Dzieci

Największy producent w Polsce w tej branży ogłosił upadłość. To koniec
Czy ślub to jednak silniejsza więź niż wspólne mieszkanie? – Śmiali się z Nadzi faceci
Mama dla Alenki: Najlepsza Przyjaciółka, Która Spełni Marzenia
Z pozoru banalne zadanie. Jeden warunek sprawia, iż większość się myli
Alarm demograficzny w Polsce
Okazja Cenowa (Creator) – 31381 Groźny rekin i skrzynia ze skarbem
Powinniśmy być z NICH dumni!
– A co, nie mają nikogo bliskiego? Czemu ich przywiodłaś? Żal ci ich… A nas nie żal? Ledwo się tu mieścimy! Jutro zadzwoń do opieki, powiedziałem ci! Niech oni się tym zajmą!
Dziewczyna siedziała na łóżku, podkurczając nogi, i zirytowana powtarzała:
„Przepraszam, mamo, nie mogłem ich tam zostawić” – powiedział mój 16-letni syn, gdy przywiózł do domu dwóch nowonarodzonych bliźniaków.
Minus sześć stopni i panika rodziców. Tak zabijamy odporność przedszkolaków
Norwegia: Zaostrzono zalecenia dotyczące korzystania z ekranów przez dzieci
Dajesz maluchowi telefon? To proszenie się o choroby psychiczne Twojego dziecka
– Czy oni nie mają żadnych krewnych? Po co ich przyprowadziłaś? Żal ci… Żal? A nam nie żal? My sami ledwo się mieszczymy! Jutro zadzwoń do opieki, mówię ci! Niech się tym zajmą!
Moja mama zmusiła mnie do porzucenia dziecka i teraz na zawsze straciłam szansę na macierzyństwo
Urodziłam trojaczki, a mąż przestraszył się i uciekł — choćby ze szpitala nie przyszedł po mnie.
Koreańska metoda uspokajania napadów złości w 60 sekund. "Najpierw ogarnij siebie"
Dobrych też zostawiają – Historia Anny, pięknej trzydziestopięcioletniej Polki z dyplomem z Uniwersytetu Warszawskiego, która marzyła o rodzinie i spotkała “idealnego” męża, by później przekonać się, iż choćby najlepsze kobiety bywają porzucane
Ważne dla rodziców! Biedronka wycofuje partie produktów dla niemowląt. Sprawdź, czy masz je w domu
Ciemieniucha u niemowlaka – rytuał wyczesywania i nawilżania, który naprawdę działa
Jak ptak zwabiony śpiewem wabika – Historia Ksenii, która wierzyła w miłość na całe życie i przysięgła sobie być wierną do końca, choć los wystawił ją na próbę, a przeszłość rodzinna i trudne wybory sprawiły, iż musiała nauczyć się od nowa ufać i odnaleźć szczęście u boku drugiego męża, budując razem z nim nową rodzinę mimo przeszłych rozczarowań i rodzinnych tajemnic
Styczeń w KFK dla dzieci i dorosłych
Wczesna wiosna w pełnym rozkwicie
Męskość, która nie wyklucza-raport
Opowieści z Narnii: Lew Czarownica i Stara Szafa streszczenie
Rodzice zawsze mają ulubione dziecko? "Wielbią to przyjezdne, świąteczne"
Natalko Stepanówno, nie zamierzam żyć z waszym synem, więc mu to przekażcie – powiedziała Świetlana.
Jak unikać kontuzji podczas jazdy na nartach i snowboardzie?
Aleksandra Karasińska: feminizm to po prostu równość
Witamina D3 – wszystko, co każda mama powinna o jej stosowaniu wiedzieć
SMART-klocek-LEGO---rewolucja-w-zabawie-klockami
PRZYPOMNĘ CI, JAKIE MASZ SERCE – Pani Mario, tutaj ten zawijas mi nie wychodzi – szepnął smutno drugoklasista Tomek, stukając pędzelkiem w uparcie zawijający się nie w tę stronę zielony listek swojego namalowanego kwiatka. – A spróbuj, kochanie, delikatniej naciskać pędzelkiem… O tak – prowadź go jakbyś muśnięciem piórka po dłoni. No, brawo! Nie zawijas, a cudeńko! – uśmiechnęła się starsza nauczycielka – Dla kogo to namalowałeś taką piękność? – Dla mamy! – rozpromienił się chłopiec, który poradził sobie z opornym listkiem – Ma dziś urodziny! To mój prezent! – wyraźnie dumny po pochwałach nauczycielki. – Ale twoja mama szczęściara, Tomku. Tylko poczekaj, nie zamykaj jeszcze zeszytu, niech farby wyschną. W domu dopiero wyrwij ten listek. Zobaczysz, mamie się bardzo spodoba! Nauczycielka rzuciła ostatnie spojrzenie na ciemną, pochyloną nad kartką główkę Tomka i wróciła do swojego biurka, uśmiechając się do wspomnień. Ot, prezent dla mamy! Dawno nikt jej takiego pięknego nie dał. Chłopak ma talent! Trzeba zatelefonować do jego mamy, zaproponować zapisanie go do szkoły plastycznej – taki talent nie może się zmarnować. I przy okazji zapytać dawną uczennicę, czy prezent się jej spodobał. Sama pani Maria nie może oderwać oczu od tych rozkwitłych kwiatów na kartce – aż się wydaje, iż zaraz zaszeleszczą prawdziwymi listkami. O, Tomek cały po mamie! Larysa też miała rękę do rysowania… ***** Pani Mario, z tej strony Larysa, mama Tomka Kotowskiego – zabrzmiał wieczorem telefon w mieszkaniu nauczycielki – chciałam powiedzieć, iż Tomek jutro nie przyjdzie do szkoły – powiedział surowym tonem głos młodej kobiety. – Dzień dobry, Laryso! Co się stało? – Oj stało się! Cały dzień mi, łobuz, urodziny popsuł! – oburzyła się kobieta – A teraz leży z gorączką, pogotowie dopiero co pojechało. – Jak to, z gorączką? Przecież zdrowy wychodził ze szkoły, szedł z prezentem dla ciebie… – Z jakim prezentem? Z tymi kleksami?! – Kleksami? Laryso, co ty mówisz! Przecież takie kwiaty ci namalował! Sama dzwoniłam, żeby zapisać go do plastycznej… – Nie wiem, co to za kwiaty, ale na błotnisty kłębek to na pewno nie liczyłam! – Kłębek? O czym ty mówisz? … A może chcesz, żebym przyszła na chwilę, skoro mieszkam tak blisko? Po kilku minutach, zabrawszy gruby album ze starymi zdjęciami i rysunkami swojego pierwszego wychowawczego rocznika, pani Maria wychodziła już z klatki schodowej. W jasnej kuchni, gdzie Larysa przyjęła gościa, panował rozgardiasz. Gdy sprzątała stół i zmywała naczynia, opowiadała, jak Tomek przyszedł ze szkoły cały brudny, z plecaka lała się woda, jak spod kurtki wyjął przemokniętego szczeniaka, po którego sam wskoczył do kałuży, gdzie koledzy wrzucili psa… Zeszyt z prezentem suszył się na kaloryferze; po kwiatku nie było już śladu. Po wszystkim Tomek dostał gorączki i zasnął, a ona zaniosła szczeniaka z powrotem na śmietnik. Z każdym słowem pani Maria coraz bardziej posępniała, aż w końcu dotknęła delikatnie zniszczonego zeszytu i odezwała się cicho – wspominając o zielonych zawijaskach i kolorowych kwiatach, o dziecięcej dobroci, odwadze… I własnych wspomnieniach o małej Larysie, która też ratowała zwierzęta i nie mogła znieść niesprawiedliwości. Wyjęła z albumu wyblakłe zdjęcie dziewczęcia w białym fartuszku, przytulającego kotka, i rysunek dziecka trzymającego futrzatego kłębka i dłoń mamy… – Gdybym mogła, tego szczeniaka razem z Tomkiem bym wycałowała! A kleksy oprawiłabym w ramkę. Bo nie ma dla matki lepszego prezentu niż wychować dziecko na Człowieka! Larysa zaczęła patrzeć na album inaczej, z niepokojem spoglądała na drzwi Tomka. W końcu wzięła płaszcz i wybiegła na śmietnik szukać szczeniaka… ***** – Tomek, kto tu u ciebie zatopił nosek w kwiatach? Twój przyjaciel – Dikuś? – No tak, pani Mario! Poznaje go pani? – Pewnie! I ta gwiazda na łapie błyszczy. Pamiętam, jak myłam go razem z twoją mamą. – Teraz codziennie mu myję łapy! Mama mówi: masz przyjaciela – dbaj o niego! Kupiła nam choćby wanienkę! – Dobrą masz mamę – uśmiechnęła się nauczycielka – Pewnie znów rysujesz jej prezent? – Tak, chcę do ramki. Bo w tej starej mama trzyma jakieś kleksy i dziwnie się do nich uśmiecha… – Do kleksów też czasem można się uśmiechnąć, jeżeli są z serca. A powiedz mi, jak ci idzie w szkole plastycznej? – Świetnie! Niedługo narysuję portret mamy! Ale na razie… – Tomek sięgnął po kartkę – To od mamy, ona też czasem rysuje. Pani Maria spojrzała na rysunek: rozpromieniony Tomek, psiak z gwiazdą na łapie, obok filigranowa dziewczynka w mundurku z kotkiem, a zza nauczycielskiego stołu – ona, nauczycielka. A w samym rogu, zielonym zawijaskiem, wypisane tylko jedno słowo: „Pamiętam”.
Zbiorcze zapowiedzi serii LEGO na 2026 r. Wszystko w jednym miejscu.
Wygodne babcie Elżbieta obudziła się od śmiechu. Nie był to cichy chichot, ale głośny, donośny rechot, którego nie cierpiała przez całe swoje świadome życie — absolutnie nieodpowiedni dla szpitalnej sali. Śmiała się współlokatorka, trzymając przy uchu telefon i gestykulując drugą ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć. — Kaśka, ty to masz pomysły! Serio powiedział to wszystkim? Przy wszystkich? Elżbieta zerknęła na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki zostało jeszcze piętnaście minut — piętnaście minut, które mogła spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj, gdy przywieziono ją na salę, sąsiadka już leżała z telefonem w ręku, gwałtownie wystukując coś na klawiaturze. Przywitały się krótko: „Dobry wieczór” — „Dzień dobry” i każda zajęła się sobą. Elżbieta była wdzięczna za milczenie. Teraz — cyrk. — Przepraszam — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Można trochę ciszej? Sąsiadka odwróciła się. Okrągła twarz, krótkie siwe włosy, których choćby nie próbowała farbować, jaskrawa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! — Oj, Kaśka, oddzwonię, bo mnie tu wychowują — schowała telefon i uśmiechnęła się do Elżbiety. — Przepraszam! Jestem Katarzyna. Wyspana pani? Ja przed operacją nigdy nie śpię, muszę wszystkim zadzwonić. — Elżbieta. jeżeli pani nie śpi, nie znaczy, iż innym sen niepotrzebny. — Ale już pani nie śpi, prawda? — Katarzyna mrugnęła. — Dobra, od dzisiaj będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Do śniadania zdążyła jeszcze dwa razy zadzwonić i za każdym razem mówiła głośniej. Elżbieta obróciła się demonstracyjnie do ściany, nakrywając głowę kołdrą, ale nie pomogło. — Dzwoniła córka — tłumaczyła Katarzyna przy śniadaniu, którego żadna nie jadła — operacja, biedna się martwi. Uspokajam ją, jak umiem. Elżbieta milczała. Syn do niej nie zadzwonił. Choć nie oczekiwała tego — uprzedzał, iż ma rano istotną naradę. Sama go tak nauczyła: praca to poważna sprawa, odpowiedzialność. Katarzynę zabrano pierwszą na salę operacyjną. Machając ręką na pożegnanie, rzucała żarty pielęgniarce, która tylko się śmiała. Elżbieta pomyślała, iż dobrze by było, gdyby po operacji przenieśli ją do innej sali. Ją samą zabrano godzinę później. Zawsze źle znosiła narkozę. Ocknęła się z nudnościami i tępym bólem w prawym boku. Pielęgniarka wyjaśniła, iż wszystko poszło dobrze, trzeba przeczekać. Elżbieta czekała — była w tym przecież mistrzynią. Wieczorem odwieziono ją z powrotem na salę. Katarzyna już leżała na łóżku, z kroplówką w ręce, twarz szara, oczy przymknięte — pierwszy raz cicha. — Jak się pani czuje? — zapytała Elżbieta mimo woli. Katarzyna otworzyła oczy, bezsilnie się uśmiechnęła. — Żyję jeszcze. A pani? — Też. Zamilkły. Za oknem zapadał zmierzch. Kroplówki miarowo stukały. — Przepraszam za rano — szepnęła nagle Katarzyna. — Jak się denerwuję, to zaczynam trajkotać bez opamiętania. Wiem, iż to drażni, ale nie potrafię się powstrzymać. Elżbieta chciała odpowiedzieć coś kąśliwego, ale nie miała już siły. Wydusiła tylko: — Nic się nie stało. Nocą żadna nie spała. Obie bolało. Katarzyna już nie dzwoniła, ale Elżbieta słyszała, jak tamta przewraca się w pościeli, wzdycha. Raz wydawało jej się, iż płacze — cicho, w poduszkę. Rano przyszedł lekarz. Obejrzał szwy, sprawdził temperaturę, pochwalił: „Dzielne panie, wszystko w porządku”. Katarzyna od razu chwyciła za telefon. — Kaśka, kochana, żyję, wszystko dobrze, możesz się już nie martwić. Co u moich? Krzyś naprawdę miał gorączkę? A Ty mu… Co? Już przeszło? No widzisz, mówiłam, iż nie ma się czym martwić! Elżbieta, choć nie chciała, niechcący słuchała. „Moi” — to wnuki. Dzwoni córka. Jej własny telefon milczał. Spojrzała — dwie wiadomości od syna: „Mamo, jak zdrowie?” i „Odezwij się, jak będziesz mogła”. Wysłane poprzedniego wieczora, jeszcze pod narkozą. Odpisała: „Jest OK”. Dodała emotkę. Syn zawsze powtarzał, iż bez emotek to sucho wygląda. Odpisał po trzech godzinach: „Super! Buziak”. — Pani rodzina nie przyjeżdża? — zapytała w południe Katarzyna. — Syn pracuje. Mieszka daleko. I po co miałby przyjeżdżać — ja nie dziecko przecież. — No jasne — zgodziła się Katarzyna. — Moja też mówi: „Mamo, Ty jesteś dorosła, sama sobie poradzisz”. Po co przyjeżdżać, skoro wszystko gra, prawda? W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, iż Elżbieta uważnie na nią spojrzała. Katarzyna się uśmiechała, ale oczy miała zupełnie niewesołe. — Ile pani ma wnuków? — Troje. Krzyś — najstarszy, osiem lat. Potem Marysia i Leon, trzy i cztery latka. — Katarzyna wyjęła telefon z szafki. — Chce pani zobaczyć zdjęcia? Pokazywała je przez dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na każdym zdjęciu Katarzyna była obok. Przytulała, całowała, stroiła miny. Córki nie było na żadnym. — Córka nie lubi być na zdjęciach — wyjaśniła. — Ona zawsze robi zdjęcia. — Wnuki często u pani bywają? — Raczej to ja u nich. Córka pracuje, zięć też, więc… pomagam. Odbieram z przedszkola, sprawdzam lekcje, gotuję. Elżbieta kiwnęła głową. U niej było podobnie. W pierwszych latach po urodzeniu wnuka bywała codziennie. Potem rzadziej. Teraz — co miesiąc, w niedzielę. Jak pasuje. — A pani? — Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na zajęcia. — Często się widujecie? — Czasem w niedzielę. Mają dużo na głowie. Rozumiem to. — No tak… — Katarzyna odwróciła się do okna. — Zawsze są zajęci. Zamilkły. Za oknem padał deszcz. Wieczorem Katarzyna powiedziała: — Nie chcę wracać do domu. Elżbieta podniosła wzrok. Katarzyna siedziała na łóżku, obejmując kolana, patrząc w podłogę. — Naprawdę nie chcę. Myślałam i myślałam… i nie chcę. — Dlaczego? — Po co? Wrócę, a tam Krzyś nie zrobił lekcji, Marysia znowu zasmarkana, Leon rozerwał spodnie. Córka w pracy do nocy, zięć ciągle w delegacji. Ja: sprzątaj, gotuj, odbieraj, pomagaj, siedź z nimi. I nawet… — urwała się. — choćby dziękuję nie usłyszę. Bo przecież babcia, to tak musi. Elżbieta milczała. W gardle ściskało. — Przepraszam — Katarzyna starła łzę. — Rozkleiłam się jakoś. — Nie przepraszaj — powiedziała cicho Elżbieta. — Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam, iż wreszcie zajmę się sobą. Chodzić do teatru, na wystawy. Zapisałam się choćby na kurs francuskiego. Wytrzymałam dwa tygodnie. — I co było potem? — Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Bo przecież babcia nie pracuje, jej nie szkoda czasu. Nie umiałam odmówić. — I jak było? — Przez trzy lata codziennie. Potem, jak wnuk poszedł do przedszkola — co drugi dzień. Potem — do szkoły, już raz na tydzień. Teraz… — zamilkła. — Teraz już adekwatnie mnie nie potrzebują. Mają nianię. Siedzę w domu i czekam, aż zadzwonią. jeżeli nie zapomną. Katarzyna pokiwała głową. — Moja córka miała przyjechać w listopadzie. W gości. Wyszorowałam cały dom, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamusiu, przepraszam, Krzyś ma karate, nie damy rady. — I nie przyjechali? — Nie. Ciasta dałam sąsiadce. Siedziały w milczeniu. Za oknem deszcz bębnił o szybę. — Wie pani, co najbardziej boli? — zapytała Katarzyna. — Nie to, iż nie przyjeżdżają. Tylko iż ja i tak czekam. Telefon trzymam w ręku, myślę — może zadzwonią, powiedzą, iż tęsknią. Tak po prostu, nie dlatego, iż czegoś potrzebują. Elżbiecie zaszczypały oczy. — Ja też czekam. Jak dzwoni telefon, zawsze myślę — może syn po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze o coś chodzi. — A my zawsze ratujemy — Katarzyna skrzywiła się. — Bo takie jesteśmy. Bo przecież mamy zawsze pomagają. — Tak. Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Ból był nie do zniesienia. Po zabiegu leżały w milczeniu, aż Katarzyna powiedziała: — Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka cudowna, zięć dobry, wnuki kochane. Myślałam, iż jestem potrzebna. Że beze mnie się nie da. — I? — I dopiero tutaj zrozumiałam, iż świetnie sobie radzą beze mnie. Córka przez cztery dni ani razu nie narzekała, iż ciężko. Przeciwnie — pełna energii. Znaczy, potrafią. Po prostu wygodnie mieć babcię do pomocy. Elżbieta uniosła się na łokciu. — A ja zrozumiałam, iż sama ich tego nauczyłam. Pokazałam synowi, iż mama zawsze pomoże, zawsze czeka, jej plany nie są ważne — ważne są jego sprawy. — Ja robiłam to samo. Jak dzwoni córka, rzucam wszystko i lecę. — Nauczyłyśmy ich, iż nie jesteśmy osobnymi ludźmi — wolno powiedziała Elżbieta. — Tylko dodatkiem do ich życia. Katarzyna przytaknęła. Zamilkły. — I co teraz? — Nie wiem. Piątego dnia Elżbieta wstała bez pomocy pielęgniarki. Szóstego dnia przeszła korytarz tam i z powrotem. Katarzyna szła za nią, chociaż dzień później. Chodziły razem, powoli, podpierając się ścianą. — Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam — wspomniała Katarzyna. — Córka powiedziała: „Mamo, teraz masz sens — wnuki. Żyj dla nich”. I żyłam. Ale to taki… jednostronny sens. Ja dla nich, oni tylko wtedy, gdy im wygodnie. Elżbieta opowiedziała o swoim rozwodzie trzydzieści lat temu, gdy syn miał pięć lat. Jak wychowywała go sama, uczyła się i pracowała na dwa etaty. — Myślałam, iż jeżeli będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Oddałam wszystko, liczyłam na wdzięczność. — A on dorósł i żyje własnym życiem — dokończyła Katarzyna. — Tak. I może to normalne. Ale nie sądziłam, iż będę się przez to czuć tak samotna. — Ja też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Niespodziewanie. Elżbieta siedziała na łóżku z książką, gdy wszedł — wysoki, w droższym płaszczu, z torbą owoców. — Mamo, cześć! — Uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. — Jak się czujesz? Lepiej? — Lepiej. — Super! Lekarz mówił, iż za trzy dni wypiszą. Pomyślałem, iż może pojedziesz do nas? Gościnny pokój pusty. — Dziękuję, najlepiej mi w domu. — Jak wolisz. Ale jakbyś chciała, dzwoń, zabierzemy. Był piętnaście minut. Opowiedział o pracy, o wnuku, o nowym aucie. Zapytał, czy nie potrzeba pieniędzy. Obiecał, iż przyjedzie za tydzień. Wyszedł szybko, jakby z ulgą. Katarzyna udawała, iż śpi. Gdy drzwi się zamknęły, otworzyła oczy. — Syn? — Tak. — Przystojny. — Tak. — I chłodny jak lód. Elżbieta nie odpowiedziała. W gardle ścisnęło. — Wie pani… tak sobie pomyślałam, iż może trzeba przestać czekać na ich miłość. Po prostu… odpuścić? Zrozumieć, iż mają własne życie. A my poszukać swojego. — Łatwo powiedzieć. — Trudno zrobić. Ale chyba nie ma innej drogi, prawda? Bo co — będziemy tak czekać, aż przypomną sobie o nas? — A co powiedziałaś swojej córce? — Elżbieta nagle przeszła na „ty”. — Córce? Że po wypisie muszę odpocząć dwa tygodnie. Że lekarz zabronił dźwigać, siedzieć z wnukami nie dam rady. — Była zła? — I to jak! — Katarzyna lekko się uśmiechnęła. — Ale wiesz co? Ulżyło mi. Jakby mi ktoś coś ciężkiego zdjął z ramion. Elżbieta przymknęła oczy. — Boję się. Jak odmówię, jak powiem „nie”, mogą się obrazić. W ogóle przestać dzwonić. — A teraz dzwonią często? Cisza. — No widzisz. Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej. Ósmego dnia wypisano je razem. Pakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze. — Wymienimy się numerami? — zaproponowała Katarzyna. Elżbieta skinęła głową. Podały sobie telefony. Stały chwilę, patrząc na siebie. — Dziękuję — powiedziała Elżbieta. — Za to, iż byłaś tutaj ze mną. — Dziękuję. Wiesz… trzydzieści lat z nikim tak nie rozmawiałam. Od serca. — Ja też. Przytuliły się. Ostrożnie, by nie naruszyć szwów. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zamówiła taksówkę. Elżbieta pojechała pierwsza. W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Wzięła telefon. Trzy wiadomości od syna: „Mamo, już się wypisałaś?”, „Zadzwoń jak dojedziesz”, „Nie zapomnij o tabletkach”. Odpisała: „Jestem w domu. Wszystko dobrze”. Odłożyła telefon. Poszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. W środku była broszura z kursu francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Przeglądała broszurę, zamyślona. Zadzwonił telefon. Katarzyna. — Cześć. Przepraszam, iż tak szybko. Po prostu… potrzebowałam zadzwonić. — Cieszę się. Naprawdę. — Słuchaj… może się spotkamy? Jak już dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie? W kawiarni, albo na spacerze. jeżeli będziesz miała ochotę. Elżbieta spojrzała na broszurę. Potem na telefon. I znów na broszurę. — Chcę. Bardzo chcę. I wiesz co? Nie za dwa tygodnie. Może już w sobotę? Mam dość leżenia w domu. — W sobotę? Naprawdę? Lekarze przecież kazali… — Kazali. Ale trzydzieści lat dbałam tylko o innych. Teraz czas zadbać o siebie. — To umówione. W sobotę. Pożegnały się. Elżbieta wzięła znów broszurę francuskiego. Kurs zaczynał się za miesiąc. Zapisy jeszcze trwały. Odnalazła laptop, zaczęła wypełniać formularz zgłoszeniowy. Palce jej drżały, ale wpisywała wszystko do końca. Za oknem padał deszcz. Ale zza chmur prześwitywało jesienne słońce. I Elżbieta nagle poczuła, iż życie — być może — dopiero się zaczyna. I nacisnęła „Wyślij”.
Największy producent butów dziecięcych w Polsce zniknął z rynku
Cudu nie było Tania wyszła ze szpitala z synkiem na rękach. Rodzice jej nie przywitali, wiosenne słońce świeciło, otuliła się rozluźnioną kurtką, złapała w jedną rękę siatkę z rzeczami i dokumentami, drugą poprawiła dziecko i ruszyła przed siebie. Nie wiedziała, dokąd ma iść. Rodzice stanowczo sprzeciwili się powrotowi do domu z dzieckiem, mama kazała jej napisać zrzeczenie. Ale Tania sama była z domu dziecka – jej matka ją oddała – i obiecała sobie, iż swojego dziecka nigdy nie zostawi, choćby nie wiadomo co się działo. Dorastała w rodzinie zastępczej, rodzice byli dla niej w porządku, choćby ją rozpieszczali, przez co nie nauczyła się samodzielności. I biedy u nich nie brakowało, często chorowali. Teraz już wie, iż sama jest winna temu, iż jej syn nie ma ojca… Wydawało się, iż ojciec dziecka był poważny i chciał ją przedstawić rodzicom, ale kiedy dowiedział się o ciąży, wycofał się – nie był gotowy na bycie tatą i po prostu zniknął. Tania westchnęła. – Nikt nie jest gotowy, ani on, ani moi rodzice… Tylko ja jestem gotowa wziąć odpowiedzialność za synka. Usiadła na ławce, wystawiła twarz do słońca. Nic nie wiedziała – dokąd ma pójść? Plotki mówiły, iż są w Polsce ośrodki dla takich matek, ale bała się pytać o adres, licząc, iż rodzice przyjdą po nią. Ale nie przyszli. Postanowiła pojechać na wieś do babci – tam znajdzie schronienie, pomoże w ogrodzie, a za zasiłek na dziecko jakoś przeżyje, a potem znajdzie pracę. W końcu jej się uda – postanawia sprawdzić w telefonie, skąd odjeżdżają busy na wieś. Przecież babcie są dobre i ma nadzieję, iż się uda. Przesunęła śpiącego synka wygodniej na ramieniu, wyjęła stary telefon i niemal wpadła na przejściu prosto pod samochód. Starszy kierowca wyskoczył z auta i zaczął krzyczeć, iż nie patrzy pod nogi i zgubi siebie i dziecko, a on, staruszek, pójdzie na stare lata do więzienia. Tania się przestraszyła, łzy napłynęły jej do oczu, co wyczuł maluch i zaczął płakać. Mężczyzna spytał, dokąd idzie z dzieckiem. Tania przez łzy przyznała, że… sama nie wie. – Wsiadaj do auta – powiedział – pojedziesz ze mną, uspokoisz się i coś wymyślimy. Mam na imię Konstanty, a ty? – Tania. – Wsiadaj, pomogę ci. Przywiózł mamę z dzieckiem do swojego trzypokojowego mieszkania, dał jej pokój, żeby nakarmiła synka. Tania poprosiła Konstantego, by kupił pampersy – chciała mu dać swoje ostatnie pieniądze, ale stanowczo odmówił. Zadzwonił do sąsiadki, lekarki na emeryturze, była akurat w domu. Podała mu listę najpotrzebniejszych rzeczy dla młodej mamy i dziecka i oddała Tani najpotrzebniejsze rady. Gdy wrócił z zakupami, zobaczył, iż Tania usnęła z głową na poduszce, a syn się rozbudził. Umył ręce i wziął dziecko, by młoda mama trochę odpoczęła. Gdy tylko zamknął drzwi, Tania natychmiast się zerwała z wołaniem: „Gdzie mój syn?!”. Konstanty przyniósł chłopca z uśmiechem, pokazując rzeczy, które kupił i przekonując, iż sąsiadka-w lekarka wszystko jej wytłumaczy. – Nie potrzebujesz żadnej wsi ani babci – zaproponował. – Zostań u mnie, miejsca dość! Jestem wdowcem, nie mam dzieci ani wnuków, a samotność mnie przytłacza. Będę się cieszył z waszej obecności. – Miał pan dzieci? – zapytała Tania. Konstanty opowiedział jej o synu zmarłym w wypadku motocyklowym, o zrozpaczonej żonie i utraconym kontakcie z synową, która spodziewała się dziecka… – Dlatego błagam, zostań ze mną – mówi. – Jak dałaś na imię synkowi? – Saveli… Sama nie wiem czemu, zawsze mi się podobało, choć to rzadkie imię. – Saveli?! – oniemiał. – Mój syn miał tak na imię! Nie mówiłem ci tego… To nie może być przypadek. Tania zgodziła się zostać – bo nie miała dokąd pójść. Przyznała, iż jest z domu dziecka i została tylko z łańcuszkiem z medalikiem od matki, który zabrała ją oddając do placówki. Konstanty zainteresował się medalikiem, kazał go pokazać – okazało się, iż to dokładnie ten, który sam kiedyś kupił dla swojego syna, z dziecięcym puklem wewnątrz… – Więc ty jesteś moją wnuczką… – zobaczywszy pukiel włosów, starszy mężczyzna prawie zemdlał. – Zróbmy test DNA, dla pewności! – zaproponowała Tania. – Nie trzeba. Jesteś moją wnuczką, to mój prawnuk. Temat zamknięty. A ty podobna do mojego syna… Mam zdjęcia twoich rodziców. Mogę ci ich pokazać! Autor: Zofia Koralewska
Trendy. Nordic Breeze od Kinderkraft – pierwszy sezonowy drop marki
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75382 TIE Interceptor
Okazja Cenowa (Harry Potter) – 76444 Magiczne sklepy na Ulicy Pokątnej
Zapowiedzi serii Architecture na 2026 rok.
Niespodziewane szczęście Rafała
– Czy oni nie mają rodziny? Po co ich przyprowadziłaś? Żal ci ich… A nas nie żal? Sami ledwie się tu mieścimy! Jutro zadzwoń do opieki, mówiłem ci! Niech się tym zajmują!
„To nie jest moje dziecko,” powiedział milioner i kazał żonie zabrać malucha i odejść. Gdyby tylko wiedział.
Urodziłam trojaczki, a mąż przestraszył się i uciekł — choćby nie czekał na mnie w szpitalu.
Życie w Porządku – Lada, zakazuję ci kontaktów z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje życie, my swoje. Znowu dzwoniłaś do Natalii? Skarżyłaś się na mnie? Ostrzegałem cię. Nie miej do mnie żalu, jeżeli coś się stanie – powiedział Bogdan, ściskając mnie boleśnie za ramię. Jak zwykle w takich sytuacjach, bez słowa szłam do kuchni, ze łzami w oczach. Przenigdy nie żaliłam się siostrze na swoje życie, ot, rozmawiałyśmy o naszych schorowanych rodzicach, rodzinnych sprawach. To doprowadzało Bogdana do szału – nienawidził mojej siostry Natalii, bo w jej domu panowały spokój i dostatek. Tego nie było u nas. Gdy wychodziłam za Bogdana, czułam się najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Pochłonął mnie wir namiętności, nie przeszkadzało mi choćby to, iż był ode mnie niższy o głowę. Nie zastanowiła mnie jego matka, która zjawiła się na weselu ledwie trzymając się na nogach. Okazało się, iż teściowa to nałogowa alkoholiczka. Zakochana nie widziałam nic złego, ale już po roku małżeństwa poważnie zaczęłam wątpić w moje szczęście. Bogdan pił, wracał zalany do domu i potem przyszły zdrady. Pracowałam jako pielęgniarka ze skromną pensją, a on całe dnie spędzał z kolegami od kieliszka, choćby nie próbując mnie utrzymać. Marzenia o dzieciach zamieniłam na opiekę nad rasowym kotem. – Oj, głupiutka ty, Lada! Wokół ciebie tylu facetów, każdy ci się podoba, a ty wpatrzona w swojego karzełka! Co w nim widzisz? Wiecznie masz siniaki od jego ciosów, myślisz, iż ich nie widać pod makijażem? Rzuć go, zanim cię zabije – powtarzała mi przyjaciółka z pracy. Tak, Bogdan często wyładowywał agresję, bił mnie i raz zamknął w mieszkaniu bez klucza. Od wtedy zaczęłam się go panicznie bać. Dlaczego dalej go kochałam? Sama nie wiem. Jego matka powtarzała: – Laduszka, słuchaj męża, kochaj całym sercem, zapomnij o rodzinie, bo cię zgubią. I ja tak robiłam. Zatraciłam siebie, żyjąc pod jego dyktando. Przyjemność dawały mi tylko te chwile, kiedy błagał o przebaczenie na kolanach i obsypywał łóżko różami (zerwanymi w cudzym ogródku, o czym wiedziałam). Może tkwiłabym w tym związku nadal, gdyby nie pewnego dnia: – Oddaj Bogdana, mam z nim syna. Ty jesteś bezpłodna, – usłyszałam od nieznajomej. Nie uwierzyłam, ale gdy Bogdan nic nie zaprzeczył, wszystko zrozumiałam. – Lada, co się stało? – zapytał mnie ordynator szpitala, dr Herman Lewicki. – Wszystko w porządku? – Tak – skłamałam. – To dobrze, bo życie jest piękne, kiedy wszystko jest w porządku – powiedział tajemniczo. Te proste słowa wywróciły mi życie do góry nogami. Wróciłam do rodziców. Matka była zaskoczona. Potem dzwoniła teściowa, wyzywała mnie, ale ja poczułam, jak rosną mi skrzydła. Bogdan groził, szukał mnie, ale nie miał już nade mną władzy. – Bogdanie, zajmij się lepiej swoim synem. Nasza historia się zakończyła. Wróciłam do siostry i do rodziców. Byłam znowu sobą. Przyjaciółka od razu zauważyła, jaka jestem szczęśliwsza. A Herman Lewicki w końcu mi się oświadczył. – Lada, wyjdziesz za mnie? Minęło dziesięć lat. Herman codziennie okazywał mi prawdziwą miłość, nie słowami, ale czynami. Dzieci nie mieliśmy, ale jego córka podarowała nam ukochaną wnuczkę, Sashę. A Bogdan, niestety, pił aż do śmierci, nie dożył choćby pięćdziesiątki. Jego matka patrzy na mnie z nienawiścią, ale ja czuję tylko litość. A u nas z Hermanem wszystko w porządku. Życie jest piękne…
Andziaks urodziła drugie dziecko. Rodzice wstawili już jego zdjęcia do sieci
"Chcemy postarać się o drugie dziecko, ale teściowa uważa, iż powinniśmy skupić się na jednym"
ZGODA NA LUBIMY: Droga do Wszyscy na Rzecz Pojednania
Płomienie ogarnęły rezydencję — ale to, co pokojówka wyniosła, zostawiło wszystkich bez słów.
„To nie moje dziecko” – powiedział milioner, rozkazując żonie wziąć malucha i odejść. Gdyby tylko wiedział.