnęła. — „Tylko koszty. Dach przecieka, płot się wali, remont bez końca.” „A wy z czego to zrobicie?” — pomyślałam, ale nie powiedziałam głośno. — „Mama też uważa, iż to rozsądne” — dodała. — „Nie chodzi o prezent, po prostu zrzeknij się swojej części. Później się dogadamy.” Kiwnęłam głową, choć coś się we mnie ścisnęło. W drodze do domu mąż prowadził bez słowa. — „I co?” — „Chcą, żebym zrzekła się części domu.” — „Zrzekła, czyli oddała?” — „Tak. Twierdzą, iż im bardziej potrzebny. A my już wszystko mamy.” — „Wszystko?” — uśmiechnął się gorzko. — „Nasza kawalerka na kredyt?” Następnego dnia zadzwoniła mama. — „Przemyślałaś?” — „Nie mam nad czym. Dom jest w połowie mój.” — „Ciągle mówisz o prawach” — odpowiedziała. — „A o rodzinie? Oni mają troje dzieci. Ty jesteś sama.” — „Nasze mieszkanie jest na kredyt. Będziemy je spłacać jeszcze dziesięć lat.” — „A oni choćby tego nie mają.” — „To ja opiekowałam się tatą pod koniec. Woziłam go do lekarzy. Kupowałam leki. Siostra była dwa razy.” — „Jesteś starsza. Musisz zrozumieć. Jesteś wolna.” Wolna. To słowo zabolało. Wieczorem siedziałam w kuchni z filiżanką herbaty. — „I ona też nalega?” — zapytał mąż. — „Tak.” Następnego dnia spotkałam się z przyjaciółką. — „Kiedy siostra ostatni raz ci pomogła?” — spytała. Nie znałam odpowiedzi. — „Wiedzą, ile wydaliście na in vitro?” — „Nie.” — „Prawie milion. I żadnej ciąży. A oni dalej uważają, iż masz lekko.” Postanowiłam pojechać do domu. Pojechałam sama. Opuszczone podwórko. Skrzypiąca brama. Zapach kurzu i wspomnień. Znalazłam zeszyt z jego pismem — notatki o remoncie. Plany, których nie zdążył zrealizować. Jabłoń, którą sadziliśmy razem, gdy byłam dzieckiem. Ten dom nie był tylko majątkiem. To była pamięć. Kiedy przyszła mama i powiedziała: — „Nie masz rodziny, tobie jest lżej…” Nie przełknęłam tej myśli. — „Trzy razy in vitro. Trzy.” I po raz pierwszy powiedziałam: — „Dom jest mój. I nie oddam go.” Zapadła cisza. Ale już nie była straszna. Była wyzwolenie. W tym roku wiosna przyszła wcześnie. Sąsiadka powiedziała: — „On czekał tylko na ciebie.” Siedziałam na werandzie z herbatą, w jego swetrze, z jabłonką przed sobą. To był mój dom. Nie dlatego, iż się poddałam. Tylko dlatego, iż miałam prawo.
Pamiętasz wiersze Brzechwy? Rozwiąż quiz wiedzy i zgarnij komplet!
ZMIANA NAWYKÓW – MIŁOŚĆ PO LATACH