Dzieci

Sejm da rodzicom więcej wolnego. Pomysł o odbiorze dni wolnych za niedziele byłby rewolucją
Babcie na zawołanie Elżbieta Nowak obudziła się od głośnego śmiechu. Nie cichego chichotu, nie tłumionego mruknięcia, ale donośnego, zupełnie nieprzystojącego szpitalnej sali rechotu, którego zawsze nie znosiła. Śmiała się jej współlokatorka, trzymając przy uchu telefon i wymachując drugą ręką, jakby rozmówca mógł to widzieć. – Lenka, no nie wierzę! Naprawdę tak powiedział? Przy wszystkich? Elżbieta spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki jeszcze piętnaście minut. Kwadrans, który mogła spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj wieczorem, kiedy przywieziono ją do sali, współlokatorka już leżała i gwałtownie coś pisała na telefonie. Powiedziały sobie tylko: „Dobry wieczór” – „Dzień dobry” i każda zanurzyła się we własnych myślach. Elżbieta była wdzięczna za milczenie. A teraz – cyrk. – Przepraszam – powiedziała cicho, ale stanowczo – Można prosić ciszej? Współlokatorka się odwróciła. Okrągła twarz, krótkie siwe włosy, których choćby nie próbowała farbować, jaskrawa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! – Oj Lenka, oddzwonię, bo tu zaczęli mnie wychowywać – odłożyła telefon i uśmiechnęła się do Elżbiety. – Przepraszam! Katarzyna Szymańska. Dobrze się pani spało? Ja w ogóle przed operacją nie śpię, to dzwonię do kogo się da. – Elżbieta Nowak. To iż pani nie śpi, nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć. – Ale przecież już pani nie śpi – Katarzyna mrugnęła. – Dobrze, będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Do śniadania zdążyła wykonać jeszcze dwa telefony, za każdym razem mówiąc coraz głośniej. Elżbieta ostentacyjnie odwróciła się do ściany i nakryła głowę kołdrą, ale nie pomogło. – Dzwoniła córka – wyjaśniła podczas śniadania, które obie zostawiły nietknięte – Operacja. Martwi się, biedna. Uspokajam ją jak umiem. Elżbieta milczała. Jej syn nie zadzwonił. Ale nie czekała – uprzedził, iż rano ma ważne zebranie w pracy. Sama go tak wychowała – praca to poważna sprawa, obowiązek. Katarzynę zabrali pierwszą. Szła korytarzem machając na pożegnanie i rzucając coś pielęgniarce, ta się śmiała. Elżbieta pomyślała, iż po operacji dobrze byłoby, gdyby ją przenieśli do innej sali. Ją samą zabrano godzinę później. Zawsze ciężko znosiła narkozę. Obudziła się z nudnościami i tępym bólem w prawym boku. Pielęgniarka uspokajała, iż wszystko się udało i „trzeba chwilę wytrzymać”. Elżbieta umiała wytrzymać. Zawsze to potrafiła. Wieczorem, gdy przewieźli ją z powrotem do sali, Katarzyna już leżała na łóżku. Twarz szara, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho. – Jak się pani czuje? – zapytała Elżbieta wbrew sobie. Katarzyna uchyliła powieki. Uśmiechnęła się słabo. – Jeszcze żyję. A pani? – Też. Zapadła cisza. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho zgrzytały. – Przepraszam za ranek – odezwała się w końcu Katarzyna. – Jak się denerwuję – gadam bez przerwy. Wiem, iż to irytuje, ale nie umiem się powstrzymać. Elżbieta chciała odpysknąć, ale była za bardzo zmęczona. Wydusiła: – Nic się nie stało. W nocy żadna nie spała. Obie bolało. Katarzyna nie dzwoniła już do nikogo, leżała cicho, ale Elżbieta słyszała jak się wierci, wzdycha. Chyba choćby płakała, cicho, w poduszkę. Rano przyszła lekarka. Obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę, powiedziała: „Pięknie panie, wszystko w porządku”. Katarzyna chwyciła zaraz za telefon. – Leniu, cześć! Już żyję, nie musisz się martwić. Co z moimi? Kiruś naprawdę miał gorączkę?… Już przeszło? No widzisz, mówiłam ci, iż nic strasznego. Elżbieta słuchała mimo woli. „Moi” – czyli wnuki. Córka zdaje relację. Jej własny telefon milczał. Dwie smsy od syna: „Mamo, jak się czujesz?” oraz „Napisz, jak będziesz mogła”. Przyszły wczoraj wieczorem, jeszcze kiedy dochodziła do siebie po narkozie. Napisała: „Wszystko dobrze”. Dodała buźkę – syn lubił emotikony, mówił, iż bez nich wiadomości są zimne. Odpowiedź przyszła po trzech godzinach: „Super! Całusy”. – Pani bliscy nie przyjadą? – zapytała Katarzyna po południu. – Syn pracuje. Mieszka daleko. Po co miałby przyjeżdżać, nie jestem dzieckiem. – Racja. – Katarzyna pokiwała głową. – U mnie córka też mówi: mamo, jesteś dorosła, dasz sobie radę. I w sumie dobrze, iż nie muszą się martwić, prawda? W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, iż Elżbieta spojrzała na nią uważniej. Katarzyna uśmiechała się, ale oczy nie były wesołe. – Ma pani wnuki? – Troje. Kiryłek najstarszy, osiem lat. Potem Marysia i Leon, rok różnicy, cztery i trzy lata. – Wyjęła telefon z szafki. – Chce pani zdjęcia zobaczyć? Pokazywała zdjęcia dobre dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na wszystkich była ona – przytulała, całowała, śmiesznie się wygłupiała. Córki nie było na żadnym. – Córka robi zdjęcia – wyjaśniła. – Nie lubi być przed obiektywem. – Wnuki często u pani bywają? – adekwatnie to ja u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć też, więc… pomagam. Odebrać z przedszkola, sprawdzić lekcje, ugotować… Elżbieta pokiwała głową. U niej było podobnie. Pierwsze lata po narodzinach wnuka też pomagała codziennie. Potem wnuk podrósł, zaczęła bywać rzadziej. Teraz raz w miesiącu, w niedzielę. jeżeli znajdą czas. – A pani? – Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na zajęcia. – Często się widujecie? – Bywa, w niedziele. Są strasznie zajęci. Rozumiem to. – No tak – westchnęła Katarzyna, odwracając się do okna. – Zajęci… Zapadła cisza. Za oknem mżył deszcz. Wieczorem Katarzyna powiedziała: – Nie chcę wracać do domu. Elżbieta podniosła wzrok. Katarzyna siedziała na łóżku ze ściągniętymi pod brodę kolanami i patrzyła w podłogę. – Naprawdę nie chcę. Myślałam i myślałam i nie chcę. – Dlaczego? – A po co? Wrócę i znowu to samo: Kirył nie zrobił lekcji, Marysia znowu zasmarkana, Leon podarł spodnie, córka haruje do nocy, zięć w delegacji. Ja: pierz, gotuj, sprzątaj, pomagaj. I nawet… – urwała. – choćby „dziękuję” nie usłyszę. Bo przecież babcia, to musi. Elżbieta milczała. W gardle rosła jej gula. – Przepraszam – Katarzyna otarła oczy. – Rozkleiłam się. – Nie przepraszaj. – Elżbieta odezwała się cicho. – Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam, w końcu się sobą zajmę. Do teatru pójdę, na wystawy. choćby na kurs francuskiego się zapisałam. Odbyłam dwa spotkania. – I co się stało? – Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła, żebym pomogła, bo babcia przecież nie pracuje, jej łatwo. Nie umiałam odmówić. – I jak było? – Trzy lata codziennie. Potem wnuk do przedszkola, to co drugi dzień. Potem do szkoły – raz w tygodniu. Teraz… Teraz adekwatnie nie jestem im potrzebna. Mają nianię. A ja siedzę i czekam, czy sobie o mnie przypomną. Katarzyna pokiwała głową. – Córka miała w listopadzie przyjechać. Do mnie, w odwiedziny. Dom wysprzątałam, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamo, sorry, Kirył ma trening. Nie da rady. – I nie przyjechała? – Nie. Ciastami poczęstowałam sąsiadkę. Siedziały w ciszy. Za oknem deszcz uderzał o szybę. – Wie pani, co jest najgorsze? – odezwała się Katarzyna. – choćby nie to, iż nie przyjeżdżają. Ale to, iż i tak czekam. Trzymam telefon w dłoni, bo może zadzwonią, może stęsknili się. Tak po prostu, nie bo czegoś chcą… Elżbiecie zaszkliły się oczy. – Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni telefon, myślę: może syn chce tylko porozmawiać. Ale nie. Zawsze sprawa do załatwienia. – A my ratujemy – Katarzyna uśmiechnęła się gorzko. – Bo jesteśmy mamami. – Tak. Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Bolało obie. Po zabiegu leżały w ciszy, aż Katarzyna nagle powiedziała: – Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka cudowna, zięć porządny, dzieciaki radość. Że jestem potrzebna. Że beze mnie się nie da. – I…? – I dopiero teraz widzę, iż się da. Córka od czterech dni nie jęczy, iż ma ciężko. Przeciwnie. Radzi sobie świetnie. Czyli potrafi. Babcia-niania po prostu wygodna. Elżbieta podniosła się na łokciu. – Wie pani, co ja zrozumiałam? Sama nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, zawsze będzie czekać. Że moje plany nieważne, a jego święte. – Ja też tak robiłam. Córka dzwoni – rzucam wszystko i biegnę. – Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie jesteśmy ludźmi – Elżbieta mówiła wolno. – Że nie mamy własnego życia. Katarzyna przytaknęła. Milczała. – I co teraz? – Nie wiem. Piątego dnia Elżbieta wstała samodzielnie z łóżka. Szóstego przeszła do końca korytarza i z powrotem. Katarzyna była dzień w tyle, ale szła zawzięcie. Chodziły razem, wolno, podpierając się ścianą. – Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam – opowiadała Katarzyna. – Myślałam, iż życie się skończyło. Córka powiedziała: mamo, teraz twoim sensem są wnuki. Żyj dla nich. To żyłam. Ale ten sens taki… jednostronny. Ja dla nich, a oni dla mnie tylko, gdy wygodnie. Elżbieta opowiedziała o rozwodzie trzydzieści lat temu – syn miał wtedy pięć lat. Jak sama go wychowywała, wieczorami studiowała, pracowała na dwa etaty. – Myślałam, iż jeżeli będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Że oddam wszystko i on będzie wdzięczny. – A on dorósł i żyje swoim życiem – dokończyła Katarzyna. – Tak. I może to normalne. Ale nie spodziewałam się, iż będę tak samotna. – Ja też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi. Elżbieta czytała na łóżku, kiedy pojawił się w drzwiach. Wysoki, w drogim płaszczu, z siatką owoców. – Mamo, cześć! – uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. – Jak się czujesz? Lepiej? – Lepiej. – Super! Lekarz mówił, iż jeszcze trzy dni i wypis. Pomyślałem – może pojedziesz do nas? Gościnny pokój stoi pusty. – Dziękuję, wolę do domu. – Jak chcesz. Ale dzwoń, przyjedziemy. Został dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, o wnuku, o nowym samochodzie. Spytał, czy nie trzeba pieniędzy. Obiecał, iż odwiedzi za tydzień. I wyszedł szybko, z ulgą. Katarzyna leżała i udawała, iż śpi. Kiedy drzwi się zamknęły, otworzyła oczy. – Pani syn? – Mój. – Przystojny. – Tak. – I zimny jak lód. Elżbieta nie odpowiedziała. Ścisnęło ją w gardle. – Wie pani – Katarzyna odezwała się półgłosem – pomyślałam, iż może powinnam przestać się łudzić, iż będą mnie kochać. Po prostu… puścić ich wolno. Pogodzić się, iż mają swoje życie. A my musimy znaleźć swoje. – Łatwo powiedzieć. – Trudno zrobić. Ale nie ma innego wyjścia. Albo będziemy siedzieć i czekać, aż sobie przypomną. – I co pani powiedziała córce? – zapytała nagle Elżbieta, przechodząc na „ty”. – Że po wypisie będę odpoczywać, może dwa tygodnie. Lekarz zabronił się przemęczać. Nie dam rady pilnować wnuków. – Obraziła się? – I jeszcze jak – Katarzyna uśmiechnęła się krzywo. – Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął mi kamień z serca. Elżbieta zamknęła oczy. – Boję się. Jak powiem „nie”, to w ogóle przestaną dzwonić. – A teraz dzwonią często? Cisza. – No właśnie. Gorzej nie będzie. Może być tylko lepiej. Ósmego dnia obie wypisano. Pakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze. – Daj mi swój numer – zaproponowała Katarzyna. Elżbieta skinęła głową. Wpisały numery w telefony. Postały chwilę naprzeciwko siebie. – Dziękuję – powiedziała Elżbieta – Za to, iż byłaś blisko. – I ja dziękuję. Wiesz… od trzydziestu lat nie rozmawiałam z nikim tak szczerze. – Ja też. Przytuliły się ostrożnie, by nie zahaczyć o szwy. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zamówiła taksówkę. Elżbieta pojechała pierwsza. W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Zajrzała do telefonu. Trzy wiadomości od syna: „Mamo, już po wypisie?”, „Zadzwoń, jak będziesz w domu”, „Nie zapomnij o lekach”. Odpisała: „Jestem w domu. Wszystko ok.” Odłożyła telefon. Wstała, otworzyła szafę. Wyjęła teczkę, której nie oglądała od pięciu lat. Były tam ulotka kursu francuskiego i wydrukowany program koncertów filharmonii. Patrzyła na ulotkę i myślała. Zadzwonił telefon. Katarzyna. – Cześć. Wybacz, iż tak od razu… Po prostu… chciałam usłyszeć twój głos. – Bardzo się cieszę. – Wiesz co? Spotkajmy się! Gdy wrócimy do formy, może za dwa tygodnie. W kawiarni albo na spacerze. jeżeli chcesz, oczywiście. Elżbieta popatrzyła na ulotkę. Potem na telefon. Jeszcze raz na ulotkę. – Chcę. Bardzo chcę. Wiesz co? A może w sobotę? Mam już dość leżenia w domu. – W sobotę? Serio? Lekarze mówili… – Mówili. Ale trzydzieści lat dbałam o innych. Pora pomyśleć o sobie. – To umówione. W sobotę. Pożegnały się. Elżbieta odłożyła telefon i znów ujęła ulotkę. Kursy zaczynały się za miesiąc. Nabór ciągle trwał. Wyjęła laptop, weszła na stronę zapisów. Palce jej drżały, ale wpisała wszystkie dane aż do końca. Za oknem padał deszcz. Ale zza chmur zaczęło wyglądać słońce. Słabe, jesienne, ale jednak słońce. I Elżbieta pomyślała nagle, iż może życie dopiero się zaczyna. I kliknęła „Wyślij zgłoszenie”.
Zrobiłem test DNA, bo nie byłem pewny ojcostwa – straciłem przez to żonę, dzieci i spokój w domu
Choć Lucyna była wzorową synową i żoną, ostatecznie zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale również samą siebie
Włącz dziewczynkę
Z Maluchem w Muzeum - Najlepszy przyjaciel człowieka (Muzeum Narodowe w Poznaniu, Al. Marcinkowskiego 9, Poznań)
On nie jest moim Słoneczkiem
Myślałam, iż mąż będzie supertatą. Okazało się, iż sam jest mentalnie dużym dzieckiem
Nie odchodź, mamo. Rodzinna opowieść o miłości, uprzedzeniach i sile matczynego serca
Dobre kobiety też są porzucane Z lustra patrzyła na Annę piękna trzydziestopięcioletnia kobieta o smutnych oczach. Nie rozumiała, czego oczekują współcześni mężczyźni. Szkoda, iż tego nie uczą na studiach. Po co jej był czerwony dyplom? Ania od zawsze marzyła o rodzinie, kochającym mężu i dzieciach – najlepiej trójce. Od dzieciństwa miała przed oczami przykład rodziców, wzoru idealnego małżeństwa. Bardzo się śpieszyła, by wyjść za mąż, jakby bała się, iż przegapi swoje szczęście. Ze swoim mężem Witkiem poznała się jeszcze na studiach. Przystojny, wysportowany, inteligentny, przyciągał uwagę dziewczyn i z łatwością stawał się duszą towarzystwa. Spotkali się na imprezie i od razu sobie przypadli do gustu. Wiktor przyjechał studiować do Wrocławia z innego miasta, a Ania mieszkała z rodzicami. Po pół roku Witek się oświadczył. Zgodziła się. Pobrali się po zakończeniu uczelni. Mąż wydawał się ideałem – troskliwy, uważny, wesoły. Dostał pracę w dużej firmie gazowniczej jako inżynier, a Anna została specjalistką w banku. Pół roku po ślubie Ania dowiedziała się, iż jest w ciąży. Witka to jednak nie ucieszyło. – Ania, jak to się stało? Mówiłaś, iż wszystko pod kontrolą… – Witek, nie wiem, jak do tego doszło… – szczerze przyznała, zaskoczona tonem męża. – Ale czy to ważne? I tak chcieliśmy dziecka. Skoro już się stało – może to przeznaczenie? – Daj spokój! To nie przeznaczenie, tylko nieuwaga. Dopiero zaczęliśmy pracę, teraz trzeba budować karierę, a nie pieluchy zmieniać. Ania ledwo powstrzymała łzy. Reakcja męża ją zszokowała. – Aniu, – powiedział Witek już łagodniej, obejmując ją za ramiona – może… no wiesz… Nie musimy się spieszyć, jeszcze zdążymy… Patrzyła na niego z niedowierzaniem. – choćby nie próbuj! Nie będzie ci się podobało – nie będę cię zmuszać. Sam zdecyduj. Ania wybiegła z mieszkania. Długo błąkała się po ulicach, próbując poukładać w głowie, co się wydarzyło. Marzenia o dużej, szczęśliwej rodzinie zaczęły się rozwiewać. Anna i Wiktor nie rozmawiali kilka dni. W końcu mąż przeprosił i oznajmił, iż przemyślał wszystko i cieszy się, iż zostanie ojcem. Szczęściu nie było końca. Po ośmiu miesiącach urodził się syn, Antoś. Anna cieszyła się macierzyństwem. Z euforią opiekowała się dzieckiem, dbała o porządek w mieszkaniu, gotowała mężowi ulubione potrawy. Gdy synek skończył trzy lata, Anna wróciła do pracy, zapisując Antosia do przedszkola. Młoda mama była jak na skrzydłach i była pewna, iż jest najszczęśliwsza na świecie. Potwierdzali to znajomi i przyjaciele rodziny. U Ani i Witka często odbywały się spotkania ze znajomymi ze studiów, którzy przychodzili wraz z rodzinami. Pewnego dnia Anna usłyszała rozmowę męża z kolegami. – Witku, ale ci się trafiła żona! Piękna, mądra, pracuje, w domu porządek i gotuje tak, iż palce lizać! – choćby nie mów – zgodził się drugi. – Moja to tylko pieniądze ode mnie chce i nerwy szarpie. – No ale ja też niczego sobie, dlatego mam taką świetną żonę – odpowiedział Witek. Kumple roześmiali się głośno. Za to ich żony miały inne zdanie, o czym niejednokrotnie mówiły Ani.
Dzień Bezpiecznego Internetu w przedszkolu – gotowe pomysły dla nauczycieli
Wyczekiwana wnuczka Pani Natalia, jak zwykle uparta, nie ustawała w próbach dodzwonienia się do syna, który wybrał się w kolejny morski rejs. Niestety, wciąż nie było z nim kontaktu. — No narobiłeś, Michałku, narobiłeś! — westchnęła roztrzęsiona i znów wykręciła znajomy numer. Ale co z tego — sygnału dalej brak, dopóki nie dotrze do najbliższego portu. A na to przyjdzie poczekać. A tu takie rzeczy się dzieją! Już drugą dobę pani Natalia nie mogła zmrużyć oka — taki los zgotował jej syn! * * * A wszystko zaczęło się jeszcze kilka lat temu, gdy Michał o pracy na morzu choćby nie myślał. Lata mijały, Michał — już dorosły facet, a z kobietami wciąż nie wychodziło. Zawsze coś mu nie pasowało — jakby wszystkie Polki były „nie takie”! Pani Natalia z bólem obserwowała, jak kolejno rozpadają się jego relacje choćby z bardzo porządnymi i sympatycznymi, jej zdaniem, dziewczynami. — Ty jesteś nie do wytrzymania! — mówiła synowi. — Zawsze coś ci nie pasuje! Która kobieta wytrzyma twoje wymagania? — Nie rozumiem tych twoich żalów, mamo. Ty chcesz mieć synową, a zupełnie ci obojętne, jaka będzie? — No właśnie nie! Musi cię kochać i być porządną dziewczyną! Syn na to tylko znacząco milczał, co doprowadzało matkę do irytacji. W końcu to ona go urodziła, wychowała, tuliła do snu — a teraz on zachowuje się, jakby życie znał lepiej od niej! Kto z nich jest tu starszy?! — A czymże ci się nie spodobała Ania?! — nie wytrzymywała pani Natalia. — Już mówiłem. — No dobra… — Ania była akurat niezbyt trafionym przykładem, ale pani Natalia nie miała zamiaru się poddać. — Może i była z tobą nieszczera, jak mówisz. Choć do końca w to nie wierzę… — Mamo! Daj spokój tym szczegółom. To nie jest dziewczyna na całe życie. — A Kasia? — I Kasia też nie — odpowiadał spokojnie Michał. — A Zosia? Przecież taka spokojna, domowa, miła, chętna do pomocy, wyjątkowo zaradna! Pomyśl, czy nie warto się zastanowić… — Tak, masz rację, mama. Była bardzo miła. Ale okazało się, iż nigdy mnie nie kochała. — A ty ją? — Chyba też nie. — No to Magda? — Mamo! — Oj, ty to już naprawdę robisz się nie do zniesienia! Chyba już żadna z tobą nie wytrzyma! A chciałoby się zobaczyć u ciebie dzieci, wnuki poniańczyć… — Skończmy już tę bezsensowną rozmowę! — aż w końcu nie wytrzymywał Michał i gdzieś wychodził. „Uparty jak ojciec! Nic dziwnego, iż mu się nie układa!” — zrzędziła w myślach pani Natalia. Czas płynął; dziewczyny w życiu Michała się pojawiały i znikały, a marzenie o szczęśliwym małżeństwie syna i czułym wnuczku nie chciało się spełnić. Potem syn całkiem zmienił branżę — spotkał kolegę, ten zaprosił go do pracy na statku i Michał z euforią się zgodził. Próby przekonania, by został na lądzie, spełzły na niczym. — No co ty, mamo? Świetna okazja, zarobki — palce lizać! Będzie nam się żyło! — Wolę rodzinę niż twoje statki. Zarobki nie są wszystkim! — To przecież i rodzinę trzeba z czegoś utrzymać! A jak dzieci się pojawią, to już nigdzie nie wypłynę. Teraz się dorobię, potem się ustatkuję! I rzeczywiście Michał dobrze zarabiał. Po pierwszym rejsie zrobił remont w mieszkaniu, po drugim założył konto w banku i podarował mamie kartę. — Żeby ci niczego nie brakowało! — Mnie nic nie brakuje, tylko wnuczka mi daj, bo lata lecą! Starzeję się! — Daj spokój! Jeszcze ci daleko do emerytury! — śmiał się syn. Pani Natalia nie korzystała z tych pieniędzy — wystarczało jej to, co zarabiała w aptece. „Niech sobie będą na koncie. Michał nie sprawdza. Jak zobaczy, zobaczy, jaka jestem oszczędna!” — myślała z uśmiechem. Tak sobie żyli. Michał po rejsach nadrabiał towarzyskie zaległości, tu i ówdzie randkował, ale mamie już żadnej dziewczyny nie przedstawiał. Zapytany, obruszał się: — To żebyś się potem nie przejmowała, iż się nie żenię. Bo nie zamierzam! Panią Natalię bolał fakt, iż syn uważa ją za nazbyt naiwną. Powiedział jej to choćby wprost. Aż zobaczyła go przypadkiem z nową dziewczyną i od razu postanowiła działać. Michał aż się zaczerwienił, gdy musiał ją przedstawić. Milena zrobiła na pani Natalii bardzo dobre wrażenie. Szczupła, wysokiego wzrostu, z ładnymi lokami i miłym usposobieniem — taka dziewczyna! „Może wreszcie syn miał szczęście!” — myślała pani Natalia. Wakacyjny romans z Mileną trwał przez cały urlop syna; dziewczyna bywała u nich gościem, a matka wprost ją uwielbiała. Jednak gdy Michał ruszył na kolejny rejs, Milena… zniknęła. — Z Mileną już mnie nic nie łączy. Tobie też z nią nie wolno się kontaktować — krótko uciął syn. Pani Natalia długo się gryzła, ale nie miała jak niczego się dowiedzieć. * * * Minął rok. Michał parę razy wracał do domu, ale na pytania o Milenę odpowiadał krótko i chłodno. — No powiedzże mi, co w tej dziewczynie ci nie odpowiadało?! — To moja sprawa, mamo. Nie mieszaj się w moje życie! Matka prawie się popłakała. — Ale ja się martwię o ciebie… — Nie musisz! I jeszcze raz powtarzam — z Mileną nie utrzymuj kontaktu. I daj mi spokój! Znowu ruszył na rejs, a pani Natalia, z bolącym sercem, zajęła się swoją codziennością. Aż pewnego dnia, w aptece, przyszła po mleko dla dzieci Milena — z córeczką w wózku. — Milenko, jak się cieszę, iż cię widzę! Michał nic mi nie powiedział, zniknął w rejs, a ciebie kazał nie szukać! — rzuciła radośnie Natalia. — No cóż, tak bywa… — uśmiechnęła się smutno Milena. — Dziecko, powiedz mi prawdę, co się stało? Znam mojego syna, on miewa trudny charakter… — Szkoda mówić… Nie gniewam się na niego. Lecę już, bo muszę jeszcze do sklepu. — Wpadnij do mnie, choćby tu, na dyżur. Pogadamy! Milena przyszła następnego dnia — znów po mleko. Pani Natalia pomału ją rozgadała; dowiedziała się, iż Milena jest samotna z dzieckiem, którego Michał nie chciał — bo rejsy, bo nie czas na rodzinę. I przepadł. — Pewnie popłynął w świat… — wzruszyła ramionami Milena. — Ale damy sobie radę, nikogo się nie będziemy narzucać! Pani Natalia klęknęła prawie z czułości przed wózkiem: — Toż to moja wnuczka! — Tak, nazywa się Ania — szepnęła Milena. * * * Pani Natalia nie mogła się uspokoić. Wypytała Milenę — okazało się, iż dziewczynie ciężko samej wynajmować mieszkanie, może choćby wróci do rodzinnego miasteczka. Na samą myśl, iż wnuczka zniknie z jej życia, serce pani Natalii zacisnęło się z żalu. — Przeprowadzaj się do mnie, z Anią! Pomogę wam, znajdziesz stałą pracę, a i Michał tyle pieniędzy przesyła, iż nie dam rady ich wydać. U nas wszystko będzie! — A Michał co powie? — A kto go pyta?! Narozrabiał, zostawił dziecko, matce rodzonej nic nie powiedział! Muszę jakoś odkupić jego winy! Gdy wróci — pogadam z nim jak trzeba, oj pogadam! — zaciśnięta pięść pani Natalii nie pozostawiała wątpliwości. I zamieszkały razem. Pani Natalia nie szczędziła czasu ani pieniędzy na wnuczkę. Zmniejszyła ilość dyżurów, by spędzać z Anią jak najwięcej czasu. Milena znalazła pracę, córkę zostawiała z Natalią. Wracała późno i zmęczona: — Cały dzień na nogach, tyle klientów i wszyscy tacy marudni! — Nic się nie martw! Idź odpoczywaj, ja się Anią zajmę! Zbliżał się powrót Michała. Pani Natalia wyobrażała sobie, jak z synem „porozmawia”, a Milena coraz bardziej się denerwowała. — Michał nas wyrzuci z Aniutą! Było głupio się zgodzić zamieszkać. Jutro zacznę szukać mieszkania. — Nikt cię nie wyrzuci! Wróci, pogadam z nim po mojemu! — Oj, pani Natalio, zobaczy Pani, zaraz powie, iż chcę się podpiąć pod cudze pieniądze! A ja nic nie chcę — tylko żyć spokojnie! Ale wrócę do rodziców. Będziemy w kontakcie! — A wiesz, iż nie! Wszystko jest moje i mogę zapraszać kogo chcę! Spróbuj, Michał, coś mi powiedzieć! Jak Milena się nie upierała, pani Natalia postawiła na swoim i nie pozwoliła im wyprowadzić się. — Wiesz co, pomyślałam ostatnio: trzeba od razu przepisać to mieszkanie na Anię. I żadnych wątpliwości! Skoro Michał ojca nie uznał, będzie jasność — dziewczynka dostanie swoje. — Proszę pani, nie trzeba — moi rodzice też mają mieszkanie… — Nie odmawiaj! Decyzja podjęta! Spróbowały, ale notariusz odmówił. — Najpierw syn musi się wymeldować. No trudno — do przyjazdu Michała był tydzień, więc pani Natalia czekała. Tymczasem Milena gdzieś znikała i coś kombinowała. Aż któregoś dnia matka zobaczyła spakowaną walizkę. — Gdzie się wybierasz?! — Muszę wyjechać… Kiedy Michał wróci… — Nigdzie cię nie puszczę! — zadecydowała Natalia. Zaczęła jej też tłumaczyć, iż wszystkie zakupy może zrobić dzięki bankowej karty, kod zostawiła w szufladzie. Nie ma sensu się tak zapracowywać — niech Ania pamięta, kim jest mama! jeżeli Milena chce być „gospodynią domową”, niech się tego uczy. Milena nie odpowiedziała. Michał miał wrócić za dwa dni. * * * W dniu powrotu syna Natalia wstała wcześnie, weszła do pokoju dziewczyn, ale zastała tylko słodko śpiącą Anię — Mileny nie było. Zdziwiona, wróciła do kuchni kończyć przygotowania. Wyobrażała sobie, jak wręczy synowi córkę i wymusi przeprosiny. Nareszcie zadzwonił dzwonek. Michał stanął w progu, oczy szeroko otwarte na widok matki z małą dziewczynką. — Cześć, mamo. Co za dzieciak? Co przegapiłem przez rejs? — Dobrze wiesz, synu! — O co chodzi? — zmieszał się Michał. — Znalazłam sobie wnuczkę, Anię! Takie to przygody mnie spotkały! — Jaką wnuczkę? Przecież nie mam rodzeństwa, o co chodzi? — Przestań udawać! Milena wszystko mi powiedziała! Tak cię nie wychowałam! Wstyd mi za ciebie! — Milena? Przecież prosiłem, żebyś się z nią nie widywała! Co ona ma wspólnego z tym dzieckiem? Pani Natalia całą złość wyładowała na synu. Michał złapał się za głowę: — Jesteś… mamo! — Chcesz powiedzieć, iż jestem głupia? No mów, śmiało… — To nie moje dziecko! Milena cię oszukała… Wiem, iż chodzi jej tylko o pieniądze. Na pewno coś ci ukradła! — Nic nie brała! Jesteś…! — Mamo, sprawdź oszczędności! Milena pewnie uciekła właśnie z nimi! — Przecież poszła do pracy! — upierała się pani Natalia. Kłócili się długo, w końcu Michał się poddał i postanowił poczekać na Milenę, by wszystko wyjaśnić. Milena nie wróciła tego wieczoru ani następnego. Telefon nie odpowiadał, w pracy nigdy o niej nie słyszano. Okazało się, iż zginęły i karta bankowa, i trochę gotówki oraz jej rzeczy — została tylko Ania. — Jak mogłam być taka naiwna? — płakała Natalia. Michał przyznał, iż miał już sygnały od znajomych — Milena była nieuczciwa. A test DNA wykazał, iż Michał wcale nie był ojcem Ani. Ale pani Natalia tak pokochała dziewczynkę, iż postanowiła ją przygarnąć. Po miesiącach starań sąd przyznał jej opiekę, a Milenę pozbawiono praw rodzicielskich. Po roku od tych wydarzeń Michał wrócił z rejsu z żoną. — Poznaj, mamo — to Sonia. Będziemy razem mieszkać. — A Ania…? — mrugnęła w stronę pokoju dziecka. — Mamo, Misha wszystko mi opowiedział, jestem pełna podziwu! jeżeli pozwolisz mi wychowywać Anię razem, będę najszczęśliwsza! — uśmiechnęła się Sonia. — Zamierzam zrezygnować z rejsów, a razem z Sonią adoptujemy Anię! Teraz już nam nie odmówią! Pani Natalia aż zapłakała ze szczęścia: — Boże, jakie to wielkie szczęście! Zapraszam do stołu! Wszystko przygotowane na powrót! Teraz będziecie razem — całkiem nowa rodzina!
Niewinne działanie z nawiasem. Rozwiążesz je, czy dasz się złapać? Dzieci dają radę bez problemu
Tajemnicza wiadomość męża – czyli sobotni poranek Oli, nieporozumienie z zamienionymi telefonami i bolesna prawda, która… wcale nie była tym, czym się wydawała – współczesna warszawska opowieść o małżeńskim zaufaniu i sile przyjaźni
Po siedemdziesiątce stała się nikomu niepotrzebna – choćby syn i córka zapomnieli o jej urodzinach. Lidia samotnie obchodzi siedemdziesiąte urodziny w szpitalnym parku, bo dzieci zostawiły ją w ośrodku, syn odebrał jej mieszkanie, a córka nie odzywa się od lat – czy w końcu los się do niej uśmiechnie?
50 – lecie Domu Kultury w Wolbromiu
Wiesz, Jurek, ona jest twoją siostrą, a ja twoją żoną. Nie mogę już patrzeć, jak zabierasz od naszych dzieci, by zanieść wszystko Helenie.
Najbliżsi na świecie – opowieść o rodzinie Anny Janowny i Pawła Iljicza, ich trójce ukochanych wnuków, codziennych radościach i smutkach, dającym siłę wsparciu dzieci oraz o tym, iż prawdziwe szczęście to ciepło rodzinnego domu
Nie odchodź, mamo. Polska historia rodzinna pełna trudnych wyborów, matczynych oczekiwań oraz miłości, która pozwala zrozumieć drugiego człowieka
Jak można być taką matką? Oddała synka do domu dziecka, bo nie chciała go leczyć – chłopiec miał zaledwie 4 lata
Matka chciała oddać syna do zakładu opiekuńczego. "Wysłać na trochę, mam z nim pod górkę"
Zrobiłem test na ojcostwo i straciłem rodzinę – historia, jak zwykłe podejrzenia zniszczyły moje małżeństwo i relacje z dziećmi
Zimowe ferie bez dzieci – cisza, regeneracja i świadomy wypoczynek w Manor House SPA
Mimo iż Lucyna była idealną synową i oddaną żoną, zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale i własne życie – historia polskiej dziewczyny wychowanej w sierocińcu, która uwierzyła w „mądrości” teściowej i poświęciła szczęście dla rodziny
Najbliżsi na świecie – opowieść o Annie Janownie i Pawle Iljiczu, ich trójce wnuków (Mili, Wowie i Swiecie), wspólnych rodzinnych chwilach, domowych wypiekach, lekcjach matematyki, podwórkowych zabawach i sile rodzinnych więzi, które przetrwały choćby przez trudne doświadczenia, by dziś cała wielopokoleniowa polska rodzina cieszyła się sobą przy wspólnym stole, herbacie i dziecięcych rysunkach, a każdy dzień przynosił wzruszenia, miłość i wdzięczność za siebie nawzajem.
Zawsze będę przy Tobie, mamo. Prawdziwa historia, w którą trudno uwierzyć Babcia Wanda nie mogła się doczekać wieczoru. Jej sąsiadka Natalia, samotna kobieta po pięćdziesiątce, opowiedziała jej coś tak niezwykłego, iż aż kręciło się w głowie. Na dowód swoich słów zaprosiła ją zresztą wieczorem do siebie – miała jej coś pokazać. A wszystko zaczęło się od zwykłej rozmowy. Natalia rano szła do sklepu i zajrzała do babci Wandy: – Coś kupić, babciu Wandziu? Idę do sklepu za rogiem, chcę upiec ciasto, i parę drobiazgów jeszcze muszę dokupić. – Dobra z ciebie kobieta, Natalio – powiedziała babcia Wanda. – Pamiętam cię jeszcze jako dziewczynkę. Szkoda, iż nie ułożyło ci się w życiu, zawsze jedna, samotna… Ale widzę, iż się nie żalisz, głowy nie spuszczasz, jak niektóre. – A co mam narzekać, babciu Wandziu? Mam ukochanego mężczyznę, tylko jeszcze nie mogę z nim mieszkać. A czemu – opowiem. Nikomu bym tego nie opowiedziała, ale tobie opowiem. I jeszcze coś innego ci opowiem – powiedziała Natalia z uśmiechem. – Jak będziesz chciała, sama zobaczysz. Tylko powiedz, co ci przywieźć ze sklepu. Wpadnę po drodze, opowiem ci przy herbacie, jak mi się żyje. Może się ucieszysz za mnie i przestaniesz mnie żałować. Babci Wandy nic szczególnego nie trzeba było, ale poprosiła Natalię o chleb i cukierki do herbaty. Ciekawość ją rozpierała – co też sąsiadka jej chce powiedzieć? Przyniosła Natalia chlebek i cukierki, babcia Wanda zaparzyła aromatyczną herbatkę i zasiadły do rozmowy. – Babciu Wandziu, pamiętasz, co się stało dwadzieścia lat temu. Miałam już prawie trzydzieści lat. Miałam narzeczonego, niby wszystko dobrze, choć nie kochałam go, ale przecież nie chciałam być sama. Zamieszkał ze mną, zaszłam w ciążę. Na ósmym miesiącu urodziła się córeczka. Przeżyła dwa dni i zmarła. Myślałam, iż odchodzę od zmysłów z żalu. Rozstałam się z mężem – nic nas już nie łączyło. Minęło ze dwa miesiące. Po trochu zaczęłam dochodzić do siebie, przestałam płakać. Aż tu nagle… Natalia spojrzała znacząco na babcię Wandę. – Sama nie wiem, jak ci to opowiedzieć. W pokoju miałam już przygotowane łóżeczko dla córki. Mówią, iż zła to wróżba, ale wtedy nie wierzyłam w zabobony. Wszystko kupiłam, pościeliłam, zabawki położyłam. I nagle w nocy budzi mnie dziecięcy płacz. Pomyślałam, iż mam przewidzenia od bólu… Ale nie, znów płacz. Podchodzę do łóżeczka, a tam… leży malutka dziewczynka! Wzięłam ją na ręce – omal nie udusiłam się ze szczęścia. Spojrzała na mnie, zamknęła oczka i… zasnęła. I tak już zaczęło się, iż co noc córeczka jest ze mną. Kupiłam choćby mleko i butelkę, ale prawie nie jadła. Pokrzyczy, przytulę – uśmiecha się, zamyka oczy i śpi. – To możliwe? – babcia Wanda słuchała, jak zahipnotyzowana. – I ja myślałam, iż niemożliwe! – rumieniła się Natalia z emocji. – A co potem? – dopytywała babcia Wanda, wkładając cukierka do ust i popijając herbatką. – I tak już zostało. Moja dziewczynka mieszka w innym świecie, ma tam mamę i tatę. Ale mnie nie zapomina. Przychodzi do mnie co noc, prawie codziennie. A kiedyś mi powiedziała: – Zawsze będę przy Tobie, mamo. Łączy nas niewidzialna nić, której nie da się przerwać! Czasem myślę, iż może mi się wszystko śni? Ale ona choćby przynosi mi prezenty z tamtego świata. Tylko one długo tu nie wytrzymują, znikają jak śnieg na wiosnę. – Naprawdę? – babcia Wanda znów upiła herbatki, jakby z wrażenia zaschło jej w gardle. – Dlatego chcę, żebyś do mnie przyszła. Zobaczysz sama, a ja uwierzę, iż to, co widzę, dzieje się naprawdę. Choć wierzę w to, co widzę, ale… Późnym wieczorem przyszła babcia Wanda do Natalii. Posiedziały trochę, porozmawiały po ciemku. W domu nikogo – tylko Natalia i babcia Wanda. Już chciało im się spać, aż nagle pojawiło się delikatne światło. Powietrze zamigotało i w pokoju pojawiła się… piękna dziewczyna: – Cześć, mamusiu! Miałam taki cudowny dzień, chcę się z tobą podzielić! A to prezent dla ciebie – położyła na stole kwiaty. – O, dzień dobry – dziewczyna zauważyła babcię Wandę. – Zapomniałam, mama mówiła, iż pani chciała mnie zobaczyć. Jestem Marianna… Po chwili dziewczyna pożegnała się i jakby zniknęła w powietrzu. Babcia Wanda siedziała jak zamurowana, bardzo zadziwiona. Dopiero po chwili powiedziała: – No widzisz, Natalio, i tak bywa na świecie. Córeczka ci piękna, do ciebie podobna. Cieszę się z tobą, Natalio. Szczęśliwa jesteś, wcale nie masz gorzej od innych, może choćby lepiej! Kto by pomyślał, iż takie rzeczy się zdarzają. Nigdy bym nie uwierzyła, gdybym sama nie zobaczyła. Ale to piękne! Dziękuję ci. Otworzyłaś mi oczy. Świat jest taki duży, życie się nie kończy, już choćby się śmierci nie boję. Szczęścia ci, Natalko! Kwiaty na stole bledły i bledły, aż w końcu znikły zupełnie. A Natalia, odprowadzając sąsiadkę, szczęśliwie się uśmiechała. Jutro będzie nowy, cudowny dzień. Spotka się z Arkadiuszem, którego bardzo kocha. A on kocha ją, Natalia to czuje. Jak to możliwe? Tego nie da się opowiedzieć. I kiedyś na pewno ich sobie przedstawi. Najukochańszych i najbliższych swojemu sercu – Mariannę i Arkadiusza.
Spotkanie po latach z przyjaciółką z dzieciństwa, która świadomie zrezygnowała z macierzyństwa, by żyć tylko dla siebie – szczera rozmowa o wyborach, samotności i prawdziwym znaczeniu szczęścia w polskich realiach
Twój syn jest taki nudny
Włączyć dziewczynkę: Niezwykła historia odwagi i nadziei
„To nie jest moje dziecko” – powiedział milioner, nakazując żonie, by zabrała niemowlę i odeszła. Gdyby tylko wiedział…
Zima w dobrej formie. Jak wspierać odporność dzieci na co dzień
Wolta Filipin w sprawie narzędzia Muska
Kup sobie polski reaktor jądrowy MARIA w wersji Lego. Ruszyła aukcja
Dar z nieba… Poranek był szary, ciężkie chmury wisiały nisko nad Warszawą, w oddali dudnił grzmot – nadciągała pierwsza wiosenna burza. Zima odeszła, ale prawdziwa wiosna wciąż nie spieszyła się, by rozgościć się w mieście. Wszędzie panowało jeszcze zimno, porywiste wiatry targały resztki zeszłorocznych liści, ledwie zaczynała przebijać się świeża trawa, a pąki na drzewach nieśmiało czekały na swój czas. Przyroda z utęsknieniem czekała na deszcz, po długiej, chłodnej, bezśnieżnej zimie, kiedy to ziemia nie nabrała wilgoci ani sił. Długo oczekiwany deszcz miał przynieść życie, oczyścić z kurzu i w końcu obudzić prawdziwą, polską wiosnę – radosną, barwną, jak młoda, pełna miłości kobieta. To właśnie wtedy – w ten pochmurny poranek w starej warszawskiej kamienicy – Vika zawołała Szymona na śniadanie, próbując pozbierać się po arcytrudnej nocy i wieściach, które zburzyły ich marzenia o własnym dziecku. Ale łzy ustąpiły decyzji: czas podarować dom jednemu z tysiąca dzieci czekających w polskich domach dziecka. niedługo Szymon i Vika przekraczają próg warszawskiego ośrodka adopcyjnego. Choć pragnęli syna, serce skradła im niepozorna, smutna dziewczynka z przejmująco błękitnymi oczami – Lenka. Poruszająca historia jej pojawienia się w domu dziecka, choroba i niepełnosprawność nie zniechęciły przyszłych rodziców. Po wielu konsultacjach, formalnościach i miesiącach nadziei Lenka trafia do ich domu, a jej leczenie staje się wspólną wędrówką pełną poświęceń, troski, łez i śmiechu. Dzięki miłości i wytrwałości rodziców dziewczynka pokonuje przeciwności, rozwija talent plastyczny, zdobywa przyjaciół i szacunek nauczycieli – zostaje nie tylko euforią rodziców, ale także dumą swojej nowej ojczyzny. Przenoszą się do Gdańska, gdzie spełniają kolejne marzenia. Lenka, piękna, utalentowana dziewczynka z jasnymi warkoczami i uśmiechem jak rozświetlona Polska wiosna – staje się prawdziwym darem z nieba dla swojej rodziny. Dar z nieba – historia o nadziei, miłości i przemianie, o tym, jak polska codzienność może zajaśnieć szczęściem tam, gdzie wydawało się to niemożliwe.
Zapowiedzi serii LEGO® Speed Champions na 2026 rok.
Teściowa zapragnęła zająć moje mieszkanie!
34. Finał WOŚP: Radio na żywo z Twojego biura? To możliwe!
Sposób na spadek energii zimą. Skyr może być tym, czego potrzebujecie o tej porze roku
Zawsze będę z Tobą, mamo. Historia, w którą można uwierzyć Babcia Wala z niecierpliwością czekała na wieczór. Jej sąsiadka, pani Natalia — samotna kobieta z osiedla po pięćdziesiątce — opowiedziała jej coś tak niezwykłego, iż Wala nie mogła przestać o tym myśleć. Na dowód swoich słów Natalia zaprosiła babcię Walę do siebie wieczorem, twierdząc, iż pokaże jej coś niezwykłego. A wszystko zaczęło się od zwykłej rozmowy pod blokiem. Natalia, idąc rano do sklepu, zajrzała do babci Wali: — Kupić pani coś, babo Walu? Idę do Biedronki, ciasto mam ochotę upiec i jeszcze parę drobiazgów wrzucić do koszyka. — Dobra kobieta z ciebie, Natalio, — westchnęła babcia Wala. — Od dziecka cię pamiętam, zawsze troskliwa, pomocna. Szkoda tylko, iż życie ci się tak ułożyło, iż wciąż sama jesteś. Ale widzę, nie użalasz się, nie narzekasz jak niektóre. — A i po co mam narzekać, babo Walu? Mam kogoś, kogo kocham, choć na razie nie mogę z nim być. Dlaczego — opowiem ci przy herbacie, bo i tak o tym jeszcze nikomu nie mówiłam. Babcia Wala adekwatnie niczego nie potrzebowała, ale poprosiła Natalię o chleb i cukierki do popołudniowej herbaty. Ciekawość nie dawała jej spokoju — co też sąsiadka chce jej powiedzieć? Gdy Natalia przyniosła zakupy, babcia już zaparzyła aromatyczną herbatę i czekała z niecierpliwością. — Pamiętasz tamto sprzed dwudziestu lat? Byłam wtedy zaręczona, choć nie kochałam mojego narzeczonego, to człowiek był dobry i rodzina ważna. Wprowadził się do mnie, zaszłam w ciążę. Dziewczynka urodziła się w ósmym miesiącu, żyła dwa dni i zmarła… Byłam na skraju rozpaczy, rozstaliśmy się z mężem. Po dwóch miesiącach jakoś zaczęłam dochodzić do siebie. Aż nagle… Natalia spojrzała na babcię Walę: — Nie wiem, jak ci to opowiedzieć. W pokoju stało łóżeczko przygotowane dla córeczki. I pewnej nocy obudził mnie dziecięcy płacz… Podeszłam. W łóżeczku leży malutka dziewczynka! Brałam ją na ręce — a ona się do mnie uśmiechała, zamykała oczka i zasypiała. — Czy to możliwe? — powtarzała z niedowierzaniem babcia Wala. — Sama nie wierzyłam. Tak już zostało. Moja córeczka żyje gdzieś tam, w innym świecie — ma tam mamę i tatę, ale mnie nie zapomina, przychodzi do mnie każdej nocy. choćby mówiła mi: — Zawsze będę z Tobą, mamo. Łączy nas nić, której nic nie przerwie. Czasem myślę, iż to tylko sen, ale ona przynosi mi choćby prezenty stamtąd. Niestety, gwałtownie znikają, jak śnieg na wiosnę… Babcia Wala zaparzyła kolejną herbatę, a głos jej się łamał z emocji. — Chcę, żebyś przyszła dziś do mnie. Zobaczysz i sama powiesz, czy to naprawdę się dzieje. Wieczorem babcia odwiedziła Natalię. Siedziały razem w ciemności, gdy nagle rozbłysło światło, a w powietrzu pojawiła się… piękna dziewczyna: — Witaj, mamo! Miałam cudowny dzień i chciałam się tym z Tobą podzielić. A to dla Ciebie prezent — położyła na stole kwiaty. — Dzień dobry, pani Walo — uśmiechnęła się do babci — mama mówiła, iż chciała mnie pani zobaczyć. Nazywam się Marianna… Po chwili dziewczyna pożegnała się i zniknęła. Babcia Wala była w szoku — nie mogła uwierzyć, iż coś takiego możliwe jest na tym świecie. — No widzisz, Natalio. Taka szczęśliwa z Ciebie kobieta! Córka piękna, a życie — lepsze niż u innych! Kwiaty na stole powoli bladły, aż zniknęły zupełnie. Natalia odprowadziła sąsiadkę i z uśmiechem zamknęła drzwi. Jutro miała spotkać się z ukochanym Arkadiuszem. Może któregoś dnia pozna ich wszystkich razem — Mariannę i Arkadiusza. Najbliższych sercu osób.
Gowarczów stroi się do grania z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy [wideo]
Dzisiaj rusza sprzedaż resztek nakładu zestawów z Bricklink Designer Program!
Teściowa do kwadratu — No ładnie! — zamiast powitania powiedział Edek, widząc w drzwiach niską, żwawą staruszkę w dżinsach, którą przywitał szeroki, zadziorny uśmiech. Spod zmrużonych powiek wesoło błyskały figlarne oczy. „Babcia Izy, pani Walentyna — rozpoznał. — Ale jak to, bez żadnej zapowiedzi, choćby telefonu…” — Witaj, wnuczku! — dalej szeroko się uśmiechając, rzuciła babcia. — Wpuścisz mnie do mieszkania? — Oczywiście, proszę wejść! — zakłopotał się Edek. Pani Walentyna wtoczyła walizeczkę na kółkach do środka. Gdy częstowano ją herbatą, wypaliła stanowczo: — Tylko mocną poproszę! Iza, znaczy, w pracy, Ola w przedszkolu, a ty co tu nic nie robisz? — Mam przymusowy urlop na dwa tygodnie, przerwa produkcyjna… — westchnął Edek, widząc, jak odpływają jego marzenia o spokojnych wakacjach. Spojrzał z nadzieją na gościa: — Przyjechała pani na długo? — Trafiłeś, na długo — kiwnęła głową, grzebiąc po cichu w jego nadziejach. Edek raz jeszcze westchnął. Mało znał panią Walentynę, widział ją jedynie przelotnie na swoim ślubie z Izą, ponieważ przyjechała z innego miasta. Ale wiele się o niej nasłuchał od swojego teścia, który wspominając jej charakter, ściszał głos i rozglądał się z respektem. — Pozmywaj naczynia i zbieraj się — poleciła. — Oprowadzę się po Warszawie, będziesz moim przewodnikiem! Sprzeciwu Edek nie próbował choćby szukać — ton tej prośby przypominał mu feldfebla z jego czasów w wojsku. Zresztą, lepiej nie podskakiwać. — Pokażesz mi bulwary nad Wisłą! — nakazała. — Jak tam najlepiej dojechać? — Taksówką… — wzruszył ramionami Edek. Walentyna nagle wetknęła palce w usta i głośno zagwizdała. Zatrzymała przejeżdżającą taksówkę jednym świstem! — Po co tak gwizdać? Co sobie ludzie o pani pomyślą? — denerwował się, pomagając przesiąść się na przedni fotel. — A co mają myśleć? — machnęła ręką z wesołym uśmiechem. — Myślą raczej, iż to ty taki nieokrzesany! Taksówkarz wybuchnął śmiechem, klasnął z babcią w dłoń jak ze starą znajomą. — Ty, Edku, grzeczny chłopak jesteś… — mówiła podczas spaceru pani Walentyna. — Twoja babcia pewnie dystyngowana dama, a ja tak nie umiem. Mój mąż, dziadek Izy, Panie świeć nad jego duszą, długo przyzwyczajał się do mojego temperamentu. W końcu zaakceptował. Był cichy, spokojny, książki czytał, a tu ja się pojawiłam! I się zaczęło — ciągnęłam go w góry, nauczyłam skakać ze spadochronem, tylko lotni się bał. Edek słuchał zaskoczony. Iza mu nic o babci nie wspominała. Wyjaśniało to jednak jej specyficzny charakter. — A ty skakałeś z desantu? — spojrzała surowo. — W wojsku, czternaście skoków — przyznał dumnie. — Szanuję! — pochwaliła i zanuciła: „Długo będziemy spadać, Ten skok potrwa chwilę…” Edek podchwycił melodię i zaśpiewali razem, co od razu zbliżyło ich do siebie. — Odpocznijmy — zaproponowała i wskazała na kebab na bulwarze. — Czuje pan ten zapach? Szpalerem szpad kebabowych wymachiwał ciemnowłosy facet, który wyglądał na gotowego zbanować wrogów bez mrugnięcia oka. Na oko Gruzin, przez moment Edek poczuł ochotę krzyknąć „Assa!” i zatańczyć kozaka do utraty tchu. Przysiadłszy przy stoliku, babcia zaintonowała niespodziewanie czystym głosem: „Witaj nam, bracie drogi, Śpiewać na weselu — to byłby szał!” Szef knajpki odparował w duecie i już za chwilę pojawiły się kiełbaski, lawasz i misa lodowatego wina gruzińskiego. Do zapachu mięsa zbliżył się szary kociak. Babcia pogłaskała go i zamówiła świeże mięso specjalnie dla nowego „wnuczka”. — Wy powiększacie rodzinę, a nie macie kota w domu? Przecież dziecko, szczególnie dziewczynka, musi się nauczyć troski i miłości do słabszych — tłumaczyła Edkowi. Po spacerze wzięła się za kąpanie kociaka, a Edka wysłała po cały ekwipunek. Gdy wrócił z kupą akcesoriów, w domu rozlegały się piski euforii — Iza i Ola tuliły babcię, a kot zdziwiony patrzył na nowych domowników z kanapy. — Dla ciebie, Olu, letni komplecik, a dla ciebie, Iza… nic tak nie podnosi morale żony jak koronkowe majtki! Przez cały tydzień Ola nie chodziła do przedszkola — spędzała czas z babcią na wyprawach po mieście. Wieczorami dołączał Edek i kot, nazwany Lwem, a później także Iza. Wspólne spacery zbliżyły całą rodzinę. Pewnego wieczoru babcia Walentyna spoważniała: — Edku, muszę ci coś dać. Jutro wyjeżdżam. To dla Izy, przekaż po moim wyjeździe. To mój testament, mieszkanie i cały majątek dla niej, a dla ciebie biblioteka po moim mężu — są tam prawdziwe skarby, choćby z autografami wybitnych Polaków… — Ależ pani Walentyno…! — zaczął protestować, ale uciszyła go gestem. — Izuni nic nie mówiłam, ale tobie powiem — mam poważne kłopoty z sercem. Może się to wszystko zakończyć szybko, pora się przygotować. — Ale jak pani sama poradzi…? — oburzył się Edek. — Nigdy nie jestem sama — uśmiechnęła się. — Obok mam córkę, a ty… dbaj o Izkę, wychowuj Olę. Jesteś w porządku, solidny facet. A ja dla ciebie — teściowa do kwadratu! — klepnęła go w plecy i zarżała śmiechem. — Może jednak zostaniesz trochę dłużej? — poprosił. Babcia ciepło się uśmiechnęła, ale pokręciła głową. Wszyscy wyszli ja odprowadzić na dworzec — choćby Lew był nieco markotny. Pani Walentyna wetknęła palce do ust i… znów gwizd! Taksówka stanęła jak wryta. — Jedziemy, zięciu, odprowadzisz mnie na pociąg! — zarządziła i, całując Izkę i Olę, usiadła z przodu samochodu. Taksówkarz spojrzał na nią ze zdumieniem. — Co się pan tak patrzy? — mruknął Edek. — Jeszcze pan nie widział porządnej kobiety? Staruszka zarżała śmiechem i głośno klasnęła z Edkiem w dłoń. Teściowa do kwadratu!
Wersow wydała album "MATKA IDOLKA". "To nie jest tylko płyta, to cała moja droga"
Zakaz social mediów dla dzieci coraz bliżej? Polska analizuje rozwiązania z Australii i Europy
Okazja Cenowa (Technic) – 42223 Samochód wyścigowy 1966 Ford GT40 MKI
Okazja Cenowa (Art) – 21333 „Gwiaździsta noc” Vincenta van Gogha
Jak można być taką matką? Oddała swojego 4-letniego synka do domu dziecka, bo nie chciała go leczyć – bohaterką okazała się Ola, która dała chłopcu nowy dom i przyszłość
I wojna światowa: daty, przyczyny, przebieg i skutki
Lubomira – historia, pochodzenie, znane posiadaczki
Okazja Cenowa (Icons) – 10363 Maszyna latająca Leonarda da Vinci