Dzieci

Granice prywatności dziecka. "Powinniśmy sprawdzać telefon tak, jak sprawdzamy pokój"
Pieniądze, które otrzymasz po urodzeniu dziecka. To ci się po prostu należy
Mój wymarzony mężczyzna zostawił dla mnie żonę, ale choćby nie przypuszczałam, jak bardzo wszystko obróci się przeciwko mnie.
Dziadkowie nie chcą pomagać przy wnukach. "Pomoc nie jest transakcją", jest w tym jednak małe "ale"
Obca jest dla nich, tej piątce… ale któż ośmieli się zaprzeczyć…
Co za dziecko w wieku czterdziestu jeden lat!” – krzyczał mąż na Nastię. „W twoim wieku już babciami się zostaje. Nasto, nie rób głupstw. Książki dla dzieci.
Tak oszczędzam na zabawkach i gadżetach dziecięcych. Mój portfel w mig odczuł zmiany
3 wyjątkowe prezenty na pierwszy Dzień Babci i Dziadka
20 pomysłów na prezent na Dzień Babci i Dziadka
Otrzymałem od żony spakowaną walizkę z osobistymi rzeczami
Dzien babci i dziadka dekoracja
A co z tego, kto opiekował się babcią? Zgodnie z prawem mieszkanie powinno być moje! – moja mama krzyczy, grożąc mi sądem, bo babcia przepisała mieszkanie nie jej, nie mnie, ale mojej córce!
Cudu nie było – Polskie losy Tani: od samotnej młodej mamy po niespodziewane rodzinne odnalezienie w sercu Warszawy
Dziadek Było lato. Wracałam wieczorem do domu po treningu. Widzę – starszy dziadek leży na chodniku, upadł i nie może wstać. Wszyscy przechodnie omijają go szerokim łukiem, myśląc pewnie, iż jest pijany. On jednak coś niewyraźnie mamrocze pod nosem i wyciąga ręce do ludzi. Mama od dziecka uczyła mnie, by pomagać każdemu w miarę możliwości. Podchodzę więc do niego i pytam: „Pomóc panu?”. Dziadek nie jest w stanie odpowiedzieć, tylko mamrocze i wyciąga do mnie ręce. Przechodząca kobieta zwraca mi uwagę: „Odstąp od niego, nie widzisz, iż pijany? Jeszcze jakiegoś syfa złapiesz! I cały brudny, ubrudzisz się!”. Przyglądam się – a dziadek ma ręce całe we krwi. Ogarnia mnie dziecięcy strach. Na pytanie, co się stało, znów nie odpowiada – tylko mamrocze i z ziemi podnosi leżącą torbę. W środku są kawałki potłuczonych butelek po piwie. Dokłada jeszcze kilka odłamków do torby. Dlatego ma zakrwawione ręce. Zaczęłam wycierać mu ręce mokrymi chusteczkami – nie chciałam szczerze mówiąc ubrudzić ubrań krwią. Gdy już miał czyste dłonie, pomogłam mu wstać. Na pytanie o adres nie reagował – tylko coś bełkotał i machał ręką, wskazując gdzie iść. Zaprowadziłam go pod blok w tej samej okolicy. Pokazał na domofon i na palcach pokazał dwa numery – domyśliłam się, iż to numer mieszkania. Zadzwoniłam – usłyszałam zatroskany kobiecy głos. Dziadek znów coś zamamrotał. Po chwili z klatki zbiegła kobieta i mężczyzna. Najpierw rzucili się do dziadka, sprawdzając, czy wszystko w porządku, potem pan podziękował mi i zaniósł dziadka do mieszkania. Kobieta nie ustawała dopytywać, jak mogą mi się odwdzięczyć. Odmówiłam i chciałam odejść, gdy kobieta poprosiła, żebym zaczekała sekundę i nagle wpadła do klatki. Po chwili pojawiła się z wielkim koszem malin – „Z własnego ogródka” – pochwaliła się. Podziękowałam, ale nie chciałam brać. Ona nalegała: „Bierz, proszę. Pewnie byśmy zwariowali, gdybyśmy wrócili z działki i zastali pusty dom, bez dziadka. A wie pani co…? Dziadka wzięli kiedyś Niemcy do niewoli, na wojnie. Zajmował wysokie stanowisko, więc, by nic nie wyjawić, sam zranił sobie język. W niewoli nie było żadnej higieny, zaczęło się jątrzyć i musieli mu połowę języka amputować. Teraz nie mówi normalnie. Ostatnio na naszym podwórku wieczorami młodzież pije piwo, rozbija butelki. Pisaliśmy już na policję. Dzieci zabierają potem te odłamki, ranią się. Dziadek, odkąd nasza córeczka, Sonia, przecięła sobie nogę szkłem, zaczął sprzątać te odłamki po młodych, żeby nikt się nie pokaleczył. Ale dziadek już stary, nogi słabe. Przekonywaliśmy go na różne sposoby, chować klucze, ale uparcie wychodzi. Raz choćby leżał 5 godzin na zimnej ziemi, nikt nie pomógł, aż wróciliśmy ze zmiany i ledwo go znaleźliśmy. Właśnie mieliśmy zacząć szukać, a tu dzwonek do drzwi – dziękujemy pani bardzo.” Po tym, co usłyszałam, zaniemówiłam. Kobieta wsunęła mi w ręce kosz malin, ukłoniłam się i wracałam do domu. W połowie drogi rozpłakałam się. Dlaczego w naszym kraju tak jest? Dlaczego myślimy tylko o sobie? Apeluję do wszystkich – jeżeli widzisz, iż ktoś upadł i nie może wstać, nie zakładaj od razu, iż to pijak. Podejdź! Może ktoś potrzebuje Twojej pomocy! Szczególnie młodzi – nie zapominajmy, iż jesteśmy LUDŹMI, a nie ŚWINIAMI!
Antonia Pietrowna szła w deszczu i łzy mieszały się z kroplami, chowając jej smutek przed światem. Jedyna pociecha – deszcz! Nikt nie widzi łez – myślała kobieta. Obwiniała się: „Sama sobie winna! Wpadłam nie w porę. Nieproszony gość.” Płakała i śmiała się, przypominając sobie dowcip, w którym zięć pyta teściową: „Mamo, choćby herbaty nie napijecie?” I nagle odkryła, iż teraz jest jak ta „mama” z dowcipu. Płakała i śmiała się na przemian, aż w domu, w mokrych ciuchach, pod kocem, już nie powstrzymywała łez – tylko złota rybka w akwarium ją słyszała! Nikogo więcej! Antonia była kobietą atrakcyjną, lubianą przez mężczyzn, ale z ojcem Nikity, jej syna, nic się nie udało – pił i był chorobliwie zazdrosny. Pewnego razu pobił żonę, przy dziecku. Nikita wszystko wyznał babci i dziadkowi. Mama Antonii zapłakała: „Po to córkę wychowałam, żeby ją byle pijak bił?” Ojciec schwycił zięcia i zrzucił go z czwartego piętra, grożąc, iż więcej go tu nie zobaczy. Zięć zniknął na zawsze, Antonia nie wyszła już za mąż – dla dobra dziecka. Wielu próbowało ją zdobyć, ale nie mogła. Miała dobrą pracę: technolog żywienia w małej restauracji. Odkładała pieniądze na mieszkanie, a kiedy już je miała, Nikita chciał się żenić i zakochał się w Anastazji. Antonia oddała dzieciom nowe mieszkanie i zrobiła im wesele. Teraz odkładała na samochód dla nich – bo ile można jeździć starymi polonezami? Do syna nie zamierzała iść – nie narzucała się. Przypadkiem znalazła się obok, gdy lunął deszcz. Zdecydowała się wpaść i przeczekać, pogadać z Anastazją przy herbacie. ale synowa nie zaprosiła jej choćby do przedpokoju: „Antonia Pietrowna, czego pani chce?” Pokornie i ze łzami odeszła w deszcz. W domu zasnęła, a we śnie ryba z akwarium przemówiła: „Płaczesz? Głuptas! choćby herbaty nie dali ci w deszczu! Zbierasz pieniądze na samochód dla dzieci, a oni tego nie doceniają. Jedź nad morze! Zacznij żyć dla siebie!” Antonia obudziła się, wzięła pieniądze i kupiła sobie wycieczkę nad Bałtyk. Wróciła piękna, opalona, szczęśliwa. Dzieci nic nie zauważyły – dzwonili tylko dla pieniędzy lub gdy potrzebowali opieki nad wnukiem. Teraz Antonia przestała unikać mężczyzn – pojawił się adorator: dyrektor restauracji. Wreszcie wszystko się ułożyło! Ostatnio Anastazja przyszła po pieniądze na auto, a w domu był już jej mężczyzna, który zawołał: „Tonia, pijemy herbatę?” „Pewnie!” – odparła Antonia, a synowej oznajmiła: „Nie, Anastazja wychodzi. Herbaty nie pije. Prawda?” Zamknęła za nią drzwi i uśmiechnęła się do rybki: „Tak właśnie trzeba!”
Nie swoja jest dla nich, tej piątki… A czyż można powiedzieć…
– To ty byłeś tym mężczyzną, który zostawił mnie przed drzwiami domu dziecka? – Zapytał Roman nieznajomego, dostrzegając na jego piersi tę samą znamienną plamę.
Czy jednak ślub to silniejsza więź niż wspólne mieszkanie? – Śmiali się z Nadzi faceci
Dziadkowie każą 11-latce bawić się z 5-letnią kuzynką. Matka: Mam dość, widzę frustrację córki
Kiedy ciocia Marysia stała się moją drugą mamą: historia utraconej matki, trudnego dzieciństwa i kobiety, która ocaliła moją rodzinę
Dziękuję za wspólne chwile w małżeństwie z Twoim synem. Pragnę go przywrócić do rodziny.
Jeszcze nam w domu roboty nie brak – Opowieść o babci Wali, która po powrocie do starej chaty, mimo osiemdziesiątki, zimnej izby i samotności, potrafiła rozgrzać piec, zatroszczyć się o prawnuka i własnym przykładem udowodnić, iż serce staruszki oraz dom rodzinny nigdy nie są gotowe do końca odpocząc, bo póki żyjemy, mamy tu wciąż swoje sprawy do załatwienia.
SZCZĘŚLIWY PRZYPADEK… Dorastałem w niepełnej rodzinie – bez taty. Wychowywały mnie mama i babcia. Potrzebę ojca poczułem już w przedszkolu. A w podstawówce!.. Strasznie zazdrościłem rówieśnikom, którzy dumnie spacerowali za rękę ze swoimi wysokimi, silnymi ojcami, bawili się, jeździli na rowerach, samochodach. Najbardziej bolało mnie, gdy któryś ojciec przytulał swoją córkę lub synka, brał na ręce, a oni śmiali się, śmiali… Boże, patrząc na to z boku, myślałem: „Co za szczęście!..” Swojego ojca też widziałem… Ale tylko na jednej, jedynej fotografii, gdzie uśmiechał się jak wszyscy ojcowie… ale nie do mnie!.. Mama mówiła, iż tata jest polarnikiem. Mieszka daleko…, bardzo daleko na północy, tak daleko, iż choćby przyjechać nie może. Wyjechał, pracuje tam, ale prezenty na urodziny wysyła regularnie. W trzeciej klasie, z gorzkim rozczarowaniem, zrozumiałem, iż nie mam żadnego ojca-polarnika… Nigdy go nie było! Przypadkiem usłyszałem, jak mama powiedziała babci, iż nie ma już siły okłamywać dziecka i dawać prezenty w imieniu ojca, który tak naprawdę nas zdradził. Mimo iż żyje dostatnio, nigdy nie zadzwonił do synka, nie pogratulował ani z okazji urodzin, ani na Boże Narodzenie. „Artuś tak kocha te święta!… Bo to jedyne dni, gdy czuje choćby odrobinę wsparcia, choćby dalekiego i magicznego, ale swojego.” I wtedy przed urodzinami powiedziałem mamie i babci, iż nie chcę żadnych prezentów na moje ulubione święta „od taty”, którego nie ma. „Po prostu upieczcie mi mój ulubiony tort ptasie mleczko i tyle.” Żyliśmy bardzo skromnie za dwie nieduże pensje – mamy i babci. Więc gdy zostałem studentem, dorabiałem jako magazynier na dworcu i w sklepach. Kiedyś sąsiad Sławek zaproponował mi zastępstwo w roli Świętego Mikołaja w przedszkolach i rodzinach przed świętami. Przedszkoli od razu odmówiłem. Wydawało mi się to trudne, bo trzeba grać całe przedstawienia i występować z Śnieżynką. Ale na pojedyncze wizyty domowe w wyznaczone dni zgodziłem się. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami, zagadkami i adresy klientów. Repertuar był prosty, łatwo go zapamiętałem – to nie egzamin z wytrzymałości materiałów. Ale lęk przed wpadką mi przeszkadzał. Jednak pierwszy „placuszek”, ku mojemu zaskoczeniu, wyszedł dobrze. Gdy wieczorem wróciłem po kolejnych wizytach do dzieci, byłem zmęczony, ale dumny z siebie, iż nie spaliłem występu, a licząc zarobek, prawie zatańczyłem z radości. Za pół roku dźwigania skrzynek i worków w weekendy tyle nie zarabiałem! Od tego czasu co zimę „mikołajowałem”, a w wakacje łapałem fuchy na studenckich brygadach budowlanych. Póki studiowałem, życie prywatne nie układało mi się – nie miałem na to czasu. Sami rozumiecie: nauka, przypadkowe prace. Dziewczyny były, ale do ślubu nie dochodziło. „Skończę studia, zdobędę prestiżową pracę, porządne zarobki, urządzę mieszkanie… Wtedy będę myślał o rodzinie.” – marzyłem. I gdy skończyłem uczelnię, już pracując jako inżynier na nieza wysokim stanowisku, postanowiłem kupić używany samochód z zagranicy. W domu było już średnio, ale na auto ciągle brakowało, a tak chciałem mieć swój pojazd. Wtedy znów zdecydowałem zostać Mikołajem. Mama wyciągnęła z szafy mój strój mikołajowy, zdjęła folię i odświeżyła. Dodała mnóstwo brokatu – kostium lśnił. A rozczesana biała broda bardzo mi się spodobała – doskonale ukrywała twarz. Przykleiłem gęste brwi i patrząc w lustro byłem zadowolony. A mama westchnęła i mówi cicho: – Artuś, czas już, żebyś miał swoje dzieci, a ty wciąż bawisz cudze. – Spokojnie, jeszcze zdążę – machnąłem ręką. – No, życz mi szczęścia, kochana, pa! – i pocałowałem ją w policzek, po czym ruszyłem zarabiać. Tydzień przed świętami wrzuciłem ogłoszenie do lokalnej gazety i spadło mi piętnaście zgłoszeń. Po wizytach pod sześcioma adresami, wykreśliłem je z listy, przeczytałem następny: „ul. Sadowa 6, m. 19”. Wysiadłem z autobusu i ruszyłem pod wskazany dom. Sadowa – to prawie obrzeża miasta – słabo oświetlona. Ale nie szukałem długo szóstki. Wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem. Otworzył chłopiec lat pięć-sześć. – Na polanie pod lasem mieszkałem w leśnej chatce… – zacząłem rutynowo. Ale chłopiec mi przerwał: – My nie wzywaliśmy Mikołaja! – A ja nie czekam na zaproszenie, sam przychodzę do grzecznych dzieci – odpowiedziałem, choć lekko się zgubiłem. – Mama, tata są w domu? – Nie. A mama poszła do sąsiadki, babci Toni, zrobić zastrzyk. Zaraz wróci. – A jak masz na imię? – Artur. „No proszę, imiennik!” – pomyślałem, zaskoczony. Ale nie mogłem przecież powiedzieć, iż też jestem Artur. Jestem przecież Mikołajem! – Arturku, gdzie wasza choinka? – W moim pokoju. Wziął mnie za rękę i poprowadził do swojego pokoiku, który – jak cały skromny lokal – urządzony był bardzo prosto. Na stoliku przy łóżku, zamiast choinki, w trzylitrowym słoju stała gałązka świerku zdobiona malutkimi ozdobami i kolorową girlandą. Obok stały dwa zdjęcia w identycznych ramkach – mężczyzny i kobiety. Przyjrzałem się uważnie i… Zamarłem z wrażenia… Ze zdjęcia patrzyłem na siebie! „To niemożliwe!..” Przyjrzałem się raz jeszcze. Wszystko się zgadza… W lewej ramce była moja fotografia z czasów studiów, w wiatrówce. A po prawej – dziewczyna – Lena Górska. Z nią poznałem się kiedyś latem na studenckiej budowie. Tylko jej zdjęcie było już dorosłe. Patrzyły na mnie miłe, ale smutne oczy pięknej, bardzo podobnej do dawnej wesołej Leny. – Kto to? – spytałem z przejęciem, nie poznając własnego głosu. – To mama. – Twoja?.. – Moja. – Ma na imię… Lena? – wypaliłem. – Ojej, zgadł pan! To pan naprawdę jest Mikołajem? Ja myślałem, iż nie istnieje! – A kto to? – wskazałem palcem na własną twarz, już przeczuwając, iż Artur jest moim synem. – To mój tata! On prawdziwy polarnik! Wyobraźcie sobie, żyje i pracuje na wielkiej krze! Mama mówiła, iż wyjechał bardzo dawno, gdy byłem bardzo mały. Dlatego nigdy go nie widziałem… ani nie pamiętam. Ale zawsze przysyła mi prezenty na urodziny i święta. I w te święta znajdę pod poduszką jego prezent. Mikołaj uwielbia je tam chować. Byłem w szoku, przypominając sobie dzieciństwo i „tatę-polarnego”. Czy wszystkie mamy wysyłają takich ojców na biegun północny? I ja wśród tych „niedobrych”? Ogarnął mnie ból, jakby los ugodził mnie w serce. Wspomniałem nasz intensywny, ale krótki romans z Leną… Na pożegnanie wymieniliśmy telefony. Ale zaraz po powrocie nie zadzwoniłem, a po kilku dniach skradziono mi komórkę. Często o niej myślałem. Ale nauka, spotkania z kolegami i dziewczynami jakoś wyparły Lenę z codzienności… A ona okazało się mieszka w tym samym mieście! I nie tylko mnie nie zapomniała, ale samotnie wychowuje naszego syna, a moje zdjęcie postawiła obok swojego. Chciałem już powiedzieć Arturowi, iż jestem jego ojcem, gdy drzwi się uchyliły i weszła Lena: – Synku, przepraszam, iż się spóźniłam. Babci Toni musieli wezwać pogotowie i zabrać ją do szpitala. Zobaczywszy mnie, zawołała w zdumieniu: – Ojej, my nie zamawialiśmy Mikołaja! Łzy szczęścia i wzruszenia popłynęły mi po policzkach. Zdjąłem czapkę z brodą, zerwałem puszyste brwi… – Artur?! – zdziwiła się Lena. I osłabiona, usiadła na pufie w przedpokoju. Siedziała i rozpłakała się tak głośno, iż Artur lekko się przestraszył. Ale Lena gwałtownie się opanowała przy synu. Powiedziałem mu, iż przyleciałem z Północy i zostałem Mikołajem, by zrobić niespodziankę jemu i mamie. Artur był przeszczęśliwy. Śmiał się, śpiewał, recytował nam wiersze. Odpoczywał i znowu czytał wiersze, trzymał nas za ręce, jakby bał się, iż znów na długo odlecę. O prezencie choćby nie pomyślał. Przecież wiedział, iż Mikołaj na pewno włoży prezent taty pod poduszkę. Artur zasnął, a my z Leną rozmawialiśmy do rana, jakby nie było tych lat rozłąki. Rano pobiegłem po kolejny prezent i dopiero wtedy zauważyłem, iż pomyliłem adres. Wszedłem do numeru 6A, a powinienem do 6. W nocy nie dostrzegłem tej literki „A” i wszedłem do nie tego mieszkania. A tak naprawdę – DO TEGO – najbardziej adekwatnego dla mnie domu!!! „Co za szczęśliwy, przełomowy przypadek” – myślałem, uśmiechając się. Teraz jesteśmy we troje! Jesteśmy bardzo szczęśliwi! A mama i babcia nie mogą nacieszyć się wnukiem i prawnukiem – Arturem Arturowiczem!..
Quiz wiedzy. 10 pytań o styczeń dla prawdziwych quizowych wyjadaczy
Jedno zdanie potrafi zatrzymać dziecięcy wybuch w sekundę. Większość rodziców nie ma pojęcia
Jesteś błędem młodości – historia chłopca wychowanego przez dziadków, odrzuconego przez matkę, która po latach prosi go o pomoc dla młodszej siostry
Choć Lucyna była przykładną synową i oddaną żoną, zrujnowała nie tylko własne małżeństwo, ale również siebie – historia polskiej dziewczyny, która dorastała w domu dziecka, ślepo słuchała rad teściowej i po latach pracy ponad siły, samotności oraz poświęceń, zdecydowała się na rozwód, gdy w szpitalu zabrakło przy niej rodziny
„Możecie zamieszkać u nas, po co wam ten kredyt hipoteczny? Nasz dom będzie wasz! – usłyszałam od teściowej, która przekonuje nas do wspólnego mieszkania, bo mąż i tak odziedziczy dom, zamiast zadłużać się w młodym wieku.”
Nie swoja jest dla nich, tej piątce… Ale czy się odważą powiedzieć…
Nieoczekiwane spotkanie po latach: Mężczyzna korzysta z wolnego dnia, gdy nagły dzwonek do drzwi przerywa ciszę. Starsza kobieta okazuje się być dawno zaginioną matką, która po latach wraca z prośbą o pomoc – ale skrywa tajemnicę i planuje zdradę, aby ratować drugiego syna. Poruszająca opowieść o rodzinnych więziach, bolesnych sekretach i trudnych wyborach, rozgrywająca się w polskim domu tuż przed świętami.
Żadna z babć nie może odebrać dziecka z przedszkola. Muszę płacić fortunę za opiekę.
Matczyna trauma zostawia ślad w mleku. Efekty widać w zachowaniu niemowląt
– To ty byłeś tym człowiekiem, który zostawił mnie przy drzwiach domu dziecka? – Zapytał Roman nieznajomego, dostrzegając na jego piersi tę samą znamienną plamę.
Jak można być taką matką? Oddała czteroletniego synka do domu dziecka, bo nie chciała go leczyć – historia małego chłopca i cudownej Oli, która podarowała mu nowe życie
Natalko Stepanówno, nie zamierzam żyć z twoim synem, więc mu to przekaż”, oświadczyła Świetlana.
Oto najtrudniejsza część rodzicielstwa. Gdy to ogarniesz – reszta to pikuś
Witold miał zaledwie trzy lata, gdy stracił swoją matkę.
Moja siostrzenica chciała dostać w prezencie wózek dla dziecka, a gdy odmówiła, wzbudziła w rodzinie przeciwko mnie niechęć.
Prawda, która ścisnęła serce Wieszając świeżo uprane pranie na sznurku w swoim podwórku, pani Tatiana usłyszała ciche szlochy dochodzące zza płotu. Zerknęła i zobaczyła tam Zosię — ośmioletnią córkę sąsiadki. Choć chodziła już do drugiej klasy, wyglądała raczej na wątłe sześcioletnie dziecko. — Zosia, znowu ktoś cię skrzywdził? Chodź do mnie — powiedziała Tatiana, odsuwając uszkodzoną deskę w płocie. Dziewczynka często uciekała właśnie do nich. — Mama mnie wyrzuciła z domu, krzyknęła: „wynoś się!”, a sama z wujkiem Staszkiem się bawią… — Zosia, ocierając łzy, szeptała Tatianie. — Chodź do środka, Łukasz z Magdą właśnie jedzą, dam ci coś ciepłego. Tatiana nieraz już ratowała Zosię przed ostrą ręką jej matki, mając szczęście mieszkać po sąsiedzku. Zawsze zabierała dziewczynkę do siebie i nie odsyłała do domu, dopóki matka, pani Anna, nie uspokoiła się. Zosia często zazdrościła sąsiadom Łukaszowi i Magdzie — ciocia Tatiana i jej mąż byli pełni miłości, nigdy nie krzyczeli na dzieci. W ich domu zawsze panował spokój i ciepło. To wszystko Zosia dostrzegała, bardzo im zazdrościła tej rodzinnej harmonii: aż ściskało ją w środku, zaciążało na sercu i blokowało gardło. U nich lubiła być najbardziej, w tej życzliwej atmosferze. W domu Zosi obowiązywał zakaz wszystkiego. Matka zmuszała ją do noszenia wody, sprzątania w komórce, pielenia grządek, mycia podłóg. Urodziła Zosię bez męża, „z przypadku”, i od początku nie potrafiła okazać dziecku miłości. Dziadkowa jeszcze żyła, ale była schorowana; broniła wnuczkę, patrzyła na nią, bo Anna nie poświęcała jej czasu. Gdy babcia odeszła, Zosi miała zaledwie sześć lat — dla dziewczynki rozpoczęły się smutne czasy. Matka, rozgoryczona samotnością, ciągle szukała partnera. Anna sprzątała w miejskiej bazie autobusowej, gdzie większość stanowili mężczyźni. niedługo pojawił się nowy kierowca — Stanisław. Ich relacja gwałtownie się zacieśniła. Stanisław był po rozwodzie, synowi płacił alimenty. Anna od razu zaprosiła go do siebie — ucieszył się, iż ma dach nad głową, bo była żona wygnała go z domu. Anna w mig się nim zaopiekowała. gwałtownie zorientował się, iż życie u Anny będzie mu pasowało, bo jej córka nie przeszkadzała: — Niech się kręci pod nogami, jak podrośnie, to będzie pomagać — pomyślał. Całą uwagę Anna poświęcała Staszkowi, a córkę tylko strofowała i zmuszała do pracy, często wymierzała jej klapsy i potrafiła choćby uderzyć. — Nie będziesz mnie słuchać, oddam cię do domu dziecka! — groziła. Zosi brakowało sił, żeby odpowiednio sprzątać w komórce, za to dostawała kolejne reprymendy. Siedziała wtedy za płotem pod krzakiem porzeczek i cicho płakała. Gdy Tatiana ją zauważyła, od razu zapraszała do siebie. Zosię stłamszono, była nieśmiała. Znajomi i sąsiedzi z miasteczka krytykowali Annę za traktowanie córki. Tatiana, nie pozostając obojętna, także zwracała na to uwagę. Anna rozpuściła złośliwą plotkę: — Nie słuchajcie tej mojej Tatiany! Ona ma chrapkę na mojego Staszka, dlatego wymyśla, iż skrzywdzam córkę. Anna ze Staszkiem często świętowali, popijali; Zosia wtedy uciekała z domu i nocowała u sąsiadów. Tatiana rozumiała co przeżywa dziewczynka i żałowała jej z całego serca. Z czasem Zosia dorastała, dobrze sobie radziła w szkole. Po ukończeniu dziewięciu klas chciała dostać się do medycznej szkoły w mieście, ale matka była nieugięta: — Idziesz do pracy, jesteś już dorosła, nie będziesz mi tu siedzieć na garnuszku! — Zosia zalała się łzami i wybiegła z domu — tam nie wolno jej było płakać. Po chwili uspokojenia poszła do sąsiadów, zwierzyć się Tatianie. Jej dzieci już wyjechały do miasta. Tym razem sąsiadka nie wytrzymała i postanowiła pójść do Anny. — Aniu, ty nie jesteś matką, tylko tyranką. Inne kobiety starają się o swoje dzieci, a ty wysiadasz własną córkę. Nie kochasz jej, nie masz choćby odrobiny ludzkiej przyzwoitości. Zosia skończyła szkołę z bardzo dobrymi wynikami, powinna iść się dalej uczyć. To przecież twoje dziecko, Aniu! Na starość sama do niej przyjdziesz po pomoc. — Ty mi się tu nie wtrącaj! Dbaj o swoje dzieci, a nie o moją Zosię. Tylko lata do ciebie się skarżyć. — Otrząśnij się w końcu! Staszek swojego syna wysłał na nauki do miasta, a ty marnujesz szansę własnej córki. Kim ty jesteś? Anna wybuchła, nakrzyczała na sąsiadkę, po czym opadła z sił na kanapę. — Surowa jestem, ale to dla jej dobra… Chcę, by była inna, niż ja. Nie przyprowadziła mi przecież nieślubnego dziecka. Niech jedzie do miasta i próbuje się dostać — zgodziła się niechętnie. Zosia bez problemu dostała się do medycznej szkoły. Nie posiadała się z radości, choć bardzo krępowała się swoją skromną odzieżą i wyróżniała się wśród grupy. Ale nikt jej nie wytykał, były też inne dziewczyny ze wsi. Do domu wracała rzadko. Nie ciągnęło jej do matki i Staszka. Gdy przyjeżdżała na wakacje, zawsze najpierw biegła do Tatiany, która ją serdecznie przyjmowała, karmiła, interesowała się jej losem. Anna natomiast miała swoje kłopoty — Staszek znalazł młodszą partnerkę. Anna była nerwowa i wybuchowa, Zosia nie usłyszała od niej ciepłych słów: — Po co tu przyjechałaś? Siedzieć na karku będziesz… Idź do pracy. Pewnego dnia Staszek wrócił z pracy i zaczął pakować swoje rzeczy. — Dokąd to się wybierasz? Nie pozwolę ci odejść! — krzyczała Anna, a on odparł cynicznie: — Rita czeka na dziecko ode mnie. Ja swojego syna nie zostawię! Ty nie dbasz o córkę, a dla mnie jest istotny mój potomek. jeżeli Rita sprowadzi obcego chłopa, nie dam sobie dziecka skrzywdzić. U ciebie Zosia nie zna matczynej miłości jakbyś ją spod płotu przyniosła. A moje musi żyć w trosce i miłości. Spakował się i odszedł. W tych słowach Anna usłyszała najsurowszą prawdę, która zamknęła jej usta, oczy i ścisnęła jej wnętrze. choćby nie miała siły wykrzyczeć swój ból. Zosia wszystko słyszała. Przed oczami miała obraz, jak za każde najmniejsze przewinienie była karcona i wypędzana z domu. Ojczym nigdy się za nią nie wstawiał, patrzył pobłażliwie, czuł się panem. Na ostatnim roku nauki Zosia zaczęła pracę w szpitalu, sama się utrzymywała. Do domu nie wracała — matka piła, zaniedbywała się, ledwie wiązała koniec z końcem. Ze stłamszonej dziewczyny Zosia wyrosła na piękną, fachową młodą kobietę, szanowaną za odpowiedzialność i dobroć wobec pacjentów. Często słyszała, iż jest dobrze wychowana, ludzie chwalili jej matkę. Ale Zosia tylko uśmiechała się w milczeniu. — Co tam za wychowanie… wszystko zawdzięczam cioci Tatianie — myślała — za wsparcie, za zrozumienie, za opiekę… i za wymarzoną specjalizację. Anna coraz częściej sprowadzała do domu znajomych — pijackich kolegów. Zosię szokował widok matki, gdy już rzadko ją odwiedzała. Anna od dawna nie miała pracy. Widząc to wszystko, Zosia chciała wyrzucić tych wszystkich „przyjaciół”, wyremontować dom, jakoś naprawić relacje z matką, zapomnieć o krzywdach. Ale matka nie chciała zmian, coraz bardziej pogrążała się w swoim smutku. Zosia powstrzymała łzy Kiedy ukończyła medyczną szkołę, Zosia wróciła na chwilę do domu. Anna spojrzała na nią z jadem. — Po co wróciłaś? Na długo? choćby jedzenia nie ma, lodówka odłączona. Daj mi pieniędzy, głowa mnie boli. Zosi ścisnęło gardło, ale nie zapłakała, tylko spokojnie oznajmiła: — Nie zostanę długo… Ukończyłam szkołę z wyróżnieniem i wyjeżdżam do województwa, będę tam pracować w szpitalu. Nie będę bywać często, wyślę ci trochę pieniędzy… Do widzenia, mamo. Anna raczej nie usłyszała słów córki — liczyło się dla niej tylko picie. Znowu wołała: — Dawaj pieniądze, przecież muszę „naprawić” głowę! Nie żal ci matki? Co z ciebie za dziecko! Zosia wyjęła z kieszeni kilka banknotów, położyła je na stole, cicho zamknęła drzwi. Stała chwilę w nadziei, iż matka wybiegnie i ją obejmie. Nie doczekała się. Powoli ruszyła do sąsiadów. Tatiana przyjęła ją z otwartymi ramionami. — Siadaj z nami, Zosiu. Właśnie jemy obiad — zawołał jej mąż. — Oj, byłam tak zajęta, iż aż zapomniałam! — Tatiana przyniosła z pokoju torebkę. — To dla ciebie, za ukończenie szkoły z wyróżnieniem, trochę pieniędzy na początek też tam włożyłam. Zosia podziękowała i rozpłakała się. — Ciociu Taniu, dlaczego mama traktowała mnie jak obcą? Dlaczego mnie nie kocha? — Nie płacz, Zosiu — przytuliła ją Tatiana — nie płacz, już nic z tym nie zrobisz… Taka jest Anna. Widocznie urodziłaś się w złym momencie. Ale jesteś piękna, mądra i będziesz szczęśliwa. Zosia wyjechała do wojewódzkiego miasta. Pracowała jako pielęgniarka na chirurgii. Tam poznała swoją miłość, młodego lekarza Olega. gwałtownie się pobrali. Na weselu obok Zosi siedziała Tatiana, promieniejąc ze szczęścia. Anna otrzymywała od córki pieniądze i chwaliła się przed pijackimi znajomymi: — Wychowałam taką córkę! Przesyła mi pieniądze, jest wdzięczna. Wykształciłam ją! Tylko na ślub mnie nie zaprosiła, na wnuki nie przyjeżdża. choćby zięcia nie widziałam. niedługo Tatiana znalazła Annę martwą w domu — nie wiadomo, ile tam leżała. Zaniepokoiła się, gdy przez dłuższy czas nie słyszała ruchu na podwórku. Zosia z mężem pochowali Annę, potem sprzedali dom. Odwiedzali Tatianę i jej rodzinę tylko od czasu do czasu.
Smart Play nie dla wszystkich?
Artyści z innej bajki. Kropka, która została malarką. Warsztaty dla dzieci (Biblioteka Raczyńskich, pl. Wolności 19)
Ulgi podatkowe na 2025: Jak zmaksymalizować zwrot podatku?
Pięć mieszkań w rodzinie, a my musimy wynajmować – historia młodego małżeństwa z Warszawy, które mimo majątku rodziców nie może liczyć na pomoc i zmuszone jest płacić obcym za wynajem własnego kąta
Jaka to matka w czterdzieści jeden lat! – krzyczał na Nastę mąż. – W twoim wieku to już babciami zostają! Nastko, nie rób głupstw. Książki dla dzieci
Jesteś moim szczęściem? Historia Nadzie i Artema: jak z uporu powstało małżeństwo, pojawił się syn Świętosław, potem pojawiła się zazdrość, życiowe zakręty, romanse z Romkiem i Pawłem, odejście Artema do Katarzyny, rozstania i powroty, walka z nałogiem, namiętność z tajemniczym Egorem na przystanku, rady doświadczonej przyjaciółki, kryzysy, powroty do rodziny, zaskakująca siła wybaczenia – oraz szczęście po latach, przy dzieciach i wnuczkach, gdy pada najważniejsze pytanie: Nadziu, czy naprawdę jestem Twoim szczęściem?
RPD apeluje o natychmiastową pomoc dla dzieci. To pokłosie tekstu WP
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75421 Myśliwiec TIE™ Dartha Vadera
Żadna z babć nie może odebrać dziecka z przedszkola. Muszę płacić ogromne kwoty za opiekę.
Córka
Antoni­na Pietrow­na szła w deszczu i płakała, łzy mieszały się z kroplami. Myślała: „Jedna euforia – nikt nie widzi łez!” I jeszcze: „Sama sobie winna – nie w porę przyszłam, nieproszony gość.” Szła i płakała, a potem śmiała się, przypominając sobie dowcip, jak zięć mówi teściowej: „No i co, mamo, choćby herbaty nie napijesz się?” I nagle odkryła, iż właśnie jest w takiej sytuacji. Płakała i śmiała się. Gdy wróciła do domu, zrzuciła mokre ubranie, otuliła się pledem i płakała już bez wstydu, bo nikt jej nie słyszał, tylko złota rybka z akwarium! Antoni­na była kobietą interesującą, wielu mężczyzn się nią interesowało, ale z ojcem Nikity – jej syna – nie wyszło. Pił, potem zaczęła się agresja i zazdrość – choćby o sąsiada, sprzedawcę czy staruszka z laską. Aż w końcu ją pobił, na oczach dziecka. Nikita wszystko opisał babci i dziadkowi. Matka Antoni­ny płakała, a ojciec zabrał się do działania: wywalił zięcia z czwartego piętra i zagroził, iż więcej się nie pokaże. I faktycznie – mąż zniknął, a Tonia dla siebie wybrała samotność, pielęgnowała syna, pracowała jako technolog żywienia, nie miała problemów finansowych. Gdy odłożyła pieniądze na mieszkanie, oddała je dzieciom i pomogła w ślubie Nikity z Anastazją. Sama została w swoim małym mieszkaniu. Teraz odkładała na samochód dla dzieci, bo stary fiat nie wystarczał. Do syna nie chodziła bez powodu, tym razem znalazła się w pobliżu podczas ulewy, nie miała choćby parasola, więc postanowiła wpaść do Anastazji na herbatę. Ale synowa choćby nie wpuściła jej do środka, zapytała chłodno w przedpokoju: „Antoni­na Pietrow­na, czego pani chciała?” Antoni­na zaczęła się tłumaczyć: deszcz… „Deszcz już minął, blisko pani ma, dojdzie!” – ucięła Anastazja. Antoni­na wyszła i płakała w deszczu. Potem zasnęła, a we śnie złota ryba z akwarium – ogromna, rozmawiała z nią: „Płaczesz? Głupia! choćby herbaty ci nie zaproponowali! A ty pieniądze na samochód dla dzieci odkładasz! Całe życie dla nich – oni tego nie docenią. Pomyśl o sobie, wyjedź nad morze!” Antoni­na obudziła się, ryba dalej pływała, ale już jej nie rozumiała. Wzięła pieniądze przeznaczone dla dzieci i kupiła sobie wycieczkę nad morze. Odpoczęła, wróciła opalona i piękna. Dzieci jej nie szukały – dzwonili tylko po pieniądze lub opiekę. Antoni­na przestała unikać mężczyzn i znalazła sobie adoratora – dyrektora restauracji, w której pracuje. W końcu wszystko się ułożyło, życie stało się inne. Pewnego dnia Anastazja przychodzi z wyrzutem: „Czemu pani nas nie odwiedza, nie dzwoni? Nikita znalazł samochód!” Antoni­na Pietrow­na pyta: „Anastazja, czego chciałaś?” I wtedy z pokoju wychodzi jej interesujący partner: „Tonia, pijemy herbatę?” „Pewnie!” – śmieje się Antoni­na. „Zaproś gościa!” „Nie, Anastazja już wychodzi. I herbaty nie pije, prawda?” Antoni­na zamyka drzwi za synową, uśmiecha się do rybki i mówi: „Tak właśnie!”