Dzieci

Codziennie odwiedzam wnuki w ich szkole
Zjedli w przedszkolu trutkę na szczury. 6-latkowie w szpitalu
Klamka zapadła: Gdańsk zamyka przedszkole “Stokrotka”. Rodzice protestują
Niby prosta matematyka, a wciąż mylą się wszyscy. Wystarczy trochę logicznego myślenia
Dlaczego nie chcę zostawiać moich dzieci pod opieką babć – Opowieść trzydziestojednoletniej mamy dwóch córek, która świadomie wybrała pełnoetatowe macierzyństwo i przekonała się, iż pomoc babć bywa większą przeszkodą niż wsparciem
Teściowa zabrała nam syna – odkąd się ożenił, zapomniał o rodzinie i jest ciągle u niej, pomagając w każdej drobnostce, a nasze prośby ignoruje.
A co, jeżeli to nie jest moja córka? Muszę zrobić test DNA Tomasz z zamyśleniem patrzył, jak jego żona Ola opiekuje się nowo narodzoną córeczką, ale nie mógł pozbyć się jednej uporczywej myśli. Naprawdę wierzył, iż dziewczynka nie jest jego. W zeszłym roku musiał wyjechać na miesięczną delegację. Kilka tygodni po powrocie żona przekazała mu „wspaniałą” nowinę – spodziewają się dziecka. Na początku Tomasz się ucieszył. Ale potem odwiedziła ich siostra Oli, która opowiedziała fascynującą historię o tym, jak sama zrobiła test DNA na ojcostwo syna, żeby jej partner nie miał wątpliwości. – Ola, zróbmy test DNA, dla własnego spokoju. Reakcja żony była natychmiastowa. Wybuchła wielka awantura, poleciały przedmioty, sąsiedzi zaczęli stukać w ścianę. – Co w tym złego? – naciskał Tomasz, coraz bardziej przekonany co do swoich podejrzeń. Jego zdaniem, Ola go zdradziła, bo inaczej nie reagowałaby tak nerwowo na niewinną prośbę. – Chcę być pewny, to wszystko. – Jak w ogóle możesz tak myśleć? – krzyczała Ola, rzucając kolejną poduszką. – Dałam ci kiedyś powód? – Przez miesiąc mnie nie było – skrzywił się Tomasz. – Skąd mam wiedzieć, co się tu działo? Zróbmy test, dowiem się, koniec tematu. Kiedy idziemy? Adres kliniki możemy wziąć od twojej siostry. – W następnym życiu – syknęła Ola i trzasnęła drzwiami do pokoju dziecięcego. *** – Mamo, nie proszę o nic nadzwyczajnego – żalił się Tomasz swojej mamie, – czemu ona tak wariuje? – Widocznie ma coś na sumieniu – odparła pani Anna, nalewając synowi kawę. – Zaszła w ciążę z kimś innym i boi się, iż prawda wyjdzie na jaw. A wiesz co, – zawahała się chwilę, – jak pojechałeś w delegację, była jedna sytuacja… – Jaka? – zainteresował się Tomasz. – Nie chcę się wtrącać ani psuć wam relacji – odpowiedziała, patrząc w bok. – Przyszłam pogadać o urodzinach twojego taty. Oli długo nie było, chociaż wiedziałam, iż jest w domu. W końcu otworzyła, ale była roztrzepana, a w przedpokoju stały męskie buty. – Co powiedziała? – oburzył się Tomasz. – Że rura jej pękła – przewróciła oczami pani Anna. – Mogłaby coś bardziej wiarygodnego wymyślić. – Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałaś? – W końcu nie weszłam do środka, więc nie mam dowodów – wzruszyła ramionami. – Nie chciałam psuć wam życia. – Źle zrobiłaś! – zawołał Tomasz, omal nie przewracając kubka. – I co teraz? – Convince ją do testu, albo zrób go bez jej zgody – odparła spokojnie. Swoją synową od dawna miała za skrycie nielubianą. *** – Możesz być spokojna – powiedział Tomasz, odkładając niepotrzebną już kopertę od kuriera. – Julka jest moją córką. Tak jak obiecałem, więcej nie będziemy o tym rozmawiać. – Nie rozumiem – zirytowała się Ola, patrząc podejrzliwie na otwarty dokument. – Zrobiłeś test bez mojej zgody? – No tak, byłem po drodze z małą na spacerze, zajęło chwilę. To moja córka, nie ma problemu. – Jest problem – szepnęła Ola. – I przykro mi, iż tego nie zauważasz. Następnego dnia Tomasz jak zwykle poszedł do pracy. Wieczorem czekała go przykra niespodzianka: mieszkanie było puste, rzeczy żony i córki zniknęły. Na stoliku leżała kartka: „Twoje podejrzenia zniszczyły wszystko. Nie chcę żyć z kimś, kto mnie nie ufa. Składam pozew o rozwód. Nic od ciebie nie chcę – ani mieszkania, ani alimentów. Chcę tylko, żebyś zniknął z naszego życia.” Tomasz był wściekły. Jak Ola mogła go zostawić?! I córkę zabrać?! Chwycił telefon i zaczął do niej wydzwaniać. Odebrał mężczyzna. Wysłuchał steku wyzwisk w ciszy i poprosił, żeby więcej nie dzwonił. – Wiedziałem, iż mnie zdradziła! – trząsł się Tomasz z wściekłości. – Jeszcze dobrze nie zdążyła odejść, a już u kolejnego faceta! Niech idzie! choćby nie wpadł na to, iż Ola mogła pojechać do swoich rodziców, a telefon odebrał brat, który nie chciał budzić śpiącej siostry. Tomasz wszystko już sobie ułożył w głowie. Rozwiedli się szybko, za porozumieniem stron. Mała Julka została z matką i już nigdy nie zobaczyła swojego biologicznego ojca…
5 seriali dla mam, które są na granicy. Oglądam je, gdy mam dość wszystkiego
Trutka na szczury w przedszkolu. Dzieci w szpitalu
Dzieci zjadły w przedszkolu trutkę na szczury. Trafiły do szpitala
Toksyna w produktach dla niemowląt. Ostrzeżenie
Nie dzwoń więcej! Po co tracić czas na rzeczy, których nie potrzebujecie? Już dawno zrozumiałam, iż ani ty, ani twoje dzieci nie dbacie o to, czy babcia żyje i jak się czuje!
Jest świeżo upieczonym ojcem i ma problem z odwiedzinami jednej osoby. "Mam dziwne przeczucie"
Wpływ ojca na zdrowie dziecka już od pierwszych miesięcy życia jest większy, niż przypuszczano – mówią naukowcy
Mama z trójką dzieci wylądowała na ulicy! Nasz ojciec zabrał mamie pieniądze ze sprzedaży mieszkania i uciekł.
Szkołę masz już dawno za sobą? Rozwiąż quiz ortograficzny z ó/u
Mąż cenniejszy niż gorzkie żale. – Igorze, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! choćby nie próbuj klękać, jak masz w zwyczaju – to już nie pomoże! – postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem. Igor oczywiście nie uwierzył. Był pewny, iż wszystko pójdzie jak zwykle: uklęknie, pokaja się, kupi kolejny pierścionek, a ja wybaczę. Jak zawsze. Tym razem postanowiłam zerwać więzy Hymena. Palce miałam obwieszone pierścionkami aż po mały palec, a życia nie było. Igor pił bez opamiętania… A wszystko zaczęło się tak romantycznie. Mój pierwszy mąż, Edzio, zaginął bez wieści w latach 90. Straszne to były czasy. Edzio nie był łatwym człowiekiem – porywczy, zadziorny, z orlimi oczami i komarzymi skrzydłami, jak mawiano. jeżeli coś mu nie pasowało, zaczynała się domowa “lezginka”. Wierzę, iż Edzia zamieszano w jakieś porachunki. Nic o nim nie słyszałam. Zostałam sama z dwiema córkami: Liza miała pięć lat, a Róża – dwa. Minęło pięć lat od jego tajemniczego zaginięcia. Myślałam, iż oszaleję. Bardzo kochałam Edzia, choć miał trudny charakter. Byliśmy jednością. Przekonana, iż życie się skończyło, postanowiłam skupić się na wychowaniu córek. Na siebie już nie liczyłam. Jednak… Ciężko mi było w tych ciężkich czasach. Pracowałam w fabryce, wypłatę dostawałam… żelazkami. Trzeba było je sprzedać, żeby kupić jedzenie. W weekendy handlowałam nimi na rynku, marznąc zimą tak, iż zęby dzwoniły. Wtedy podszedł do mnie mężczyzna. Zatroskał się o mnie. – Zimno pani? – zapytał nieznajomy. – Skąd pan wie? – próbowałam żartować, choć szczękałam zębami. Ale od mężczyzny biło ciepło. – Przepraszam, głupio powiedziałem. Może pójdziemy do kawiarni się ogrzać? Pomogę pani z żelazkami. – Idźmy, bo zamarznę – wydusiłam. Nie poszliśmy do kawiarni. Zaprosiłam nieznajomego – Igora – by poczekał pod moim blokiem z torbą żelazek, gdy poszłam po córki do przedszkola. Choć nogi miałam skostniałe, na duszy zrobiło się cieplej. Wróciłam z dziećmi – Igor czekał, paląc papierosa. Pomyślałam “zaproszę na herbatę, a potem się okaże”. Igor pomógł zanieść torbę na szóste piętro – oczywiście winda nie działała. Gdy wspinałyśmy się z dziewczynkami na trzecie, Igor już zbiegał na dół. – Chwileczkę, nie odejdzie pan, póki nie napijemy się herbaty! – złapałam go za rękaw. – Nie będę przeszkadzał? – spojrzał na córki. – Ależ skąd! Panowie, za ręce z dziewczynkami, a ja nastawię czajnik – rzuciłam bez cienia strachu. Nie chciałam stracić tego mężczyzny. Już stał mi się bliski. Przy herbacie Igor zaproponował mi pracę jako swoją pomocnicę, ze stawką większą niż wszystkie żelazka z rocznej pensji fabrycznej. Oczywiście zgodziłam się od razu. Najchętniej ucałowałabym mu ręce za tę propozycję… Igor był po drugim rozwodzie, miał syna z pierwszego małżeństwa. I tak się zaczęło… niedługo wzięliśmy ślub. Igor usynowił moje córki. Wiodło się nam świetnie: czteropokojowe mieszkanie, drogie meble, dom pod miastem, wakacje nad morzem – prawdziwe eldorado. Przez siedem lat żyliśmy szczęśliwie. Ale Igor – po zdobyciu wszystkiego – coraz częściej zaglądał do kieliszka. Na początku przymykałam oko – rozumiałam, ciężko pracuje, należy mu się relaks. Jednak z czasem, gdy zaczął pić w pracy, próbowałam przemówić mu do rozsądku – bez skutku. Muszę dodać, iż jestem ryzykantką. By odciągnąć męża od alkoholu, postanowiłam… urodzić mu dziecko. Miałam już trzydzieści dziewięć lat. Koleżanki śmiały się: – No dobra, może i my zostaniemy jeszcze mamami po czterdziestce! A ja zawsze powtarzałam: – Usuniesz dziecko, będziesz żałować. Urodzisz – nigdy. Urodziły się bliźniaczki. Wychowywaliśmy już cztery córki! Ale Igor nie przestał pić. Przełknęłam wiele upokorzeń. Pragnęłam uciec na wieś, prowadzić gospodarstwo, zadbać o dzieci i odciągnąć Igora od trunków. Sprzedaliśmy mieszkanie, domek. Kupiliśmy dom w miasteczku, otworzyliśmy własną kawiarnię. Igor został zapalonym myśliwym – kupił broń i sprzęt, w lesie zwierza nie brakowało. Żyło nam się nieźle – do czasu, aż Igor nie upił się kolejny raz. Jakiś diabeł go wtedy opętał: powybijał naczynia, rozwalił meble, rzucił się na nas… Chwycił strzelbę, strzelił w sufit. Uciekłam z dziećmi do sąsiadów. To był koszmar. Rano wszystko ucichło. Ukradkiem wróciliśmy do domu – widok jak po wojnie. Szkoda tylko, iż dziewczynki wszystko to widziały. Igor spał nieprzytomny na podłodze. Zebrałam co się da i ruszyłam z dziećmi do mamy, która mieszkała niedaleko. – Taniu, wracaj do męża! – przekonywała mama. – Co się w rodzinie nie zdarza? Przemieli się, będzie dobrze. Mama powtarzała: “lepiej mieć zęby w fartuchu, ale za to męża przystojnego”. Po paru dniach Igor się zjawił. Ale wtedy postawiłam już kropkę. Nie pamiętał nic z “występu baletowego”. Nie wierzył w moje opowieści. Ale mnie było już wszystko jedno. Spaliłam za sobą mosty. Nie wiedziałam jak dalej żyć. Ale wolałam głodować i żyć, niż dać się zabić przez męża w amoku. Kawiarnię sprzedałam za bezcen. gwałtownie wyjechaliśmy, zamieszkałyśmy w malutkim domku w sąsiedniej wsi. Starsze córki znalazły pracę, potem wyszły za mąż. Bliźniaczki chodziły do piątej klasy. Wszystkie dziewczynki kochały tatę Igora i kontaktowały się z nim. Więc wiedziałam, co u niego słychać. Przez córki błagał mnie o powrót. One też namawiały: “Mamo, przestań się obrażać, tata już zrozumiał swoje błędy, sto razy przeprosił”. Prosiły: “pomyśl o sobie, nie masz już 25 lat…”. Ale ja byłam nieugięta. Chciałam świętego spokoju. Minęły dwa lata. Zaczęło mi brakować Igora. Dopadła mnie samotność. Wszystkie pierścionki od męża musiałam oddać do lombardu. Nie udało się odzyskać. Szkoda. Wspominałam dawne życie. Miłość mieszkała w naszym domu. Igor kochał córki i mnie żałował, umiał przepraszać. Byliśmy przykładną rodziną. Wszędzie szukamy szczęścia, a czasem mamy je pod nosem. Czego więc jeszcze chcieć? Starsze dziewczyny tylko dzwoniły. Ich młodość goniła przed siebie. Bliźniaczki niedługo wyfruną z gniazda i zostanę sama. Namówiłam więc bliźniaczki, żeby wypytały tatę, jak naprawdę żyje, czy ma jakąś panią. Dziewczynki wywiedziały się, iż Igor mieszka i pracuje w innym mieście, nie pije, jest samotny. Podał córkom dokładny adres – na wszelki wypadek… Dziś jesteśmy razem już piąty rok. Mówiłam – jestem ryzykantką…
PILNE: Gigantyczne wycofanie mleka dla niemowląt! Na liście Bebiko i Bebilon [PEŁNA LISTA PARTII]
Chciałam sprawić mężowi miłą niespodziankę i przynieść mu obiad do pracy. Gdy podeszłam do drzwi, usłyszałam rozmowę, która zupełnie mnie zaskoczyła.
Nawet –35 stopni w lutym, znamy datę. Czy to oznacza zamknięcie szkół?
Noc, gęstniejąca nad miastem, zdawała się przeczuwać tragedię. Ciężkie chmury wlekły się po niebie, jakby dźwigając brzemię niespełnionych nadziei i złamanych losów.
Awarie wodociągowe w kilku dzielnicach. Bez wody szpital, przedszkole i urząd
Porównała dzieci do zwierząt. Dostało jej się i od rodziców i psiarzy
Codziennie chodzę do szkoły mojego wnuka – moja niezwykła rutyna.
Poważna awaria w Warszawie. Szpital bez dostępu do wody
Ojcowie coraz częściej na zasiłku macierzyńskim. Dane ZUS pokazują cichą rewolucję w polskich rodzinach
Kieleckie przedszkole stoi przed widmem likwidacji. Decyzja już wkrótce
– Wynocha stąd, mówię ci – idź! Czemu się tu pałętasz?! – Kławdja Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielki talerz gorących pierogów i odepchnęła sąsiedniego chłopaka. – No już, wynocha mi stąd! Kiedy twoja matka wreszcie zacznie cię pilnować?! Obibok! Chudy jak patyk Szymek, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy przywykli już do jego przezwiska, rzucił spojrzenie na surową sąsiadkę i powlókł się zrezygnowany na swój ganek. Ogromna, powojenna kamienica-podzielona na kilka mieszkań, była zamieszkana tylko częściowo. Tak naprawdę żyły tu dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpenkowie – Kasia z Szymkiem. Ci ostatni stanowili właśnie tę „połówkę”, którą nikt nie bardzo się przejmował i którą chętnie ignorowano, póki nie trzeba było w czymś pomóc. Kasia nie uchodziła za istotną osobę, więc i czasu w nią nikt nie zamierzał poświęcać. Katarzyna, oprócz syna, nie miała nikogo. Ani męża, ani rodziców. Sama radziła sobie, jak umiała. Patrzono na nią krzywo, choć rzadko ktoś miał odwagę ją zaczepiać – co najwyżej od czasu do czasu przeganiano Szymka, którego nazywano Konikiem, bo był chudy, z długimi rękami i nogami, a jego duża głowa ledwo trzymała się na cienkiej szyjce-patyku. Konik był brzydki, strachliwy, ale niezwykle dobry. Nigdy nie przeszedł obojętnie obok płaczącego dziecka, zawsze spieszył pocieszyć – za co nieraz obrywał od mam, które nie miały najmniejszej ochoty tolerować „straszydła” przy swoim potomku. Kim jest „Straszydło”? Szymek przez długi czas nie wiedział. Dopiero, gdy mama dała mu książkę o dziewczynce Dorotce, chłopak zrozumiał, czemu go tak nazywają. Ale nie miał o to żalu. Pomyślał wręcz, iż ci, którzy tak go wołają, musieli przecież czytać tę bajkę, więc wiedzą, iż Straszydło było mądre i dobre, wszystkim pomagało, a później zostało choćby władcą pięknego miasta. Kasia, do której syn przyszedł z tym spostrzeżeniem, nie wyprowadzała go z błędu. Uznawała, iż nic złego się nie stanie, jeżeli dziecko będzie myślało o ludziach lepiej, niż na to zasługują. Bo i tak zła na świecie jest sporo, a jej syn jeszcze zdąży się go nałykać. Niech chociaż dzieciństwo przeżyje szczęśliwie… Swojego syna Kasia kochała bezgranicznie. Wybaczyła ojcu Szymka jego nieudolność i zdradę, a swoje przeznaczenie przyjęła już w szpitalu, urywając poirytowana położną, która mruczała coś o tym, iż „chłopczyk przyszedł na świat nie taki”. – Niech sobie wymyślają! Mój syn – najpiękniejsze dziecko na świecie! – Nikt się nie sprzecza. Ale mądrym raczej nie będzie… – Jeszcze zobaczymy! – Kasia głaskała synka po buzi, płacząc. Przez dwa lata z niestrudzoną wytrwałością woziła Szymka po lekarzach i wywalczyła, by zajęto się nim poważnie. Włóczyła się do miasta w trzęsącym się PKS-ie, tuląc mocno do siebie szczelnie opatulonego synka. Współczujące spojrzenia ignorowała, a gdy ktoś próbował się wtrącać lub udzielać rad, zamieniała się w wściekłą wilczycę: – Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To nie potrzebuję twoich dobrych rad! Sama wiem, co robić! Do drugiego roku życia Szymek się wyrównał, nabrał ciałka i rozwoju nie odstawał już od rówieśników. Przystojniakiem jednak nigdy nie został. Duża, lekko spłaszczona głowa, wiotkie kończyny i kruchość, z którą Kasia walczyła wszelkimi możliwymi sposobami. Osobiście odmawiając sobie wszystkiego, synkowi dawała to, co najlepsze, i nie pozostało to bez wpływu na jego zdrowie. Choć Szymek wyglądał oryginalnie, lekarze nie mieli już z nim wiele roboty, a patrząc na drobną niczym leśny elf Kasię, obejmującą swojego Konika, tylko kręcili z podziwem głową. – Takich matek – na palcach jednej ręki! Dziecku groziła niepełnosprawność, a teraz? Spójrzcie na niego! Bohater! Bystry chłopiec! – No jasne! Mój synek taki właśnie jest! – My nie o chłopcu! My o tobie, Kasiu! Ty jesteś extraordynaryjna! Kasia wzruszała ramionami, nie rozumiejąc, za co ją chwalą. Bo czy matka nie powinna kochać i dbać o swoje dziecko? Gdzie tu zasługa? Tak po prostu powinno być! Ona tylko robiła swoje. Kiedy nadszedł czas, by Szymek poszedł do pierwszej klasy, już doskonale czytał, pisał i liczył, choć trochę się jąkał. I to czasem przekreślało jego wszystkie talenty. – Szymek, wystarczy, dziękuję! – przerywała mu nauczycielka, przekazując komuś innemu czytanie fragmentu na głos. A później skarżyła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopak jest we wszystkim świetny, ale nie da się słuchać, jak czyta czy odpowiada przy tablicy. Na szczęście Szymka, długo w szkole nie zagrzała miejsca – wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński, a klasę przejęła inna pedagog. Maria Iliniczna była już starsza, ale fachu nie straciła i dzieci kochała, jak na początku kariery. Konika poznała od razu – porozmawiała z Kasią i wysłała ją do dobrego logopedy, a Szymka prosiła, by oddawał zadania w formie pisemnej. – Tak pięknie piszesz! Sama przyjemność czytać! – chwaliła. Konik rozkwitał od pochwał, a nauczycielka czytała na głos jego odpowiedzi, każdorazowo podkreślając, jak zdolnego ucznia ma. Kasia płakała z wdzięczności, gotowa całować ręce, które niby od niechcenia, mimochodem, okazywały łaskę jej synowi. Ale Maria Iliniczna gwałtownie ukróciła wszelkie próby okazywania wdzięczności: – Pani chyba oszalała! To moja praca! Chłopak jest wspaniały. Wszystko będzie dobrze. Zobaczy pani! Do szkoły Szymek biegł podskakując, czym wprawiał sąsiadów w rozbawienie. – O! Skacze nasz Konik! Znak, iż i my musimy ruszać! Boże, no przecież przyroda dla dziecka tak okrutna… Po co go w ogóle zostawiła? O tym, co myślą sąsiedzi o Kasi i jej synu, wiedziała doskonale. Ale nie lubiła się wdawać w kłótnie i uważała, iż jeżeli człowiekowi Bóg nie dał serca ani duszy, to i tak po ludzku nie będzie się zachowywał. Więc szkoda czasu w roztrząsanie, czemu ludzie bywają tacy. Lepiej go poświęcić na sprzątanie mieszkania albo zasadzenie kolejnej róży przy swoim ganku. Duże podwórko, podzielone na niepisane „pięciolatki” pod gankiem każdego mieszkania, nikt nie zamierzał grodzić – obowiązywała umowa, iż kto przy którym wejściu, temu część pod nim przynależy. Pięciolatek Kasi był najpiękniejszy. Tu rosły róże, wielki krzew bzu, a schodki wyłożyła potłuczonymi kaflami, które wyprosiła w domu kultury. Robili tam remont, a kupa śmieci lśniła na słońcu jak prawdziwe skarby. – Oddajcie mi to! – wpadła do gabinetu dyrektora. – Co oddać? – zdziwił się dyrektor. – Czego chcesz? – Kafle! Dajcie! Za jej pomysłem dyrektor tylko się uśmiał, ale zabrać pozwolił. Kasia wypożyczyła od sąsiadów taczki i do późnego wieczora wybierała z góry gruzu kawałki odpowiednie do swojego planu. A potem z dumą przemaszerowała przez całą wieś, pchając przed sobą taczkę, w której siedział Konik z miną zdobywcy. – Po co jej ten gruz? – dziwiły się sąsiadki. Ale gdy po paru tygodniach zobaczyły, co Kasia wyczarowała z nikomu niepotrzebnych kafli… – No popatrz, arcydzieło! Kasia na zdziwione miny nie reagowała. O jej opinii na temat plotek decydowały tylko słowa syna: – Mamo, jak tu pięknie… Szymek siedział na schodkach, wodząc palcem po misternie ułożonym wzorze z kafli, i rozpływał się ze szczęścia. A Kasia znowu płakała. Bo jej synek był szczęśliwy… A powodów do szczęścia w jego życiu nie było znów tak wiele. Czasem pochwalą w szkole, czasem mama zrobi coś pysznego, przytuli i wyszepcze, jaki jest mądry i dobry. I tyle. Przyjaciół Konik nie miał prawie wcale – za chłopcami nie nadążał, a czytać wolał bardziej niż gonić za piłką. Dziewczynki trzymały się od niego z daleka. Zwłaszcza piekliła się sąsiadka Kławdja – babcia trzech wnuczek: pięcio-, siedmio- i dwunastoletniej. – choćby nie podchodź! – groziła pięścią. – Nie dla ciebie te jagódki! Co się działo w jej trwałej fryzurze nikt nie wiedział, ale Kasia poleciła Szymkowi nie plątać się pod nogami Kławdji i jej wnuczek – po co ją denerwować? Konik zgodził się z mamą i na odległość armatniego strzału trzymał się od sąsiadki z daleka. Nawet, gdy przygotowywała się do uroczystości, Szymek tylko przechodził obok, nie mając zamiaru dołączać do zabawy. – O, ciężko mi na duszy! – mruknęła Kławdja, nakrywając pierogi haftowanym ręcznikiem – Jeszcze powiedzą, iż jestem skąpa! Zaczekaj! Wyszukała dwa pierogi i dogoniła chłopaka. – Bierz! I żebym cię na podwórku nie widziała! Mamy święto! Siedź cichutko, aż mama z pracy wróci! Zrozumiałeś? Szymek skinął głową z wdzięcznością i zabrał pierogi, a Kławdja wróciła zabiegana do stołu – lada moment na jej podwórku miały pojawić się dzieci, przyjechać wnuki i rodzina, a ona nie miała wszystkiego gotowego. Urodziny najmłodszej wnuczki, Ulki, Kławdja chciała świętować z pompą. Syn sąsiadki – chorowity, wielkogłowy Szymek-Konik zupełnie jej do tego nie pasował! Na co straszyć maluchy tym wyłupiastym? Będą miały koszmary! Kławdja westchnęła, wspominając, jak próbowała przekonać sąsiadkę, by oddała dziecko. – A gdzie tobie, Kasiu, wychowywać dziecko?! Po co?! I tak nic mu nie dasz, zdechnie pod płotem! – A widziała mnie pani kiedyś z butelką? – Kasia na zaczepkę miała zawsze ripostę. – To nic nie znaczy! Z takiej biedy jak twoja – droga tylko jedna! Co z tego, iż tobie rodzice nic nie dali, dziecku też nie dasz… Nie wiesz, co to być matką, nikt cię nie nauczył! Po co to dziecko ma się męczyć? Pozbądź się go! – A może oddam je też sąsiadce?! Nie wstyd pani?! Sama matka! – Nie przejmuj się mną! Sama dzieci wychowałam… A ty co jemu dasz? Nic! I przemyśl to! Po tej rozmowie Kasia przestała się z Kławdją witać. Przechodziła obok z podniesioną głową, niosąc swój wielki, niezgrabny, dziwaczny brzuch i choćby nie spoglądała w stronę sąsiadki. – I po co się na mnie obrażasz, głupia? Ja ci dobrze chcę! – kiwając głową wołała za nią Kławdja. – To pani dobro śmierdzi, a ja mam mdłości! – odburkiwała Kasia i głaskała brzuch, uspokajając nieznanego jeszcze Konika. – Nie bój się, maleńki! Nikt cię nie skrzywdzi! Że jednak w ciągu niespełna ośmiu lat życia Konika wielu próbowało, mama nigdy się nie dowiedziała. Szkoda jej było… jeżeli go bardzo dotknęli – cicho płakał w kącie, ale nic nie mówił. Rozumiał, iż będzie jej przykro gorzej niż jemu samemu. Obraza spływała po Szymku jak woda po kaczce, nie zostawiając w nim ani urazy, ani złości. Dziecięce łzy dokładnie ją wypłukiwały – i już po chwili nie pamiętał, kto, co i kiedy powiedział, tylko żal mu się robiło dorosłych, którzy nie rozumieli prostego. Bez żalu i złości żyje się o wiele łatwiej… Kławdji już od dawna się nie bał, choć nie przepadał za jej towarzystwem. Gdy tylko podnosiła na niego palec i rzucała złośliwe komentarze, Szymek zmykał jak najdalej – by nie widzieć jej złych oczu i nie słyszeć tych kąśliwych słówek, za które chętnie by nagrodzono rózgą. Gdyby ktoś zapytał, co myśli, Kławdja bardzo by się zdziwiła. Szymek jej szczerze żałował. Jak tylko on potrafił. Żal mu było kobiety, która marnowała życie na złość. Minuty Szymek cenił ponad wszystko. Wcześnie zrozumiał, iż nic nie jest cenniejsze – wszystko można odzyskać, naprawić, ale czasu nie cofniesz. – Tik-tak! – mówi zegar. I już… Nie ma chwili! Nie złapiesz! Zniknęła… I nie wróci za żadne pieniądze, ani za najpiękniejszy papierek po cukierku… Ale dorośli tego jakoś nie rozumieli… Wdrapany na parapet w swoim pokoju, Szymek jadł pieroga, patrząc zza firanki jak na łące za domem biegają wnuczki Kławdji i wszystkie dzieci, które przyszły świętować urodziny Ulki. Jubilatka wirowała jak kolorowy motyl w różowej sukience, a Szymek patrzył na nią jak na księżniczkę lub wróżkę z bajki. Dorośli świętowali przy dużym stole obok ganku Kławdji, a dzieci, wybiegały na łąkę za domem – tam było najwięcej miejsca do gry w piłkę. Szymek natychmiast zgadł, dokąd pobiegli, i popędził do sypialni mamy. Z tego okna można było obserwować łąkę jak na dłoni – klaskał w dłonie i cieszył się z zabawy, aż zaczęło się ściemniać. Niektóre dzieci znudziły się zabawą i wracały do rodziców, inne wymyśliły nową grę, ale dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starym studni, przez co zwróciła uwagę Konika. Że przy studni jest niebezpiecznie, Szymek wiedział. Kasia wiele razy przestrzegała syna, zabraniając mu podchodzić. – Zrąb już spróchniały. Nikt z niej nie korzysta, ale wody w niej trochę jest. Wpadniesz – i przepadłeś! choćby nie usłyszą… Rozumiesz? Nie podchodź do niej, synku! – Nie będę. Moment, w którym Ulka poślizgnęła się na krawędzi i zniknęła z pola widzenia, Szymek przegapił. Oglądał wtedy grupę chłopaków. Nagle Ulki nie było na łące… Wystrzelił na ganek i w mgnieniu oka zorientował się, iż nie ma jej też przy stole! Czemu nie pomyślał, żeby krzyczeć o pomoc? Nigdy później nie umiał sobie odpowiedzieć. Po prostu sturlał się ze schodów i pobiegł na tyły podwórka, nie słysząc choćby gniewnych wrzasków Kławdji: – Mówiłam – siedź w domu?! Dzieci beztrosko grały w piłkę – nikt nie zauważył zniknięcia Ulki, ani pojawienia się Szymka przy studni. Zobaczył coś jasnego na jej dnie i zawołał: – Przytul się do ściany! Bał się ją zahaczyć – położył się na krawędzi, nogi zwieszone w dół i czołgając się po spróchniałych belkach, zanurzył się w ciemność. Do studni wskakiwał, wiedząc, iż Ulka nie umie pływać… To Szymek dobrze wiedział, bo nie raz próbowali z babcią Kławdją nauczyć ją pływać latem w jeziorze. Ulka się nie nauczyła, a Szymka bała się za sprawą babci. Mimo to, objęła go rozpaczliwie, gdy ją wydobył. – Już! Nie bój się! Jestem z tobą! – złapał aż pod brodę, jak uczyła mama. – Trzymaj się, a ja będę wołał o pomoc! Jego ręce ślizgały się po śliskich belkach, Ulkę ciągnęło do wody, ale zdobył się na siłę i ryknął tak głośno, jak tylko potrafił: – Ratunku! Nie wiedział, iż dzieci zaraz uciekły z łąki, kiedy studnia połknęła ich towarzyszy. Nie wiedział, czy starczy mu sił, czy ktoś go usłyszy… Wiedział jedno: mała, śmieszna dziewczynka w różowej sukience musi żyć! Bo piękna, jak i chwil, w życiu nie za dużo. Jego wołania nikt od razu nie usłyszał. Kławdja wniosła na stół pieczoną gęś i nagle spytała gości: – Gdzie Ulka?! Goście podchmieleni nie mogli od razu pojąć, czego chce od nich rozwścieczona gospodyni, która z rozmachem rzuciła gęś na stół i wrzasnęła tak, iż wszystkim zaparło dech. A Szymek z ostatnich sił jeszcze raz zawołał: – Mamo… I Kasia, wracając z pracy, nie wiedząc czemu przyspieszyła kroku, omijając po drodze sklep i plotkujące sąsiadki – czuła, iż musi jak najszybciej być w domu… Na podwórko wbiegła dokładnie wtedy, gdy Kławdja osiadła bezwładna na schodach jej ganku. Nie zastanawiając się, Kasia pobiegła na tyły, gdzie zwykle bawił się Konik, i zdążyła usłyszeć głos syna. – Tu jestem, synku! Nie musiała zgadywać, skąd dochodzi głos. Od dawna bała się tej studni, niejednokrotnie chodziła do administracji z prośbą o jej zasypanie. Nikt nie słuchał. Sama postawiła lichy płotek, który nie mógł powstrzymać dzieci – ale tylko jej to przeszkadzało… Nie było czasu w myśli. Kasia pobiegła do domu po sznurek do prania i wybiegając przez ganek, krzyczała: – Szybko! Trzymajcie! Na szczęście jeden z zięciów Kławdji był dość trzeźwy, by zrozumieć, o co chodzi. W mig obwiązał drobną Kasię sznurem: – Dawaj! Trzymam! Ulkę Kasia wyłowiła od razu. Złapała ją pod ramiona, dziewczynka objęła ją rękami i nogami i pobladła. Kasię ogarnął strach. Szymka nie mogła znaleźć w ciemności, choć upierała się przy tym z rozpaczą… I wtedy zaczęła błagać, jak kiedyś w szpitalu, przy porodzie: – Boże! Nie odbieraj mi go! Oddychać było coraz trudniej, czas mierzył się uderzeniami serca, a jej ręka bezradnie przeczesywała wnętrze studni… …Coś śliskiego wsunęło się w dłoń. Kasia pociągnęła w górę prezent ciemnej wody – i wyciągnęła syna, bojąc się choćby pomyśleć, czy oddycha. Wrzasnęła: – Ciągnij! A unosząc się już nad powierzchnią usłyszała ciche, świszczące: – Mamusiu… Po niemal dwóch tygodniach w miejskim szpitalu, Szymek wrócił do domu jako bohater. Ulkę wypisano wcześniej – napędziła trochę strachu, połknęła wody, podrapała się i podarła sukienkę, ale wyszła cało. Szymka los nie był tak łaskawy – złamał nadgarstek, długo miał trudności z oddychaniem, ale mama była blisko, a strach o Ulkę, która regularnie odwiedzała z rodzicami, już minął. Szymek znowu cieszył się, iż niedługo wróci do domu, do swoich książek i ukochanego kota. – Mój ty chłopaku kochany! Boże, gdyby nie ty… – płakała Kławdja, tuląc opalonego Szymka. – Wszystko ci oddam! – Ale po co? – wzruszył ramionami. – Zrobiłem tylko to, co trzeba. Jestem chłopak, prawda? Kławdja nie wiedziała, co powiedzieć, po prostu przytuliła go mocniej – jeszcze nie wiedząc, iż ten chudy, niepozorny chłopak, już jako dorosły „Konik”, zawozi kiedyś pod ostrzałem transporter pełen rannych – nie patrząc, kto swój, kto obcy – pomaga wszystkim, którzy będą, jak on kiedyś, wołać: „Mamo!” Na pytanie, dlaczego to robi, skoro jemu życie nie szczędziło przykrości, Konik odpowie krótko: – Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze! *** Bo matczyna miłość naprawdę nie zna granic. Katarzyna, mimo przeciwności i uprzedzeń, zawsze kochała syna – to ona i jej niezłomna wiara pozwoliły mu rozwinąć się i stać dobrym, mądrym człowiekiem. To opowieść o niepokonanej sile matczynej miłości. A prawdziwy bohater, to ten, który ma odwagę i wielką duszę: Szymek, choć z zewnątrz inny, okazał się wzorem odwagi i dobroci – uratował dziewczynkę bez wahania. To nie wygląd, a serce decyduje o wielkości. Sąsiedzi, którzy gardzili Kasią i jej synem, musieli uznać ich wielkość po bohaterskim czynie Szymka. Ta historia pokazuje, iż uprzedzenia łatwo upadają wobec autentycznej cnoty, a najważniejsza jest zdolność do wybaczania, niechowania urazy i czynienia dobra, choćby gdy doświadczyliśmy niesprawiedliwości. Jak powiedział Szymek: „Jestem lekarzem. Tak trzeba”. Ta opowieść przypomina, iż człowieczeństwo i dobroć zawsze wygrywają z obojętnością i złością, a prawdziwe piękno jest w środku. Czy Wasi zdaniem dobro zawsze zwycięża? Czy spotkaliście ludzi, którzy pokazali, iż najważniejsze jest serce i odwaga, nie zaś wygląd ani opinia innych?
Z życia wzięte. "Dałam ubogiej babci 100 zł i po cichu poszłam za nią": Gdy zobaczyłam, co kupiła, nie mogłam powstrzymać łez
Pewnego pozornie zwyczajnego dnia na szpitalnym SOR-ze wydarzyło się coś, co wywróciło życie personelu do góry nogami i poruszyło wszystkich, którzy o tym usłyszeli
— W naszej rodzinie już cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co wniosłaś? — Gosię… — odpowiedziała cicho Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Gosią
Nie tylko dorośli. Problemy z ciśnieniem są coraz częstsze u dzieci
Wytarła mokre dłonie, jęcząc z bólu, i podążyła otworzyć drzwi.
Jak ośmieszyłam swoją teściową – pewnie do dziś pamięta ten dzień
Znajomi odkryli, iż wynajmujemy mieszkanie z żoną i teraz chcą się wprowadzić. Jak im delikatnie odmówić, by nie wynajmować przyjaciołom? To zawsze trudniejsze rozmowy!
Każdy wtorek Liana spieszyła się do warszawskiego metra, ściskając w ręku pustą plastikową torbę. Była ona symbolem dzisiejszej porażki — aż dwie godziny bezowocnych wędrówek po Galerii Mokotów i żadnego pomysłu na prezent dla chrześnicy, córki przyjaciółki. Dziesięcioletnia Maja już nie lubiła kucyków, za to pasjonowała się astronomią, a znalezienie dobrego teleskopu w sensownej cenie okazało się wyzwaniem niemalże na miarę lotu w kosmos. Za oknami zapadał wieczór, a w podziemiach czuć było szczególne zmęczenie końcówki dnia. Liana, przepuszczając wychodzących, przecisnęła się do ruchomych schodów. Wtedy jej oderwany dotąd od otoczenia słuch wychwycił z tłumu wyraźnie i emocjonalnie nacechowany fragment rozmowy. — choćby nie myślałam, iż jeszcze kiedyś go zobaczę, serio — odezwał się młody, lekko drżący głos za jej plecami. — A teraz w każdy wtorek sam odbiera ją z przedszkola. Podjeżdża swoim autem, a potem jadą do tego parku z karuzelami… Liana zastygła na stopniu zjeżdżającej w dół ruchomej schodów. choćby na chwilę się odwróciła, dostrzegając kątem oka mówiącą — w jaskrawym czerwonym płaszczu, z przejętą twarzą i błyszczącymi oczami. Obok niej przyjaciółka słuchała uważnie, kiwając głową. Każdy wtorek. Ona też kiedyś miała taki dzień. Trzy lata temu. Nie poniedziałek z ciężkim początkiem, nie piątek z obietnicą weekendu. Właśnie wtorek. Dzień, wokół którego kręcił się cały jej świat. Każdego wtorku, punktualnie o piątej, wybiegała ze szkoły, gdzie uczyła polskiego i literatury, aby pędzić na drugi koniec Warszawy. Do szkoły muzycznej im. Ew. Glinki, w starym, skrzypiącym pałacyku. Odbierała Marka — siedmioletniego, nad wyraz poważnego chłopca ze skrzypcami większymi niemal od niego samego. Nie swoje dziecko, ale siostrzeńca. Syn brata Antka, który zginął w tragicznej kraksie właśnie trzy lata temu. Przez pierwsze miesiące po pogrzebie te wtorkowe rytuały pozwalały im przetrwać. Markowi, który zamknął się w sobie i niemal przestał mówić. Jego mamie, Oldze, która nie mogła podnieść się z łóżka. I samej Lianie, próbującej posklejać resztki wspólnego życia, stając się na ten czas kotwicą, podporą, tą starszą w rodzinnej tragedii. Pamiętała każdą drobnostkę. Jak Marek wychodził z klasy z głową spuszczoną, nie patrząc wokół. Jak przejmowała od niego ciężki futerał, który oddawał bez słowa. Razem szli do metra, a ona opowiadała mu różne ciekawostki — o zabawnym błędzie w wypracowaniu, o kawce kradnącej bułkę chłopcu pod szkołą. Pewnego listopadowego popołudnia, w ulewie, nagle zapytał: — Ciociu Lianu, tata też nie lubił deszczu? A ona, czując ukłucie miłości i bólu, odpowiedziała: — Nie cierpiał. Zawsze od razu biegł pod pierwszy daszek. Wtedy wziął ją za rękę — mocno, jak dorosły. Nie chcąc być prowadzonym, ale jakby próbując zatrzymać to, co ucieka. Nie jej dłoń, a ten obraz właśnie. Ściskając jej palce, wyrażał całą siłę dziecięcej tęsknoty i nagłe, przejmujące zrozumienie: tak, tata naprawdę istniał. Uciekał przed deszczem. Nie lubił pluchy. Nie był tylko wspomnieniem i cichym westchnieniem babci, a tu, w listopadowym, wilgotnym powietrzu, na tej właśnie ulicy. Trzy lata jej życie dzieliło się na „przed” i „po”. A tym prawdziwym, choć trudnym, dniem był wtorek. Wszystkie inne tylko czekały na niego. Przygotowywała się: kupowała sok jabłkowy, który lubił Marek, ściągała na telefon śmieszne bajki, wymyślała tematy do rozmowy. Potem… Olga stopniowo wróciła do życia. Znalazła pracę, a potem — i nową miłość. Chciała zacząć wszystko od nowa, w innym mieście, daleko od starych wspomnień. Liana pomogła się im spakować, zadbała o miękki pokrowiec na skrzypce Marka, mocno go uściskała na peronie. — Pisz, dzwoń — mówiła drżącym głosem. — Zawsze jestem dostępna. Na początku dzwonił co wtorek, o szóstej. Przez kilka minut znów była ciocią Lianą, musiała wszystko wypytać przez krótkie piętnaście minut: o szkołę, o skrzypce, o nowych kolegów. Jego głos był cienką nicią, łączącą ich przez setki kilometrów. Potem dzwonił co dwa tygodnie. Dorastał, miał kolejne zajęcia, więcej lekcji, wspólne gry z kumplami. — Ciociu, sorry, w zeszły wtorek zapomniałem, mieliśmy sprawdzian — pisał w Messengerze, a ona odpowiadała: — Nic nie szkodzi, kochanie. Jak poszedł sprawdzian? Teraz jej wtorki zaznaczały już raczej oczekiwanie na wiadomość, która mogła nie przyjść. Nie miała żalu. Sama czasem pisała. Potem — już tylko na większe święta. Urodziny, Boże Narodzenie. Jego głos nabrał pewności. Opowiadał już tylko ogólnikowo: — W porządku. — Jest okej. — Uczę się. Jego ojczym, Michał, okazał się dobrym, spokojnym człowiekiem, nie próbował zastąpić taty, po prostu był. To się liczyło. Ostatnio urodziła się siostrzyczka, Alinka. Na zdjęciu w mediach społecznościowych Marek trzymał maleńką zawiniątko z pewną niezdarną, ale przejmującą czułością. Życie, surowe i hojne jednocześnie, biegło do przodu. Leczyło rany codziennością, troskami o niemowlę, szkolnymi obowiązkami, planami. Dla Liany w tej nowej rzeczywistości pozostała starannie wydzielona, coraz węższa nisza „cioci z przeszłości”. A teraz, w przeciągłym huku metra, te przypadkowe słowa — „każdy wtorek” — zabrzmiały nie jak wyrzut, ale ciche echo. Jak pozdrowienie od tej Liany, która przez trzy lata nosiła w sobie wielki ciężar odpowiedzialności i miłości — ranę i dar. Tamta Liana wiedziała, kim jest: filarem, latarnią, nieodzownym elementem wtorkowego rytmu małego chłopca. Była potrzebna. Kobieta w czerwonym płaszczu miała swoją własną historię, swój trudny kompromis między bólem dawnych lat a wymaganiami codzienności. Jednak ten rytm, ten żelazny porządek „każdego wtorku”, był uniwersalnym językiem. Językiem obecności, który mówi: „Jestem tu. Możesz na mnie liczyć. Jesteś istotny właśnie dziś, właśnie o tej godzinie”. To język, który Liana kiedyś znała płynnie, a teraz prawie zapomniała. Pociąg ruszył. Liana wyprostowała się, patrząc na swoje odbicie w ciemnym tunelu. Wysiadła na swojej stacji, już wiedząc, iż jutro zamówi dwa jednakowe teleskopy — niezbyt drogie, ale dobre. Jeden dla Mai. Drugi dla Marka, z dostawą do domu. Gdy tylko go dostanie, napisze: — Markuś, to żebyśmy mogli patrzeć na to samo niebo, choćby w różnych miastach. Co powiesz, żebyśmy w następny wtorek, o szóstej wieczorem, jeżeli będzie pogoda, jednocześnie popatrzyli na Wielką Niedźwiedzicę? Zegnijmy zegarki. Całuję, ciocia Liana. Wyszła na powierzchnię, do wieczornych świateł miasta. Powietrze było chłodne i rześkie. Najbliższy wtorek już nie był pusty. Był wyznaczony. Nie jako obowiązek, ale cichy układ między dwojgiem ludzi połączonych pamięcią, wdzięcznością i cichą, niezniszczalną nicią pokrewieństwa. Życie wciąż płynęło dalej. I w jej kalendarzu wciąż zostawały dni, które można nie tylko przeżyć, ale nadać im sens. Takie, w których prosty cud synchronicznego spojrzenia w gwiazdy przez setki kilometrów staje się możliwy. Dla pamięci, która już nie boli, ale ogrzewa. Dla miłości, która nauczyła się mówić językiem odległości i stała się przez to cichsza, mądrzejsza, trwalsza. Każdy wtorek – wtorki, które nas łączą
Toksyna w mleku modyfikowanym dla dzieci. 36 przypadków w Wielkiej Brytanii, czy problem dotyczy Polski?
Lidl ostrzega klientów. W pokarmie dla niemowląt jest toksyna
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75381 Droideka
Okazja Cenowa (Architecture) – 21064 Paryż – miasto miłości
Już 2-miesięczne niemowlęta potrafią rozpoznawać i kategoryzować przedmioty
Matka nie śpi po nocach. "Mąż choćby się nie obudzi, ogarniam wszystko sama"
— Wracaj do domu! Tam sobie pogadamy! — burknął niezadowolony Maksym. — Nie będę ludzi na ulicy zabawiał awanturą! — No to proszę bardzo! — fuknęła Wera. — Wielkie mi halo! — Wera, nie grzesz, lepiej nie prowokuj! — pogroził Maksym. — W domu porozmawiamy! — Ojoj, jaki straszny! — przerzuciła warkocz przez ramię i ruszyła w stronę domu. Maksym poczekał, aż Wera się oddali, po czym wyciągnął telefon i powiedział do mikrofonu: — Tak, poszła już do domu! Przywitajcie ją tam tak, jak ustaliliśmy! No i do piwnicy ją zamknijcie, niech trochę spokornieje! Zaraz przyjdę! Maksym schował telefon do kieszeni i już miał wejść do sklepu, żeby uczcić wychowanie żony, gdy nagle chwycił go za rękę zupełnie obcy facet. — Przepraszam, iż tak zaczepiam — uśmiechnął się nieśmiało mężczyzna. — Ale z panem była przed chwilą taka dziewczyna… — Moja żona, a co? — zmarszczył brwi Maksym. — Nie, nic takiego! — uśmiech stawał się coraz bardziej przepraszający. — Czy pańską żonę przypadkiem nie nazywają Wiera Mielniczenko? — Werą, tak. Przed ślubem była Mielniczenko. Ale o co chodzi? — A z drugiego imienia ma Sergiejewna? — Zgadza się! — odpowiedział zirytowany Maksym. — Skąd pan zna moją żonę? — Proszę wybaczyć, a urodziła się w dziewięćdziesiątym trzecim? Maksym policzył w głowie i przyznał: — Tak. Ale czemu tyle pytań? Skąd pan zna Werę? — Maksym poczuł się nieswojo. Wera przyjechała do ich miasteczka raptem trzy lata temu. Wcześniej nikt o niej nie słyszał. Sama mówiła, iż uciekła od rodziców, bo chcieli ją na siłę wydać za mąż. Więc obcy człowiek, który rzuca szczegółami, musiał coś wiedzieć. — Przepraszam, ja nie znam jej osobiście! — zarumienił się mężczyzna. — Jestem, można powiedzieć, jej fanem! — Zaraz, fanem? — Maksym popatrzył groźnie. — Co to ma być za teksty? Żonę mi chcesz odbić? — O nie! Zupełnie nie w tym sensie! Jestem fanem jej talentu! — Werą? Przecież ona zwyczajna jest, żadnych talentów nie ma… — Żartuje pan? Dożywotnia dyskwalifikacja w Muay Thai za nadmierną brutalność w wieku osiemnastu lat to nie lada wyczyn! — wybuchnął facet. — Szkoda, iż po kilku wygranych turniejach przestała walczyć. Na ringu to była przyjemność oglądać! Ręce Maksyma trzęsły się, gdy próbował wyciągnąć telefon. Ten zsunął się na asfalt i się roztrzaskał. Gdy Maksym go pozbierał, telefon odmówił posłuszeństwa. I pobiegł w stronę domu, mamrocząc pod nosem: — Boże, oby zdążyć! Gdy pojawiła się u nich nowa nauczycielka — młoda, wysportowana, sympatyczna, pełna energii — od razu przylgnęło do niej zainteresowanie. Uczyła wychowania fizycznego w podstawówce i chyba każdy przypuszczał, iż to studentka z przydziału, która zaraz wyjedzie. Tymczasem okazało się, iż ma dwadzieścia pięć lat i zostaje na stałe. A rodziny nie sprowadziła. Kobiety w miasteczku plotkowały, iż coś musi być na rzeczy, skoro taka dziewczyna przyjechała do nich sama. Szeptano o tajemnicach lub o bolesnych rozstaniach. Wera twierdziła, iż uciekła z domu, bo rodzice chcieli ją wydać za mąż za niewłaściwego człowieka, by podratować interesy rodzinne. — Lepiej już samej iść przez życie, niż być sprzedaną, choćby jeżeli pod szyldem ślubu! — konkludowała. Z czasem wszyscy uznali, iż Werę warto mieć w rodzinie — zdolna, pracowita, zdrowa, z charakterem. Maksym postanowił się jej oświadczyć, a rodzina przyklasnęła — będą zdrowe dzieci, a i nikt od niej nie będzie miał roszczeń. Wera wprowadziła się do domu Maksyma. Od początku wyraźnie zaznaczono jej miejsce w rodzinie — miała się podporządkować teściom i mężowi, być posłuszna, skromna, a o osobistym życiu mogła zapomnieć. Do kina, kawiarni, czy choćby na zwykły spacer — tylko z mężem, bo w małym miasteczku kobieta bez męża od razu staje się obiektem plotek. Po ponad dwóch latach po ślubie, mimo starań, Werze nie udało się podporządkować całkowicie rodzinie. Stanęła do walki o własne prawa, równość w obowiązkach i szacunek, co budziło coraz większe niezadowolenie u rodziny Maksyma. Wreszcie Maksym z bratem i teściami spróbowali „edukacyjnej akcji”: zmową planowali zamknąć Werę w piwnicy, by ją „nauczyć” posłuszeństwa. Ale tego dnia Maksym nie zdążył wrócić na czas. Gdy wbiegł do domu, zastał brata z połamanym ramieniem, ojca nieprzytomnego, matkę z wielkim siniakiem na twarzy i połamanym wałkiem do ciasta… a Werę, spokojnie popijającą herbatę w kuchni. — Kochanie, przyszedłeś po swoją porcję? — zapytała spokojnie. — N-nie… — wyjąkał Maksym. — To choćby nie wiem, co ci zaproponować. Może trochę sprawiedliwości w rodzinnych relacjach? — O takich rzeczach mogłaś uprzedzić! — zakrzyknął on. — Przecież prawie im zrobiłaś krzywdę… — Znam granice — zapewniła Wera. — Każdy dostał to, na co zasłużył! A wałek złamałam o kolano. Matki nie tknęłam, sama uderzyła drzwiami, uciekając! — I co teraz? — Myślę, iż teraz będziemy żyć zgodnie! Po prostu… sprawiedliwie! A o rozwodzie choćby nie myśl — spodziewam się dziecka! Moje dziecko będzie miało ojca! Od tego dnia w rodzinie Maksyma i Wery zapanował spokój, a rodzinne zasady uległy poważnym zmianom. Nikt już nigdy nie próbował Werze narzucać swojej woli, a w domu zagościła prawdziwa sprawiedliwość.
— W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co wnosisz? — Hanię, — szepnęła cicho Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Hania. — Znowu dziewczynka? To jakaś kpina! — pani Helena rzuciła wynik USG na stół. — W naszej rodzinie od pokoleń mężczyźni byli kolejarzami, a ty co? — Hanię, — odparła szeptem Anna. — Nazwiemy ją Hania. — Hania… — przeciągnęła teściowa. — Przynajmniej imię ładne. Ale co z tego? Komu ona będzie potrzebna, twoja Hania? Maksymilian milczał, wpatrzony w telefon. Kiedy żona zapytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami: — Co będzie, to będzie. Może następny będzie chłopiec. Anna poczuła, jak ściska jej się serce. Następny? A ta kruszyna to co — próba? Hania przyszła na świat w styczniu — maleńka, z wielkimi oczami i gęstymi ciemnymi włoskami. Maksymilian przyszedł tylko na wypis, przyniósł bukiet goździków i paczkę ubranek dla dzieci. — Śliczna, — powiedział nieśmiało zaglądając do wózka. — Do ciebie podobna. — Ale nosek twój, — uśmiechnęła się Anna. — I uparte podbródek. — Daj spokój, — machnął ręką Maksymilian. — Wszystkie maluchy są podobne w tym wieku. Pani Helena powitała ich w domu z niezadowoloną miną. — Sąsiadka Wanda pytała, czy wnuk, czy wnuczka. Wstyd było odpowiadać, — mruknęła. — W moim wieku bawić się lalkami… Anna zamknęła się w pokoju dziecięcym i cicho zapłakała, przyciskając córkę do piersi. Maksymilian coraz więcej pracował. Dorabiał na bocznicy, brał dodatkowe zmiany. Tłumaczył, iż rodzina sporo kosztuje, zwłaszcza z dzieckiem. Do domu wracał późno, zmęczony i milczący. — Ona na ciebie czeka, — mówiła Anna, gdy mąż mijał pokój dziecięcy, choćby nie zaglądając. — Hania zawsze się ożywia, gdy słyszy twoje kroki. — Jestem zmęczony, Aniu. Jutro wstaję wcześnie do pracy. — choćby się z nią nie przywitałeś… — Jest malutka, nie zrozumie. Ale Hania rozumiała. Anna widziała, jak córeczka odwraca główkę, gdy słyszy kroki taty. A potem długo patrzy w pustkę, gdy one cichną. W ósmy miesiącu Hania zachorowała. Najpierw gorączka do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała karetkę, ale lekarz uznał, iż na razie można spróbować obniżyć gorączkę w domu. Rano temperatura skoczyła do czterdziestu. — Maksymilianie, wstawaj! — potrząsała mężem Anna. — Hania jest bardzo słaba! — Która godzina? — ledwo rozróżnił. — Siódma. Całą noc nie spałam. Trzeba jechać do szpitala! — Tak wcześnie? Może poczekamy do wieczora? Mam dziś istotną zmianę… Anna patrzyła na niego jak na obcego. — Twoja córka pali się z gorączki, a ty myślisz o pracy? — Przecież nie umiera! Dzieci często chorują. Anna sama zamówiła taksówkę. W szpitalu lekarze od razu przyjęli Hanię na oddział zakaźny. Podejrzewali poważne zapalenie — potrzebna była punkcja lędźwiowa. — Gdzie ojciec dziecka? — zapytał ordynator. — Potrzebna zgoda obojga rodziców na zabieg. — Pracuje. Zaraz przyjedzie. Anna cały dzień próbowała się dodzwonić do Maksymiliana. Telefon był wyłączony. O siódmej wieczorem w końcu odebrał. — Aniu, jestem w parowozowni, sprawy… — Maksymilianie, Hania ma podejrzenie zapalenia opon mózgowych! Potrzebna twoja zgoda na punkcję! Lekarze czekają! — Co? Jaka punkcja? Nic nie rozumiem… — Przyjedź! Teraz! — Nie mogę, mam zmianę do jedenastej, a potem umówiłem się z chłopakami… Anna bez słowa się rozłączyła. Podpisała zgodę sama — jako matka miała prawo. Punkcję wykonali w narkozie. Hania wyglądała na taką maleńką na dużym łóżku zabiegowym. — Wyniki będą jutro, — powiedział lekarz. — jeżeli potwierdzi się zapalenie, leczenie potrwa miesiąc-półtora. Anna została na noc przy łóżku. Hania leżała pod kroplówką, blada i nieruchoma. Tylko pierś lekko się unosiła w oddechu. Maksymilian pojawił się następnego dnia w porze obiadu. Nieogolony, zmięty. — No i jak tam… jak się czuje? — nieśmiało spytał, nie wchodząc do sali. — Źle, — odcięła Anna. — Wyników jeszcze nie ma. — Co z nią zrobili? To… jak to się nazywa… — Punkcja lędźwiowa. Pobierali płyn z kręgosłupa do badań. Maks zbladł. — Bolało ją? — Była pod narkozą. Nic nie czuła. Podszedł do łóżeczka i zamarł. Hania spała, mała rączka leżała na kołdrze, a do nadgarstka przyklejony był cewnik. — Ona jest taka mała, — wyszeptał Maksymilian. — Nie myślałem… Anna milczała. Wynik okazał się dobry — zapalenia opon nie było. To zwykła infekcja wirusowa, ale z powikłaniem. Leczenie kontynuować można było w domu, pod kontrolą lekarza. — Udało się, — powiedział ordynator. — Jeszcze dzień-dwa zwłoki i byłoby gorzej. W drodze do domu Maksymilian milczał. Dopiero pod blokiem cicho zapytał: — Ja… naprawdę jestem taki zły? Jako ojciec? Anna poprawiła śpiącą córeczkę i spojrzała na męża. — A jak ty myślisz? — Myślałem, iż jeszcze mam czas. Że ona nic nie rozumie… Ale kiedy zobaczyłem ją tam, z tymi rurkami… Zrozumiałem, iż mogę ją stracić. I iż mam co tracić. — Maksymilianie, ona potrzebuje ojca. Nie żywiciela, nie kogoś, kto tylko przynosi pieniądze. Ojca, który wie, jak się nazywa jej ulubiony pluszak. — Jaki? — zapytał cicho. — Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. Gdy wracasz do domu, zawsze czołga się do drzwi. Czeka, aż ją podniesiesz. Maksymilian spuścił głowę. — Nie wiedziałem… — Teraz już wiesz. W domu Hania się przebudziła i zapłakała, cieniutko, żałośnie. Maksymilian wyciągnął ręce po córkę, ale zawahał się. — Mogę ją wziąć? — spytał żonę. — To twoja córka. Ostrożnie wziął ją na ręce. Dziewczynka zesztywniała na chwilę, potem się uspokoiła, patrząc wielkimi oczami w twarz taty. — Cześć, kruszyno, — wyszeptał Maksymilian. — Wybacz, iż mnie nie było przy tobie, gdy się bałaś. Hania wyciągnęła rączkę i dotknęła jego policzka. Maksymilian poczuł, jak ściska mu się gardło. — Tata, — powiedziała nagle wyraźnie. To było jej pierwsze słowo. Maksymilian spojrzał z niedowierzaniem na żonę. — Ona… powiedziała… — Powtarza już od tygodnia, — uśmiechnęła się Anna. — Ale tylko, gdy cię nie ma. Chyba czekała na odpowiedni moment. Wieczorem, gdy Hania zasnęła na rękach taty, Maksymilian ostrożnie położył ją do łóżeczka. Dziewczynka nie obudziła się, tylko mocniej ścisnęła jego palec przez sen. — Nie chce puścić, — zdziwił się Maksymilian. — Bo się boi, iż znowu znikniesz, — wyjaśniła Anna. Siedział przy łóżeczku jeszcze pół godziny, nie chcąc wyswobodzić swoich palców. — Jutro wezmę wolne, — powiedział w końcu do żony. — I pojutrze też. Chcę… lepiej poznać własną córkę. — A praca? Dodatkowe zmiany? — Znajdziemy inny sposób. Albo będziemy żyć skromniej. Ważne, by nie przegapić, jak ona rośnie. Anna objęła męża. — Lepiej późno niż wcale. — Chyba nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby coś się stało, a ja choćby nie wiedział, jakiego misia lubi moja córka i iż umie powiedzieć „tata”, — szepnął Maks, patrząc na śpiącą dziewczynkę. Tydzień później, gdy Hania wróciła do zdrowia, całą trójką poszli do parku. Dziewczynka siedziała tacie na ramionach i radośnie śmiała się, próbując złapać opadające liście. — Zobacz, jakie piękne klony, Haniu! — pokazywał Maks. — A tam jest wiewiórka! Anna szła obok i myślała, iż czasem trzeba otarć się o stratę, by docenić szczęście. Pani Helena przywitała ich w domu z niezadowoloną miną. — Maksymilianie, Wanda mówiła, iż jej wnuk już gra w piłkę. A twoja… tylko lalkami się bawi… — Moja córka jest najwspanialsza na świecie, — spokojnie odparł Maksymilian, sadzając Hanię na podłodze i podając jej gumowego jeżyka. — A lalki są fantastyczne. — Ale ród się skończy… — Nie skończy się. Potoczy się dalej. Inaczej, ale się potoczy. Pani Helena chciała coś dodać, ale Hania podczołgała się i wyciągnęła rączki. — Babi! — powiedziała dziewczynka i szeroko się uśmiechnęła. Teściowa wzięła wnuczkę na ręce, wyraźnie zaskoczona. — Ona… mówi! — zdziwiła się. — Nasza Hania jest bardzo bystra, — z dumą powiedział Maksymilian. — Prawda? — Tata! — zawołała Hania, klaszcząc w rączki. Anna patrzyła na tę scenę z myślą, iż czasem szczęście przychodzi przez trudne doświadczenia, a największa miłość rodzi się powoli, przez ból i strach utraty. Wieczorem, kładąc Hanię spać, Maksymilian cicho śpiewał jej kołysankę. Głos miał cichy, nieco zachrypnięty, ale dziewczynka słuchała z szeroko otwartymi oczami. — Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś, — zauważyła Anna. — Wcześniej wiele rzeczy zaniedbałem, — powiedział Maks. — Teraz mam czas, by to nadrobić. Hania zasnęła, mocno ściskając palec taty. A Maks nie chciał go wyswobodzić — siedział w ciemności, słuchając jej oddechu i myśląc, jak wiele można stracić, jeżeli się nie zatrzyma i nie spojrzy na to, co naprawdę ważne. A Hania spała i się uśmiechała — teraz była pewna, iż tata już jej nie zostawi. Tę historię przesłała jedna z naszych czytelniczek. Czasem los wystawia nas na ciężką próbę, by obudzić w człowieku najpiękniejsze uczucia. A czy Wy wierzycie, iż człowiek potrafi się zmienić, gdy zrozumie, jak łatwo stracić największy skarb?
Edukacyjne kreskówki dla dzieci. Oto propozycje, które faktycznie uczą i nie przebodźcowują
Synowa powiedziała, iż mam się nie wtrącać w ich wychowanie. A przecież tylko przytuliłam wnuczkę, gdy płakała
Nie dzwoń już więcej! Po co tracić czas na coś, co cię nie obchodzi? Już dawno zrozumiałam, iż ani ty, ani twoje dzieci nie interesujecie się tym, czy babcia jeszcze żyje i jak się czuje!
Wnuki są, dziadków brak. Milenialsi mówią głośno o rozczarowaniu rodzicami
Masz taką kartę? W ferie możesz sporo zaoszczędzić
Pewnego pozornie zwyczajnego dnia na izbie przyjęć powiatowego szpitala wydarzyło się coś, co wywróciło do góry nogami nie tylko życie personelu, ale też poruszyło wszystkich, którzy o tym usłyszeli