Dzieci

Codziennie odprowadzam wnuki do szkoły i odbieram je po lekcjach
Zadanie z cukierkami zmyliło choćby dorosłych. najważniejszy jest jeden szczegół, dzieci wiedzą o co chodzi
Matka: dla kogo w końcu jest przedszkole. W komentarzach burza. Wszystko przez godziny otwarcia
Jeszcze mamy w domu spraw do załatwienia… Babcia Walentyna z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała się do drzwi, długo walczyła z zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego starego, nieogrzanego domu i usiadła na krześle przy zimnym piecu. W chałupie pachniało niezamieszkałym. Nie było jej raptem trzy miesiące, a już pajęczyny pokryły sufit, stare krzesło żałośnie skrzypiało, wiatr huczał w kominie – dom przyjął ją z wyrzutem: gdzie się podziewałaś, gospodyni, komu mnie zostawiłaś?! Jak mamy przezimować?! – Już, już, kochany mój, zaczekaj chwilę, odpocznę… Rozpalę, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Walentyna żwawo krzątała się po starym domu: bieliła, poprawiała, przynosiła wodę. Jej drobna figura raz pochylona była w modlitwie przed ikoną, raz rządziła przy piecu, raz latała po sadzie – sadziła, pieliła, podlewała. A dom cieszył się wraz z nią: pod jej lekkimi, szybkim krokami podłoga skrzypiała wesoło, drzwi i okna otwierały się od pierwszego dotknięcia zniszczonej dłoni, a piec piekł puszyste drożdżówki. Dobrze im było razem – Walentynie i jej starej chacie. gwałtownie pochowała męża. Wychowała troje dzieci, wszystkie wykształciła, na ludzi wyprowadziła. Jeden syn – kapitan żeglugi, drugi oficer, pułkownik – obaj żyją daleko, rzadko odwiedzają rodzinę. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została na wsi – jest główną agronomką, od rana do nocy w pracy. Do mamy wpada w niedzielę – nakarmi ją swoimi ciastami i znów tydzień się nie widzą. Pocieszeniem – wnuczka Sylwia. Można powiedzieć, u babci wyrosła. A jaka piękna wyrosła! Oczy wielkie, szare, włosy jak dojrzały len, kręcone, błyszczące, do pasa. Wystarczy, iż zrobi kucyk, a kosmyki opadają na ramiona – miejscowi chłopcy nie mogą się napatrzeć. Figura jak rzeźbiona. I skąd u wiejskiej dziewczyny taka postura, taka uroda? Babcia Walentyna kiedyś była ładna, ale gdy się porówna stare zdjęcie z Sylwią – jakby pasterka i królowa. I jeszcze – mądra. Ukończyła rolniczy uniwersytet w mieście, wróciła do rodzinnej wsi, pracuje jako ekonomistka. Wyszła za weterynarza, w ramach programu dla młodych rodzin dostali nowy dom. I to jaki – solidny, murowany. Prawdziwy dworek! Jedno tylko – u babci wokół domu – sad, wszystko rośnie, wszystko kwitnie. U Sylwii jeszcze nic nie zdążyło wyrosnąć, ledwie trzy kwiatki. I do ogrodnictwa, trzeba przyznać, Sylwia była szczególnie nieprzyzwyczajona. Chociaż dziewczyna ze wsi, była delikatna, przed jakimkolwiek wysiłkiem i przeciągiem zawsze chroniona przez babcię. Potem urodził się syn, Wacek. Na ogród już nie było czasu. Sylwia zaczęła więc babcię namawiać: chodź do mnie mieszkać – dom duży, wygodny, pieca palić nie trzeba. Babcia Walentyna zaczęła niedomagać, dobiła do osiemdziesiątki, jakby choroba tylko na to czekała – lekkie niegdyś nogi odmówiły posłuszeństwa. Dała się namówić, zamieszkała u wnuczki kilka miesięcy. A potem usłyszała: – Babciu kochana, przecież cię kocham! Ale co ty tylko siedzisz? Całe życie byłaś w ruchu! A u mnie patrz, rozsiadła się… A ja bym chciała gospodarstwo prowadzić, na ciebie liczę… – Ale ja już nie mogę, córeczko, nogi odmawiają… stara jestem… – A jak do mnie przyjechałaś, to od razu stara… gwałtownie więc babcia, niespełniająca oczekiwań, wróciła do swojej chaty. Od rozczarowania, iż nie sprostała, nie pomogła ukochanej wnuczce, zupełnie opadła z sił. Każdy krok był trudny, a droga do kościoła – niemożliwa. Proboszcz, ksiądz Piotr, sam przyszedł do swojej stałej parafianki i dawnej pomocnicy we wszystkim. Rozejrzał się uważnie. Babcia Walentyna pisała jak zwykle miesięczne listy do synów. W domu chłodno, piec niedogrzany, podłoga lodowata. Na babci – znoszona ciepła bluza, przybrudzona chustka – a przecież słynęła z czystości i porządku. Na nogach zdarte filcowe kapcie. Ksiądz Piotr westchnął: trzeba by pomocy. Może poprosić Annę – mieszka niedaleko, jest sporo młodsza od babci. Przyniósł chleb, pierniki, pół jeszcze ciepłego kulebiaka (to prezent od żony, pani Aleksandry). Zakasał rękawy, wybierał popiół z pieca, kilka razy przyniósł drewna, porządnie napalił. Przyniósł wodę i postawił duży zakopcony czajnik na piecu. – Synku kochany! Oj, to znaczy – księże drogi! Pomóż mi z adresami na kopertach, bo jak ja napiszę jak kura pazurem, to nie dotrze! Ksiądz Piotr usiadł, wypisał adresy, rzucił okiem na kartki z krzywymi wierszami. W oczy rzuciło się jedno zdanie, dużymi, drżącymi literami: „A żyje mi się bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, dzięki Bogu!” Ale kartki o dobrym życiu babci Walentyny całe były w rozmazanych kleksach, i te kleksy, wszystko na to wskazuje – były słone… Anna objęła opieką staruszkę, ksiądz Piotr regularnie ją spowiadał i udzielał Komunii, a w święta mąż Anny, wujek Piotrek, stary marynarz, dowoził ją motorem do kościoła. Powoli życie wracało do normy. Wnuczka się nie pojawiała, a potem po paru latach ciężko zachorowała. Od dawna miała problemy z żołądkiem, swoje dolegliwości tłumaczyła właśnie nim. Okazało się, iż to rak płuc. Czemu ją spotkało takie nieszczęście – któż to wie, ale zgasła, Sylwia, w pół roku. Mąż praktycznie zamieszkał na jej grobie, pił, spał na cmentarzu, budził się – szedł po kolejną butelkę. Czteroletni Wacek okazał się nikomu niepotrzebny – zaniedbany, brudny, głodny. Wzięła go Tamara, ale ze względu na swoją pracę nie miała czasu się zajmować wnukiem, więc Wackowi znaleziono miejsce w powiatowym domu dziecka. Dom dziecka niby dobry: energiczny dyrektor, pełne wyżywienie, można było brać dzieci na weekendy. Ale to nie to samo, co dom. Tamara nie miała wyjścia: praca długo trwa, do emerytury daleko. I wtedy w wózku starego „Urała” do córki przyjechała babcia Walentyna. Za kierownicą siedział sąsiad, wujek Piotrek, w pasiaku, z marynarskimi tatuażami. Wygląd wojowniczy. Babcia Walentyna mówi krótko: – Ja Wacka do siebie zabiorę. – Mamo, sama ledwo chodzisz! Jak sobie z małym poradzisz? Przecież trzeba ugotować, wyprać! – Dopóki żyję, Wacka do domu dziecka nie oddam – ucięła babcia. Tamara zaniemówiła pod wrażeniem stanowczości zwykle łagodnej mamy i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Wujek Piotrek odwiózł starą i małego do chaty, wyładował, a potem niemal na rękach wniósł ich do izby. Sąsiedzi kręcili głowami: – Porządna babka, dobra, ale chyba na stare lata rozum straciła: sama potrzebuje opieki, a tu przyprowadza dziecko… To nie szczeniak przecież… Potrzeba troski… Gdzie Tamara patrzy! Po niedzielnej mszy ksiądz Piotr odwiedził babcię Walentynę z niepokojem: czy nie trzeba będzie zabrać wychudzonego, brudnego Wacka od biednej staruszki? W izbie było ciepło, porządnie napalone w piecu. Czysciutki i zadowolony Wacek słuchał bajki o Czerwonym Kapturku z gramofonu. A „biedna, schorowana” staruszka lekko przemykała po izbie – smarowała blachę piórkiem, zagniatała ciasto, wbijała jajka do sera. Jej stare i chore nogi ruszały się sprawnie, jak dawniej. – Księże kochany! A ja tu… drożdżówki piekę… Poczekaj chwileczkę – żonie i Kaziowi będzie upominek na gorąco… Ksiądz Piotr wrócił do domu wciąż oszołomiony i opowiedział żonie, co widział. Pani Aleksandra zamyśliła się, z półki wyciągnęła grubą niebieską książkę i odszukała odpowiednią stronę: „Stara Jankowska swoje już przeżyła. Wszystko minęło, wszystkie marzenia, nadzieje – wszystko śpi pod śniegiem. Już czas iść tam, gdzie nie ma cierpienia, ani wzdychania… Pewnego lutowego wieczoru Jankowska długo się modliła przed obrazem, potem położyła się i powiedziała: ’Zawołajcie księdza – będę umierać’. A twarz jej była biała jak śnieg za oknem. Domownicy wezwali księdza, Jankowska wyspowiadała się, przyjęła Komunię, przez dobę już nie jadła ani piła. Tylko lekkie oddychanie świadczyło, iż dusza jeszcze nie uleciała. Nagle – drzwi w przedpokoju, powiew mroźnego powietrza, dziecięcy krzyk. – Ciszej, babcia umiera. – Nie zamknę dziecku ust, dopiero co się urodziła, jeszcze nie wie, iż płakać nie wolno… Ze szpitala wróciła wnuczka starej Jankowskiej, Ania, z noworodkiem. Wszyscy poszli do pracy, została tylko umierająca babcia i młoda mama. Ania mleka jeszcze nie miała, sama ledwie się trzymała, dziecko krzyczało, przeszkadzało Jankowskiej w spokojnym umieraniu. Umierająca babcia podniosła głowę, spojrzenie się wyostrzyło, usiadła na łóżku, szukała kapci. Gdy domownicy wrócili, a wszyscy wrócili wcześniej, bo – „babcia umiera” – zastali scenę następującą: Jankowska nie tylko nie zamierzała umierać, ale przeciwnie, wyglądała jakby ożyła, a po pokoju chodziła z zadowolonym, najedzonym już dzieckiem na rękach, podczas gdy młoda mamusia odpoczywała.” Aleksandra zamknęła pamiętnik, uśmiechnęła się do męża i skończyła: – Moja prababcia, Wera Jankowska, bardzo mnie pokochała i po prostu nie mogła sobie pozwolić umrzeć. Zacytowała słowa piosenki: „A umierać nam za wcześnie – jeszcze mamy w domu spraw do załatwienia!” Przeżyła jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie i mnie, swojej ukochanej prawnuczce. I ksiądz Piotr uśmiechnął się do żony w odpowiedzi.
Otarła wilgotne dłonie, jęcząc z cierpienia, i podążyła, by otworzyć drzwi.
Ginie zabawka, cała rodzina w stresie. "Musieliśmy wracać po pandę 50 km"
Zrobię z niego porządnego człowieka! – Mój wnuk nie będzie leworęczny! – oburzyła się pani Tamara. Dawid odwrócił się do teściowej, oczy mu pociemniały ze złości. – A co w tym złego? Staś taki się urodził, to jego cecha. – Cecha! – fuknęła pani Tamara. – Co to za cecha, to wada! U nas od zawsze prawa ręka jest adekwatna. Lewa – od diabła. Dawid ledwo powstrzymał śmiech. XXI wiek, a teściowa myśli kategoriami polskiej wsi z czasów średniowiecza… – Pani Tamaro, medycyna dawno już udowodniła… – Twojej medycyny nie będę słuchać – przerwała mu. – Swojego syna nauczyłam, to i Staś się nauczy. Jeszcze mi podziękujesz! Wyszła z kuchni, zostawiając Dawida z niedopitą kawą i dziwnym uczuciem po tej rozmowie. Długo nie zwracał na to uwagi. Teściowa ze swoimi przesądami – cóż z tego? Każde pokolenie ma swój bagaż uprzedzeń. Patrzył, jak pani Tamara delikatnie poprawia wnuka przy stole, przekłada łyżkę z lewej ręki do prawej, i myślał: nic się nie stanie, dziecięca psychika jest elastyczna, babcine dziwactwa nie zrobią mu krzywdy. Staś od urodzenia był leworęczny. Dawid pamiętał, jak już w wieku półtora roku Staś sięgał po zabawki lewą ręką, jak potem nieporadnie rysował, zawsze lewą. Ale pani Tamara widziała to zupełnie inaczej. Leworęczność była dla niej błędem natury, który należy poprawić. Za każdym razem, gdy Staś brał kredkę lewą dłonią, babcia wykrzywiała usta, jakby dopuszczał się jakiegoś wstydliwego czynu. – Prawą, Stasiu. Prawą bierz. – Znowu swoje? W naszej rodzinie nie było leworęcznych i nie będzie! – Pawła nauczyłam – i ciebie nauczę. Dawid raz usłyszał, jak opowiada Oli o swoim „wyczynie”. Historia o małym Pawle, którego też „udało się nauczyć”. Przywiązywała rękę, patrzyła na każdego ruchu, karała za nieposłuszeństwo. I dorósł normalny mężczyzna. Dla niej była to duma i słuszność, dla Dawida – niepokój. Zmiany w synie zauważył powoli. Staś zaczął wahać się przy sięganiu po rzeczy, jego dłoń zawisała w powietrzu, potem szybkie spojrzenie na babcię – patrzy czy nie? – Tato, którą ręką mam brać? Zapytał przy kolacji, niepewnie patrząc na widelec. – Jaką chcesz, synku. – Ale babcia mówi… – Babci nie słuchaj, rób jak ci wygodnie. Ale Staś już się gubił. Plątał się, gubił przedmioty, próbował zgadywać. Jego pewność siebie znikła, pojawiła się ostrożność, jakby przestał ufać własnemu ciału. Ola wszystko widziała. Dawid widział, jak przygryza wargi, kiedy matka znów przekłada sztućce. Odruchową zgodę na babciny bat nad głową, tak jak w dzieciństwie nauczyła się nie sprzeciwiać. Próbował z nią rozmawiać. – Ola, przecież to chore. Spójrz na niego. – Mama chce dobrze. – Widziałaś co się z nim dzieje? Wzruszała ramionami i uciekała od rozmowy. Coraz gorzej było z dnia na dzień. Pani Tamara już nie tylko poprawiała wnuka, ale komentowała każdy ruch. Chwaliła, gdy wziął coś prawą dłonią. Głośno wzdychała, gdy sięgnął lewą. – Widzisz, Stasiu, potrafisz! Trzeba się tylko starać. Z Pawła zrobiłam człowieka, z ciebie też zrobię. Dawid zdecydował się porozmawiać wprost. – Pani Tamaro, proszę zostawić Stasia w spokoju. Jest leworęczny i to normalne. Nie należy go oduczać. Reakcja była dokładnie taka, jak się spodziewał. – Ty mnie będziesz pouczał? Troje dzieci wychowałam! – Proszę nie dotykać mojego syna w ten sposób. – Twojego? Myślisz, iż geny to tylko twoje? To też mój wnuk i nie pozwolę, by wyrósł… taki. Słowo „taki” wywarła z obrzydzeniem. Zrozumiał, iż rozmową nie wygra. Kolejne dni to wojna pozycyjna – pani Tamara mówiła do córki, ignorowała zięcia, Dawid odpowiadał podobnie. A Staś coraz częściej zaszywał się w kącie z tabletem, żeby nikt go nie widział. W sobotni poranek wpadł na pomysł, gdy teściowa gotowała barszcz, krojąc kapustę pewnym ruchem. – Źle to pani robi. Pani Tamara nie odwróciła się. – Przepraszam, co? – Kapustę trzeba kroić cieniej. I nie w poprzek, tylko wzdłuż włókien. Zirytowana, dalej kroiła. – Tak się nie gotuje, to nie po polsku. Źle pani robi. Proszę się nauczyć od nowa. Trzydzieści lat gotuje pani barszcz i ciągle nieprawidłowo. Sięgnął po nóż. – Zwariowałeś? – Po prostu chcę, żeby było dobrze. Wodę też za dużo pani wlewa. Trzeba się nauczyć. – Zawsze tak gotuję! Tak mi wygodnie! – A Stasiowi wygodnie lewą ręką. Ale jego musicie nauczyć. – To coś zupełnie innego! – Wcale nie. Wygodne jest wygodne. Kto komu daje prawo zmuszać drugiego? Pani Tamara zaczerwieniła się ze złości. – Jak śmiesz?! Ja Pawła nauczyłam i nie cierpiał! – A szczęśliwy jest? Pewny siebie? Milczenie. – Chciałam dobrze – głos jej się łamał. – Zawsze chciałam dobrze. – Wiem. Ale lepiej już nie będzie, jeżeli nie zacznie pani kochać wnuka takiego, jaki jest. – Pouczasz mnie?! – Będę pouczał, dopóki pani nie przestanie. Mogę codziennie krytykować każdy pani ruch. Zobaczymy ile pani wytrzyma. Stanęli naprzeciw siebie, napięci do granic. – To żenujące – syknęła pani Tamara. – W inny sposób pani nie zrozumie. Coś w niej pękło. Wyglądała na starą, przygasłą, słabszą. – Ja z miłości… – przerwała. – Wiem. Ale jeżeli to się nie skończy, nie zobaczy pani wnuka. Barszcz kipił na kuchni. Nikt się nie ruszył. Wieczorem, kiedy pani Tamara zamknęła się w swoim pokoju, Ola usiadła przy Dawidzie na kanapie, długo milcząc. – Mnie w dzieciństwie nikt tak nie obronił – wyszeptała. – Mama zawsze wiedziała lepiej. A ja… tylko się poddawałam. Dawid objął żonę. – Ale w naszej rodzinie już nigdy twoja mama nie będzie wszystkim dyktować. Ola ścisnęła mocno jego dłoń. A z pokoju dziecięcego cicho słychać było szelest ołówka na papierze. Staś rysował. Lewą ręką. Nikt już mu nie mówił, iż to źle.
Klaudia El Dursi szczerze o trudach macierzyństwa. "Czuję jakby przejechał po mnie walec"
Lekcja dla żony, czyli jak Anfisa zapomniała o roli matki i żony, a Eryk postanowił udzielić jej bolesnej nauczki – historia rozgotowanego makaronu, niespełnionych obowiązków i rodzinnego przewrotu, w którym choćby teściowa stanęła po stronie męża
Nadludzki wyczyn 13-latka. Przepłynął 4 kilometry i uratował swoją rodzinę
Sara delikatnie rozwiązała węzły, czując, jak mały but drży w jej dłoniach. Sznurówki były mocne, nowe — nie tak jak te porwane, które dostawała w schronisku.
Codziennie towarzyszę mojemu wnukowi w drodze do szkoły.
Mój tata porzucił nas, zostawiając mamę z ogromnymi długami. Od tamtej pory straciłam prawo do szczęśliwego dzieciństwa.
Rodzicielska miłość – Dzieci to kwiaty życia, mawiała mama, a tata śmiał się, dodając: „Na grobie własnych rodziców”, wspominając dziecięce psoty i hałas. Elżbieta, zmęczona, ale szczęśliwa, usadziła w taksówce Milenę (4 lata) i Dawidka (półtora roku), po cudownych chwilach u dziadków – z ciastkami, przytuleniami i „wolno trochę więcej niż w domu”. Elżbieta także cieszyła się wizytą: rodzice, siostry, siostrzeńcy, dom pełen miłości, mamine jedzenie, pachnąca choinka ze starymi bombkami, długie, wzruszające toasty taty, prezenty szyte na miarę, klimat dzieciństwa. W tym roku postanowili z mężem, Rusłanem, odwdzięczyć się rodzicom wyjątkowym prezentem – nie z obowiązku, ale z wdzięczności za szczęśliwe dzieciństwo, zaufanie i wsparcie. Rusłan zwierzył się, iż zawsze marzył o podarowaniu tacie samochodu – swojemu nie zdążył, ale teściowi już tak! Wzruszające Święta – prezenty,śród nich niespodzianka: nowy samochód dla taty, łzy szczęścia, rodzinne uściski, serdeczna atmosfera. Jednak i przygoda – Elżbieta, wracając z dziećmi, po krótkim postoju omyłkowo wsiada z powrotem do… nie swojej taksówki! Chwila grozy, krzyki, zamieszanie – aż rozbawiony przechodzień uświadamia pomyłkę. Znalezione bezpieczne dzieci i wybuch śmiechu. Rodzicielska miłość – zwyczajna, cicha, gorliwa, ale w krytycznym momencie zamieniająca się w siłę lwa. Niepokonana, gdy chodzi o dzieci.
Rozwiąż quiz wiedzy o wsi. Miastowi odpadną na drugim pytaniu. A ty?
Wielka zmiana w przedszkolach. Nauczyciele nie są zadowoleni. "Pieniądze zmarnowane"
Chociaż Lucyna była wzorową synową i oddaną żoną, doprowadziła nie tylko do upadku swojego małżeństwa, ale też zatraciła samą siebie
Lekcja dla żony: Gdy domowe obowiązki przerastają – historia Anfisy, która zapomniała, co znaczy być żoną i matką, i Egora, który postanowił udzielić jej ważnej życiowej lekcji, stawiając na szali rodzinę, miłość i przyszłość syna Jaśka
Teraz będziecie mieli własne dziecko, a ją czas oddać z powrotem do domu dziecka – czyli jak teściowa próbowała rozbić naszą rodzinę, bo adoptowana córka „nie była nasza“
Zrobię z niego porządnego człowieka! Babcia kontra leworęczność: rodzinny konflikt o „poprawność” wnuka
Codziennie odprowadzam wnuki do szkoły
Wracasz do pracy po macierzyńskim? Tego nie mów na rozmowie kwalifikacyjnej
Zabezpieczone: Narty w Alpach bez overtourism – jak znaleźliśmy idealny ośrodek dla wielbicieli ciszy, natury i wellnessu.
Zabezpieczone: Alpejska tradycja poza szlakiem, czyli dokąd na narty w Południowym Tyrolu.
TikTok na celowniku Brukseli. KE stawia zarzuty. Algorytmy groźne dla dzieci i naruszają unijne prawo
Ciche dzieci w wózkach pod Dworcem Centralnym. Rzeczniczka Praw Dziecka bije na alarm
Tęsknię za życiem "sprzed dzieci". Wtedy jeszcze nie byłam "automatem"
Żyłeś w PRL-u? Rozwiąż quiz i sprawdź, czy pamiętasz te zabawki
No popatrzcie, jaka wyniosła stała się nasza Ania! Mówią, iż pieniądze ludzi psują! – Nie rozumiałam, o co chodzi i czym ich tak uraziłam Kiedyś miałam wspaniałe małżeństwo, męża i dwójkę dzieci. Ale pewnego dnia wszystko się rozsypało. Mój ukochany wracał z pracy i miał wypadek. Myślałam, iż tego bólu nie przeżyję, ale mama przekonała mnie, iż muszę trzymać się dla dzieci. Wzięłam się w garść, zaczęłam ciężko pracować, a gdy dzieci podrosły – wyjechałam do pracy za granicę. Musiałam postawić je na nogi, bo wsparcia nie miałam żadnego. Tak znalazłam się najpierw w Polsce, później w Anglii. Pracowałam gdzie się dało, aż w końcu zaczęłam dobrze zarabiać. Wysyłałam dzieciom pieniądze co miesiąc, później kupiłam każdemu mieszkanie, a u siebie zrobiłam porządny remont. Byłam z siebie dumna. Myślałam, iż wrócę już na stałe do Polski, ale rok temu poznałam mężczyznę. To Polak, od 20 lat mieszka w Anglii. Zaczęliśmy się spotykać i poczułam, iż może coś z tego być. Jednak wątpliwości nie dawały mi spokoju. Artur nie mógł wrócić do Polski, a ja chciałam do domu. Niedawno przyjechałam – najpierw do dzieci, potem do rodziców, a do teściów wciąż nie miałam czasu. Tyle spraw się nazbierało. Pewnego dnia odwiedziła mnie koleżanka, która pracuje w sklepie i powiedziała coś zaskakującego: – Twoja teściowa bardzo się na ciebie obraziła! – Skąd to wiesz? – Słyszałam, jak rozmawiała z inną znajomą – iż jesteś wyniosła i pieniądze cię zepsuły. I iż w ogóle im nie pomagałaś finansowo. Było mi bardzo przykro to usłyszeć. Przecież sama wychowywałam dwoje dzieci i wszystko robiłam dla nich. Nie mogłam jeszcze pomagać teściom, musiałam też zadbać o siebie, rozumiesz? Po czym straciłam ochotę, by iść do teściów. Ale przełamałam się. Nakupiłam produktów i poszłam. Na początku było dobrze, ale myśl o tamtej rozmowie nie dawała mi spokoju. W końcu powiedziałam: – Rozumiecie, iż nie było mi łatwo przez te wszystkie lata. Robiłam wszystko dla dzieci, bo nie miałam wsparcia. – My też zostaliśmy bez żadnej pomocy. Każdy ma dzieci, które pomagają, a my sami jak sieroty! Powinnaś była wrócić i pomagać nam. Teściowa mnie zawstydziła. Nie odważyłam się wyznać, iż w Anglii mam partnera. Wyszłam stamtąd smutna. Teraz nie wiem, co robić. Czy naprawdę powinnam pomagać rodzicom zmarłego męża? Już nie daję rady!
Niechciane dziecko — Jak chcecie nazwać swoją córeczkę? — Starszy pan doktor z zawodowym uśmiechem spojrzał na młodą pacjentkę. — Jeszcze nie wybraliśmy imienia — wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle obok łóżka. — To ważna decyzja, Daria musi się dobrze zastanowić. — Wcale nie chcę wybierać — niespodziewanie odpowiedziała sama młoda mama. — Ja i tak nie zamierzam jej zabierać. Napiszę zrzeczenie się praw. — Co ty wygadujesz?! — oburzyła się kobieta i rzuciła córce mroczne spojrzenie. Potem zwróciła się do lekarza: — Proszę się nie przejmować, ona nie wie, co mówi. Oczywiście zabierzemy córeczkę do domu. — Wpadnę później, odpoczywajcie — lekarz ewidentnie nie miał ochoty uczestniczyć w rodzinnej kłótni. Kiedy tylko drzwi za mężczyzną się zamknęły, matka rzuciła się na córkę z wyrzutami: — Jak śmiesz tak mówić? Co ludzie o nas pomyślą? Przecież już musieliśmy się przeprowadzić do tego miasta, żeby wszystko odbyło się po cichu. To dziecko musi zostać w naszej rodzinie. — A czyja to wina? — Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. — Gdybyś mnie wtedy posłuchała, nic z tego by nie było. Skończyłabym normalnie szkołę i poszła gdzieś dalej. jeżeli ci zależy na tym dziecku, to sama je weź. Dziewczyna odwróciła się do ściany, dając jasno do zrozumienia, iż rozmowa skończona. Natalia jeszcze przez chwilę próbowała przemówić córce do rozsądku, ale zaraz pojawiła się pielęgniarka i poprosiła, żeby opuściła salę. Pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została w sali sama. Cicho pochlipywała w poduszkę i modliła się do wszystkich świętych, żeby ten koszmar jak najszybciej się skończył. Nieśmiałe pukanie w drzwi zmusiło ją, by otarła łzy. Wzięła głęboki oddech i powiedziała: — Proszę wejść. Daria spodziewała się którejś z pielęgniarek, ewentualnie ojca. Ale kobieta, która pojawiła się w drzwiach, była jej zupełnie nieznana. — W czymś mogę pani pomóc? — kto wie, jak trudno było utrzymać spokojną minę. — Przypadkiem usłyszałam… Lekarze rozmawiali na korytarzu obok mojej sali… — Kobieta miotała się, nie mogąc przełamać się do zadania pytania. — Tak, chcę oddać dziecko. To prawda. To panią interesuje? — Widziałam, jak twoja mama… — Ona NIE jest moją mamą! — syknęła Daria, tracąc opanowanie. — Tylko macocha, która za dużo sobie wyobraża. A prawdziwa mama pracuje za granicą. — Przepraszam, nie chciałam cię urazić — speszyła się nieznajoma. — Po prostu mam troje dzieci i nie rozumiem twojej decyzji. Sama wychowałam się w domu dziecka… Boję się o twoją córeczkę. Ona niczemu nie zawiniła! — Takie maleństwa gwałtownie są adoptowane, tak słyszałam. — Daria wzruszyła ramionami. — choćby wziąć jej na ręce nie umiem, nie mówiąc o czymś więcej. Gdyby Natalia wtedy się nie wtrąciła, w ogóle by mnie tu nie było. — Masz ponad piętnaście lat i sama możesz decydować. — To wstyd na całą wieś! — przedrzeźniając macochę, odpowiedziała Daria. — Jak potem ludziom w oczy spojrzymy! — Nie rozumiem… — Opowiem pani — dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco. — Może wtedy przestanie mnie pani oceniać. ************************************************************** Ostatni rok szkoły był dla Darii wyjątkowo pechowy. Najpierw Pawła, którego kochała, zabrali do wojska. Potem do ich klasy przeniesiono nowego — warszawskiego bananowego chłopca, którego ojciec w ramach kary wysłał na prowincję. Przystojniak zaczął podrywać wszystkie dziewczyny. Chodziło mu tylko o kolejne nazwisko na swojej liście. Właśnie za to ojciec go wysłał — psuł renomę rodzinie. Makar dawał drogie prezenty, zabierał do klubów i restauracji. Dziewczyny jedna po drugiej ulegały, każda marzyła zostać żoną „księcia”. Tylko Daria była nieugięta. Była zakochana w Pawle, nikt inny nie wchodził w grę. W końcu kolega z klasy zrozumiał, iż nie ma szans i odpuścił. Przynajmniej tak jej się wydawało. Jak bardzo się myliła… Pod koniec grudnia przyjaciółka Darii urządziła urodziny. Przyszedł cały klasowy skład, a Makar zaszczycił imprezę swoją obecnością. Ale nie w celu złożenia życzeń… W połowie imprezy Darii zadzwonił telefon. Wyszła na korytarz, a wracając, zobaczyła, iż na jej miejscu siedzi Makar. Na początku nie zwróciła na to uwagi, potem jednak zaczęła się źle czuć… Rano obudziła się z trudem. Obok niej leżał uśmiechający się Makar. — No widzisz, a taka byłaś oporna — rzucił, jakby nic się nie stało. — To taki bonus. Twój Paweł to cienias. Do domu wróciła ledwo żywa. Słaniała się na nogach, kręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli na nią z odrazą. Nie szukała kluczy, po prostu zadzwoniła. Wiedziała, iż macocha jest w domu. — Gdzie się szlajasz?! — wybuchła Natalia, ledwo ją zobaczyła. — Przyszłaś na noc, nie odbierasz telefonu, a do tego wyglądasz okropnie! Gdyby ojciec cię taką zobaczył… — Wezwij lekarza i policję — przerwała jej Daria. — Chcę złożyć zawiadomienie. Niech go wsadzą. Natalia zesztywniała. Gdy połączyła fakty, doszła do własnych wniosków. — Kto? — Makar, a kto inny? — Daria ledwo mówiła. — Tylko jemu by się odwagi nie zabrakło. Dzwoń, bo sama zadzwonię. — Poczekaj — zamyśliła się Natalia, bo we wszystkim widziała okazję do zysku. — I tak go wybronią. Zrobimy inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem, niech zapłaci rekompensatę. — Zwariowałaś?! — Daria nie wierzyła własnym uszom. — Jaką rekompensatę? Sama pójdę na policję! — Nigdzie nie pójdziesz! — kobieta szarpnęła Darię i wciągnęła do pokoju. Dziewczyna była zbyt słaba, by się opierać. — I tak ciebie obwinią, a cała wieś zacznie gadać. Ja to załatwię. Daria nie miała telefonu, straciła go lub zostawiła u koleżanki. Wyjść nie mogła — macocha zamknęła drzwi. Głowa kręciła się coraz bardziej, łóżko kusiło… Po kilku dniach wyjechała do babci, sto kilometrów dalej. Nie chciała jej martwić, więc ukrywała prawdę. Po miesiącu przyszła najgorsza wiadomość. Tamta noc miała konsekwencje. Będzie miała dziecko. Natalia była zachwycona. Maluch zagwarantuje im dostatnie życie! Dziadek sowicie zapłaci, żeby tylko kolejny raz wybronić syna. Trzeba tylko wytrzymać do piątego miesiąca i nie mówić nic nikomu. Darii nikt nie pytał o zdanie. Gdy powiedziała, iż nie chce dziecka, Natalia wywołała awanturę i pilnowała jej jak oka w głowie. Dziadek nie był zachwycony, ale pieniądze dał. I obiecał dalsze utrzymanie. ************************************************************** — Teraz pani rozumie? Ile ja przez to dziecko wycierpiałam. Pawła straciłam, znajomi się odwrócili, musiałam się przeprowadzić. choćby szkoły nie skończyłam! — Przepraszam, oceniłam cię, nie znając prawdy — kobieta pokraśniała ze wstydu. — Ale twoje dziecko nie zawiniło… — Daria, musimy porozmawiać! — do sali wszedł stanowczym krokiem Natalia, ciągnąc za sobą męża. — Proszę zostawić nas samych, to sprawa rodzinna! Nieznajoma rzuciła dziewczynie współczujące spojrzenie i wyszła. — Nie pozwolę ci zrujnować mojego planu. jeżeli zostawisz dziecko w szpitalu, do domu nie wracaj. I gdzie pójdziesz? Babci już nie ma, jej mieszkanie przypadło twojemu wujkowi. Będziesz żebrać? — Nie. Ona pojedzie ze mną. — Do sali weszła elegancka kobieta. Darii zaświeciły się oczy ze szczęścia. — Mamo! Przyjechałaś! — Oczywiście, iż przyjechałam. Nie zostawię cię w potrzebie. — Albina mocno przytuliła córkę. — Gdybyś powiedziała mi wszystko wcześniej, już dawno byś była ze mną. Myślałam jednak, iż tutaj będzie ci łatwiej skończyć szkołę. — Myślałam, iż nie jestem ci potrzebna — zaszlochała Daria. Bo tak naprawdę, mimo wszystko, wciąż była dzieckiem. — Ktoś mi ciągle powtarzał, iż nie chcesz ze mną rozmawiać. Prezenty wracały nierozpakowane, telefonu nie odbierałaś. Myślałam, iż nie możesz mi wybaczyć… Ale nic, wyjedziemy i zapomnisz o tym wszystkim. ************************************************************** Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, licząc na dostatnie życie. Ale… kiedy bogaty dziadek się o tym dowiedział, przyjechał po wnuczkę i zabrał ją do siebie. A Makar musiał oficjalnie uznać dziecko, choć się opierał. A Daria? Jest szczęśliwa. Jest przy najważniejszej osobie na świecie, która zawsze pomoże i nie zdradzi…
Czy starsze rodzeństwo musi zająć się młodszym? "Co innego odkurzanie domu, a co innego opieka"
Amerykańskie służby badają śmierć noworodka. Winny może być trend związany z mlekiem
Chodzę do szkoły mojego wnuka każdego dnia.
Teraz będziecie mieli własne dziecko, a ona powinna wrócić do domu dziecka – teściowa żąda oddania adoptowanej córki, gdy w rodzinie pojawia się długo wyczekiwane biologiczne dziecko
Matki go uwielbiają, bo nie kosztuje fortuny. Ten zapach z Zary mylą z Black Opium
Mamo, znowu nie zadzwonił?” — zapytał Andrzej, patrząc na kobietę siedzącą przy stole swoimi bezbronnymi oczami.
– Michał, czekaliśmy już pięć lat. Pięć lat. Lekarze mówią, iż nie będziemy mieć dzieci. A tu… – Michał, patrz! – zatrzymałam się przy furtce, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Mąż niezdarnie wszedł do środka, zgięty pod ciężarem wiadra z rybami. Lipcowy poranek w Polsce potrafi przenikać do kości, ale to, co zobaczyłam na ławce, sprawiło, iż zapomniałam o chłodzie. – Co tam jest? – Michał odstawił wiadro i podszedł do mnie. Na starej ławce przy płocie stał wiklinowy kosz. W środku, owinięte w wyblakowaną pieluszkę, leżało niemowlę. Jego wielkie, piwne oczy patrzyły prosto na mnie – bez strachu, bez ciekawości, po prostu patrzyły. – Jezu – westchnął Michał – skąd ono się tu wzięło? Delikatnie pogładziłam ciemne włosy dziecka. Nie ruszył się, nie zapłakał – tylko zamrugał. W jego maleńkiej piąstce tkwił złożony papier. Ostrożnie rozchyliłam paluszki i przeczytałam: „Proszę, pomóżcie mu. Ja nie mogę. Przepraszam”. – Musimy zadzwonić na policję – zmarszczył brwi Michał, drapiąc się po karku – i zgłosić do gminy. Ale już trzymałam malucha w ramionach, tuląc go do siebie. Pachniał kurzem polnych dróg i nieumytymi włosami. Kombinezon był znoszony, ale czysty. – Aniu – Michał spojrzał na mnie z niepokojem – nie możemy tak po prostu go wziąć. – Możemy – spojrzałam mu w oczy – Michał, czekaliśmy pięć lat. Pięć. Lekarze mówią, iż nie będziemy mieć dzieci. A tu… – Ale przecież są przepisy, dokumenty… Rodzice mogą się pojawić – próbował protestować. Pokręciłam głową: Nie pojawią się. Czuję to. Chłopiec nagle się do mnie szeroko uśmiechnął, jakby rozumiał naszą rozmowę. To wystarczyło. Przez znajomych załatwiliśmy opiekę i papiery. Rok 1993 był niełatwy. Po tygodniu zauważyliśmy coś dziwnego. Maluch, któremu nadałam imię Ignacy, nie reagował na dźwięki. Myśleliśmy, iż po prostu jest zamyślony. Ale kiedy traktor sąsiada przejechał pod oknem, a Ignacy choćby się nie poruszył, ścisnęło mi się serce. – Michał, on nie słyszy – wyszeptałam wieczorem, kładąc dziecko spać w starej kołysce po bratanku. Mąż długo patrzył na ogień w piecu, po czym westchnął: Pojedziemy do lekarza do Sierpca. Do doktora Piotra. Lekarz zbadał Ignacego i rozłożył ręce: Głuchota wrodzona, całkowita. Na operację nie ma szans – taki przypadek. Płakałam w drodze powrotnej. Michał milczał, aż mu pobielały kostki dłoni na kierownicy. Wieczorem, gdy Ignacy zasnął, wyjął z szafy butelkę. – Michał, może nie trzeba… – Nie – nalał pół szklanki i wypił jednym haustem. – Nie oddamy go. – Kogo? – Jego. Nigdzie go nie oddamy – powiedział stanowczo. – Poradzimy sobie sami. – Ale jak? Jak go uczyć? Jak… Michał przerwał mi gestem: – jeżeli trzeba – nauczysz się. Przecież jesteś nauczycielką. Wymyślisz coś. Tej nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam, gapiąc się w sufit, myśląc: „Jak uczyć dziecko, które nie słyszy? Jak dać mu wszystko, czego potrzeba?” Nad ranem zrozumiałam: ma oczy, ręce, serce. Ma wszystko, czego potrzeba. Następnego dnia wzięłam zeszyt i zaczęłam planować. Szukać książek, wymyślać sposoby nauki bez dźwięku. Od tamtej chwili wszystko się zmieniło. Jesienią Ignacy skończył dziesięć lat. Siedział przy oknie i malował słoneczniki. U niego w zeszycie nie były tylko kwiatami – tańczyły w swoim wyjątkowym tańcu. – Michał, zobacz – dotknęłam ramienia męża wchodząc do pokoju. – Znowu żółty. Dziś jest szczęśliwy. Z Ignacym nauczyliśmy się rozumieć bez słów. Najpierw palcowy alfabet, potem język migowy. Michał uczył się wolniej, ale najważniejszych gestów – „syn”, „kocham”, „duma” – nauczył się już dawno. Szkoły dla takich dzieci nie było, więc uczyłam go sama. Czytać nauczył się szybko. Liczyć – jeszcze szybciej. Ale przede wszystkim – malował. Wszędzie, na wszystkim: palcem po szybie, potem na tablicy którą Michał sklecił, potem farbami na papierze i płótnie. Farby zamawiałam z miasta przez pocztę, oszczędzając na sobie, aby miał dobre materiały. – Znowu ten twój niemy coś tam bazgrze? – syknął sąsiad Staszek, zaglądając przez płot. – Co z niego za pożytek? Michał podniósł głowę znad grządki: – A ty, Staszku, co pożytecznego robisz? Poza gadaniem? Z wiejskimi nie było łatwo. Nie rozumieli nas. Ignasia wyśmiewano, przezywano. Szczególnie dzieci. Pewnego razu wrócił z porwaną koszulą i zadrapaniem na policzku. Pokazał mi gestami winowajcę – Jacuś, syn sołtysa. Płakałam czyszcząc ranę. Ignacy ocierał mi łzy palcami, uśmiechając się: nie martw się, wszystko dobrze. Wieczorem Michał wyszedł. Wrócił późno, nic nie powiedział, ale pod okiem miał sińca. Od tej pory nikt Ignacego już nie czepiał. Z czasem jego styl się zmienił. Malował świat bez dźwięków, ale w obrazach było tyle głębi, iż zapierało dech. Cały dom był obwieszony jego pracami. Kiedyś przyjechała komisja z powiatu, by sprawdzić domowe nauczanie. Starsza pani weszła do domu, spojrzała na obrazy i zamarła. – Kto to malował? – zapytała cicho. – Mój syn – odpowiedziałam z dumą. – Musi to zobaczyć ktoś z galerii – zdjęła okulary. – Chłopak ma prawdziwy talent. Ale baliśmy się. Świat poza wsią wydawał się ogromny i groźny dla Ignacego. Jak sobie poradzi bez nas, bez gestów i znaków? – Pojedziemy – nalegałam, pakując jego rzeczy. – To targ sztuki w mieście. Musisz pokazać swoje prace. Ignacy był już siedemnastolatkiem – wysoki, szczupły, z długimi palcami i skupionym spojrzeniem. Niechętnie przytaknął – ze mną się nie dyskutowało. Obrazy powieszono w najdalszym kącie. Pięć małych prac: pola, ptaki, dłonie trzymające słońce. Ludzie przechodzili, rzucali wzrokiem, ale nie zatrzymywali się. Wtedy pojawiła się ona – siwa kobieta o prostej sylwetce. Stała przed obrazami długo, nieruchomo. W końcu odwróciła się do mnie: – To pani dzieło? – Mojego syna – wskazałam Ignacego, stojącego z rękami założonymi na piersi. – Nie słyszy? – dostrzegła nasze gesty. – Tak, od urodzenia. Skinęła głową: – Nazywam się Barbara Sokołowska. Galeria malarstwa w Warszawie. Ta praca… – zatrzymała oddech patrząc na mały obraz ze słońcem nad polem – w niej jest coś, czego wielu szuka latami. Chcę ją kupić. Ignacy zamarł, patrząc na mnie, gdy tłumaczyłam jej słowa własnymi ruchami. Poruszył palcami, a w oczach pojawiła się niepewność. – Naprawdę nie myślicie o sprzedaży? – zabrzmiał profesjonalny upór. – Nigdy… – urwałam, czując rumieniec. – To jego dusza na płótnie. Wyjęła portfel i zapłaciła sumę, jaką Michał zarabiał przez pół roku w warsztacie. Po tygodniu wróciła i kupiła drugi obraz – ręce trzymające poranne słońce. Jesienią przyszedł list: „W obrazach syna jest szczerość i głębia bez słów. Właśnie tego szukają koneserzy sztuki”. Stolica przywitała nas szarymi ulicami. Galeria mieściła się w starej kamienicy na Mokotowie. Codziennie przychodziły osoby z uważnym spojrzeniem. Oglądali prace, szeptali o kompozycji i barwach. Ignacy obserwował ruchy ust, gesty. Choć nie słyszał, wyraz twarzy mówił wszystko: działo się coś szczególnego. Potem przyszły stypendia, staże, publikacje w czasopismach. Nazwano go „Malarzem Ciszy”. Jego obrazy były jak nieme krzyki duszy – poruszały każdego. Minęły trzy lata. Michał nie powstrzymał łez, żegnając syna przy wyjeździe na pierwszą samodzielną wystawę. Ja też próbowałam się trzymać, ale serce biło głośno. Nasz chłopiec dorósł. Bez nas. Ale wrócił. Pewnego słonecznego dnia stanął w drzwiach z naręczem polnych kwiatów. Przytulił nas i, trzymając za ręce, poprowadził przez całą wieś do dalekiego pola. Stał tam Dom. Nowy, biały, z balkonem i wielkimi oknami. Wieś od dawna zgadywała, kto to buduje, ale właściciela nikt nie znał. – Co to jest? – wyszeptałam, nie dowierzając oczom. Ignacy uśmiechnął się i podał klucze. W środku przestronne pokoje, pracownia, regały z książkami, nowe meble. – Synku – Michał rozglądał się oniemiały – to… twój dom? Ignacy pokręcił głową i pokazał gestami: „Nasz. Wasz i mój”. Wyprowadził nas na podwórko, gdzie na ścianie domu wisiał wielki obraz: kosz przy furtce, uśmiechnięta kobieta trzymająca dziecko i podpis gestami: „Dziękuję, Mamo”. Stałam nieruchomo, łzy spływały po policzkach. Mój zawsze powściągliwy Michał nagle rzucił się i mocno przytulił syna. Ignacy uściskał go tak samo, a potem sięgnął po moją rękę. I tak staliśmy w trójkę pośrodku pola przy nowym domu. Dziś obrazy Ignacego zdobią najlepsze galerie świata. Otworzył szkołę dla dzieci niesłyszących w wojewódzkim mieście i wspiera programy pomocy. Cała wieś jest z niego dumna – nasz Ignacy, który słyszy sercem. A my z Michałem mieszkamy w tym białym domu. Co rano wychodzę na balkon z herbatą i patrzę na obraz na ścianie. Czasem myślę – co by było, gdybyśmy tamtego lipcowego poranka nie wyszli? Gdybym go nie zobaczyła? Gdybyśmy się przestraszyli? Ignacy mieszka w dużym mieszkaniu w mieście, ale w każdy weekend wraca do domu. Przytula mnie – wszelkie wątpliwości znikają. Nigdy nie usłyszy mojego głosu. Ale zna każde moje słowo. Nigdy nie usłyszy muzyki, ale tworzy swoją – z kolorów i linii. I patrząc na jego uśmiech, wiem – najważniejsze chwile w życiu dzieją się w ciszy. Polubcie i zostawcie komentarz z Waszymi emocjami!
Nie patrz na mnie w ten sposób! Nie chcę tego dziecka. Zabierz je!” – obca kobieta wrzuciła mi nosidełko w ręce. Byłam w szoku i zupełnie nie rozumiałam sytuacji.
Jak można tak postąpić?! Matka oddała czteroletniego synka do domu dziecka, bo nie chciała go leczyć – a Ola dała mu dom, miłość i szansę na szczęśliwe życie
Okazja Cenowa (Icons) – 10309 Sukulenty
Okazja Cenowa (Icons) – 10352 The Simpsons™: Krusty Burger
Przypomnę Ci, Laryso – historia o szkolnym talencie, niełatwych prezentach urodzinowych, szczerym sercu dziecka i matczynej pamięci, rozgrywająca się w klasie pani Marii S. w polskiej podstawówce
Okazja Cenowa (Ideas) – 21361 Gremliny rozrabiają: Gizmo
Okazja Cenowa (Art) – 21333 „Gwiaździsta noc” Vincenta van Gogha
Okazja Cenowa (Super Mario) – 72046 Game Boy™
Okazja Cenowa (Marvel) – 76178 Daily Bugle
Okazja Cenowa (DC) – 76271 Batman: Gotham z serialu The Animated Series
Okazja Cenowa (Super Mario) – 71411 Potężny Bowser
Okazja Cenowa (Icons) – 10332 Średniowieczny plac
Okazja Cenowa (Icons) – 10365 Czarna Perła