Dzieci

Jej mąż idzie na urlop ojcowski. "Już planuje zrobienie ogrodu, ja wolałabym, żeby mi pomógł przy dziecku"
– Jak to nie zamierzasz zajmować się dzieckiem mojego syna? – nie wytrzymała przyszła teściowa – Po pierwsze, nie kręcę nosem na Igorka. Pragnę przypomnieć, iż to właśnie ja, jak porządna żona i matka, po pracy urabiam się w domu na drugą zmianę – gotuję, piorę, sprzątam. Mogę pomóc i podpowiedzieć, ale wszystkich obowiązków rodzicielskich na siebie nie wezmę. – To jak to — nie zamierzasz? Czyli taka z ciebie hipokrytka? – D…a, Rytka. Kto by chciał pracę, skoro za nią nie płacą? — jak zawsze na zjeździe klasowym, Świetka nie omieszkała skomentować wszystkiego i wszystkich. Ale dawno minęły czasy, kiedy Rita nie miała ciętej riposty. Teraz odpowiadała bez wahania i nie przepuściła okazji, by pokazać Świece jej miejsce. – jeżeli musisz myśleć, skąd wziąć pieniądze, nie znaczy, iż inni mają ten sam problem – wzruszyła ramionami. – Ja po tacie mam dwa mieszkania w Warszawie. Jedno po nim, gdzie mieszkaliśmy przed jego rozwodem z mamą, drugie po babci i dziadku – najpierw dostał je on, potem ja. A czynsze w stolicy, sami wiecie, jakie są – mi wystarcza na życie i przyjemności, więc mogę wybierać pracę nie ze względu na zarobki, tylko z przekonania. To dlatego z lekarki przebranżowiłaś się na kasjerkę? To była tajemnica. Rzeczywiście Rita obiecała nikomu o tym nie mówić. Ale jeżeli Świeta chciała to ukryć, powinna uważać, co mówi. Zwłaszcza nie obrażać Rity publicznie. Serio sądziłaś, iż ci się to upiecze? jeżeli tak, to nie Rita tu wyszła na głupią. – Kasjerka, naprawdę? – Przecież obiecałaś, iż nikomu nie powiesz! – zapiszczała oburzona Świeta. I natychmiast, ledwo powstrzymując łzy, wybiegła z restauracji. – Dobrze jej tak – skomentował Andrzej po chwili ciszy. – I to jeszcze jak. Miała już wszystkich dosyć. Kto ją w ogóle zapraszał? – dopytywała zniecierpliwiona Anka. – To ja wszystkich zebrałam – przeprosiła była przewodnicząca klasy i organizatorka spotkania. – Pamiętałam, iż Świeta w szkole nie należała do sympatycznych, ale ludzie podobno się zmieniają. Niektórzy przynajmniej. – Ale nie zawsze – odparła Rita. Wszyscy się roześmiali. Potem zasypali Ritę pytaniami o jej pracę. To było tylko zwykłe zaciekawienie (bez obrażania jej wyborów czy zdolności), co Rita w pełni rozumiała. Mało kto zna tę branżę (a i mało kto chciałby…), wokół niej krąży mnóstwo mitów. Rita więc wyjaśniała wszystko podczas rozmów z dawnymi znajomymi. – Po co w ogóle je leczyć, jeżeli i tak nie ma sensu? – zapytał ktoś. – A kto powiedział, iż nie ma? Na przykład mam pięcioletniego chłopca – podczas porodu doszło do niedotlenienia i teraz ma opóźniony rozwój. Ale rokowania są dobre – zaczął mówić dopiero koło trzeciego roku życia, rodzice jeżdżą po logopedach i neurologach. Jest szansa, iż do szkoły pójdzie do zwykłej klasy i nie będzie mieć szczególnych problemów. Gdyby go zostawić bez pomocy – historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. – Krótko mówiąc, masz na tyle, by nie gonić za każdą złotówką, więc poświęcasz się pracy społecznie ważnej – podsumował Waldek. Rozmowa przeszła na życie rodzinne znajomych. A Rita nagle miała wrażenie, iż ktoś ją obserwuje. gwałtownie to zignorowała, choć uczucie nie znikło – ale wokół nie było nikogo, kto mógłby się na nią gapić. Tydzień później. Wcześnie rano, jadąc z parkingu pod blokiem, Rita odkryła, iż jej auto zostało „zastawione”. Zadzwoniła pod numer z karteczki na drugim aucie. Młody mężczyzna przepraszał i zaraz miał zejść. Okazało się, iż to Maksym. – Rita – przedstawiła się. Było w nim coś ujmującego. Jego sposób bycia, ubranie, choćby perfumy budziły sympatię tak niespodziewanie, iż Rita bez oporów zgodziła się pójść z nim na randkę. Potem na kolejną. Po trzech miesiącach nie wyobrażała sobie życia bez Maksa. Tym bardziej iż zarówno jego mama, jak i syn z pierwszego małżeństwa przyjęli Ritę jak swoją. Chłopiec miał pewne trudności, ale Rita – dzięki swojemu zawodowi – gwałtownie znalazła z Igorem wspólny język. Podpowiedziała Maksowi nowe metody na lepszy kontakt i szybszą socjalizację chłopca. Po roku zamieszkali razem. A raczej: Rita przeprowadziła się do Maksa i Igora. Swoją kawalerkę wynajęła przez to samo biuro, które obsługiwało też jej warszawskie mieszkania. Wtedy zaczęły się pierwsze niepokojące sygnały. Na początku drobiazgi – „pomóż Igorowi się ubrać”, „posiedź z nim chwilkę, pójdę do sklepu”. To jeszcze było do przyjęcia, bo Rita miała z Igorem bardzo dobry kontakt, a prośby nie kolidowały z innymi obowiązkami. Z czasem jednak oczekiwania stały się coraz większe. Rita musiała więc wyraźnie powiedzieć Maksowi, iż jego dziecko to jego odpowiedzialność. Ona jest gotowa pomagać w miarę możliwości, ale nie zamierza wziąć na siebie większości opieki nad Igorem, bo nie jest ona jego matką, a w pracy wystarczająco dużo zajmuje się dziećmi wymagającymi wsparcia. Maks niby to zrozumiał. Ale tuż przed samym ślubem, razem z mamą, zaczęli planować rehabilitację dziecka – oczywiście tak, by Rita się tym zajmowała w wolnym czasie. – Stop, zaraz, zaraz, – przerwała im Rita. – Mieliśmy z Maksem umowę, iż swoim synem zajmuje się sam. Ja nie proszę cię, żebyś sprzątał u mojej mamy, robił jej remont czy rozwiązywał jej problemy – radzę sobie sama. – No coś ty porównała! – jęknęła przyszła teściowa. – Matka to co innego, dorosła kobieta mieszkająca osobno. A dziecko to dziecko. Myślisz, iż po ślubie też się będziesz od Igorka uchylać i my uznamy to za normalne? – Po pierwsze, nie uchylam się od Igorka. Chciałam przypomnieć, iż właśnie ja po pracy jak wzorowa żona i matka robię w domu drugą zmianę na gotowaniu, praniu i sprzątaniu. Ale pełnej rehabilitacji Igora brać na siebie nie zamierzam, bo to syn Maksa. To on powinien się tym zająć w pierwszej kolejności. Mogę pomóc, doradzić, ale nie zamierzam przejmować całości rodzicielskich obowiązków. – Jak to – nie zamierzasz? To znaczy – jaka ty jesteś hipokrytka? Koleżankom o pracy opowiadasz, wszyscy cię słuchają, a jak trzeba zaopiekować się dzieckiem – to już nagle nie ma cię w domu? – O co w ogóle wam chodzi? – nie rozumiała już Rita. Wtedy się domyśliła. Przypomniała sobie, iż mama Maksa dorabia na zmywaku w tej samej restauracji, gdzie odbywał się zjazd klasowy. Wszystko jasne. – Aha, czyli specjalnie to wszystko uknuliście, żeby zrzucić na mnie opiekę nad chorym dzieckiem? – Myślisz, iż naprawdę marzę o związku z kimś takim jak ty? – nie powstrzymał się Maks. – Gdyby nie Igor i twój zawód, w życiu bym na ciebie nie spojrzał… – No to już nie patrz – zdjęła pierścionek i rzuciła w byłego narzeczonego. – Jeszcze pożałujesz – zagrozili jej Maksym i jego matka. – Normalny facet nie zwiąże się z szarą myszką bez perspektyw i pieniędzy. – Mam dwa mieszkania w Warszawie – więc z pieniędzmi nie mam problemu – odbiła Rita. I, patrząc na miny Maksa i jego mamy, poszła się pakować. Były jeszcze próby pogodzenia się. Obietnice, iż Maks sam zajmie się synem, iż już nigdy tak nie zagada, iż był zmęczony, przepracowany, iż kocha, przeprasza, więcej nie zrobi… Ale Rita nie była głupia, by w to wierzyć. Pośmiała się z tego jeszcze z przyjaciółmi. Z klasą potem zaśmiewali się z całej historii. A Rita wciąż wierzy, iż gdyś pojawi się ktoś, kto polubi ją nie dla pieniędzy czy zawodowych umiejętności, ale zobaczy w niej bratnią duszę. A póki co, wystarczy jej ulubiona praca, znajomi i… zawsze może przygarnąć kota – bo kota wychować łatwiej niż niejednego faceta!
Wnuczka Babci: Opowieści z Dzieciństwa
Wadliwe wózki dziecięce. Niepokojące wyniki kontroli
Zabiła noworodka. Wyjdzie na wolność. Wszystko przez neosędziego
Zobaczyć na własne oczy Po straszliwej tragedii – utracie męża i sześcioletniej córeczki w wypadku – Ksenia długo nie mogła się pozbierać. Przez pół roku przebywała w klinice, nie chciała nikogo widzieć, jedynie jej cierpliwa mama była przy niej i próbowała dodawać otuchy. W końcu powiedziała: – Ksenia, firma twojego męża za chwilę może upaść, Eryk ledwo sobie radzi. Zadzwonił do mnie i prosił, żebym ci to przekazała. Na szczęście to porządny człowiek, ale… Słowa te nieco otrzeźwiły Ksenię. – Masz rację, mamo. Muszę czymś się zająć. Mój Darek pewnie ucieszyłby się, gdybym kontynuowała jego dzieło. To dobrze, iż sporo mnie nauczył, zabierał do swojego biura. Ksenia wróciła do pracy i podźwignęła rodzinny biznes. Z czasem firmie dobrze się powiodło, ale Ksenia tęskniła do utraconej córki. – Córeczko, radziłabym ci zaadoptować dziewczynkę z domu dziecka, taką, która ma jeszcze trudniej niż ty. Pomóż jej, może w tym znajdziesz swoje ocalenie – powiedziała kiedyś jej mama. Po dłuższym namyśle Ksenia posłuchała rady i odwiedziła dom dziecka – chociaż wiedziała, iż nikogo nie pokocha jak swojej zmarłej córeczki. Areczka (Arianka) urodziła się prawie niewidoma. Rodzice, inteligentni i wykształceni, od razu się jej wyrzekli, przestraszyli się odpowiedzialności. Tak trafiła do domu dziecka. Tam nazwano ją Ariną, nauczyła się czytać, kochała bajki i wierzyła, iż kiedyś pojawi się jej własna dobra wróżka. I rzeczywiście, kiedy miała prawie siedem lat, przyszła do niej dobra wróżka – piękna, stylowa, bogata, ale bardzo nieszczęśliwa Ksenia. Dyrektorka domu dziecka nie rozumiała, dlaczego zainteresowała ją właśnie niepełnosprawna dziewczynka, ale Ksenia nie chciała się tłumaczyć – po prostu powiedziała, iż ma możliwości i serce do takiego dziecka. Wychowawczyni przyprowadziła Areczkę – Ksenia od razu poczuła, iż to jej “własne” dziecko. Jasnowłosa, z ogromnymi niebieskimi oczami – czystymi, ale niewidzącymi. – Kto to? – zapytała Ksenia z przejęciem. – To nasza Areczka, niesamowicie wrażliwa i grzeczna – odpowiedziała wychowawczyni. – To będzie moja Areczka – zdecydowała Ksenia. Areczka i Ksenia od razu się pokochały, były sobie nawzajem bardzo potrzebne. Z jej pojawieniem się życie Kseni nabrało sensu. Ksenia szukała pomocy u lekarzy – była nadzieja, iż po operacji Arianka znów będzie widzieć. Operacja przed rozpoczęciem szkoły jednak kilka dała, Arianka przez cały czas widziała źle – pozostawała nadzieja na kolejną, gdy podrośnie. Ksenia bardzo ją kochała, poświęcała jej cały czas, a rodzinny biznes dalej się rozwijał. O mężczyznach choćby nie myślała – całym światem była dla niej córka. Areczka wyrosła na zjawiskową dziewczynę. Ukończyła studia, była wdzięczna, nie wywyższała się, pomagała matce w firmie. Ksenia była bardzo czujna wobec jej znajomych, obawiając się, iż ktoś wykorzysta jej naiwność i majątek. W końcu w sercu Areczki pojawiła się miłość. Ksenia poznała Antka – nie miała nic przeciwko spotkaniom młodych. Zaręczyny, przygotowania do ślubu – po nim miała nastąpić ostatnia operacja oczu. Antek był czuły, troskliwy, czasem tylko Ksenia czuła, iż coś jest w nim nieszczerego, ale odganiała od siebie te myśli. Pewnego razu młodzi pojechali do podmiejskiej restauracji, by ustalić szczegóły wesela. Antek wyszedł na chwilę z sali, gdy zadzwonił mu telefon. Areczka przejęła komórkę i nie spodziewając się niczego złego, usłyszała głos przyszłej teściowej, pani Ireny. – Synku, już wiem, jak pozbyć się ślepej Arinki. Kup bilety w góry, pojedziecie po ślubie. “Przypadkiem” niech się potknie i nieszczęśliwie spadnie w przepaść. Ty się rozkleisz, zgłosisz na policję, zapłaczesz… Gdzie tam za granicą będą to roztrząsać. Po operacji już jej się nie pozbędziesz, a jesteśmy o krok od dużych pieniędzy… Areczka ze zrozumieniem rzuciła telefon i zrozumiała, iż cała dotychczasowa szczęśliwa wizja życia właśnie się rozsypuje, a zamiary Antka i jego matki są zbrodnicze… Po dramatycznej rozmowie z matką i weryfikacji nagrania wiadomości, Antek i jego matka znikają z miasta. niedługo Areczka trafia na ostatnią operację – tym razem udaną. Powoli zaczyna widzieć świat na własne oczy. W klinice poznaje doktora Michała – młodego, romantycznego lekarza, który zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. On wręcza jej bukiet kwiatów i jest przy niej, gdy po raz pierwszy naprawdę widzi świat, ludzi i siebie. Areczka zostaje szczęśliwą żoną Michała, rok później rodzi się im śliczna córeczka z szarymi oczami po tacie – i dopiero wtedy czuje, iż naprawdę zobaczyła, co w życiu jest ważne i piękne. Dziękuję za przeczytanie tej historii o pokonywaniu nieszczęść i odnalezieniu prawdziwego szczęścia!
Quiz: Chodziłeś do szkoły w PRL-u? Powspominajmy razem, jak to było
"Wyprawiam córce roczne urodziny. Chcę poprosić gości o pieniądze, ale nie wiem, czy wypada"
Mama – tylko taka sobie? Jak teściowa prawie zniszczyła moją relację z synem: opowieść o zimnej atmosferze, manipulacji i drodze do odzyskania rodziny
Kostek siedział na wózku inwalidzkim, wpatrując się przez zapylone okna w ulicę
Quiz dla dzieci PRL-u. Te dobranocki kochali wszyscy. Pamiętasz je?
Kiedy drzwi się zamknęły za Świetlaną Arkadiewą, w gabinecie zostały tylko trzy osoby — Zofia, jej mała córka i wysoki mężczyzna w drogim garniturze.
Urodziny dziecka to coś więcej niż tort. Mamy rozumieją, iż macierzyństwo to zaszczyt
Jest mamą i próbuje pogodzić to z pracą. "Czasami tam po prostu jestem, nie myślę"
Niechciana, a jednak potrzebna wnuczka – historia Karyny, która dla babci z rodu Sokołowskich mogła istnieć tylko jako wnuk. Kiedy odrzucona przez rodzinę dziewczynka znalazła siłę w matczynej miłości i wsparciu dziadka-pułkownika, wszystko się odmieniło…
Za zimno na spacer, a dzieci szaleją w domu. 5 zabaw, które je zajmą (a ty wypijesz ciepłą kawę)
Tato, proszę… nie przychodź dziś do szkoły, dobrze?
Niechciane dziecko – Jak chcecie nazwać swoją córeczkę? – Starszy lekarz z uprzejmym uśmiechem spoglądał na młodą pacjentkę. – Jeszcze nie wybrałyśmy imienia – wtrąciła się pani Natalia, siedząca na krześle obok łóżka. – To bardzo odpowiedzialna decyzja, Daria musi dobrze się zastanowić. – Wcale nie chcę. – Niespodziewanie dla wszystkich powiedziała sama młoda mama. – W ogóle nie zamierzam jej zabierać. Złożę zrzeczenie. – Co ty wygadujesz? – Kobieta gwałtownie poderwała się z miejsca, rzuciła córce gniewne spojrzenie, po czym zwróciła się do lekarza. – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, zabierzemy dziewczynkę do domu. – Wpadnę później, proszę odpoczywać. – Lekarz nie widział potrzeby, by być świadkiem rodzinnej kłótni. Ledwie zamknęły się za nim drzwi, Natalia rzuciła się na dziewczynę z pretensjami. – Jak możesz tak mówić? Co ludzie sobie o nas pomyślą? I tak musiałyśmy się tu przeprowadzić, żeby wszystko odbyło się po cichu. To dziecko zostaje w rodzinie! – A kto jest temu winien? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś mnie wtedy wysłuchała, nic by się nie stało. Skończyłabym spokojnie szkołę i poszła na studia. jeżeli to dziecko jest ci takie potrzebne, sama je sobie wychowuj. Dziewczyna odwróciła się do ściany, dając do zrozumienia, iż rozmowa skończona. Natalia jeszcze przez chwilę próbowała przemówić jej do rozsądku, ale wtedy zajrzała pielęgniarka i poprosiła, by opuściła salę. Pacjentka potrzebowała spokoju. Daria została sama. Cicho szlochała w poduszkę, błagając w myślach Boga, żeby to wszystko wreszcie się skończyło. Cichy stukot do drzwi sprawił, iż dziewczyna otarła łzy. Głęboko odetchnęła i powiedziała: – Proszę wejść. Daria spodziewała się zobaczyć kogoś z personelu, ewentualnie ojca. Ale kobieta, która weszła, była jej zupełnie obca. – Czy mogę jakoś pomóc? – kto by pomyślał, jak trudno jej utrzymać spokój na twarzy! – Tak się złożyło… przez przypadek usłyszałam… Lekarze rozmawiali tuż obok mojej sali – kobieta była zakłopotana i bała się zadać pytanie wprost. – Tak, chcę się zrzec dziecka. To panią interesuje? – Widziałam, jak twoja mama… – To nie mama, tylko macocha! – ostro odpowiedziała Daria, tracąc resztki spokoju. – Moja mama pracuje za granicą. – Przepraszam, nie chciałam cię urazić – kobieta poczuła się nieswojo. – Mam troje dzieci i nie pojmuję, jak możesz tak postąpić. Sama wychowałam się w domu dziecka i boję się o twoją córeczkę. Przecież ona nie jest niczemu winna! – Takie maluchy gwałtownie są adoptowane, tak mi mówili – wzruszyła ramionami Daria. – Nie mogę się przemóc, by ją choć raz wziąć na ręce, nie mówiąc o czymś więcej. Gdyby nie interwencja Natalii, nie byłoby mnie już tutaj. – Jesteś już dorosła, masz przecież skończone piętnaście lat, prawda? – To przecież wstyd! – dodała Daria, naśladując macochę. – Jak my ludziom w oczy spojrzymy! – Nie rozumiem… – Zaraz pani opowiem całą prawdę. – Dziewczyna gorzko się uśmiechnęła. – Może wtedy przestanie mnie pani oceniać. *********************************** Ostatni rok szkoły był dla Darii bardzo trudny. Najpierw jej ukochanego Pawła powołano do wojska, a potem do klasy przyszedł nowy uczeń – stołeczny bananowy chłopak, który w ramach kary został zesłany przez ojca na prowincję. Zaczął prześladować wszystkie dziewczyny w klasie – nie szukał miłości, ale kolejnego trofeum na liście. Właśnie za takie wybryki ojciec postanowił go ukarać. Maks rozdawał kosztowne prezenty, woził koleżanki do klubów i restauracji. Dziewczyny mu ulegały – każda liczyła, iż zostanie jego wybranką. Najbardziej odporna okazała się właśnie Daria. Była zakochana w Pawle i nikogo więcej nie potrzebowała. Wydawało się, iż Maks to zrozumiał i dał jej spokój, ale tylko tak jej się wydawało. Jak bardzo się myliła… W grudniu jedna z koleżanek miała urodziny. Cała klasa się zebrała, Maks oczywiście nie odmówił sobie udziału w imprezie. Jednak nie zamierzał składać życzeń solenizantce. Podczas zabawy zadzwonił telefon Darii. Wyszła na korytarz, by odebrać. Gdy wróciła, na jej miejscu siedział Maks. Najpierw nie zwróciła na niego uwagi, ale niedługo poczuła się źle… Następnego ranka ledwo otworzyła oczy. Obok niej leżał Maks, z zadowolonym uśmiechem. – No widzisz, a tak się broniłaś – rzucił, jakby nic się nie stało. – To dla ciebie wyrównanie rachunków. Twój Paweł to niezły frajer. Daria z trudem dotarła do domu. Słaniała się na nogach, kręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli na nią z pogardą. Nie wyciągała kluczy – zadzwoniła do drzwi. Wiedziała, iż macocha jest w domu. – Gdzie się szlajałaś?! – wściekła się Natalia na jej widok. – Nie wróciłaś na noc, nie odbierasz telefonu. choćby nie zacznę komentować twojego wyglądu! Gdyby ojciec cię tak zobaczył… – Wezwij lekarza i policję – przerwała jej Daria. – Zgłoszę zawiadomienie. Niech go wsadzą. Natalia się spięła. Połączyła jej wygląd z wypowiedzianymi słowami i doszła do własnych wniosków. – Kto? – Maks, kto inny – Daria ledwie mówiła. – Nikt inny nie miałby takiej czelności. Dzwoń, albo ja sama zadzwonię. – Zaczekaj. – Natalia zaczęła kombinować, wyczuła okazję do korzyści. – I tak go nie wsadzą. Zrobimy inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem – niech nam wypłaci rekompensatę. – Oszalałaś? – dziewczyna nie wierzyła własnym uszom. – Jaką rekompensatę? Sama zgłoszę sprawę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – Natalia gwałtownie chwyciła Darię za rękę i zaciągnęła ją do pokoju. Nie miała siły się opierać. – Na ciebie spadnie cała wina, wszyscy będą cię wytykać palcami. Ja się tym zajmę. Daria nie miała telefonu – zgubiła go po drodze albo zostawiła u koleżanki. Uciec nie dała rady – Natalia zamknęła drzwi. Z trudem powłóczyła się do łóżka… Kilka dni później pojechała do babci, która mieszkała sto kilometrów dalej, była już w podeszłym wieku. Nie chciała jej martwić, więc udawała, iż wszystko jest w porządku. Miesiąc później dowiedziała się najgorszego – tamta noc miała konsekwencje. Była w ciąży. Natalia była wniebowzięta. To dziecko zapewni im dostatnie życie! Dziadek wypłaci odprawę, by znów zamieść sprawę pod dywan. Do piątego miesiąca ani słowa. Nikt nie pytał Darii, czego chce ona sama. Na wieść o jej decyzji, by pozbyć się dziecka, Natalia zrobiła jej awanturę i nie spuszczała dziewczyny z oka ani na chwilę. Dziadek nie był szczęśliwy z powodu sytuacji, ale pieniądze dał. I zobowiązał się płacić dalej niemałe alimenty. ********************************** – Widzi pani teraz? Przez to dziecko tyle wycierpiałam. Paweł mnie zostawił, nie uwierzył w moje wyjaśnienia. Przyjaciółki się odwróciły, musiałyśmy się przeprowadzić. choćby matury nie zrobiłam! – Przepraszam, oceniłam cię, nie znając prawdy – kobieta poczuła się niezręcznie. – Ale dziecko i tak nie jest niczemu winne. – Daria, musimy poważnie porozmawiać! – Do sali weszła pewnym krokiem Natalia, ciągnąc za sobą męża. – Osoby postronne poproszę o wyjście, to sprawa rodzinna! Kobieta rzuciła dziewczynie współczujące spojrzenie i wyszła, cicho zamykając drzwi. – Nie pozwolę, żebyś zniszczyła mój idealny plan. Zostawisz dziecko tu w szpitalu – nie masz po co wracać do domu. Gdzie pójdziesz? Babcia nie żyje, jej mieszkanie dostał twój wujek. Zostaniesz na bruku? – Nie, ona pojedzie ze mną. – W drzwiach stanęła elegancka kobieta. W oczach Darii zapłonęła radość. – Mamo! Przyjechałaś! – Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłam zostawić cię w potrzebie – Albina mocno objęła córkę. – Gdybyś wcześniej powiedziała mi, co się dzieje, dawno zabrałabym cię do siebie. Myślałam, iż lepiej ci będzie skończyć tu szkołę. – Myślałam, iż mnie nie potrzebujesz – zapłakała Daria. Wciąż była przecież dzieckiem. – Ktoś mi wmówił, iż nie chcesz mieć ze mną kontaktu. Prezenty wracały nierozpakowane, nie mogłam się dodzwonić. Uznałam, iż nie możesz mi wybaczyć. Ale teraz wszystko będzie dobrze! – kobieta otarła córce łzy. – Wyjedziemy razem i wszystko się ułoży… ********************************************** Daria wyjechała. Natalia zabrała dziecko, licząc na dostatnie życie. Ale… gdy wpływowy dziadek się o tym dowiedział, przyjechał i zabrał wnuczkę do siebie. Maks musiał uznać dziecko za swoje, choć się opierał. Daria jest szczęśliwa. Jest z najważniejszą osobą, która jej nie zawiodła i zawsze pomoże…
Ricardo Salazar długo stał nieruchomo.
Tak polskie żony zwracają się pieszczotliwie do mężów. "Chłop" i "Stary" w czołówce
Codziennie chodzę do szkoły wnuków – moja rutyna pełna radości
Zrobię z niego porządnego człowieka! – Babcia kontra leworęczny wnuk, czyli rodzinne starcie pokoleń o „właściwość” i akceptację różnorodności
Gdy mój ojciec nas zdradził, macocha wyrwała mnie z piekła domu dziecka. Na zawsze będę wdzięczny losowi za drugą mamę, która ocaliła mi złamane życie
Cudzy synek – Twój mąż jest ojcem mojego dziecka. Z takim oświadczeniem do spokojnie jedzącej obiad Krystyny podeszła nieznajoma kobieta. Bezceremonialnie usiadła naprzeciw i cierpliwie czekała na jakąkolwiek reakcję na swoje słowa. – I ile lat ma pani pociecha? – zapytała Krystyna z całkowitym spokojem, jakby takie rozmowy zdarzały się jej codziennie. – Osiem – odpowiedziała z niezadowoleniem Marlena. Nie takiej reakcji oczekiwała! Gdzie oburzenie? Gdzie oskarżenia o kłamstwo? Albo przynajmniej fala pogardy? – Wspaniale – Krystyna ledwo zauważalnie się uśmiechnęła i wróciła do rewelacyjnego sernika wiśniowego, który serwowała tylko ta kawiarnia. – Jesteśmy z Arturem małżeństwem dopiero od trzech lat, więc wszystko, co było PRZEDE MNĄ, niespecjalnie mnie interesuje. Mam tylko jedno pytanie – pozwoliła sobie na cień zaciekawienia – Artur wie? – Nie – zirytowana Marlena odchyliła się na krześle. – Ale to nie ma żadnego znaczenia! Składam wniosek o alimenty! I będzie płacił, jasne? – Oczywiście, iż będzie – zgodziła się Krystyna. – Mój mąż uwielbia dzieci, gdyby tylko wiedział wcześniej, na pewno byłby obecny w życiu twojego syna. Jak ma na imię, jeżeli można spytać? – Igor – automatycznie odpowiedziała Marlena, potem się skrzywiła. – Serio, nie robi na tobie wrażenia, iż twój ukochany ma dziecko z kimś innym? – Powtórzę raz jeszcze – to, co działo się przed naszym małżeństwem, mnie nie rusza – łagodny uśmiech nie znikał z twarzy Krystyny. – Wychodząc za Artura, miałam świadomość, iż nie poślubiam niewinnego chłopca. To normalne, iż trzydziestoletni mężczyzna miał wcześniej swoje historie. Ważne, iż teraz jestem jedyną. – Dobrze, spotkamy się w sądzie. Przygotuj się na wysokie alimenty – rzuciła Marlena i z impetem wyszła, zostawiając po sobie zbyt intensywny zapach perfum. Krystyna z trudem powstrzymała się przed skrzywieniem. Ciekawe, co powiedziałaby Marlena, gdyby dowiedziała się, iż oficjalna pensja Artura to marne trzy tysiące złotych, firma jest na ojca, a poza tym opiekuje się chorą mamą. Na wielkie pieniądze nie ma co liczyć. Zrobiło się jej szkoda chłopca. Może warto odwiedzić ich i zobaczyć, jak żyją? Może uda się po ludzku dogadać na jakąś porządną kwotę, którą Artur mógłby co miesiąc przekazywać na Igora… O ile to naprawdę jego syn, bo różne historie się słyszało. ********************* Test DNA zrobili gwałtownie – jeżeli ma się pieniądze, wszystko można załatwić od ręki. Wynik był jednoznaczny – Igor to syn Artura. Chłopiec wydał się Krystynie niepokojąco cichy i zahukany. Ośmiolatek nie potrafi przez półtorej godziny oczekiwania na badanie siedzieć spokojnie, wpatrując się w jeden punkt… Nie prosił o bajki, nie biegał, nie męczył pytań – niczego nie robił z tego, do czego zwykle zdolni są jego rówieśnicy. To było dziwne. Krystyna jeszcze mocniej utwierdziła się w decyzji odwiedzenia nowo poznanego krewnego. Blok w dobrej dzielnicy. Ochroniarz w wejściu. Dwa pokoje, dobre wykończenie mieszkania… Krystyna notowała to w myślach i szczerze nie rozumiała, jak kobieta żyjąca w takich warunkach może narzekać na brak pieniędzy. – Sąd za tydzień – warknęła Marlena, wpuszczając Krystynę do mieszkania – tam będziemy rozmawiać. – Chciałam lepiej poznać Igora. Artur naprawdę chce być obecny w jego życiu. Może, gdy chłopiec się przyzwyczai, zabieralibyśmy go czasem do nas. – Akurat! – zaprotestowała kobieta. – Sąd zdecyduje – spokojnie odparła Krystyna. – Jest ojcem, ma prawo. Widzę, iż nie ma tu ani jednej zabawki… – Nie mam na takie głupoty, ledwo wystarcza na ubrania – prychnęła Marlena. – Naprawdę? – Krystyna znacząco spojrzała na kosztowną torebkę, na drogie ciuchy porozrzucane po kanapie, na markowe kosmetyki przy lustrze. – Brakuje wam pieniędzy? – przez cały czas jestem młoda, chcę ułożyć sobie życie – prawie wysyczała Marlena. – I to nie twoja sprawa! – A z kim zostawiasz syna, kiedy biegasz na randki? – dociekała Krystyna, zaczynając rozumieć, skąd ta chłodna obojętność dziecka. – Nie jest już malutki, sam sobie poradzi. To wszystko? jeżeli tak, zobaczymy się w sądzie! – Będę nalegała na rozliczanie każdej złotówki, którą przeznaczymy na Igora – Krystyna nie chciała tu dłużej zostawać. Widok matki tak traktującej własne dziecko był przykry. – Boję się, iż wyrok sądu pani się nie spodoba… ********************** – …sąd postanawia: żądanie Marleny Lipińskiej uznać częściowo. Ustalić, iż Artur Malin jest ojcem Igora Lipińskiego i zobowiązać Urząd Stanu Cywilnego do dokonania odpowiedniej zmiany w akcie urodzenia. O oddalenie żądania alimentacyjnego na rzecz Igora Lipińskiego. Powództwo wzajemne Artura Malina o ustalenie miejsca pobytu dziecka – uwzględnić… Krystyna z satysfakcją się uśmiechnęła – cel osiągnięty. Igor zamieszka z nimi. Może ktoś powie, iż odebrała chłopca matce, ale to naprawdę słuszna decyzja. Wszyscy sąsiedzi Marleny zgodnie powtarzali, iż dziecko było dla niej ciężarem. Nie żałowała mu krzyku ani klapsów, choćby przy świadkach. Do tego psycholog dziecięcy stanowczo zalecał interwencję. Nauczyciele i wychowawczynie popierali tę decyzję. Teraz Igor będzie miał własny, przestronny pokój, mnóstwo zabawek, komputer… Ale najważniejsze, poczuje miłość, której nigdy nie zaznał, bo zarówno Artur, jak i Krystyna od pierwszego spotkania pokochali tego niezwykłego chłopca.
Konsultant krajowa za logikę wyleciała. System kontra bezpieczeństwo szczepień
Nie patrz na mnie w ten sposób! Nie chcę tego dziecka, zabierz je!” – obca kobieta wrzuciła mi nosidełko w ręce. Byłam w szoku i kompletnie zdezorientowana.
Nowe możliwości w mObywatel. Dwa kolejne dokumenty trafiają do aplikacji
Codziennie odprowadzam wnuki do szkoły i odbieram je po lekcjach
Matka: dla kogo w końcu jest przedszkole. W komentarzach burza. Wszystko przez godziny otwarcia
Jeszcze mamy w domu spraw do załatwienia… Babcia Walentyna z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała się do drzwi, długo walczyła z zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego starego, nieogrzanego domu i usiadła na krześle przy zimnym piecu. W chałupie pachniało niezamieszkałym. Nie było jej raptem trzy miesiące, a już pajęczyny pokryły sufit, stare krzesło żałośnie skrzypiało, wiatr huczał w kominie – dom przyjął ją z wyrzutem: gdzie się podziewałaś, gospodyni, komu mnie zostawiłaś?! Jak mamy przezimować?! – Już, już, kochany mój, zaczekaj chwilę, odpocznę… Rozpalę, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Walentyna żwawo krzątała się po starym domu: bieliła, poprawiała, przynosiła wodę. Jej drobna figura raz pochylona była w modlitwie przed ikoną, raz rządziła przy piecu, raz latała po sadzie – sadziła, pieliła, podlewała. A dom cieszył się wraz z nią: pod jej lekkimi, szybkim krokami podłoga skrzypiała wesoło, drzwi i okna otwierały się od pierwszego dotknięcia zniszczonej dłoni, a piec piekł puszyste drożdżówki. Dobrze im było razem – Walentynie i jej starej chacie. gwałtownie pochowała męża. Wychowała troje dzieci, wszystkie wykształciła, na ludzi wyprowadziła. Jeden syn – kapitan żeglugi, drugi oficer, pułkownik – obaj żyją daleko, rzadko odwiedzają rodzinę. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została na wsi – jest główną agronomką, od rana do nocy w pracy. Do mamy wpada w niedzielę – nakarmi ją swoimi ciastami i znów tydzień się nie widzą. Pocieszeniem – wnuczka Sylwia. Można powiedzieć, u babci wyrosła. A jaka piękna wyrosła! Oczy wielkie, szare, włosy jak dojrzały len, kręcone, błyszczące, do pasa. Wystarczy, iż zrobi kucyk, a kosmyki opadają na ramiona – miejscowi chłopcy nie mogą się napatrzeć. Figura jak rzeźbiona. I skąd u wiejskiej dziewczyny taka postura, taka uroda? Babcia Walentyna kiedyś była ładna, ale gdy się porówna stare zdjęcie z Sylwią – jakby pasterka i królowa. I jeszcze – mądra. Ukończyła rolniczy uniwersytet w mieście, wróciła do rodzinnej wsi, pracuje jako ekonomistka. Wyszła za weterynarza, w ramach programu dla młodych rodzin dostali nowy dom. I to jaki – solidny, murowany. Prawdziwy dworek! Jedno tylko – u babci wokół domu – sad, wszystko rośnie, wszystko kwitnie. U Sylwii jeszcze nic nie zdążyło wyrosnąć, ledwie trzy kwiatki. I do ogrodnictwa, trzeba przyznać, Sylwia była szczególnie nieprzyzwyczajona. Chociaż dziewczyna ze wsi, była delikatna, przed jakimkolwiek wysiłkiem i przeciągiem zawsze chroniona przez babcię. Potem urodził się syn, Wacek. Na ogród już nie było czasu. Sylwia zaczęła więc babcię namawiać: chodź do mnie mieszkać – dom duży, wygodny, pieca palić nie trzeba. Babcia Walentyna zaczęła niedomagać, dobiła do osiemdziesiątki, jakby choroba tylko na to czekała – lekkie niegdyś nogi odmówiły posłuszeństwa. Dała się namówić, zamieszkała u wnuczki kilka miesięcy. A potem usłyszała: – Babciu kochana, przecież cię kocham! Ale co ty tylko siedzisz? Całe życie byłaś w ruchu! A u mnie patrz, rozsiadła się… A ja bym chciała gospodarstwo prowadzić, na ciebie liczę… – Ale ja już nie mogę, córeczko, nogi odmawiają… stara jestem… – A jak do mnie przyjechałaś, to od razu stara… gwałtownie więc babcia, niespełniająca oczekiwań, wróciła do swojej chaty. Od rozczarowania, iż nie sprostała, nie pomogła ukochanej wnuczce, zupełnie opadła z sił. Każdy krok był trudny, a droga do kościoła – niemożliwa. Proboszcz, ksiądz Piotr, sam przyszedł do swojej stałej parafianki i dawnej pomocnicy we wszystkim. Rozejrzał się uważnie. Babcia Walentyna pisała jak zwykle miesięczne listy do synów. W domu chłodno, piec niedogrzany, podłoga lodowata. Na babci – znoszona ciepła bluza, przybrudzona chustka – a przecież słynęła z czystości i porządku. Na nogach zdarte filcowe kapcie. Ksiądz Piotr westchnął: trzeba by pomocy. Może poprosić Annę – mieszka niedaleko, jest sporo młodsza od babci. Przyniósł chleb, pierniki, pół jeszcze ciepłego kulebiaka (to prezent od żony, pani Aleksandry). Zakasał rękawy, wybierał popiół z pieca, kilka razy przyniósł drewna, porządnie napalił. Przyniósł wodę i postawił duży zakopcony czajnik na piecu. – Synku kochany! Oj, to znaczy – księże drogi! Pomóż mi z adresami na kopertach, bo jak ja napiszę jak kura pazurem, to nie dotrze! Ksiądz Piotr usiadł, wypisał adresy, rzucił okiem na kartki z krzywymi wierszami. W oczy rzuciło się jedno zdanie, dużymi, drżącymi literami: „A żyje mi się bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, dzięki Bogu!” Ale kartki o dobrym życiu babci Walentyny całe były w rozmazanych kleksach, i te kleksy, wszystko na to wskazuje – były słone… Anna objęła opieką staruszkę, ksiądz Piotr regularnie ją spowiadał i udzielał Komunii, a w święta mąż Anny, wujek Piotrek, stary marynarz, dowoził ją motorem do kościoła. Powoli życie wracało do normy. Wnuczka się nie pojawiała, a potem po paru latach ciężko zachorowała. Od dawna miała problemy z żołądkiem, swoje dolegliwości tłumaczyła właśnie nim. Okazało się, iż to rak płuc. Czemu ją spotkało takie nieszczęście – któż to wie, ale zgasła, Sylwia, w pół roku. Mąż praktycznie zamieszkał na jej grobie, pił, spał na cmentarzu, budził się – szedł po kolejną butelkę. Czteroletni Wacek okazał się nikomu niepotrzebny – zaniedbany, brudny, głodny. Wzięła go Tamara, ale ze względu na swoją pracę nie miała czasu się zajmować wnukiem, więc Wackowi znaleziono miejsce w powiatowym domu dziecka. Dom dziecka niby dobry: energiczny dyrektor, pełne wyżywienie, można było brać dzieci na weekendy. Ale to nie to samo, co dom. Tamara nie miała wyjścia: praca długo trwa, do emerytury daleko. I wtedy w wózku starego „Urała” do córki przyjechała babcia Walentyna. Za kierownicą siedział sąsiad, wujek Piotrek, w pasiaku, z marynarskimi tatuażami. Wygląd wojowniczy. Babcia Walentyna mówi krótko: – Ja Wacka do siebie zabiorę. – Mamo, sama ledwo chodzisz! Jak sobie z małym poradzisz? Przecież trzeba ugotować, wyprać! – Dopóki żyję, Wacka do domu dziecka nie oddam – ucięła babcia. Tamara zaniemówiła pod wrażeniem stanowczości zwykle łagodnej mamy i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Wujek Piotrek odwiózł starą i małego do chaty, wyładował, a potem niemal na rękach wniósł ich do izby. Sąsiedzi kręcili głowami: – Porządna babka, dobra, ale chyba na stare lata rozum straciła: sama potrzebuje opieki, a tu przyprowadza dziecko… To nie szczeniak przecież… Potrzeba troski… Gdzie Tamara patrzy! Po niedzielnej mszy ksiądz Piotr odwiedził babcię Walentynę z niepokojem: czy nie trzeba będzie zabrać wychudzonego, brudnego Wacka od biednej staruszki? W izbie było ciepło, porządnie napalone w piecu. Czysciutki i zadowolony Wacek słuchał bajki o Czerwonym Kapturku z gramofonu. A „biedna, schorowana” staruszka lekko przemykała po izbie – smarowała blachę piórkiem, zagniatała ciasto, wbijała jajka do sera. Jej stare i chore nogi ruszały się sprawnie, jak dawniej. – Księże kochany! A ja tu… drożdżówki piekę… Poczekaj chwileczkę – żonie i Kaziowi będzie upominek na gorąco… Ksiądz Piotr wrócił do domu wciąż oszołomiony i opowiedział żonie, co widział. Pani Aleksandra zamyśliła się, z półki wyciągnęła grubą niebieską książkę i odszukała odpowiednią stronę: „Stara Jankowska swoje już przeżyła. Wszystko minęło, wszystkie marzenia, nadzieje – wszystko śpi pod śniegiem. Już czas iść tam, gdzie nie ma cierpienia, ani wzdychania… Pewnego lutowego wieczoru Jankowska długo się modliła przed obrazem, potem położyła się i powiedziała: ’Zawołajcie księdza – będę umierać’. A twarz jej była biała jak śnieg za oknem. Domownicy wezwali księdza, Jankowska wyspowiadała się, przyjęła Komunię, przez dobę już nie jadła ani piła. Tylko lekkie oddychanie świadczyło, iż dusza jeszcze nie uleciała. Nagle – drzwi w przedpokoju, powiew mroźnego powietrza, dziecięcy krzyk. – Ciszej, babcia umiera. – Nie zamknę dziecku ust, dopiero co się urodziła, jeszcze nie wie, iż płakać nie wolno… Ze szpitala wróciła wnuczka starej Jankowskiej, Ania, z noworodkiem. Wszyscy poszli do pracy, została tylko umierająca babcia i młoda mama. Ania mleka jeszcze nie miała, sama ledwie się trzymała, dziecko krzyczało, przeszkadzało Jankowskiej w spokojnym umieraniu. Umierająca babcia podniosła głowę, spojrzenie się wyostrzyło, usiadła na łóżku, szukała kapci. Gdy domownicy wrócili, a wszyscy wrócili wcześniej, bo – „babcia umiera” – zastali scenę następującą: Jankowska nie tylko nie zamierzała umierać, ale przeciwnie, wyglądała jakby ożyła, a po pokoju chodziła z zadowolonym, najedzonym już dzieckiem na rękach, podczas gdy młoda mamusia odpoczywała.” Aleksandra zamknęła pamiętnik, uśmiechnęła się do męża i skończyła: – Moja prababcia, Wera Jankowska, bardzo mnie pokochała i po prostu nie mogła sobie pozwolić umrzeć. Zacytowała słowa piosenki: „A umierać nam za wcześnie – jeszcze mamy w domu spraw do załatwienia!” Przeżyła jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie i mnie, swojej ukochanej prawnuczce. I ksiądz Piotr uśmiechnął się do żony w odpowiedzi.
Otarła wilgotne dłonie, jęcząc z cierpienia, i podążyła, by otworzyć drzwi.
Zrobię z niego porządnego człowieka! – Mój wnuk nie będzie leworęczny! – oburzyła się pani Tamara. Dawid odwrócił się do teściowej, oczy mu pociemniały ze złości. – A co w tym złego? Staś taki się urodził, to jego cecha. – Cecha! – fuknęła pani Tamara. – Co to za cecha, to wada! U nas od zawsze prawa ręka jest adekwatna. Lewa – od diabła. Dawid ledwo powstrzymał śmiech. XXI wiek, a teściowa myśli kategoriami polskiej wsi z czasów średniowiecza… – Pani Tamaro, medycyna dawno już udowodniła… – Twojej medycyny nie będę słuchać – przerwała mu. – Swojego syna nauczyłam, to i Staś się nauczy. Jeszcze mi podziękujesz! Wyszła z kuchni, zostawiając Dawida z niedopitą kawą i dziwnym uczuciem po tej rozmowie. Długo nie zwracał na to uwagi. Teściowa ze swoimi przesądami – cóż z tego? Każde pokolenie ma swój bagaż uprzedzeń. Patrzył, jak pani Tamara delikatnie poprawia wnuka przy stole, przekłada łyżkę z lewej ręki do prawej, i myślał: nic się nie stanie, dziecięca psychika jest elastyczna, babcine dziwactwa nie zrobią mu krzywdy. Staś od urodzenia był leworęczny. Dawid pamiętał, jak już w wieku półtora roku Staś sięgał po zabawki lewą ręką, jak potem nieporadnie rysował, zawsze lewą. Ale pani Tamara widziała to zupełnie inaczej. Leworęczność była dla niej błędem natury, który należy poprawić. Za każdym razem, gdy Staś brał kredkę lewą dłonią, babcia wykrzywiała usta, jakby dopuszczał się jakiegoś wstydliwego czynu. – Prawą, Stasiu. Prawą bierz. – Znowu swoje? W naszej rodzinie nie było leworęcznych i nie będzie! – Pawła nauczyłam – i ciebie nauczę. Dawid raz usłyszał, jak opowiada Oli o swoim „wyczynie”. Historia o małym Pawle, którego też „udało się nauczyć”. Przywiązywała rękę, patrzyła na każdego ruchu, karała za nieposłuszeństwo. I dorósł normalny mężczyzna. Dla niej była to duma i słuszność, dla Dawida – niepokój. Zmiany w synie zauważył powoli. Staś zaczął wahać się przy sięganiu po rzeczy, jego dłoń zawisała w powietrzu, potem szybkie spojrzenie na babcię – patrzy czy nie? – Tato, którą ręką mam brać? Zapytał przy kolacji, niepewnie patrząc na widelec. – Jaką chcesz, synku. – Ale babcia mówi… – Babci nie słuchaj, rób jak ci wygodnie. Ale Staś już się gubił. Plątał się, gubił przedmioty, próbował zgadywać. Jego pewność siebie znikła, pojawiła się ostrożność, jakby przestał ufać własnemu ciału. Ola wszystko widziała. Dawid widział, jak przygryza wargi, kiedy matka znów przekłada sztućce. Odruchową zgodę na babciny bat nad głową, tak jak w dzieciństwie nauczyła się nie sprzeciwiać. Próbował z nią rozmawiać. – Ola, przecież to chore. Spójrz na niego. – Mama chce dobrze. – Widziałaś co się z nim dzieje? Wzruszała ramionami i uciekała od rozmowy. Coraz gorzej było z dnia na dzień. Pani Tamara już nie tylko poprawiała wnuka, ale komentowała każdy ruch. Chwaliła, gdy wziął coś prawą dłonią. Głośno wzdychała, gdy sięgnął lewą. – Widzisz, Stasiu, potrafisz! Trzeba się tylko starać. Z Pawła zrobiłam człowieka, z ciebie też zrobię. Dawid zdecydował się porozmawiać wprost. – Pani Tamaro, proszę zostawić Stasia w spokoju. Jest leworęczny i to normalne. Nie należy go oduczać. Reakcja była dokładnie taka, jak się spodziewał. – Ty mnie będziesz pouczał? Troje dzieci wychowałam! – Proszę nie dotykać mojego syna w ten sposób. – Twojego? Myślisz, iż geny to tylko twoje? To też mój wnuk i nie pozwolę, by wyrósł… taki. Słowo „taki” wywarła z obrzydzeniem. Zrozumiał, iż rozmową nie wygra. Kolejne dni to wojna pozycyjna – pani Tamara mówiła do córki, ignorowała zięcia, Dawid odpowiadał podobnie. A Staś coraz częściej zaszywał się w kącie z tabletem, żeby nikt go nie widział. W sobotni poranek wpadł na pomysł, gdy teściowa gotowała barszcz, krojąc kapustę pewnym ruchem. – Źle to pani robi. Pani Tamara nie odwróciła się. – Przepraszam, co? – Kapustę trzeba kroić cieniej. I nie w poprzek, tylko wzdłuż włókien. Zirytowana, dalej kroiła. – Tak się nie gotuje, to nie po polsku. Źle pani robi. Proszę się nauczyć od nowa. Trzydzieści lat gotuje pani barszcz i ciągle nieprawidłowo. Sięgnął po nóż. – Zwariowałeś? – Po prostu chcę, żeby było dobrze. Wodę też za dużo pani wlewa. Trzeba się nauczyć. – Zawsze tak gotuję! Tak mi wygodnie! – A Stasiowi wygodnie lewą ręką. Ale jego musicie nauczyć. – To coś zupełnie innego! – Wcale nie. Wygodne jest wygodne. Kto komu daje prawo zmuszać drugiego? Pani Tamara zaczerwieniła się ze złości. – Jak śmiesz?! Ja Pawła nauczyłam i nie cierpiał! – A szczęśliwy jest? Pewny siebie? Milczenie. – Chciałam dobrze – głos jej się łamał. – Zawsze chciałam dobrze. – Wiem. Ale lepiej już nie będzie, jeżeli nie zacznie pani kochać wnuka takiego, jaki jest. – Pouczasz mnie?! – Będę pouczał, dopóki pani nie przestanie. Mogę codziennie krytykować każdy pani ruch. Zobaczymy ile pani wytrzyma. Stanęli naprzeciw siebie, napięci do granic. – To żenujące – syknęła pani Tamara. – W inny sposób pani nie zrozumie. Coś w niej pękło. Wyglądała na starą, przygasłą, słabszą. – Ja z miłości… – przerwała. – Wiem. Ale jeżeli to się nie skończy, nie zobaczy pani wnuka. Barszcz kipił na kuchni. Nikt się nie ruszył. Wieczorem, kiedy pani Tamara zamknęła się w swoim pokoju, Ola usiadła przy Dawidzie na kanapie, długo milcząc. – Mnie w dzieciństwie nikt tak nie obronił – wyszeptała. – Mama zawsze wiedziała lepiej. A ja… tylko się poddawałam. Dawid objął żonę. – Ale w naszej rodzinie już nigdy twoja mama nie będzie wszystkim dyktować. Ola ścisnęła mocno jego dłoń. A z pokoju dziecięcego cicho słychać było szelest ołówka na papierze. Staś rysował. Lewą ręką. Nikt już mu nie mówił, iż to źle.
Klaudia El Dursi szczerze o trudach macierzyństwa. "Czuję jakby przejechał po mnie walec"
Lekcja dla żony, czyli jak Anfisa zapomniała o roli matki i żony, a Eryk postanowił udzielić jej bolesnej nauczki – historia rozgotowanego makaronu, niespełnionych obowiązków i rodzinnego przewrotu, w którym choćby teściowa stanęła po stronie męża
Nadludzki wyczyn 13-latka. Przepłynął 4 kilometry i uratował swoją rodzinę
Sara delikatnie rozwiązała węzły, czując, jak mały but drży w jej dłoniach. Sznurówki były mocne, nowe — nie tak jak te porwane, które dostawała w schronisku.
Codziennie towarzyszę mojemu wnukowi w drodze do szkoły.
Mój tata porzucił nas, zostawiając mamę z ogromnymi długami. Od tamtej pory straciłam prawo do szczęśliwego dzieciństwa.
Rodzicielska miłość – Dzieci to kwiaty życia, mawiała mama, a tata śmiał się, dodając: „Na grobie własnych rodziców”, wspominając dziecięce psoty i hałas. Elżbieta, zmęczona, ale szczęśliwa, usadziła w taksówce Milenę (4 lata) i Dawidka (półtora roku), po cudownych chwilach u dziadków – z ciastkami, przytuleniami i „wolno trochę więcej niż w domu”. Elżbieta także cieszyła się wizytą: rodzice, siostry, siostrzeńcy, dom pełen miłości, mamine jedzenie, pachnąca choinka ze starymi bombkami, długie, wzruszające toasty taty, prezenty szyte na miarę, klimat dzieciństwa. W tym roku postanowili z mężem, Rusłanem, odwdzięczyć się rodzicom wyjątkowym prezentem – nie z obowiązku, ale z wdzięczności za szczęśliwe dzieciństwo, zaufanie i wsparcie. Rusłan zwierzył się, iż zawsze marzył o podarowaniu tacie samochodu – swojemu nie zdążył, ale teściowi już tak! Wzruszające Święta – prezenty,śród nich niespodzianka: nowy samochód dla taty, łzy szczęścia, rodzinne uściski, serdeczna atmosfera. Jednak i przygoda – Elżbieta, wracając z dziećmi, po krótkim postoju omyłkowo wsiada z powrotem do… nie swojej taksówki! Chwila grozy, krzyki, zamieszanie – aż rozbawiony przechodzień uświadamia pomyłkę. Znalezione bezpieczne dzieci i wybuch śmiechu. Rodzicielska miłość – zwyczajna, cicha, gorliwa, ale w krytycznym momencie zamieniająca się w siłę lwa. Niepokonana, gdy chodzi o dzieci.
Rozwiąż quiz wiedzy o wsi. Miastowi odpadną na drugim pytaniu. A ty?
Wielka zmiana w przedszkolach. Nauczyciele nie są zadowoleni. "Pieniądze zmarnowane"
Chociaż Lucyna była wzorową synową i oddaną żoną, doprowadziła nie tylko do upadku swojego małżeństwa, ale też zatraciła samą siebie
Lekcja dla żony: Gdy domowe obowiązki przerastają – historia Anfisy, która zapomniała, co znaczy być żoną i matką, i Egora, który postanowił udzielić jej ważnej życiowej lekcji, stawiając na szali rodzinę, miłość i przyszłość syna Jaśka
Teraz będziecie mieli własne dziecko, a ją czas oddać z powrotem do domu dziecka – czyli jak teściowa próbowała rozbić naszą rodzinę, bo adoptowana córka „nie była nasza“
Zrobię z niego porządnego człowieka! Babcia kontra leworęczność: rodzinny konflikt o „poprawność” wnuka
Codziennie odprowadzam wnuki do szkoły
Wracasz do pracy po macierzyńskim? Tego nie mów na rozmowie kwalifikacyjnej
Zabezpieczone: Narty w Alpach bez overtourism – jak znaleźliśmy idealny ośrodek dla wielbicieli ciszy, natury i wellnessu.
Zabezpieczone: Alpejska tradycja poza szlakiem, czyli dokąd na narty w Południowym Tyrolu.
TikTok na celowniku Brukseli. KE stawia zarzuty. Algorytmy groźne dla dzieci i naruszają unijne prawo