Dzieci

Gąsienica w podróży: magiczny spektakl dla dzieci w Wawerskim Centrum Kultury
Gdy mój ojciec nas zdradził, macocha wyciągnęła mnie z piekła domu dziecka. Będę wdzięczny losowi do końca życia za drugą mamę, która uratowała moje złamane serce
Viralowe perfumy arabskie z Rossmanna weszły na promkę. "Jedne z najbardziej trwałych"
5-latka rządzi łóżkiem rodziców. Mama śpi więc z córką, zamiast z mężem
Sprzeczka na placu zabaw zakończyła się kłótnią matek. "Była niezadowolona, iż nazwałam ją kłamczuchą"
Tato, pamiętasz Nadzieję Aleksandrownę Martynenko? Dziś już późno, ale jutro przyjedź do mnie. Poznam cię ze swoim młodszym bratem i twoim synem. To wszystko. Do zobaczenia! Chłopiec spał pod drzwiami nauczycielki – Irina nie przeszła obojętnie. Tak zaczęła się historia, która odkryła rodzinne tajemnice, nieoczekiwane pokrewieństwo i drugą szansę na prawdziwy dom dla zapomnianego chłopca.
Opowiadam, dlaczego nie chcę zostawiać moich dzieci pod opieką ich babć Mam 31 lat i wychowuję dwie córki – 3-latkę i roczną, nie pracuję, jestem mamą na pełen etat – to była moja w pełni świadoma decyzja! Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, naiwnie założyłam, iż „babcie pomogą na początku”. Jednak okazało się, iż zamiast wsparcia miałam więcej przeszkód, więc musiałam radzić sobie sama ze wszystkim. Pozwólcie, iż opowiem wam więcej na ten temat: Po narodzinach mojej córki, a już szczególnie po wyjściu ze szpitala, czułam się zupełnie bezradna – nie miałam pojęcia, od czego zacząć opiekę nad dzieckiem. To, co dziś wydaje mi się proste, trzy lata temu powodowało tylko zamieszanie w domu. Oczywiście instrukcji “w głowie” nie miałam napisanych, jak pielęgnować niemowlę))))) Nie wiem dlaczego, ale liczyłam, iż starsze pokolenie z doświadczeniem będzie wiedziało na pewno jak przewijać, kąpać, karmić, obcinać paznokcie i jak leczyć. gwałtownie jednak okazało się, iż każde z nich ma zupełnie inne zdanie choćby w kwestii kąpieli))))) Oczywiście nauczyłam się z czasem przewijać i robić wszystko inne z wprawą. Mam ogromny szacunek i wdzięczność do mojej mamy i teściowej, ale kilka rzeczy wciąż mnie rozbawia: Babcia 1 (teściowa): – Nad wodą trzeba odmówić modlitwę i tylko taką można podać dziecku do picia. – Po pół roku kupiliśmy filtr. – Trzeba kupować szare mydło – tylko takim się myje dziecko. A najlepiej używać go także na podrażnienia. – Źle wychowujesz dzieci – dlatego chorują (nie wiem, dlaczego). – jeżeli dziecko nie przestaje płakać, zanieś je do znachorki – ona pomoże. Babcia 2 (moja mama): – Płacz – nic wielkiego, samo przejdzie. Gorączka? Daj tabletkę i też przejdzie. – Kupujecie dzieciom za dużo zabawek, trzeba być bardziej powściągliwym. – Przychodzę w sobotę o 13:00 posiedzieć z wnuczkami, ale o 16:00 muszę być już w kinie i tak co tydzień. – Słodycze i słone można dawać już półrocznemu maluchowi, jeżeli tylko dziecko chce, niech próbuje wszystkiego. Kocham moją mamę, ale teraz mam dużo pytań odnośnie tego, jak nas wychowała! Jak nas karmiła i leczyła, albo raczej – nie leczyła wcale. Często zostawiano nas u babci i całymi dniami jadłyśmy tylko makaron, a w domu zawsze było tłusto na talerzach. Kilka razy ignorowano mój kaszel, a skończyło się to krztuścem. Teraz już rozumiem, skąd się wzięły moje problemy z trzustką i dlaczego wątroba była tak przeciążona. Podsumowując – bardzo dobrze dogaduję się z naszymi babciami, ale nie wyobrażam sobie powierzyć im dzieci na kilka dni. Pod moim nadzorem – jak najbardziej. Nie jestem paranoiczką, ale po prostu się boję.
Chodzę do szkoły wnuków każdego dnia
AI wybrała imiona dla dziecka urodzonego w lutym 2026. Pasują do pory roku
Nie pozwala córce spotykać się z koleżanką. "Intuicja mi mówi, iż nic dobrego z tego nie wyniknie"
Szczęśliwy Przypadek… Dorastałem w niepełnej rodzinie – bez ojca. Wychowywały mnie mama i babcia. Potrzebę obecności ojca zacząłem odczuwać już w przedszkolu… A w podstawówce! Strasznie zazdrościłem rówieśnikom, którzy dumnie chodzili z wysokimi, męskimi ojcami, bawili się, jeździli na rowerach, samochodach. Najbardziej bolało mnie, gdy któryś z ojców całował swoją córkę lub synka, brał na ręce, a oni śmiali się, śmiali… Boże, patrząc na to, myślałem: „Jakie to musi być szczęście!..” Swojego ojca też widziałem… Jednak tylko na jednej, jedynej fotografii, gdzie tak samo jak inni ojcowie uśmiechał się… Ale nie do mnie!.. Mama mówiła, iż on jest polarnikiem. Mieszka daleko na północy, tak daleko, iż nie może przyjechać. Wyjechał tam, pracuje, ale prezenty na urodziny przysyła regularnie. W trzeciej klasie z gorzkim rozczarowaniem zrozumiałem, iż żadnego ojca-polarnika nie mam… I nigdy nie miałem! Przypadkowo usłyszałem, jak mama mówiła babci, iż nie ma już sił okłamywać dziecko i dawać prezenty od ojca, który w rzeczywistości nas porzucił. Choć żyje dostatnio, nigdy nie zadzwonił do swojego synka, nie złożył życzeń ani na urodziny, ani na Nowy Rok. „Artek tak uwielbia te święta!.. To jedyne dni, gdy czuje jakiekolwiek wsparcie, choćby dalekiego, wyimaginowanego, ale swojego ojca.” Wtedy przed urodzinami powiedziałem mamie i babci, żeby nie dawali mi żadnych prezentów na moje ulubione święta „od taty”, którego nie ma. „Upieczcie po prostu mój ukochany tort ptasie mleczko i tyle.” Żyliśmy skromnie z dwóch niewielkich pensji – mamy i babci. Dlatego jako student dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach. Kiedyś sąsiad Sławek zaproponował mi zastępstwo w roli Świętego Mikołaja w przedszkolach i domach rodzinnych przed świętami. Przedszkola od razu odrzuciłem – zbyt trudne, przedstawienia, duet ze Śnieżynką… Ale na pojedyncze wyjazdy do mieszkań zgodziłem się. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami i zagadkami oraz adresami. Repertuar był prosty, gwałtownie zapamiętałem – to nie egzamin z mechaniki. Największą przeszkodą była trema. Pierwszy „występ” okazał się niespodziewanie udany. Kiedy po odwiedzinach u dzieci wróciłem zmęczony i policzyłem zarobek, omal nie zatańczyłem z radości. Przez pół roku weekendowej pracy jako tragarz nie uzbierałem takiej sumy. Od tego czasu zacząłem zimą „mikołajować” co roku, a latem dorabiać w studenckiej brygadzie budowlanej. Podczas studiów sprawy sercowe jakoś się nie układały – nie miałem czasu. Sami rozumiecie: nauka, przypadkowe prace. Dziewczyny były, ale do ślubu nigdy nie doszło. „Skończę studia, zdobędę dobrą pracę, normalną pensję, urządzę mieszkanie… Wtedy pomyślę o rodzinie” – marzyłem. Po ukończeniu politechniki, będąc już inżynierem, choć na razie na niskim stanowisku, postanowiłem kupić używane auto. Mieliśmy już średni dochód, ale na samochód wciąż brakowało, a bardzo chciałem mieć własne cztery kółka. Znowu zdecydowałem dorobić jako Mikołaj. Mama wyjęła z szafy mój strój, zdjęła foliowy pokrowiec i go odświeżyła. Doszyła mnóstwo cekinów – i strój błyszczał. Ułożona biała broda bardzo mi się spodobała – znakomicie zasłaniała twarz. Przykleiłem gęste brwi, obejrzałem się w lustrze – byłem zadowolony. Mama westchnęła: – Artek, czas, żebyś już miał własne dzieci, zamiast bawić cudze. – Zdążę – machnąłem ręką. – No, to życz mi szczęścia, mamo! – pocałowałem ją w policzek i ruszyłem do pracy. Na tydzień przed Nowym Rokiem dałem ogłoszenie do lokalnej gazety i dostałem piętnaście zgłoszeń. Po wykonaniu wizyt w sześciu domach wykreśliłem kolejny adres: „ul. Ogrodowa 6, m. 19”. Wysiadłem z tramwaju i ruszyłem w stronę domu. Ogrodowa – niemal obrzeża miasta, słabo oświetlona. Ale gwałtownie znalazłem numer 6. Wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem. Drzwi otworzył chłopiec, około pięciu-sześciu lat. – Na polanie, przy lesie mieszkam w leśnej chatce… – zacząłem tradycyjnie. Ale chłopiec przerwał: – My nie zapraszaliśmy Mikołaja! – A ja do grzecznych dzieci przychodzę sam! – gwałtownie się wybroniłem, choć byłem trochę zdezorientowany. – A mama, tata są w domu? – Nie, a mama poszła do sąsiedniego domu do babci Toni zrobić zastrzyk. Zaraz wróci. – A jak masz na imię? – Artek. „Ho, mój imiennik”, – zdziwiłem się. Ale powstrzymałem się. Nie powiem mu przecież, iż też jestem Artek. Przecież jestem Mikołajem! – Artek, gdzie jest wasza choinka? – W moim pokoju. Wziął mnie za rękę i zaprowadził do pokoju. Jak cała niewielka kawalerka była bardzo skromnie urządzona. Na stoliku zamiast choinki stała gałązka świerkowa w 3-litrowym słoiku, ozdobiona malutkimi zabawkami i kolorową lampką. Na stoliku stały dwa zdjęcia w identycznych ramkach – mężczyzny i kobiety. Przyjrzałem się uważniej i… Zamarłem ze zdziwienia… Ze zdjęcia patrzył na mnie… ja sam! „To niemożliwe!” Spojrzałem dokładniej. Tak, to ja – studenckie zdjęcie w kurtce. A obok – dziewczyna – Lena Gornowska. Poznaliśmy się kiedyś latem na studenckiej budowie. Tylko jej fotografia była współczesna. Patrzyła na mnie miłymi, ale smutnymi oczami piękna kobieta, bardzo podobna do tej wesołej młodej Leny. – Kto to? – zapytałem, nie poznając własnego głosu. – To mama. – Twoja?.. – Moja. – Ma na imię… Lena? – wyrwało mi się. – O, naprawdę! Zgadł pan! Czyli pan jest prawdziwym Mikołajem? Myślałem, iż nie istnieją! – A to kto? – wskazałem na własne zdjęcie, już domyślając się, iż Artek to mój syn. – To mój tata! Prawdziwy polarnik! Wie pan, mieszka i pracuje na wielkiej krze! Mama mówiła, iż wyjechał dawno, kiedy byłem bardzo mały. Dlatego go nigdy nie widziałem… i choćby nie pamiętam. Ale tata zawsze wysyła mi prezent na urodziny i na Nowy Rok. Teraz też rano znajdę pod poduszką jego podarunek. Mikołaj lubi tam je chować. Byłem w szoku, gdy przypomniałem sobie własne dzieciństwo i „tatę-polarnika”. Naprawdę wszystkie mamy nazywają niewiernych ojców polarnikami i wysyłają na Północ? I ja stałem się takim „polarnikiem”. Poczułem się okropnie, jakby los trafił prosto w serce. W jednej chwili przypomniałem sobie naszą burzliwą, ale krótką znajomość z Leną… Na koniec wymieniliśmy się telefonami. Po powrocie do domu jednak nie zadzwoniłem, a kilka dni później ukradziono mi telefon. Często o niej myślałem, ale studia, spotkania, inne znajomości – to wszystko odsunęło ją na dalszy plan. A ona, okazało się, mieszka w tym samym mieście. I nie tylko mnie nie zapomniała, ale sama wychowuje naszego syna i ustawiła moje zdjęcie obok swojego. Chciałem już wyznać Artkowi, iż jestem jego ojcem, gdy nagle weszła Lena: – Syneczku, przepraszam, iż się spóźniłam. Babcia Toni musiała jechać karetką do szpitala. Widząc mnie, zawołała ze zdziwieniem: – Ojej, ale my nie zamawialiśmy Mikołaja! Łzy szczęścia napłynęły mi do oczu. Zrzuciłem czapkę z brodą i gęste brwi… – Artek?! – Lena była w szoku. Usiadła na stołku w przedpokoju i rozpłakała się tak głośno, iż choćby mały Artek się przestraszył. Ale na widok syna Lena gwałtownie się opanowała. Powiedziałem Artkowi, iż przyleciałem z Północy i zostałem Mikołajem, żeby zrobić niespodziankę jemu i mamie. Artek był zachwycony. Śmiał się, mówił wierszyki, trzymał nas za ręce, jakby bał się, iż znowu odlecę daleko. O prezencie zapomniał – wiedział, iż Mikołaj schowa go pod poduszkę. Artek zasnął, a my z Leną rozmawialiśmy do rana, jakby nie było tych długich lat rozstania. Rano pobiegłem po jeszcze jeden prezent – dopiero wtedy zauważyłem, iż pomyliłem adres. Poszedłem do numeru 6A zamiast 6. W nocy nie zauważyłem literki „A” i wszedłem do niewłaściwego domu. A tak naprawdę – do adekwatnego, najważniejszego dla mnie domu!!! „Co za szczęśliwy, przełomowy przypadek”, myślałem, uśmiechając się. Dziś jesteśmy we trójkę! Jesteśmy bardzo szczęśliwi! A mama i babcia nie mogą nacieszyć się wnukiem i prawnukiem – Artkiem Artkiewiczem!
"Dzieci dostają rzeczy zamiast uwagi". Smutne polskie realia wychowywania dzieci
Wszyscy czujemy zimowe przesilenie. Mamy podzieliły się sztuczkami na swoją motywację
Wyczekiwane szczęście: po dwunastu latach bezskutecznych prób zostania matką, Victoria odnajduje swojego synka w domu dziecka, a potem doświadcza cudu narodzin córki, budując pełnię rodzinnego szczęścia razem z mężem Michałem
PREZENT ŚWIĄTECZNY – No opowiadaj, synku, jak tam u ciebie, jak minął dzień? Tata, pan Marek, który właśnie wrócił z pracy, usiadł na kanapie, posadził obok siebie pięcioletniego Antosia i przegłaskał mu delikatne, jasne włosy. Podczas gdy mama Ania szykowała kolację, ojciec rozmawiał ze swoim ukochanym, jedynym synem. W mieszkaniu panowała ciepła, rodzinna atmosfera, a na honorowym miejscu w salonie, między mruczącym telewizorem a regałem, migotała kolorowymi światełkami niewielka, ale bardzo elegancka choinka. Do Sylwestra zostawała dokładnie jedna doba. – U mnie wszystko okej! – oznajmił dziedzic. – Ale mój kolega Kuba ma źle. – Co się stało z Kubą? – zainteresował się Marek. – To ten Kuba z klatki obok, prawda? – Tak, – potwierdził Antoś. – On dziś nie dostał prezentu na przedszkolnej akademii świątecznej, – wtrąciła z kuchni Ania, otulona zapachem pieczonego kurczaka. – Biedny chłopiec… No, panowie, myjcie ręce i do stołu, kolacja gotowa! – Jak to nie dostał? – zdziwił się Marek, podnosząc się z kanapy. – Wszyscy coś dostali, a właśnie Kuba nie? Coś tu się nie zgadza. – Tak, wszyscy dostali, a Kuba nie, – potwierdził Antoś, zsiadając z kanapy za ojcem. – Śnieżynka i Mikołaj rozdawali prezenty, a właśnie jemu nie dali. A on tak czekał. – Co to za Śnieżynka z Mikołajem, iż dziecko skrzywdzili? – aż się zdenerwował Marek, dosuwając krzesło do stołu. – To nie ich wina, – wzruszyła ramionami Ania. – Chyba mama Kuby zapomniała wpłacić pieniądze na prezent albo po prostu nie miała. Tak się zdarza. Antoś, umyłeś ręce? – Umył, był ze mną w łazience, – powiedział tata, dzieląc kurczaka i nakładając porcje na talerze. – No dobrze, załóżmy, iż nie wpłaciła za niego pieniędzy. Ale jak pani dyrektor przedszkola… jak ona się nazywa… pani Anna? Jak mogła dopuścić takie upokorzenie dziecka, gdy wszyscy patrzyli, a właśnie Mikołaj i Śnieżynka pominęli go przy prezentach? – Pani Anna była naszą Śnieżynką – zrelacjonował Antoś. – A Mikołajem nasz konserwator. – Tym bardziej! – nie mógł się uspokoić Marek. – Naprawdę nie mogli znaleźć jednego prezentu dla biednego dziecka? Rodzice przecież potem mogliby się rozliczyć. Skąd taka znieczulica? – Widać nie mogli, – westchnęła Ania. – Ja na ich miejscu na pewno znalazłabym sposób, żeby Kuba dostał prezent. – A rodzice Kuby? To jak mogli dopuścić, żeby ich syn został bez prezentu? – dociekał Marek. – Nie rozumiem… A ty, synu! Marek spojrzał na Antosia, który z apetytem chrupał kurczaka. – Mam nadzieję, iż podzieliłeś się swoim prezentem z Kubą? Syn z wyrzutem spojrzał na ojca. – Tak, tato, próbowałem. I jeszcze Szymek, Natalka, Alek, i ktoś jeszcze chciał mu coś dać. Ale Kuba od nikogo nie wziął. – Dumny chłopak! – zdziwił się Marek. – Powiesz jeszcze, iż nie płakał, kiedy został bez prezentu. – Nie wiem… Nie widziałem, – szczerze odpowiedział Antoś. – Niezły chłopak! – Marek znów był pod wrażeniem. – Nie zasłużył na takie traktowanie. – Rzeczywiście szkoda Kuby, – ze współczuciem zauważyła Ania. – Wyobrażam sobie, jak mu było przykro. – Proponuję naprawić tę niesprawiedliwość! – nagle ogłosił Marek. Wyglądało na to, iż ma już plan, bo na jego policzkach pojawiły się rumieńce, a w oczach zabłysła iskra. – Jak? – zapytała Ania, wycierając usta serwetką. Antoś również spojrzał pytająco na tatę. – A tak! – tajemniczo odpowiedział Marek. – Wiecie, w której klatce mieszka Kuba? Antoś, wiesz? – Nie, – pokręcił głową chłopiec. – Nigdy u niego nie byłem. Tylko na podwórku i w przedszkolu się bawimy. – Może ja się dowiem, – zamyśliła się Ania. – Moja koleżanka zna chyba wszystkich w naszym bloku. Zadzwonię i zapytam. Ale po co? – Po prostu zadzwoń. Teraz. – poprosił Marek stanowczo. – Dobrze, – zgodziła się Ania. – Ale sprzątacie sami. I zmywacie naczynia! – W trzydziestce piątce mieszkają, nazywają się Sitarscy, – po kilku minutach ogłosiła Ania świeże informacje. – Mama to Wioletta. A ojca brak. adekwatnie był, ale odszedł. Albo go żona wyrzuciła. Pewnie było za co. Tak czy inaczej, mieszkają same – mama i syn. – Skąd takie szczegóły? – parsknął Marek. – Nie na darmo moja koleżanka to Alicja – wszystko wie i o wszystkich! – uśmiechnęła się Ania. – A tak serio, jest w radzie bloku, do nich spływają wszystkie wiadomości o mieszkańcach. – To już jasne, – powiedział Marek. – Antoś, zjadłeś już cały swój prezent? – Jeszcze nie wszystko, – westchnął chłopak. – Mama mówiła, iż za dużo słodyczy szkodzi. – Słusznie mówi, – przytaknął tata. – Czyli opakowanie od prezentu jest całe? – Tak, – odpowiedział Antoś. – Ostrożnie je otworzyłem. – Świetnie, – znów pogłaskał go tata. – Możesz przełożyć to, co zostało z prezentu do innej torby, a swoją mi oddać? – Po co? – zapytał podejrzliwie Antoś, ale poszedł do swojego pokoju i wrócił z kolorową torebką, trochę lżejszą niż wcześniej. Natychmiast wysypał słodycze na stół – cukierki, ciasteczka w błyszczących papierkach. Mama chwilę patrzyła na zamieszanie, po czym odezwała się: – Wy, moi kochani, chcecie sprawić Kubie prezent? Kiedy? I kto zaniesie? – Najlepiej dziś! – stwierdził Marek. – Antoś, co ty na to? – Pewnie! Dawaj dziś! – podekscytował się chłopiec. – Włożę trochę moich cukierków? – jeżeli nie szkoda, to jak najbardziej, – uśmiechnął się Marek. – A pójdę z tobą do Kuby, tata? – Jako Zajączek czy Śnieżynka? – zażartował Marek. – Zajączek! – krzyknął Antoś i pobiegł do swojego pokoju. Rodzice uśmiechnęli się porozumiewawczo. Syn wrócił przebrany za zająca, w białym kombinezonie z odstającymi uszami, ogonkiem i maską z wąsami. – No dobrze, chodź, oby Kuba cię w tym stroju nie rozpoznał, – zgodził się tata. – Ale załóż kurtkę, choćbyś był zającem, to zima! Ojciec z synem ruszyli do wyjścia. Ania z trudem powstrzymywała śmiech, patrząc jak tuż obok wysokiego Mikołaja z laską drepcze mały zając w kurtce, z długimi uszami i wielkim workiem ledwo nad ziemią. Po dziesięciu minutach Marek wrócił sam, wyraźnie zakłopotany. – A gdzie Antoś? – zaniepokoiła się Ania. – Spokojnie, wszystko ok, został u Kuby, bawili się. Za pół godziny pójdę po niego, – powiedział Marek, wycierając spocone, czerwone od brody twarz. Jak był przebrany, tak usiadł na kanapie. I zaczął: – No pięknie! Opowiedział, co się wydarzyło. Okazało się, iż byli już… szóstymi, którzy tego wieczoru przynieśli Kubie prezent! I chyba nie ostatnimi. Wcześniej wyszła sama pani dyrektor przedszkola, Anna. Już bez stroju Śnieżynki. – Tak się tłumaczyła przed Kubą i jego mamą, przepraszała, aż się żegnała – relacjonował Marek, zdejmując kostium i brodę. – Wyobraź sobie, ktoś nakręcił filmik z przedszkola, wrzucił na nasz lokalny portal, a w kilka godzin było tysiące wyświetleń i komentarzy! – Serio? – zdziwiła się Ania. – Musimy sprawdzić. – Ale to nie najważniejsze, – podsumował Marek. – Okazało się, iż mama Kuby wpłaciła pieniądze trochę za późno… – Trochę to jej wina, – przerwała mu Ania – ale sama wychowuje, kasy nie zawsze starcza. Przedszkole mogło wymyślić coś z prezentem. – Niestety, zbyt łatwo ją skreślili z listy, – nie mógł się uspokoić Marek. – I niewinny chłopiec został skrzywdzony. – Gdybym to ja była szefową tej Anny! – westchnęła Ania. – Zwolniłabym, za taki brak serca… – Może ją zwolnią, może się opamięta… Ale komuś, kto pracuje z dziećmi, takich rzeczy robić nie wolno. Marek zamyślił się, potem dodał: – I jeszcze – właśnie wrócił tata Kuby! Przyszedł z prezentami, przepraszał, choćby prawie płakał… – Naprawdę? – ucieszyła się Ania. I nagle dzwonek do drzwi. Wrócił Antoś. – Dlaczego sam wróciłeś? – zdziwił się Marek. – Miałem cię odebrać… – Co, jestem mały? – oburzył się Antoś. – I zrobiło się nudno. – Czemu? – spytał tata. – Bo mama i tata Kuby najpierw się kłócili, potem płakali. Ja z Kubą weszliśmy do kuchni, już się przytulali. A jak Kuba do nich przyszedł, to wszyscy się przytulali i znowu płakali. Dziwni jacyś! choćby nie zauważyli, jak wyszedłem… Tata z mamą spojrzeli na siebie i zaczęli się śmiać z ulgą. – No dobrze, kochani, pijemy herbatę, – powiedziała Ania. – A potem, kto nie zaśnie, czeka na Nowy Rok, już kilka zostało. Oby był szczęśliwy dla wszystkich! – Oby! – zawołał Antoś z pełnym przekonaniem.
Zapytaj swoje dziecko, czego się boi. Odpowiedź zmienia perspektywę raz na zawsze
NeuroUżyteczna 20.02–3.05.2026 Warszawa
Trwa spór o godziny otwarcia przedszkoli. "To placówka edukacyjna, nie przechowalnia dla dzieci"
Po tym, jak porzuciła swoje bliźniaki tuż po narodzinach, matka wróciła po 20 latach… ale nie była gotowa na prawdę. W noc narodzin bliźniąt jego świat rozpadł się na dwoje. To nie ich płacz go przeraził, ale jej milczenie – przytłaczające, puste, ciężkie. Matka patrzyła na dzieci z oddali, jakby byli obcy, których przyniósł jej los, do którego już nie należy. — Nie dam rady… wyszeptała. Nie potrafię być matką. Odeszła cicho, bez awantury, bez żalu – tylko podpis, cichy trzask drzwi i pustka, która już zawsze miała boleć. Bała się tej odpowiedzialności tak bardzo, iż nie mogła oddychać. Odeszła, zostawiając za sobą dwójkę noworodków i mężczyznę, który nie miał pojęcia, jak być samotnym ojcem. Przez pierwsze miesiące sypiał na stojąco częściej niż w łóżku. Uczył się przewijać, grzał mleko o północy, śpiewał, by uciszyć płacz. Nie miał żadnych instrukcji, nie miał pomocy. Miał tylko miłość. Miłość, która rosła wraz z jego dziećmi. Był im i mamą, i tatą. Tarczą, ramieniem, odpowiedzią. Był przy ich pierwszych słowach, pierwszych krokach, pierwszych smutkach. Był przy chorobach, gdy płakali za czymś nienazwanym. Nigdy nie mówił o niej źle. Powtarzał tylko: — Ludzie czasem odchodzą, bo nie potrafią zostać. Dzieci wyrosły silne, zjednoczone. Wiedziały, iż życie bywa niesprawiedliwe, ale prawdziwa miłość nie porzuca. Po ponad 20 latach, w zwykłe popołudnie, ktoś zapukał do drzwi. To była ona. Zmęczona, krucha, z wyrzutami sumienia w oczach. Powiedziała, iż chce ich poznać, iż myślała o nich codziennie, żałuje, była młoda i przestraszona. Ojciec stał w progu z otwartymi ramionami, ale ściśniętym sercem – nie dla siebie to było trudne, ale dla nich. Słuchali ją w milczeniu. Patrzyli na nią jak na opowieść opowiedzianą zbyt późno. W ich oczach nie było nienawiści, ani żądzy rewanżu. Tylko dojrzała, bolesna cisza. — My już mamy mamę, wyszeptał jeden z bliźniaków. — Nazywa się poświęcenie. I ma imię: tata, dodał drugi. Nie odczuwali pustki po czymś, czego nigdy nie mieli. Dorastali kochani. W pełni. Ona zrozumiała, być może po raz pierwszy, iż niektórych odejść nie da się cofnąć. I iż prawdziwa miłość to nie ta, która rodzi… ale ta, która zostaje. Tata, który zostaje, jest wart tysiąca obietnic. 👇 Napisz w komentarzu, co dla Ciebie znaczy „prawdziwy rodzic”? 🔁 Udostępnij wszystkim tym, którzy wychowani byli tylko przez jedno serce… ale całkowicie.
Tatiana Iwanowna siedziała w swoim zimnym domku, w którym czuć było wilgoć, od dawna nikt nie sprzątał, ale wszystko było jej bliskie.
Szybki quiz z ortografii. Sprawdź, czy zapiszesz bezbłędnie te wyrazy
Nigdy jej nie oddam. Opowiadanie. Ojczym nigdy ich nie skrzywdził. Przynajmniej nigdy nie wytykał kromki chleba, za naukę nie beształ, tylko gdy Ania wracała później niż powinna, potrafił nakrzyczeć. — Obiecałem twojej matce, iż będę nad tobą czuwał! — krzyczał, gdy Ania nieśmiało tłumaczyła, iż przecież już jest pełnoletnia. — I ja lepiej wiem, co możesz robić, a czego nie! Uważasz, iż skoro masz świadectwo, to wszystko wolno? Najpierw idź do prawdziwej pracy, a potem zgrywaj dorosłą! Potem, gdy trochę ochłonął, mówił spokojniej. — Przecież on cię zostawi, no nie widzę, jaki to chłopak podwozi cię do domu? Samochód porządny, twarzyczka ładna, po co mu taka zwyczajna dziewczyna jak ty, Aniu? Pamiętaj moje słowo, kiedy będziesz płakać. Ania nie wierzyła ojczymowi. Oleg był przystojny, studiował na trzecim roku, płatnie co prawda, ale ona też marzyła o studiach. Nie dostała się z konkursu, w technikum jej się nie podobało, teraz roznosiła ulotki, czasem gazety, głównie jednak przygotowywała się do egzaminów na przyszły rok. Z Olegiem poznała się właśnie przy ulotkach – podała mu jedną, potem drugą, trzecią, a on powiedział: — Może tak: zabiorę od ciebie wszystkie ulotki, a ty pójdziesz z nami do kawiarni? Nie wiadomo co wtedy na Anię wstąpiło, ale zgodziła się. Nauczyła się już nie wyrzucać ulotek w tej okolicy, schowała je do plecaka, a wracając z kawiarni, wrzuciła do zsypu. W kawiarni Oleg przedstawił ją swoim znajomym, zamówił pizzę i lody. Ona i siostra jadły takie rarytasy wyłącznie na urodziny – nie mieli za dużo pieniędzy, a ojczym zabraniał ruszać ich rentę, mówił, iż z pieniędzmi trzeba być ostrożnym, na czarną godzinę. Ojczym dobrze zarabiał, ale połowę wydawał na wiecznie psujące się auto, resztę przegrywał. Ania nie narzekała – dziękowała, iż w ogóle nie wyrzucił ich z mieszkania, bo należało do niego. Pokój po matce sprzedali, gdy zachorowała. Oczywiście, marzyły im się czekoladki, pizza i słodkie napoje, ale jak już coś wpadło, Ania oddawała wszystko młodszej siostrze. choćby w kawiarni spytała Olega, czy może zabrać kawałek pizzy dla siostry. Spojrzał wtedy na nią zaskoczony, a potem kupił jej całą pizzę i dużą czekoladę z orzechami na wynos. Ojczym źle sądził Olegowi. On był dobry. Przy nim Ania jeszcze dotkliwiej odczuła swoje braki, zacisnęła zęby i zaczęła lepiej się uczyć, dostała pracę kasjerki w sklepie. Tam płacili dobrze i mogła kupić sobie porządne jeansy i uczesać się u prawdziwego fryzjera, by Oleg był z niej dumny. Kiedy zaprosił ją na działkę, od razu wiedziała, co się wydarzy, ale się nie bała – już dorosła. Oboje się kochali. Martwiła się tylko, iż ojczym nie pozwoli jej pojechać, ale on sam zaczął wracać późno, czasem wcale. Wiedziała, gdzie bywa – u pani Lucyny, pielęgniarki z przychodni, ciągle się do niej uśmiechał. Mimo iż Lucyna nie chciała wiązać się z wdowcem z dwójką córek, sama była po rozwodzie i tym razem dała się przekonać. To całkiem ją urządziło. Ale Alinka płakała, kiedy dowiedziała się, iż będzie sama nocowała, Ania kupiła jej czekoladę, chipsy i colę i siostra pogodziła się ze swoją dolą. O tym, iż jest w ciąży, Ania dowiedziała się późno. Miała zawsze nieregularny okres, nie sprawdzała, nikt jej nie uczył. Dopiero druga kasjerka – pani Weronika zapytała żartem: — Tak się świecisz, zaokrągliłaś się – chyba nie w ciąży jesteś? Pośmiały się, Ania wieczorem zrobiła test. Gdy zobaczyła dwie kreski, nie mogła uwierzyć – to nie mogło być prawda! Oleg nie był zachwycony. Powiedział, iż to nieszczęśliwie wyszło i dał jej pieniądze na lekarza. Ania płakała całą noc. W końcu poszła. Ale okazało się za późno – szesnaście tygodni. Czyli na działce się zaczął nowy rozdział jej życia, a ona myślała, iż po pierwszym razie nic nie grozi. Przez jakiś czas ukrywała wszystko przed ojczymem, ale brzuch rósł w zastraszającym tempie. Musiała się przyznać. Jak bardzo krzyczał! — I gdzie ten twój chłopak? Zamierza się z tobą ożenić? Ania spuściła wzrok. Olega nie widziała już miesiąc. Gdy usłyszał, iż dziecko zostaje, zniknął. — No jasne, — powiedział ojczym. — Mówiłem ci, Aniu… Nie powiedział wszystkiego od razu, musiał skonsultować się z panią Lucyną. — Skoro tak wyszło – urodź. Ale będziesz musiała zostawić dziecko w szpitalu, nie mam tu miejsca na kolejny głodny talerz. Bo to tak… Żenię się, Aniu. Lucyna też jest w ciąży. Będą bliźniaki. Rozumiesz, troje niemowląt w jednym domu to za dużo. — To ona tu będzie mieszkała? – zdziwiła się Ania. — No a gdzie? Przecież to moja żona, tu jej miejsce. Wyglądało na żart. Ale ojczym nie żartował. Codziennie o tym mówił, groził, iż wyrzuci ją i siostrę z domu, jeżeli zabierze ze sobą dziecko. Ania rozumiała, iż powtarza tylko to, co pani Lucyna podpowiada. Ale to niczego nie zmieniało – nie mogła zostawić córki. — Nie martw się, — powiedziała Lucyna. — Takie dzieci gwałtownie się adoptuje, pokochają je jak własne. Ania płakała, wydzwaniała do Olega, szukała pomysłu, jak żyć z siostrą i niemowlakiem, ale pomysłu nie miała. Aż któregoś dnia pani Weronika powiedziała, patrząc na pewne małżeństwo: — Patrz, tyle lat minęło, a wciąż chodzą w czerni. Tyle czasu w żałobie, szkoda ich… Mogliby mieć jeszcze jedno dziecko. Albo adoptować. Ania często ich widywała, razem i osobno. Oboje byli uprzejmi, pogodni, tylko chyba trochę smutni. Nie wiedziała, co się u nich wydarzyło. — Ich córka zginęła w wypadku – zagłośne to była sprawa, pamiętasz? Autobus z dziećmi na wycieczce do innego miasta, kierowca zasnął. Zginął on i ta dziewczyna, bardzo żal. Dobry człowiek – lekarz, ona nauczycielka angielskiego. Kiedyś mieszkałam obok, gdy jeszcze byłam mężatką. Przynosili im aniołki… Córka ich kupiła figurkę aniołka na wycieczce, trzymała w ręku. Ledwo ją wydobyli. Nie wiem, kto pierwszy przyniósł aniołka, potem już wielu. Bałam się, iż pogorszy im to tylko ból, ale chyba nie – pomogło. Ania kiedyś widziała w filmie, jak dziewczyna oddaje swoje dziecko małżeństwu, które nie może mieć dzieci. Wiedziała, iż ci mogą, pewnie nie chcą już dzieci, ale coś ją do nich ciągnęło. Była w ósmym miesiącu, ale wciąż pracowała, nie chciała stracić pracy. Któregoś dnia małżeństwo stanęło przy jej kasie, mężczyzna zapytał: — Kochana, czas już na urlop macierzyński? Jeszcze tu urodzisz przy kasie. Nie narzekała, ale naprawdę pracowało się jej ciężko – rwała ją w krzyżu, męczyła zgaga, nogi puchły. Nikt nie pytał, jak się czuje, tylko lekarz wyzywał, ale to się nie liczy. Ten troskliwy gest tak ją wzruszył, iż od razu łzy napłynęły jej do oczu – tak bywało ostatnio regularnie. Kilka dni później, wracając do domu z zakupami, spotkała tego pana, zaproponował pomoc. Poczuła się nieswojo, ale było jej miło. Pomyślała, iż to dobry człowiek. Aniołka zobaczyła w sklepie – tania wyprzedaż, lato w pełni. Ania poddała się impulsowi, kupiła, zapytała pani Weroniki o adres i poszła. Gdy nacisnęła dzwonek, przestraszyła się – czy to nie nietakt, tyle lat już minęło? Chyba nikt już im ich nie przynosi. Drzwi otworzyła kobieta. Chyba od razu rozpoznała Anię, bo uniosła brwi. Ania gwałtownie wyciągnęła figurkę, usiłując schować głowę w ramionach – spodziewała się, iż kobieta w najlepszym razie zamknie przed nią drzwi, w najgorszym nakrzyczy. Ale nic z tego. Kobieta wzięła aniołka, uśmiechnęła się i powiedziała: — Wejdź. Napijesz się herbaty? Przy herbacie spokojnie opowiedziała Ani historię, którą ta już znała od pani Weroniki, ale z jej ust zabrzmiała jeszcze boleśniej. — Dlaczego nie zdecydowaliście się na kolejne dziecko? – zapytała Ania szeptem. — Ciężko rodziłam. Musieli mi usunąć macicę. Nie mogłam już mieć dzieci. Ania poczuła się niezręcznie – czy w ogóle ma prawo tak pytać? Chciała zapytać, jak to z adopcją, ale nie umiała wydusić z siebie słowa. — Myśleliśmy o adopcji, — kobieta jakby czytała jej myśli. — choćby przeszliśmy szkolenie adopcyjne. Ale w ostatnim momencie nie potrafiłam. Prosiłam córkę – daj mi znak. Ale nie stało się nic. Cisza. W tym momencie z pokoju dobiegał dźwięk – coś jakby szklanka spadła na podłogę i rozbiła się. Kobieta drgnęła, Ania spojrzała wystraszona, myślała, iż w domu nikogo nie ma. Obie weszły do salonu. Ania spodziewała się jakiegoś grobowca – ciemno, wszędzie świece i zdjęcia. Ale nie, jedno tylko zdjęcie, jasny pokój, figurki aniołów. Jedna leżała rozbita na podłodze. Kobieta podniosła kawałki porcelany, patrzyła długo. Potem cicho powiedziała: — To ta figurka. Tej. Ania poczuła gorąco na policzkach. Czy to nie znak? Córkę urodziła w terminie. W tym czasie Lucyna już mieszkała u nich, urodziła przed terminem. Jej dzieci były jeszcze w szpitalu, już mieli kupione łóżeczka – dwa białe z kokosowym materacem. Na jej dziecko nikt nic nie szykował, miała je zostawić w szpitalu. Tylko wieczorami Alinka pytała szeptem: — Nie da się jej gdzieś ukryć? Żeby oni nie wiedzieli, iż masz córeczkę. Ja ci będę pomagać. Aż chciało się wtedy płakać, ale przy siostrze się powstrzymywała. Treść listu do pana i pani przemyślała. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, iż jest zdrowa, nie muszą się martwić. Przypomniała im o znaku – rozbitej figurce anioła. Dołożyła pieniądze – całą swoją rentę. Powinno wystarczyć, przecież to dobrzy ludzie. Ze szpitala wypis za dnia, ale podrzucanie dziecka w biały dzień było przerażające. Cały dzień siedziała w galerii handlowej, bolało ją siedzenie, kręciło się w głowie, ale najważniejsza była jej córeczka – musiała znaleźć kochających rodziców. Gdy zamknęli galerię, jeszcze godzinę siedziała na ławce – na szczęście było ciepło. Dopiero gdy zapadł zmrok, weszła do klatki, przemknęła gdy pan z psem wychodził na spacer. Córeczkę miała w nosidełku, kupiła ją za własne pieniądze, poprosiła pani Weronikę, aby przyniosła na odbiór ze szpitala. Pani Weronika nie pytała. Teraz, ustawiając nosidełko tak, żeby nie zahaczyły drzwi, wsunęła pod kołderkę list i pieniądze, miała już zadzwonić i uciekać, gdy drzwi otworzył ojciec zmarłej dziewczynki. — Co tu robisz? Ania aż podskoczyła ze strachu. Zauważył nosidełko. — Co to jest? Łzy same popłynęły. Ania opowiedziała wszystko – o Olegu, który ją zostawił, o ojczymie, który utrzymywał ją i siostrę już tyle lat, a teraz się ożenił i rodzi mu się para bliźniaków, o Lucynie, która wymyśliła, żeby Ania po prostu zostawiła dziecko w szpitalu. Wysłuchał uważnie. Potem powiedział: — Galina już śpi, nie chcę jej budzić. Porozmawiamy rano. Chodź, pościelę ci w salonie. Spać w pokoju pełnym aniołków było dziwnie. Ale Ania zasnęła od razu, mocno przytulona do córki. Obudziła się, czując pustkę. Córeczki nie było. W tym momencie zrozumiała, iż nie może się z nią rozstać. Nigdy nie będzie w stanie. Chciała biec, szukać, zabrać ją… Wyskoczyła, ale nie zdążyła choćby zrobić kroku, gdy weszła Galina. W ręku trzymała dziewczynkę. — Proszę, – uśmiechnęła się. – Trzeba ją nakarmić, ukołysałam ją, chciałam dać ci pospać, ale długo się tak nie da. Gdy Ania karmiła córkę, nie była w stanie spojrzeć na Galinę. Co powiedział jej mąż? Co, jeżeli zdecydowali, iż adoptują dziewczynkę? Jak powiedzieć, iż zmieniła zdanie? — Ile lat ma twoja siostra? – nagle zapytała Galina. — Dwanaście, – zdziwiła się Ania. — Myślisz, iż zgodzi się do nas przeprowadzić? To pytanie było dziwne. Ania podniosła wzrok. — Słucham? – nie zrozumiała. — Saszka już mi wszystko powiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, iż ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, iż jak twoja siostra tam zostanie, zrobią z niej gospodynię domową. Niech i ona zamieszka z nami. — Co znaczy „i ona”? – zająknęła się Ania. Galina kiwnęła głową na figurkę anioła przy zdjęciu – sklejona, dziwna, ale rozpoznawalna. — Myślę, iż to był znak. Że musimy wam pomóc, – powiedziała po prostu. — Ustaliliśmy: miejsca mamy dużo, przeprowadźcie się do nas. Pomogę ci z córką. Nie wygłupiaj się, nie można rozdzielać matki z dzieckiem. Ani zrobiło się ciepło na sercu. I tak wstyd, aż policzki płonęły. — Więc, zgadzasz się? Ania kiwnęła tylko głową, chowając twarz w kołderkę córeczki, żeby Galina nie zobaczyła jej łez…
Nie zmuszam dziecka do czytania lektur. Wolę, żeby czytało z przyjemności
Sprzeciwili się likwidacji przedszkoli. Chcą być wzorem dla innych
Bajkowy finał ferii w wieluńskiej bibliotece. Był Pan Kleks i wiersze Brzechwy
2-latka na filmiku sama zamawia w restauracji. Zasługa braku nadopiekuńczości
Zbudowała dzieciom igloo, ktoś wysłał donos Straży Miejskiej. "Samowola budowlana"
Spełnione marzenie po dwunastu latach oczekiwania – wzruszająca historia Viktorii, która odkrywa podwójne szczęście macierzyństwa: spotkanie z Kirkiem przy płocie domu dziecka prowadzi do adopcji, a nieoczekiwana wiadomość o własnej ciąży przynosi Polinie pełnię rodzinnej radości
Dziewczyna siedziała na łóżku, podkurczając nogi, i zirytowana powtarzała:
– Chcę wreszcie pomyśleć o sobie i się wyspać – powiedział mąż, wychodząc Trzy miesiące – tyle trwało to szaleństwo. Trzy miesiące nieprzespanych nocy, kiedy Maksio wył tak głośno, iż sąsiedzi stukali w ścianę. Trzy miesiące, podczas których Marina chodziła niczym zombie – z czerwonymi oczami i drżącymi rękami. A Igor krążył po mieszkaniu naburmuszony jak ciemna chmura burzowa. – Wyobrażasz sobie, iż w pracy wyglądam jak menel! – rzucił kiedyś, przeglądając się w lustrze. – Mam worki pod oczami do kolan. Marina milczała. Karmiła syna, tuliła, znowu karmiła. Zamknięte koło. A Igor – jej mąż – zamiast pomóc, tylko narzekał. – Może twoja mama posiedzi z małym? – zaproponował wieczorem, przeciągając się po prysznicu, świeży, wypoczęty. – Myślałem, żeby pojechać na tydzień do kolegi na działkę. Marina zamarła z butelką mleka w ręku. – Muszę odpocząć, Marika. Serio. – Igor zaczął pakować rzeczy do torby sportowej. – Od dawna w ogóle nie śpię normalnie. A ona? Czy ona śpi?! Oczy jej się sklejają, ale leży tylko chwilę, bo Maks znowu płacze. Już czwarty raz tej nocy. – Ja też mam ciężko – szepnęła. – Wiem, wiem, iż masz ciężko – machnął ręką, wrzucając ulubioną koszulę do torby. – Ale ja mam poważną pracę, odpowiedzialność. Nie mogę wychodzić do klientów z taką twarzą. I wtedy stało się coś dziwnego. Marina zobaczyła ich z boku: ona – w spranym szlafroku, z potarganymi włosami, z płaczącym dzieckiem na rękach. I on – pakujący walizkę, uciekający. – Chcę wreszcie żyć dla siebie i się wyspać – burknął Igor choćby nie patrząc. Drzwi trzasnęły. Marina stała pośrodku mieszkania z płaczącym synem i poczuła, iż wszystko w środku się rozpada. Minął tydzień. Potem kolejny. Igor zadzwonił trzy razy – spytał, co u nich. Jego głos był obcy. Jakby rozmawiał z daleką koleżanką. – Przyjadę w weekend. Nie przyjechał. – Jutro na pewno będę. I znów nie pojawił się. Marina tuliła płaczącego synka, zmieniała pieluchy, szykowała mleko. Spała pół godziny między karmieniami. – Wszystko ok? – spytała przyjaciółka. – Świetnie – skłamała. Dlaczego kłamie? Wstydzi się. Wstydzi, iż mąż ją zostawił. Że jest sama z niemowlakiem. Wydawało się, iż gorzej być nie może! A najciekawsze dopiero się zaczęło – w sklepie spotkała koleżankę Igora. – A gdzie twój? – spytała Lena. – Dużo pracuje. – No tak, faceci wszyscy tak mają – jak dziecko się pojawi, to tylko w pracy siedzą. – Lena pochyliła się: – Igor często wyjeżdża w delegacje? – W delegacje? – Przecież do Gdańska jechał! Na szkolenie. Zdjęcia pokazywał. Do Gdańska? Kiedy?! Marina przypomniała sobie: w zeszłym tygodniu Igor nie dzwonił trzy dni. Powiedział, iż był zajęty. Kłamał. Odpoczywał w Gdańsku. Igor przyjechał w sobotę. Z kwiatami. – Przepraszam, iż długo mnie nie było. Dużo pracy. – Do Gdańska pojechałeś? Zastygł z bukietem. – Kto powiedział? – Nie ważne kto. Ważne, dlaczego kłamiesz? – Nie kłamię. Po prostu nie chciałem cię zasmucać, iż pojechałem bez ciebie. Bez niej?! Przecież ona z kilkumiesięcznym dzieckiem nigdzie by nie pojechała! – Igor, potrzebuję pomocy. Rozumiesz? Nie śpię tygodniami. – Zatrudnimy nianię. – Za co? Nie dajesz pieniędzy. – Jak nie daję? Przecież płacę za mieszkanie, rachunki. – A na jedzenie? Pieluchy? Leki? Milczał. Potem: – Może wrócisz do pracy? Choćby na część etatu. Po co w domu siedzieć. Nianię wynajmiemy. W domu siedzi, jakby odpoczywała! Marina spojrzała na syna, potem na Igora i zrozumiała: ten człowiek jej nie kocha. Wcale. Nigdy nie kochał. – Wyjdź. – Gdzie? – Po prostu wyjdź. I nie wracaj, dopóki nie zdecydujesz, co dla ciebie ważniejsze: rodzina czy wolność. Igor wziął klucze i wyszedł. Na dwa dni. Potem napisał: „Zastanawiam się”. A Marina w tym czasie nie spała. I myślała też. Wyobraźcie sobie, iż po raz pierwszy od miesięcy została sama ze swoimi myślami. Mama zadzwoniła: – Marinka, jak tam? Nie ma Igora? – Na delegacji. Znów skłamała. – Może przyjadę? Pomogę? – Dam sobie radę. Ale to nie wszystko. Mama przyjechała sama. – Jak tu u was? – rozejrzała się. – Boże, Marinka, zobacz na siebie! Marina spojrzała w lustro. Rzeczywiście, nie najlepiej. – A Igor gdzie? – W pracy. – O ósmej wieczorem? Marina milczała. – Co się dzieje? Marina się rozpłakała. Mocno, jak dziecko – głośno, rozpaczliwie. – On odszedł. Powiedział, iż chce żyć dla siebie. Mama milczała. Potem powiedziała: – Drań. Wyjątkowy drań. Marina się zdziwiła. Mama nigdy nie przeklinała. – Zawsze wiedziałam, iż Igor jest słaby. Ale aż tak? – Może to moja wina? Może powinnam zrozumieć? – Marinka, a tobie nie jest ciężko? Te proste słowa uświadomiły jej: cały czas myślała tylko o Igorze. O jego zmęczeniu, wygodzie. A o sobie – ani słowa. – Co mam zrobić? – Żyj. Bez niego. Lepiej sama, niż z takim. Igor wrócił w sobotę. Opalony. Pewnie „myślał” na działce. – Pogadamy? – Tak. Usiedli przy stole: – Wiesz, Marinka, rozumiem, iż masz ciężko. Ale mi też niełatwo. Może się dogadamy? Będę pomagał finansowo, odwiedzał, a na razie pomieszkam osobno. – Ile? – Co? – Ile pieniędzy? – No… dziesięć tysięcy. Dziesięć tysięcy. Na dziecko, jedzenie, lekarstwa. – Igor, idź sobie. – Co?! – Słyszałeś. Nie wracaj. – Przecież proponuję rozsądne rozwiązanie! – Rozsądne? Wolności zapragnąłeś? A gdzie moja wolność? I wtedy Igor powiedział coś, co ustawiło wszystko jasno: – Jaka twoja wolność? Przecież jesteś matką! Marina patrzyła: oto prawdziwy Igor. Niedojrzały egoista, który uważa, iż macierzyństwo to wyrok. – Jutro składam wniosek o alimenty. Ćwierć pensji. Zgodnie z prawem. – Nie zrobisz tego! – Zrobię. Wyszedł, trzaskając drzwiami. A Marina po raz pierwszy poczuła, iż może oddychać swobodnie. Maks zapłakał. Ale teraz wiedziała: da sobie radę. Minął rok. Igor próbował wrócić dwa razy. – Marinka, spróbujemy jeszcze raz? – Za późno. Igor narzekał, iż Marina jest wredna. Nieprzekonująco. Marina znalazła nianię, została pielęgniarką. W pracy poznała doktora Andrzeja. – Masz dzieci? – Syna. – A ojciec gdzie? – Żyje tylko dla siebie. Poznali się. Andrzej przywiózł Maksowi samochodzik. Bawili się razem, śmiali. Często chodzili razem do parku. Igor się dowiedział. Zadzwonił: – Dziecko nie ma jeszcze roku, a ty już z innym! – A co chciałeś? Że będę czekać? – Jesteś matką! – Tak, matką. I co z tego? Więcej nie zadzwonił. Andrzej był inny. Kiedy Maks zachorował – natychmiast przyjechał. Kiedy Marina była bardzo zmęczona – zabierał ich na działkę. Maks teraz ma dwa lata. Andrzeja nazywa wujkiem. Igora nie pamięta. Igor się ożenił. Płaci alimenty. Marina nie jest zła. Teraz też żyje dla siebie. I to jest wspaniałe.
To był dzień ślubu Lidy, listonoszki z małej wioski.
Zbudowała z dziećmi igloo na osiedlu. Sąsiedzi donieśli na "samowolkę budowlaną"
Smaki, które znamy od lat, w nowoczesnym wydaniu – historia i kulisy produktów, które towarzyszą nam od dzieciństwa
Frytki na każdą okazję. Szybka i smaczna przekąska dla całej rodziny
Prawda, która ścisnęła serce do granic — poruszająca historia sąsiedzkiej opieki, dziecięcej zazdrości i trudnego dorastania Sonii, której matka Ania nie potrafiła okazać miłości, skupiając całe uczucie na partnerze. Od dzieciństwa poniżana, dziewczynka znajdowała wsparcie u cioci Tatiany, wzór ciepła rodzinnego. Mimo upokorzeń i groźby oddania do domu dziecka Sonie udaje się ukończyć szkołę z wyróżnieniem i rozpocząć wymarzoną naukę w medycznym. W dorosłym życiu spotkała prawdziwą miłość, a w najważniejszym dniu to właśnie Tatiana siedziała przy niej — podczas gdy Ania, pogrążona w samotności i zgorzknieniu, ostatecznie zostaje sama.
Zapowiedzi serii Star Wars na 2026 rok.
Wytęsknione szczęście: Po dwunastu latach oczekiwań Victoria zostaje mamą, spotyka chłopca z domu dziecka i decyduje się na adopcję, a niedługo później los obdarza ją własną córką, tworząc pełnię rodziny pełnej miłości
– Chcę w końcu pomyśleć o sobie i się wyspać – powiedział mąż, wychodząc z domu Trzy miesiące szaleństwa, trzy miesiące nieprzespanych nocy – kiedy mały Maksio krzyczał tak, iż sąsiedzi pukali w ściany. Trzy miesiące, podczas których Marzena chodziła jak zombie, z czerwonymi oczami i trzęsącymi się rękami. A Igor przechadzał się po mieszkaniu ponury jak czarna chmura. – Wyobrażasz sobie, jak wyglądam w pracy? – rzucił pewnego dnia, przeglądając się w lustrze. – Wory pod oczami niemal do kolan. Marzena milczała. Karmiła syna, kołysała, znów karmiła. Zamknięte koło. A Igor, zamiast wspierać, tylko narzekał. – Może twoja mama mogłaby posiedzieć z małym? – zaproponował wieczorem, przeciągając się po kąpieli. Świeży, wypoczęty. – Myślałem, żeby wyskoczyć na tydzień do kolegi na działkę. Marzena zamarła z butelką w ręku. – Potrzebuję odpoczynku, Marzena, serio – Igor zaczął pakować rzeczy do torby sportowej. – Ostatnio w ogóle nie śpię normalnie. A ona chyba śpi?! Oczy jej się kleją, ale wystarczy się położyć, a Maksio zaczyna płakać. Już czwarty raz w tej nocy. – Ja też mam ciężko – szepnęła Marzena. – Wiem, iż ciężko – odparł, upychając ulubioną koszulę do torby. – Ale mam odpowiedzialną pracę. Nie mogę wychodzić do klientów z takim wyglądem. Wtedy coś pękło w Marzenie. Zobaczyła ich z boku: ona – w znoszonym szlafroku, rozczochrana, z płaczącym dzieckiem na rękach. I on – pakujący walizkę, uciekający. – Chcę w końcu pomyśleć o sobie i się wyspać – burknął Igor, choćby na nią nie patrząc. Drzwi trzasnęły. Marzena została sama z płaczącym synem i poczuła, iż coś w niej się sypie. Tydzień minął. Potem drugi. Igor dzwonił trzy razy – pytał, co słychać. Głos był obcy, jakby rozmawiał ze znajomą z daleka. – Będę w weekend. Nie przyjechał. – Jutro na pewno będę. Znów się nie pojawił. Marzena bujała wrzeszczącego Maksia, zmieniała pieluchy, robiła mieszanki. Spała pół godziny między kolejnymi karmieniami. – Wszystko okej? – spytała przyjaciółka. – Świetnie – skłamała. Po co kłamała? Wstyd. Wstyd, iż mąż ją zostawił. Że jest sama z dzieckiem. Co może być gorszego? Najdziwniejsze zaczęło się w sklepie – spotkała koleżankę Igora. – A gdzie Igor? – spytała Lena. – Dużo pracuje. – No tak, faceci tacy sami – jak dziecko w domu, od razu utkną w pracy. – Lena pochyliła się: – Ale co, Igor teraz często ma wyjazdy służbowe? – Jakie wyjazdy? – Przecież był ostatnio w Gdańsku! Na szkoleniu. Pokazywał zdjęcia. W Gdańsku? Kiedy?! Marzena przypomniała sobie: w zeszłym tygodniu Igor trzy dni nie dzwonił. Powiedział, iż był zajęty. Nieprawda, odpoczywał w Gdańsku. Igor przyjechał w sobotę z kwiatami. – Przepraszam, iż długo mnie nie było. Dużo pracy. – Byłeś w Gdańsku? Zamarł z bukietem. – Kto ci powiedział? – Nieistotne. Ważne, iż kłamiesz. – Nie kłamię. Chciałem tylko oszczędzić ci przykrości, iż pojechałem bez ciebie. Bez niej?! Przecież z niemowlakiem nie miałaby jak ruszyć się z domu. – Igor, potrzebuję pomocy. Rozumiesz? Nie śpię od tygodni. – Zatrudnimy nianię. – Za co? Przecież nie dajesz pieniędzy. – Jak nie daję? Przecież płacę za mieszkanie, rachunki. – A za jedzenie? Pieluchy? Leki? Zamilkł. Potem: – Może wrócisz do pracy? Choćby na pół etatu? Po co siedzieć w domu. Zatrudnimy nianię. Siedzi w domu. Jakby odpoczywała! Wtedy Marzena wzięła syna, spojrzała na Igora i pojęła, iż już jej nie kocha. Wcale. Nigdy nie kochał. – Wyjdź. – Co? – Wynoś się. I nie przychodź, dopóki nie zdecydujesz, co ważniejsze: rodzina czy wolność. Igor zabrał klucze i wyszedł. Na dwa dni. Potem napisał: „Myślę”. A Marzena nie spała. Myślała też. Wyobraźcie sobie, iż pierwszy raz od wielu miesięcy została sam na sam ze swoimi myślami. Zadzwoniła mama: – Marzenka, jak tam? Igora nie ma? – W delegacji. Znów skłamała. – Chcesz, żebym przyjechała? Pomogę. – Poradzę sobie. Ale to nie wszystko. Mama pojawiła się sama. – Jak tu u was? – rozejrzała się. – Boże, Marzenka, spójrz na siebie! Spojrzała w lustro. Tak, fatalnie. – Gdzie Igor? – Pracuje. – O ósmej wieczorem? Milczała. – Co się dzieje? Marzena się rozpłakała. Głośno, rozpaczliwie, jak dziecko. – On odszedł. Powiedział, iż chce w końcu pomyśleć o sobie. Mama milczała. Potem: – Dranie. Prawdziwy drań. Marzena była zaskoczona. Mama zwykle nie przeklinała. – Zawsze myślałam, iż Igor jest słaby, ale nie aż tak. – Mamo, może to ja zawiniłam? Może trzeba było zrozumieć? – A nie jest ci ciężko? Te proste słowa uświadomiły Marzenie: cały czas myślała o Igorze. O jego zmęczeniu, komforcie. O sobie – ani słowa. – Co mam zrobić? – Żyć. Bez niego. Lepiej sama niż z takim. Igor wrócił w sobotę. Opalony. „Myślał” na działce. – Porozmawiamy? – Tak. Usiedli przy stole: – Marzena, wiem, iż masz ciężko. Ale ja też nie mam lekko. Może się umówimy? Będę płacić i odwiedzać syna. Na razie chcę mieszkać osobno. – Ile? – Co? – Ile pieniędzy? – No… dziesięć tysięcy. Dziesięć tysięcy. Na dziecko, jedzenie, leki. – Igor, idź do diabła. – Co?! – Słyszysz. I nie wracaj. – Marzena, ja proponuję rozsądnie! – Rozsądnie? Wolności zapragnąłeś? A gdzie moja wolność? Wtedy Igor wypalił, co rzeczywiście myśli: – Jaka tam twoja wolność? Przecież jesteś matką! Marzena patrzyła na niego. Oto prawdziwy Igor. Infantylny egoista, który traktuje macierzyństwo jak wyrok. – Jutro składam wniosek o alimenty. Zgodnie z prawem – jedna czwarta pensji. – Nie masz odwagi! – Mam. Znów wyszedł, trzaskając drzwiami. A Marzena pierwszy raz poczuła ulgę. Maksio zapłakał. Ale teraz wiedziała – da sobie radę. Minął rok. Igor dwa razy próbował wrócić. – Marzenka, spróbujemy od nowa? – Za późno. Igor narzekał, iż Marzena stała się jędzą. Nieskutecznie. Marzena zatrudniła nianię, podjęła pracę jako pielęgniarka. W pracy poznała lekarza Andrzeja. – Masz dzieci? – Synka. – A tata gdzie? – Żyje dla siebie. Przedstawiła go synekowi. Andrzej przywiózł Maksiowi samochodzik. Bawili się razem, śmiali. Później często wszyscy razem chodzili do parku. Igor się dowiedział. Zadzwonił: – Dziecko ma rok, a ty z innym facetem! – A czego oczekiwałeś? Że będę na ciebie czekać? – Ale ty jesteś matką! – Tak, matką. I co z tego? Więcej nie dzwonił. Andrzej był inny. Gdy Maksio zachorował – od razu przyjechał. Kiedy Marzena była wykończona – zabierał ją i synka na działkę. Dziś Maksio ma dwa lata. Mówi na Andrzeja „wujek”. Igora nie pamięta. Igor się ożenił. Płaci alimenty. Marzena nie czuje żalu. Teraz w końcu żyje dla siebie. I to jest wspaniałe.
UOKiK sprawdził wózki dziecięce. Spacer z maluchem testem na odwagę
Noc, gęstniejąca nad miastem, zdawała się przeczuwać tragedię. Ciężkie chmury wlekły się po niebie, jakby dźwigając ciężar niespełnionych marzeń i pogrzebanych losów.
Porzucił mnie i nasze nowo narodzone bliźniaki dla swojej bogatej matki. ale pewnej nocy włączył telewizor i zobaczył coś, czego nigdy się nie spodziewał.
— Wujku, zabierz moją małą siostrzyczkę — od dawna nic nie jadła! — nagle się odwrócił i zaniemówił z zachwytu!
– Chcę w końcu pomyśleć o sobie i się wyspać – powiedział mąż, wychodząc z domu Trzy miesiące – tyle trwało to szaleństwo. Trzy miesiące nieprzespanych nocy, kiedy Maksymek krzyczał tak, iż sąsiedzi walili w ściany. Trzy miesiące, kiedy Marzena chodziła jak zombie z czerwonymi oczami i trzęsącymi się rękami. A Igor chodził po mieszkaniu naburmuszony jak burzowa chmura. – Wyobrażasz sobie? Wyglądam w pracy jak żul! – rzucił pewnego dnia, przeglądając się w lustrze. – Worki pod oczami do kolan. Marzena milczała. Karmiła syna, bujała, znowu karmiła. Zamknięte koło. A obok Igor – jej mąż, który zamiast wsparcia tylko narzekał. – Słuchaj, może twoja mama posiedzi z małym? – zaproponował wieczorem, przeciągając się po prysznicu. Świeży, wypoczęty. – Może bym pojechał na tydzień do kumpla na działkę? Marzena zastygła z butelką w ręku. – Potrzebuję odpoczynku, Marzeno. Serio. – Igor zaczął pakować rzeczy do torby sportowej. – Ostatnio w ogóle nie śpię normalnie. A ona, co? Śpi?! Jej się oczy kleją, ale jak tylko się położy, Maksymek znów płacze. I tak już czwarty raz tej nocy. – Też mi ciężko – wyszeptała Marzena. – Wiem, iż ciężko – machnął ręką, wciskając ulubioną koszulę do torby. – Ale ja mam poważną pracę, odpowiedzialność. Nie mogę z taką twarzą iść do klientów. W tym momencie Marzena zobaczyła ich z dystansu: ona w spranym szlafroku, z rozczochranymi włosami i wrzeszczącym dzieckiem na rękach. I on – pakujący walizkę i uciekający od nich. – Chcę w końcu pomyśleć o sobie i się wyspać – burknął Igor, choćby na nią nie patrząc. Drzwi trzasnęły. Marzena została sama z płaczącym synem i poczuła, jak wszystko w niej się wali. Minął tydzień. Potem drugi. Igor dzwonił ze trzy razy – pytał, co słychać. Głos obcy, jakby rozmawiał z daleką znajomą. – Przyjadę na weekend. Nie przyjechał. – Jutro na pewno będę. I znowu nie przyszedł. Marzena bujała płaczącego synka, zmieniała pieluchy, przygotowywała mleko. Spała może po pół godziny między karmieniami. – Dajesz radę? – pytała koleżanka. – Świetnie – skłamała. Po co kłamała? Przecież wstyd. Wstyd, iż mąż ją zostawił. Że została sama z niemowlakiem. A najciekawsze wydarzyło się w sklepie – spotkała koleżankę Igora. – A gdzie twój? – spytała Lena. – W pracy dużo. – No jasne. Wszyscy faceci tacy sami – jak dzieci, to od razu do roboty uciekają. – Lena zbliżyła się i szepnęła: – Igor często ma wyjazdy służbowe? – Jakie wyjazdy? – No do Trójmiasta przecież ostatnio jeździł! Na konferencję. Zdjęcia pokazywał. Do Trójmiasta? Kiedy?! Marzena przypomniała sobie: w zeszłym tygodniu Igor nie dzwonił trzy dni. Mówił, iż zajęty. Kłamał. Odpoczywał w Trójmieście. Igor przyjechał w sobotę. Z kwiatami. – Przepraszam, iż mnie długo nie było. Dużo pracy. – Byłeś w Trójmieście? Zastygł z bukietem. – Kto ci powiedział? – Nieważne kto. Ważne, dlaczego kłamiesz? – Nie kłamię. Po prostu myślałem, iż się zmartwisz, iż pojechałem bez ciebie. Bez niej? Przecież z niemowlakiem nigdzie by nie pojechała! – Igor, potrzebuję pomocy. Rozumiesz? Nie śpię od tygodni. – Zatrudnimy nianię. – Za co? Nie dajesz pieniędzy. – Jak nie daję? Za mieszkanie płacę, rachunki. – A na jedzenie? Pieluchy? Leki? Cisza. Potem: – Może wrócisz do pracy? Choćby na pół etatu? Po co siedzisz w domu. Zatrudnimy nianię. Siedzi w domu. Jakby odpoczywała! Wtedy Marzena wzięła synka, spojrzała na Igora i zrozumiała: ten człowiek jej nie kocha. W ogóle. Nigdy nie kochał. – Wynoś się. – Gdzie niby? – Idź. I nie wracaj, póki nie zdecydujesz, co ważniejsze: rodzina czy wolność. Igor wziął klucze i wyszedł. Na dwa dni. Potem przysłal SMS: „Myślę”. A Marzena nie spała. Też myślała. Wyobraźcie sobie, iż po miesiącach po raz pierwszy została sama ze swoimi myślami. Zadzwoniła mama: – Marzenka, jak tam? Igora nie ma w domu? – W delegacji. Znów skłamała. – Może przyjadę? Pomogę? – Poradzę sobie. Ale to nie wszystko. Mama przyjechała sama. – Jak tu u was? – rozejrzała się. – Boże, Marzenka, popatrz na siebie! Marzena spojrzała w lustro. No, pięknie. – A Igor gdzie? – W pracy. – O tej porze? Marzena milczała. – Co się dzieje? I wtedy Marzena rozpłakała się szczerze, głośno, rozpaczliwie. – Odszedł. Powiedział, iż chce żyć dla siebie. Mama milczała. Potem: – Sku*wysyn. Wyjątkowy sku*wysyn. Marzena była zdziwiona. Mama nigdy nie przeklinała. – Zawsze uważałam, iż Igor jest słaby. Ale żeby aż tak! – Mamo, może ja jestem winna? Może powinnam zrozumieć? – Marzenka, a tobie nie jest ciężko? Dzięki prostemu pytaniu Marzena zrozumiała: cały czas myślała tylko o Igorze. O jego zmęczeniu, komforcie. A o sobie – ani słowa. – Co mam zrobić? – Żyj. Bez niego. Lepiej być samą, niż z takim. Igor wrócił w sobotę. Opalony. Najwyraźniej „myślał” na działce. – Porozmawiamy? – Tak. Usiedli do stołu: – Wiesz, Marzeno, rozumiem, iż ci ciężko. Ale mnie też nie jest lekko. Może się dogadamy? Będę pomagał finansowo, odwiedzał was. Ale na razie wolę zamieszkać osobno. – Ile? – Co ile? – Pieniędzy. Ile dasz? – No, z dziesięć tysięcy. Dziesięć tysięcy. Na dziecko, jedzenie, leki. – Igor, spadaj. – Co?! – Jak słyszysz. I nie wracaj. – Marzena, proponuję poważnie! – Poważnie? Chciałeś wolności? A gdzie moja wolność? I wtedy Igor rzucił zdanie, które postawiło wszystko na swoim miejscu: – Jaką ty masz wolność? Przecież jesteś matką! Marzena spojrzała na niego: oto prawdziwy Igor. Dziecinny egoista, dla którego macierzyństwo to wyrok. – Jutro składam wniosek o alimenty. Ćwierć twojej pensji. Zgodnie z prawem. – Nie odważysz się! – Odważę. Wyszedł, trzasnął drzwiami. A Marzena po raz pierwszy poczuła, iż oddycha jej się lżej. Maksymek zapłakał. Ale już wiedziała: da sobie radę. Minął rok. Igor próbował wrócić dwa razy. – Marzeno, spróbujemy jeszcze raz? – Za późno. Igor narzekał, iż Marzena to zołza. Nie przekonywał. Marzena znalazła nianię, poszła do pracy jako pielęgniarka. Tam poznała doktora Andrzeja. – Ma pani dzieci? – Synka. – A tata gdzie? – Żyje dla siebie. Poznała go z Maksymkiem. Andrzej przywiózł małemu autko. Bawili się razem, śmiali. Potem często chodzili razem do parku. Igor dowiedział się. Zadzwonił: – Dziecko ma rok, a ty już z facetem! – A co myślałeś? Że miałabym na ciebie czekać? – Ale ty jesteś matką! – Tak, matką. I co z tego? Już nie dzwonił. Andrzej był inny. Kiedy Maksymek zachorował, od razu przyjechał. Kiedy Marzena była bardzo zmęczona, zabierał ich na swoją działkę. Teraz Maksymek ma dwa lata. Mówi na Andrzeja „wujek”. Igora nie pamięta. Igor się ożenił. Płaci alimenty. Marzena już się nie złości. Ona też dziś żyje dla siebie. I to jest piękne.
Pewnego pozornie zwyczajnego dnia na SOR-ze powiatowego szpitala wydarzyło się coś, co wywróciło życie personelu do góry nogami i poruszyło wszystkich, którzy o tym usłyszeli
Zabiorę twoją córeczkę do swojej klasy, jeżeli nie masz nic przeciwko” – powiedziała nauczycielka, która usłyszała rozmowę mojej mamy, dyrektorki i jeszcze jednej nauczycielki.
Wymarzone szczęście po dwunastu latach oczekiwań – historia Victorii, która została mamą dzięki adopcji małego chłopca z domu dziecka, a potem doświadczyła cudu narodzin własnej córki
Mój mąż porzucił mnie i naszych nowo narodzonych bliźniaków dla bogatej matki – lata później włączył telewizor i zobaczył mnie z dziećmi w ogólnopolskich wiadomościach jako twórczynię sieci opieki dla samotnych matek, co zrujnowało wizerunek jego rodziny
– Nie. Zdecydowaliśmy, iż lepiej będzie, jeżeli nie sprowadzisz żony i dziecka do tego mieszkania. Nie będziemy w stanie długo znosić niedogodności i ostatecznie poprosimy was o wyprowadzenie. – A twoja żona będzie później wszystkim opowiadać, iż wyrzuciliśmy was z małym dzieckiem na ulicę.
Teściowa naszego syna zabrała go od nas – po ślubie syn już nie chce nas odwiedzać, ciągle pomaga teściowej, która zawsze potrzebuje „pilnej pomocy”. Nie potrafię zrozumieć, jak ona radziła sobie, zanim jej córka wyszła za naszego syna.
Wczesna Wiosna w Polskim Stylu