Dzieci

Jedyny mężczyzna w rodzinie Przy porannym śniadaniu najstarsza córka, Weronika, zapatrzona w ekran telefonu, pyta: – Tata, widziałeś dzisiejszą datę? – Nie, a co w niej niezwykłego? Zamiast odpowiedzi odwraca telefon: na ekranie rząd cyfr – 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku. – To twoja szczęśliwa liczba – 11, a dziś aż trzy pod rząd. To będzie twój dzień, tato! – Twoimi ustami miód pić – zaśmiał się Valery. – Tak, tatusiu – wtrąciła się młodsza Nadia, także wpatrzona w ekran. – Skorpiony czeka dziś miła znajomość oraz prezent na całe życie. – Ciekawe, może gdzieś tam w Europie albo Ameryce zmarł nieznany nam krewny i my jako jedyni dziedzice dostaniemy miliony… – Raczej miliardy – rozbawiona Weronika puściła oko do ojca. – Milioner to byłoby za mało jak dla ciebie! – Zastanawiam się, co zrobimy z taką górą pieniędzy… Może kupimy willę we Włoszech lub na Malediwach? Później jacht… – I helikopter, tato – fantazjowała Nadia. – Chcę własny helikopter! – Sprawa załatwiona. A ty, Weroniko, czego chcesz? – Chcę zagrać w bollywoodzkim filmie z Salmanem Khanem. – Banał – odparł Valery. – Zaraz zadzwonię do Amitabha Bachchana i wszystko załatwię… – No dobrze, marzycielki, kończcie śniadanie, zaraz wychodzimy. – choćby pomarzyć nie można… – westchnęła Nadia. – No jak to, właśnie trzeba marzyć! – Valery dopił herbatę, wstał od stołu. – Tylko pamiętajcie o szkole… To właśnie ten poranny dialog przypomniał mu się wieczorem, kiedy pakował zakupy do toreb w supermarkecie. Dzień minął ciężko, pracy przybyło, trzeba było zostać po godzinach, a zamiast miłej niespodzianki i prezentu – była tylko zmęczenie. „Szczęście przeleciało obok jak fanera nad Warszawą” – mruknął Valery, wychodząc z marketu. Przy starym, wiernie służącym przez ćwierć wieku „Fiacie 126p”, kręcił się chłopak – włóczęga, brudny, w podartej czapce uszance i butach nie do pary: na lewej nodze bliżej nieokreślony sportowy, na prawej – zdezelowany glan, przewiązany niebieskim kablem. – Proszę pana, jestem głodny… dałby pan kawałek chleba… Słowa chłopaka zabrzmiały z lekkim zająknięciem. Nie wygląd, nie archaiczne proszenie o kromkę, ale pauza w głosie chłopca poruszyła Valerego: to samo ćwiczył w młodości w teatrze amatorskim na zajęciach z wymowy – czujny widz dzięki niej rozpoznaje, czy aktor mówi szczerze. Chłopak kłamał. To był teatr. Ale dlaczego? jeżeli istnieje szóste zmysły, to właśnie nim Valery wyczuł – to przedstawienie zagrane specjalnie dla niego. „Dobra, kolego… zagram w twoją grę. Dziewczynki będą miały zabawę – uwielbiają bawić się w detektywów.” – Samym chlebem się nie najesz. Miska barszczu, ziemniaczki ze śledzikiem, do tego kompot z suszu i wawrzynki na deser. Może być? Na moment chłopak się zająknął, nie spodziewał się takiej propozycji, ale gwałtownie odzyskał rezon: zmierzył Valerego spod oka. – Co, nie odpowiadasz? Tak czy nie? – Tak – szepnął chłopak. Valery podał mu torbę z zakupami. To był test. Bo prawdziwi bezdomni za każdym razem natychmiast uciekali z zakupami – a chucherko zostawało i patrzyło pod nogi. Po krótkim telefonie do domu wsiedli do auta. W drodze Valery rozmyślał: sam sierota z domu dziecka, dobrze wie, jak ciężka jest dola takich dzieciaków. Ile z nich już przywiózł do domu, ile przekazał do dobrych rodzin… Gdyby tylko nie te durne przepisy, sam by adoptował. Ale urzędnicy swoje – mieszkanie za małe, samotny ojciec, dwoje własnych dzieci… Jakby w domu dziecka było im lepiej… Liczy się miłość, a tej w rodzinie Valerego by nie brakowało. Chłopak siedział w milczeniu, skulony, jeszcze nieoswojony. W domu na werandzie czekały dziewczynki. – Tato, a co to za gość? – To chyba wasza dzisiejsza „miła znajomość i prezent na całe życie” – zażartował Valery. Nadia gwałtownie zbadała temat, Weronika również wzięła sprawy w swoje ręce. Dziewczyny podeszły do chłopaka, „analizując” go detektywistycznie, kręciły żarty, powąchały choćby plamy na dłoniach chłopaka – okazało się, iż to nie brud, a… teatralny makijaż. – No i wyszło szydło z worka: chłopak z domu, żadna ulica! – triumfowała Nadia. Po kilku „policyjnych” pytaniach, chłopak nie wytrzymał i wyznał prawdę – nazywa się Spartak Bugajew, ma 11 lat, jest jedynym mężczyzną w domu, wychowuje młodsze siostry z najstarszą, dorosłą już siostrą Sofią. To dla niej chciał sprawdzić „od środka” rodzinę Valerego – bo jego siostra kocha Valerego i chciał upewnić się, iż będzie szczęśliwa z nim i dziewczynkami. – Bardzo mi się tu podoba – powiedział Spartak szczerze – Weronika, Nadia jesteście super, panie Valery, proszę, weź moją siostrę za żonę… Valery, wzruszony, przytulił chłopca, a jego córki już wymyślały, jak będą „rodziną zgrana”. Marzenie o miłej znajomości i prezencie na całe życie, o wielkiej rodzinie właśnie się spełniało! Jedyny mężczyzna w rodzinie – czyli jak Skorpion poznał swój prezent na całe życie: barszcz, rodzina i teatr jednego aktora w polskim domu
Pewnego pozornie zwykłego dnia na izbie przyjęć powiatowego szpitala wydarzyło się coś, co przewróciło do góry nogami nie tylko życie personelu, ale też poruszyło wszystkich, którzy o tym usłyszeli
Nie chcę, żeby twój syn mieszkał z nami po ślubie – historia Leny, która wolała pozbyć się dziecka swojego narzeczonego, i decyzja ojca, dla którego syn zawsze będzie najważniejszy
— W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty, co przyniosłaś? — Galinkę — odpowiedziała cicho Anna, gładząc brzuch. — Nazwiemy ją Galinką — Znowu dziewczynka? To jakiś żart! — Pani Helena rzuciła wynik USG na stół. — W naszej rodzinie od czterech pokoleń wszyscy mężczyźni byli kolejarzami! A ty co przyniosłaś? — Galinkę — odpowiedziała cicho Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Galinka. — Galina… — przeciągnęła teściowa. — No, przynajmniej imię normalne. Ale co z niej za pożytek? Komu ta Galina będzie potrzebna? Maksymiliana milczał, wpatrzony w telefon. Gdy żona zapytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami: — Co jest, to jest. Może następnym razem będzie chłopiec. Anna poczuła, jak coś ściska jej serce. Następny? A ta kruszynka to co, próba generalna? Galinka pojawiła się w styczniu — maleńka, z wielkimi oczami i czupryną ciemnych włosów. Maksymiliana pojawił się tylko na odebraniu ze szpitala, przyniósł bukiet goździków i torbę z rzeczami dla dziecka. — Ładna — powiedział, zaglądając ostrożnie do wózka. — Podobna do ciebie. — Ale nosek ma twój — uśmiechnęła się Anna. — I uparte podbródek. — Daj spokój — machnął ręką Maksymiliana. — Wszystkie dzieci w tym wieku są takie same. Pani Helena przywitała ich w domu niezadowoloną miną. — Sąsiadka Walentyna pytała, czy wnuk czy wnuczka. Wstyd mi było odpowiadać — mruknęła. — W moim wieku bawić się lalkami… Anna zamknęła się w pokoju dziecinnym i cicho zapłakała, przytulając córkę do piersi. Maksymiliana pracował coraz więcej. Dorabiał na bocznych torach, brał dodatkowe zmiany. Mówił, iż utrzymanie rodziny jest kosztowne, szczególnie z dzieckiem. Do domu wracał późno, zmęczony i milczący. — Ona na ciebie czeka — mówiła Anna, gdy mąż przechodził obok pokoju dziecinnego, choćby nie zajrzawszy. — Galinka zawsze się ożywia, gdy słyszy twoje kroki. — Jestem zmęczony, Aniu. Jutro muszę wcześniej do pracy. — Ale choćby się z nią nie przywitałeś… — Jest mała, nie zrozumie. Ale Galinka rozumiała. Anna widziała, jak córka odwraca główkę w stronę drzwi, gdy słyszy tatowe kroki. I jak długo potem patrzy w pustkę, kiedy staje się cicho. W ósmym miesiącu życia Galinka zachorowała. Najpierw temperatura wzrosła do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała karetkę, ale lekarz stwierdził, iż na razie wystarczy podawać leki przeciwgorączkowe. Rano temperatura skoczyła do czterdziestu. — Maksymiliana, wstań! — Anna potrząsała mężem. — Galinka jest bardzo słaba! — Która godzina? — Maksymiliana z trudem otworzył oczy. — Siódma. Nie spałam z nią całą noc. Musimy jechać do szpitala! — Tak wcześnie? Może poczekamy do wieczora? Mam dziś istotną zmianę… Anna patrzyła na niego jak na obcego. — Twoja córka płonie z gorączki, a ty myślisz o pracy? — Przecież nie umiera! Dzieci często chorują. Anna sama zamówiła taksówkę. W szpitalu lekarze od razu przyjęli Galinkę do oddziału zakaźnego. Podejrzewali poważne zapalenie — potrzebna była punkcja lędźwiowa. — Gdzie ojciec dziecka? — zapytał ordynator. — Potrzebna zgoda obojga rodziców. — On… pracuje. Zaraz przyjedzie. Anna dzwoniła do Maksymiliana cały dzień. Telefon był wyłączony. O siódmej wieczorem w końcu odebrał. — Aniu, jestem w lokomotywowni, mam sprawy… — Maksymiliana, Galinka ma zapalenie opon mózgowych! Potrzebna twoja zgoda na punkcję! Lekarze czekają! — Co? Jaka punkcja? Nic nie rozumiem… — Przyjedź! Natychmiast! — Nie mogę, mam zmianę do jedenastej. A potem umówiony jestem z chłopakami… Anna odłożyła słuchawkę. Zgodę podpisała sama — jako matka miała do tego prawo. Punkcję zrobili w pełnej narkozie. Galinka wyglądała tak malutko na tej wielkiej szpitalnej leżance. — Wyniki będą jutro — powiedział lekarz. — jeżeli to faktycznie zapalenie opon, leczenie potrwa minimum półtora miesiąca w szpitalu. Anna została na noc przy córce. Galinka leżała pod kroplówką, blada i cicha. Tylko klatka piersiowa słabo unosiła się i opadała. Następnego dnia Maksymiliana na chwilę przyszedł na obiad. Nieogolony, wygnieciony. — No i jak tam… co z nią? — zapytał, nie śmiejąc się wejść do sali. — Źle — odparła krótko Anna. — Wyniki jeszcze nie gotowe. — Co jej robili? Ta… no… — Punkcja lędźwiowa. Z kręgosłupa pobrali płyn na badanie. Maksymiliana pobladł. — Bolało ją? — Było w narkozie. Nic nie czuła. Podszedł do łóżeczka i zastygł. Galinka spała, mała rączka leżała na kołderce, do nadgarstka był przyklejony wenflon. — Ona… jest taka malutka — wyszeptał Maksymiliana. — Nie myślałem… Anna nic nie odpowiedziała. Wynik badania był pozytywny: to nie było zapalenie opon. Zwykła infekcja wirusowa, ale z powikłaniami. Leczenie mogło się odbywać w domu, pod kontrolą lekarza. — Udało się wam — powiedział ordynator. — Gdybyście zwlekali jeszcze dzień-dwa, byłoby gorzej. W drodze do domu Maksymiliana milczał. Dopiero gdy wysiadali z auta, cicho spytał: — Jestem aż taki zły? Jako ojciec? Anna poprawiła śpiącą córkę i spojrzała na męża. — A jak myślisz? — Myślałem, iż czasu jeszcze dużo. Że ona mała, jeszcze nic nie rozumie. A okazuje się… — zamilkł. — Jak zobaczyłem ją tam, z tymi rurkami… Zrozumiałem, iż mogę stracić. I iż jest co tracić. — Maks, ona potrzebuje ojca. Nie żywiciela, nie tego, kto przynosi pieniądze. Ojca. Takiego, co wie, jak ona ma na imię. Który zna jej ulubione zabawki. — A jakie? — zapytał cicho. — Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. Kiedy wracasz do domu, ona raczkuje do drzwi. Czeka, aż ją podniesiesz. Maksymiliana spuścił głowę. — Nie wiedziałem… — Teraz już wiesz. W domu Galinka się obudziła i zapłakała — cienko, żałośnie. Maksymiliana instynktownie wyciągnął po nią ręce, ale się zawahał. — Mogę? — zapytał żonę. — To twoja córeczka. Wziął Galinkę ostrożnie na ręce. Dziewczynka przestała płakać, patrząc na tatę wielkimi, poważnymi oczami. — Cześć, kruszynko — wyszeptał Maksymiliana. — Przepraszam, iż nie było mnie przy tobie, kiedy się bałaś. Galinka wyciągnęła rączkę do jego twarzy i dotknęła policzka. Maksymiliana poczuł, jak ściska mu się gardło. — Tata — nagle wyraźnie powiedziała Galinka. To było jej pierwsze słowo. Maksymiliana spojrzał na żonę szeroko otwartymi oczami. — Powiedziała… powiedziała… — Mówi już od tygodnia — uśmiechnęła się Anna. — Ale tylko, gdy ciebie nie ma w domu. Pewnie czekała na adekwatny moment. Wieczorem, gdy Galinka usnęła na rękach taty, Maksymiliana ostrożnie przeniósł ją do łóżeczka. Dziewczynka nie obudziła się, tylko mocniej ścisnęła jego palec we śnie. — Nie chce mnie puścić — zdziwił się Maksymiliana. — Bo się boi, iż znowu znikniesz — wyjaśniła Anna. Siedział przy łóżeczku jeszcze pół godziny, nie mogąc wyrwać się z małej rączki. — Jutro biorę wolne — powiedział żonie. — I pojutrze też. Chcę… chcę poznać moją córkę. — A praca? Dodatkowe zmiany? — Znajdziemy inne rozwiązanie. Albo będziemy żyć skromniej. Ważne, by nie przegapić, jak ona rośnie. Anna podeszła i objęła męża. — Lepiej późno niż wcale. — Nigdy bym sobie nie darował, gdyby się coś stało, a ja choćby nie wiedział, jakie ona ma ulubione zabawki — powiedział cicho Maksymiliana, patrząc na śpiącą córkę. — Albo iż umie mówić „tata”. Tydzień później, gdy Galinka całkiem wyzdrowiała, całą trójką poszli do parku. Dziewczynka siedziała na ramionach taty i śmiała się, łapiąc jesienne liście. — Patrz, jaka piękna jesień, Galinko! — pokazywał jej Maksymiliana żółte klony. — A tam wiewiórka! Anna szła obok i myślała, iż czasem trzeba prawie stracić to, co najcenniejsze, by zrozumieć, jak wiele to znaczy. W domu przywitała ich pani Helena, wciąż niezbyt zadowolona. — Maksymiliana, mówiła mi Walentyna, iż jej wnuk już gra w piłkę. A twoja… tylko lalki. — Moja córka jest najlepsza na świecie — spokojnie odpowiedział Maksymiliana, sadzając Galinkę na podłodze i podając jej gumowego jeżyka. — A lalki są cudowne. — Ale ród się skończy… — Nie skończy. Będzie trwał dalej. Inaczej, ale dalej. Pani Helena chciała coś odpowiedzieć, ale Galinka podpełzła do babci i wyciągnęła rączki. — Babciu! — powiedziała dziewczynka i szeroko się uśmiechnęła. Teściowa zaskoczona wzięła wnuczkę na ręce. — Ona… ona mówi! — zdziwiła się. — Nasza Galinka jest bardzo mądra — powiedział dumnie Maksymiliana. — Prawda, córeczko? — Tata! — odpowiedziała Galinka i zaklaskała w dłonie. Anna patrzyła na tę scenę i myślała, iż szczęście często rodzi się przez próbę. A największa miłość to ta, która rodzi się powoli, dojrzewa w bólu i strachu przed utratą. Wieczorem, kładąc córkę spać, Maksymiliana cicho nucił jej kołysankę. Głos miał słaby, lekko chrapliwy, ale Galinka słuchała z szeroko otwartymi oczami. — Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś — zauważyła Anna. — Wcześniej wielu rzeczy nie robiłem — odparł Maksymiliana. — Ale teraz mam czas nadrobić. Galinka zasnęła, mocno trzymając tatowy palec. A Maksymiliana znów nie próbował się uwolnić — siedział w ciemności, wsłuchany w jej oddech, myśląc, jak wiele można stracić, jeżeli się nie zatrzyma i nie spojrzy na to, co naprawdę ważne. A Galinka spała i uśmiechała się przez sen — teraz już wiedziała, iż tata nigdzie nie odejdzie. Tę historię przesłała jedna z naszych czytelniczek. Czasem los nie domaga się tylko wyboru, ale prawdziwej próby, by obudzić w człowieku najjaśniejsze uczucia. Czy wy też wierzycie, iż człowiek potrafi się zmienić, gdy zrozumie, iż może stracić to, co najdroższe?
Nie mój syn, tylko sąsiadki Kasi. Twój mąż do niej często zaglądał, więc przyniosła od niego dziecko – rudy i piegowaty jak ojciec, od razu widać, czyj to syn. Teraz Kasia też już odeszła, a chłopiec został sierotą… Przychodzi do mnie obca kobieta i proponuje, żebym jako wdowa po mężu zaopiekowała się dzieckiem zdrady. Mam swoje dwie córki, a ludzie radzą, bym zabrała chłopca do siebie, bo to przecież brat moich dzieci…
Wygodne Babcie Zofia Kowalska obudziła się od głośnego śmiechu. To nie był cichy chichot, niepoważne podśmiechiwanie, ale donośny, zupełnie niepasujący do szpitalnej sali rechot, którego nie znosiła przez całe swoje dorosłe życie. Śmiała się sąsiadka z łóżka obok, przyciskając telefon do ucha i wymachując wolną ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć. — Ela, ty to potrafisz! Co? Naprawdę to powiedział? Przy wszystkich? Zofia spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki jeszcze kwadrans. Kwadrans, który można było spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj wieczorem, kiedy Zofię przywieziono na salę, sąsiadka już leżała na swoim łóżku i coś gwałtownie pisała w telefonie. Przywitały się krótko. „Dobry wieczór” – „Dobry wieczór”, i każda wróciła do swoich myśli. Zofia była wdzięczna za milczenie. A teraz – cyrk na kółkach. — Przepraszam — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Można trochę ciszej? Sąsiadka spojrzała na nią. Okrągła twarz, krótka siwizna, której choćby nie próbowała farbować, krzykliwa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! — Oj, Ela, oddzwonię później, zaczynają mnie tu wychowywać — schowała telefon i odwróciła się do Zofii z uśmiechem. — Przepraszam! Jestem Barbara Wysocka. A pani się wyspała? Ja nigdy nie śpię przed operacjami, dlatego dzwonię do wszystkich. — Zofia Kowalska. jeżeli pani nie śpi, to nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć. — Ale już pani przecież nie śpi — mrugnęła Barbara. — Dobrze, będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Przed śniadaniem zdążyła zadzwonić jeszcze dwa razy, a głos miała coraz głośniejszy. Zofia demonstracyjnie odwróciła się do ściany i naciągnęła kołdrę na głowę, ale nic to nie dało. — Dzwoniła moja córka — tłumaczyła Barbara przy śniadaniu, którego żadna nie jadła — operacja, martwi się biedna. Uspokajam ją jak mogę. Zofia milczała. Jej syn nie zadzwonił. W sumie się nie spodziewała, uprzedził, iż ma rano ważne spotkanie. Sama tak go wychowała: praca jest ważna, praca jest odpowiedzialnością. Barbarę zabrali pierwszą. Szła korytarzem, machając na pożegnanie i coś wołając do pielęgniarki, która się śmiała. Zofia pomyślała, iż dobrze by było, gdyby po operacji przenieśli ją do innej sali. Ją samą zabrali godzinę później. Zawsze źle znosiła narkozę. Obudziła się z mdłościami i tępy bólem z prawej strony. Pielęgniarka powiedziała, iż wszystko poszło dobrze, trzeba tylko przetrwać. Zofia była dobra w czekaniu i przetrwaniu. Zawsze umiała wytrzymać. Wieczorem, kiedy wróciła na salę, Barbara już leżała na łóżku. Twarz miała szarą, oczy zamknięte, kroplówka na ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho. — Jak się pani czuje? — zapytała Zofia, choć nie planowała zaczynać rozmowy. Barbara otworzyła oczy, uśmiechnęła się słabo. — Żyję jeszcze. A pani? — Też. Zapadła cisza. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho dzwoniły. — Przepraszam za ranek — powiedziała nagle Barbara. — Jak się denerwuję, to gadam bez końca. Wiem, iż to wkurza, ale nic nie mogę z tym zrobić. Zofia chciała powiedzieć coś ciętego, ale zabrakło jej słów. Była zbyt zmęczona. Wydusiła tylko: — Nic się nie stało. W nocy żadna z nich nie spała. Obie coś bolało. Barbara już nie dzwoniła, leżała cicho, ale Zofia słyszała, jak się kręci, wzdycha. Raz chyba choćby płakała. Cicho, w poduszkę. Rano przyszła lekarka. Obejrzała szwy, sprawdziła temperaturę, powiedziała do obu: „Dzielne panie, wszystko dobrze”. Barbara od razu złapała za telefon. — Ela, cześć! Już wszystko w porządku, możesz się nie martwić. A co u moich? Naprawdę Kacperek miał gorączkę? A dałaś mu… Co? Już po wszystkim? No widzisz, mówiłam, iż to nic groźnego. Zofia mimowolnie przysłuchiwała się. „Moi” to znaczy wnuki. Córka zdaje relacje. Jej własny telefon milczał. Dwie smsy od syna czekały od wczoraj, gdy jeszcze była po narkozie. „Mamo, jak się czujesz?” i „Napisz, jak dasz radę”. Odpisała: „Wszystko dobrze”. Dodała emotikona — syn lubił emotikony, twierdził, iż bez nich wiadomości są chłodne. Odpowiedź przyszła po trzech godzinach: „Super! Buziaki”. — Pani rodzina nie przyjeżdża? — zapytała Barbara po południu. — Syn pracuje. I mieszka daleko. Poza tym nie trzeba, nie jestem dzieckiem. — No właśnie — zgodziła się Barbara. — Moja córka też mówi: mamo, jesteś dorosła, dasz sobie radę. I po co przyjeżdżać, skoro wszystko jest okej, prawda? W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, iż Zofia przyjrzała się jej uważniej. Barbara się uśmiechała, ale oczu nie miała wesołych. — Ile ma pani wnuków? — Troje. Kacperek jest najstarszy, ma osiem lat. Potem Madzia i Leon, trzy i cztery lata. — Wyciągnęła telefon z szafki. — Chce pani zobaczyć zdjęcia? Przez dwadzieścia minut pokazywała fotografie: dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z urodzinowym tortem. Na każdym zdjęciu z nimi była babcia – przytulała, całowała, wygłupiała się. Córki nie było na żadnym. — Córka robi zdjęcia — wyjaśniła Barbara. — Nie lubi być na zdjęciach. — Dzieci często u pani bywają? — To ja raczej u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć pracuje, więc pomagam. Odbieram z przedszkola, sprawdzam lekcje, gotuję. Zofia pokiwała głową. Miała podobnie. Pierwsze lata po narodzinach wnuka też pomagała codziennie. Potem wnuk urósł, była rzadziej — raz w miesiącu, w niedzielę, jeżeli plany pozwalały. — A pani? — Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na treningi. — Często się widujecie? — Czasem w niedzielę. Są bardzo zajęci, rozumiem to. — No tak — Barbara odwróciła się do okna. — Zajęci. Znów zamilkły. Za oknem siąpił deszcz. Wieczorem Barbara powiedziała: — Nie chcę wracać do domu. Zofia podniosła oczy. Barbara siedziała na łóżku, obejmując kolana rękami, patrzyła w podłogę. — Naprawdę nie chcę. Przemyślałam to sobie… Dojadę, a tam Kacperek nie odrobił lekcji, Madzia znów chora, Leon podarł spodnie. Córka w pracy do nocy, zięć wiecznie w delegacjach. Ja piorę-gotuję-sprzątam-siedzę-pomagam. A oni nawet… — urwała. — choćby nie podziękują. Bo przecież babcia tak ma. Zosi związało gardło. — Przepraszam — Barbara wytarła oczy. — Zrobiłam się żałosna. — Nie przepraszaj — powiedziała cicho Zofia. — Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Marzyłam, iż wreszcie zajmę się sobą. Chciałam chodzić do teatru, na wystawy. choćby zapisałam się na kurs francuskiego. Byłam dwa tygodnie. — I co się stało? — Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Jestem babcią, nie pracuję, więc nie problem pomóc. Nie umiałam odmówić. — I jak? — Trzy lata codziennie. Potem wnuk do przedszkola — już co drugi dzień. Potem do szkoły — raz w tygodniu. Teraz… — zamilkła. — Teraz nie jestem im specjalnie już potrzebna. Mają nianię. A ja siedzę w domu i czekam, czy się odezwą. jeżeli nie zapomną. Barbara pokiwała głową. — Moja córka miała przyjechać w listopadzie. Do mnie. Odmalowałam dom, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamo, przepraszam, Kacperek ma trening, nie możemy. — I nie przyjechali? — Nie przyjechali. Ciasto dałam sąsiadce. Siedziały w milczeniu. Za oknem deszcz stukał w szybę. — Wie pani, co jest najgorsze? — powiedziała Barbara. — Nie to, iż nie przyjeżdżają. Ale to, iż wciąż czekam. Ściskam telefon w dłoni i myślę: może teraz zadzwonią, bo tęsknią. Ot tak. Nie dlatego, iż coś trzeba. Zosi zaszczypało w nosie. — Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni telefon, myślę: może syn chce po prostu porozmawiać. Ale nie. Zawsze w sprawie. — A my ratujemy — Barbara uśmiechnęła się przez łzy. — Bo jesteśmy matkami. — Tak. Następnego dnia przyszły opatrunki. Bolało je obie. Po zabiegu leżały cicho, aż Barbara nagle powiedziała: — Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Kochaną córkę, dobrego zięcia, wnuki, które są radością. Że jestem potrzebna. Że beze mnie nie dadzą sobie rady. — I? — Dopiero tu zobaczyłam, iż świetnie sobie radzą. Córka przez cztery dni ani razu nie narzekała, iż jest ciężko. Przeciwnie, weszła w rytm. Czyli mogą. Ale z babcią wygodniej — darmowa opiekunka. Zofia podniosła się na łokciu. — A ja zrozumiałam, iż sama jestem winna. To ja nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, zawsze będzie czekać. Że moje sprawy są mniej ważne — jego najważniejsze. — Ja tak samo. Córka dzwoni, rzucam wszystko i lecę. — Nauczyłyśmy ich, iż nie jesteśmy ludźmi — powiedziała powoli Zofia. — Że nie mamy własnego życia. Barbara przytaknęła. Zamilkła. — I co teraz? — Nie wiem. Piątego dnia Zofia wstała bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarz w obie strony. Barbara dzień opóźnienia, ale uparcie chodziła za Zofią. Spacerowały razem, wolno, przy ścianie. — Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam — mówiła Barbara. — Myślałam, iż to koniec życia. Córka stwierdziła: mamo, masz nowy sens — wnuki. Żyj dla nich. I żyłam. Tyle iż ten sens jakiś taki… jednostronny. Ja dla nich, a oni dla mnie, kiedy im wygodnie. Zofia opowiedziała o rozwodzie. Trzydzieści lat temu, kiedy syn miał pięć lat. Jak wychowywała go sama, uczyła się wieczorami, pracowała na dwa etaty. — Myślałam, iż gdy będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Że jak oddam mu wszystko, odwdzięczy się wdzięcznością. — A on dorósł i żyje swoim życiem — dokończyła Barbara. — Tak. I może to choćby normalne. Ale nie myślałam, iż poczuję się tak samotna. — Ja też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi, nagle. Zofia siedziała na łóżku i czytała, gdy pojawił się w drzwiach. Wysoki, w drogim płaszczu, z siatką owoców. — Mamo, cześć! — uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. — Jak się czujesz? Już lepiej? — Lepiej. — Super! Lekarka mówiła, iż jeszcze ze trzy dni i wyjdziecie. Pomyślałem… może przyjedziesz do nas? Anka mówi, iż pokój gościnny stoi pusty. — Dziękuję, wolę do siebie. — Jak uważasz. Ale jeżeli coś, dzwoń — przyjedziemy. Był kwadrans, opowiadał o pracy, wnuku, nowym aucie. Zapytał, czy nie potrzebuje pieniędzy. Obiecał, iż zaglądnie za tydzień. Wyszedł szybko, jakby z ulgą. Barbara udawała, iż śpi. Gdy zamknęły się drzwi, otworzyła oczy. — Pani syn? — Mój. — Przystojny. — Tak. — Ale zimny jak lód. Zofia milczała. Gardło ścisnęło się tak, iż trudno było oddychać. — Wie pani — powiedziała Barbara cicho — pomyślałam, iż może powinnyśmy przestać oczekiwać od nich miłości. Po prostu… odpuścić? Zrozumieć, iż mają swoje życie. A my musimy znaleźć swoje. — Łatwo powiedzieć. — Trudno zrobić. Ale nie mamy wyjścia, prawda? Albo będziemy tak siedzieć i czekać, aż sobie o nas przypomną. — Co pani powiedziała córce? — zapytała nagle Zofia, po raz pierwszy przechodząc na „ty”. — Że po wypisie muszę dwa tygodnie odpoczywać. Lekarka zabroniła wysiłku. Z wnukami nie dam rady. — I co? — Najpierw się oburzyła, ale powiedziałam: Ela, jesteś dorosła. Sama sobie poradzisz. Ja już nie mogę. — Obraziła się? — Jeszcze jak! — uśmiechnęła się Barbara. — Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakbym zrzuciła ciężar z pleców. Zofia zamknęła oczy. — Boję się. jeżeli odmówię, jeżeli powiem „nie”, przestaną dzwonić. Może całkiem. — A dzwonią często? Cisza. — No widzisz. Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej. Ósmego dnia obie dostały wypis w tym samym czasie. Pakowały się bez słowa, jakby żegnały się na zawsze. — Wymienimy się numerami? — zaproponowała Barbara. Zofia skinęła głową. Wprowadziły numery do telefonów. Stały chwilę, patrząc sobie w oczy. — Dziękuję — powiedziała Zofia. — Że byłaś obok. — I ja dziękuję. Wiesz… od trzydziestu lat z nikim tak nie pogadałam. Tak… od serca. — Ja też. Objęły się. Ostrożnie, żeby nie ruszyć szwów. Pielęgniarka przyniosła wypisy, wezwała taksówkę. Zosia pojechała pierwsza. W domu było cicho, pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Wzięła telefon. Trzy wiadomości od syna. „Mamo, już wypisałaś się?”, „Daj znać, jak będziesz w domu”, „Nie zapomnij o lekach”. Odpisała: „Jestem w domu. Wszystko dobrze”. Odłożyła telefon. Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. Leżały w niej broszura z kursami francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzyła na broszurę i myślała. Zadzwonił telefon. Barbara. — Cześć. Wybacz, iż tak szybko… Po prostu… chciałam zadzwonić. — Cieszę się. Naprawdę. — Słuchaj, może się spotkamy? Jak już dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie. Na kawę. Albo spacer. jeżeli chcesz. Zofia spojrzała na broszurę. Potem na telefon. Znów na broszurę. — Chcę. Naprawdę chcę. I wiesz co? Może już w sobotę? Mam dosyć leżenia w domu. — W sobotę? Na pewno? Przecież lekarze… — Lekarze, lekarzami. Ale przez trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Czas pomyśleć o sobie. — No to umówione. W sobotę. Pożegnały się. Zofia odłożyła telefon i sięgnęła po broszurę. Kursy francuskiego zaczynały się za miesiąc. Nabór jeszcze trwał. Wyciągnęła laptopa i zaczęła wypełniać formularz zgłoszeniowy. Ręce jej drżały, ale wpisywała kolejne rubryki. Do końca. Za oknem padał deszcz. Ale zza chmur przebijało się słońce. Słabe, jesienne – ale jednak słońce. I Zofia Kowalska pomyślała nagle, iż życie może dopiero się zaczyna. I wysłała zgłoszenie.
Dzieci nie powinny być wykluczane w przestrzeni publicznej. Można zrobić "wagony ciszy", a nie "bez dzieci"
Koniec tłoku w przedszkolach. Posłowie chcą ograniczyć liczbę dzieci w grupach
Zapowiedzi serii KPOP Demon Hunters na 2026 rok.
Niechciane dziecko – Jakie imię chcecie dać córeczce? – Starszy lekarz z profesjonalnym uśmiechem spojrzał na swoją młodą pacjentkę. – Jeszcze nie wybraliśmy imienia – wtrąciła się Natalia, siedząca na krześle przy łóżku. – To ważna decyzja, Daria musi się porządnie zastanowić. – Nie chcę żadnego. – Ku zaskoczeniu wszystkich odezwała się sama młoda mama. – Wcale nie zamierzam jej zabierać. Napiszę zrzeczenie. – Co ty wygadujesz? – Kobieta poderwała się z miejsca i rzucając wściekłe spojrzenie dziewczynie, zwróciła się do lekarza. – Ona nie wie, co mówi. Oczywiście, iż zabierzemy córeczkę. – Wrócę później, odpoczywajcie – lekarz nie miał najmniejszej ochoty uczestniczyć w rodzinnej kłótni. Gdy tylko za lekarzem zamknęły się drzwi, matka rzuciła się na dziewczynę z pretensjami. – Jak śmiesz tak mówić? Co ludzie o nas pomyślą? I tak musieliśmy się przeprowadzić do tego miasta, żeby wszystko odbyło się po cichu. To dziecko musi zostać w naszej rodzinie. – A kto za to odpowiada? – Daria spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Gdybyś wtedy mnie posłuchała, nic z tego by się nie wydarzyło. Skończyłabym szkołę i poszłabym gdzieś dalej. Więc jeżeli tobie zależy na tym dziecku, sama je zabieraj. Dziewczyna obróciła się do ściany, dając do zrozumienia, iż rozmowa jest zakończona. Natalia jeszcze przez chwilę próbowała przemówić córce do rozsądku, ale wtedy pojawiła się pielęgniarka, prosząc ją o opuszczenie sali. Pacjentka potrzebuje spokoju. Daria została sama. Szlochała cicho w poduszkę, błagając w duchu, by to wszystko gwałtownie się skończyło. Cichy stuk do drzwi zmusił dziewczynę do wytarcia łez. Odetchnęła głęboko i powiedziała: – Proszę wejść. Daria spodziewała się kogoś z personelu albo ewentualnie ojca. Ale kobieta, która weszła, była jej zupełnie obca. – W czym mogę pani pomóc? – nikt nie wiedział, jak trudno było jej zachować maskę całkowitego spokoju! – Usłyszałam… Zupełnym przypadkiem! Po prostu lekarze rozmawiali obok mojej sali – kobieta była wyraźnie skrępowana, jakby nie chciała zadać pytania wprost. – Tak, chcę się zrzec dziecka. To prawda. To panią interesuje? – Widziałam, jak twoja mama… – Ona nie jest moją mamą! – ostro powiedziała Daria, tracąc wszelkie pozory spokoju. – To tylko macocha, która sobie za wiele wyobraża. Moja mama pracuje za granicą. – Przepraszam, nie chciałam cię zranić – kobieta się speszyła. – Po prostu mam troje dzieci i trudno mi zrozumieć twoją decyzję. Poza tym całe dzieciństwo spędziłam w domu dziecka i bardzo się o twoją córeczkę boję. Przecież ona niczemu nie zawiniła! – Tak małe dzieci gwałtownie znajdują rodziny, tak mi mówili – wzruszyła ramionami Daria. – Ja nie mogę się zmusić nawet, by ją wziąć na ręce, nie mówiąc o czymś więcej. Gdyby Natalia się wtedy nie wtrąciła, nie byłoby mnie tu. – Przecież jesteś już dorosła, możesz sama decydować. Masz przecież więcej niż piętnaście lat, prawda? – Przecież to wstyd! – przedrzeźniając macochę, powiedziała Daria. – Jak potem ludziom w oczy spojrzeć? – Nie rozumiem… – Opowiem pani – uśmiechnęła się krzywo dziewczyna. – Może wtedy pani przestanie mnie oceniać. ********************************************** Ostatni rok w liceum był dla Darii wyjątkowo nieudany. Najpierw Paweł, jej ukochany, został powołany do wojska, a potem do ich klasy przeniesiono nowego chłopaka. Stołeczny bananowy chłopak, którego ojciec – w ramach kary za wybryki – zesłał na prowincję, zaczął natarczywie podrywać wszystkie dziewczyny. Nie szukał związku, tylko kolejnej zaliczonej ofiary. Zresztą to właśnie przez jego wyczyny wysłano go z Warszawy na zapadłą wieś. Maks rozdawał drogie prezenty, woził do klubów, restauracji. Dziewczyny jedna po drugiej ulegały jego czarowi, marząc, iż zostaną narzeczoną „księcia”. Najbardziej nieugięta była właśnie Daria. Kochała tylko Pawła i nikogo innego nie potrzebowała. W końcu wydawało się, iż Maks dał sobie spokój i zwrócił się do innych. Przynajmniej tak jej się wydawało. Jak bardzo się myliła! Pod koniec grudnia jedna z przyjaciółek Darii urządzała urodziny. Przyszła cała klasa, Maks także zaszczycił swoją obecnością. Tyle iż nie po to, by świętować. W trakcie imprezy zadzwonił do niej telefon. Wyszła na korytarz porozmawiać, a gdy wróciła, obok jej miejsca siedział Maks. Najpierw nie zwróciła na to większej uwagi, później poczuła się źle… Rano Daria z trudem otworzyła oczy. Obok niej leżał Maks, uśmiechając się szyderczo. – No widzisz, a byłaś taka oporna – rzucił, jakby nic się nie stało. – To na pocieszenie. adekwatnie jestem zaskoczony. Twój Paweł to frajer. Dotarcie do domu kosztowało Darię wiele wysiłku. Słaniała się, kręciło jej się w głowie. Przechodnie patrzyli na nią z niechęcią. Nie wyciągała choćby kluczy, po prostu zadzwoniła do drzwi. Wiedziała, iż macocha jest w domu. – Gdzie się włóczyłaś? – wściekła się Natalia, gdy tylko ją zobaczyła. – Całą noc nie było cię w domu, nie odbierasz telefonu. A w jakim ty jesteś stanie, to choćby nie skomentuję! Gdyby ojciec cię taką zobaczył… – Zadzwoń po lekarza i policję – przerwała jej dziewczyna. – Chcę złożyć zawiadomienie. Niech go wsadzą. Natalia się spietrała. Porównała wygląd dziewczyny z jej słowami i gwałtownie zrozumiała, o co chodzi. – Kto? – Maks, a kto inny – Darii ledwo starczyło siły, by mówić. – Nikt inny nie byłby na tyle bezczelny. Dzwoń, albo sama zadzwonię. – Zastanów się – Natalia się zawahała, licząc na zysk. – I tak go uratują. Zrobimy inaczej. Skontaktuję się z jego ojcem, niech zapłaci odszkodowanie. – Zwariowałaś?! – dziewczyna nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. – Jakie odszkodowanie? Sama pójdę na policję! – Nigdzie nie pójdziesz! – kobieta szarpnęła Darię za rękę i zaciągnęła do pokoju. Dziewczyna nie miała już siły się opierać. – Sama zostaniesz winna, cała wieś będzie cię obmawiać. Ja wszystko załatwię. Daria nie miała przy sobie telefonu, zgubiła go albo zostawiła u koleżanki. Nie mogła też wyjść – macocha zamknęła drzwi. Głowa kręciła się coraz bardziej, łóżko wręcz przyciągało… Po kilku dniach Daria pojechała do babci. Babcia mieszkała sto kilometrów dalej, już bardzo wiekowa. Dziewczyna nie chciała martwić ukochanej babuni, więc udawała, iż wszystko jest w porządku. Po miesiącu Daria dowiedziała się o strasznych konsekwencjach tamtej nocy. Jest w ciąży. Natalia była w siódmym niebie. To dziecko zapewni im dostatnie życie! Dziadek zapłaci sporą kwotę, jak zawsze ratując własnego syna. Najważniejsze, by nikt się nie dowiedział – przynajmniej do piątego miesiąca. Nikt nie pytał Darii, czego chce. Gdy tylko wspomniała o chęci pozbycia się dziecka, Natalia zrobiła scenę i zaczęła ją bez przerwy pilnować. Przyszły dziadek nie był zachwycony sytuacją, ale pieniądze dał. Obiecał też wypłacać co miesiąc wysokie alimenty. ************************************************ – Teraz rozumie pani, prawda? Przez to dziecko tyle przeszłam. Paweł ze mną zerwał, nie uwierzył moim tłumaczeniom. Przyjaciółki się odwróciły, musieliśmy się przeprowadzić. choćby szkoły nie skończyłam! – Przepraszam, oceniałam cię, nie znając prawdy. – Kobieta poczuła się nieswojo. – Ale przecież córeczka niczego nie zawiniła. – Daria, musimy poważnie porozmawiać! – do sali stanowczo weszła Natalia, ciągnąc za sobą męża. – Osoby postronne proszę o wyjście, to sprawa rodzinna! Kobieta rzuciła dziewczynie współczujące spojrzenie i wyszła, cicho zamykając drzwi. – Nie pozwolę ci zniszczyć mojego idealnego planu. jeżeli zostawisz tu dziecko, nie masz po co wracać do domu. Gdzie pójdziesz? Babcia już nie żyje, jej mieszkanie przepisano na twojego wujka. Będziesz żebrać? – Nie, wyjedzie ze mną – do sali weszła elegancka kobieta. Oczy Darii rozbłysły na jej widok. – Mamo! Przyjechałaś! – Oczywiście, iż przyjechałam. Nie mogłabym cię zostawić w biedzie – Albina mocno objęła córkę. – Gdybyś tylko wcześniej mi wszystko powiedziała, od razu bym cię do siebie zabrała. Myślałam, iż tu będzie ci łatwiej skończyć szkołę. – Myślałam, iż nie jestem ci potrzebna – zaszlochała Daria. Chociaż wszystko przeżyła, wciąż była tylko dzieckiem. – Ktoś twierdził, iż nie chcesz mieć ze mną kontaktu. Prezentów nie przyjmowałaś, nie mogłam się do ciebie dodzwonić. Uznałam, iż nie możesz mi wybaczyć. Ale to nic – z uśmiechem powiedziała kobieta, wycierając córce łzy. – Wyjedziemy i o wszystkim zapomnisz… ******************************************************** Daria wyjechała. Dziecko zabrała Natalia, licząc na dostatnie życie. Ale… Gdy wpływowy dziadek się o tym dowiedział, przyjechał i zabrał wnuczkę do siebie. Maks musiał uznać dziecko, choć bardzo się opierał. A Daria jest szczęśliwa. Jest z najważniejszą osobą w swoim życiu, tą, która zawsze pomoże i nigdy nie zdradzi…
Dar od Boga… Poranek był pochmurny – ciężkie chmury snuły się nisko po niebie, gdzieś w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadchodziła burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, ale i wiosna nie spieszyła się, by objąć swoje panowanie. Wciąż było zimno, porywy wiatru roznosiły zeszłoroczne liście, a młoda trawa nieśmiało przebijała się przez zbitą ziemię. Pąki na drzewach nie chciały jeszcze zdradzić swoich skarbów. Przyroda tęskniła za deszczem. Zima była tego roku mało śnieżna, wietrzna, mroźna. Ziemia nie odpoczęła, nie nasyciła się wodą, nie wyspała się pod śnieżną pierzyną, i czekała, z niecierpliwością, na burzę. Burza miała przynieść upragnioną wilgoć, obmyć od pyłu i brudu, tchnąć nowe życie. Dopiero wtedy miała się zacząć prawdziwa polska wiosna – radosna, kwitnąca, jak młoda, pełna miłości i czułości kobieta. Wtedy ziemia wyda zieloną trawę i barwne kwiaty, drżące listki i słodkie owoce na drzewach. Ptaki radośnie zaśpiewają, zaczną budować gniazda wśród młodych liści kwitnących sadów. Życie toczy się dalej. – Saszka, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie. Z kuchni dochodził aromat kawy i jajecznicy. Trzeba było wstać. Po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Wiktorii, nieprzespanej nocy, myślach pełnych bólu – nie chciało się podnieść z łóżka. Ale trzeba – życie trwa. Wiktoria również wyglądała na zmęczoną – oczy miała czerwone, pod nimi ciemne cienie. Podała mu do pocałunku bladą policzek, uśmiechnęła się słabo. – Dzień dobry, kochanie! Wygląda na to, iż będzie burza. Boże, jak ja czekam na deszcz! Kiedy wreszcie przyjdzie prawdziwa wiosna? Posłuchaj, napisały mi się takie słowa: Wyczekuję wiosny jak wybawienia Od zimowych chłodów i samotności. Czekam wiosny jak rozwiązania Wielu życiowych trudności. Mam nadzieję, iż gdy ona przyjdzie, Wszystko się wyjaśni natychmiast. Wierzę, iż to właśnie ona Może wszystko uczynić lepszym, Uczciwszym, prostszym, Bezpieczniejszym, pewniejszym. Gdzież jesteś, wiosno? Nadejdź prędzej! Sasza objął ją za szczupłe ramiona, pocałował w pochyloną, jasną głowę. Jej włosy pachniały łąką, rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu. Biedna moja, ukochana dziewczyno, za co Bóg nas tak doświadcza? Pozostała tylko nadzieja – to ona trzymała ich przy życiu przez te wszystkie lata. A wczoraj słynny profesor, ich ostatnia nadzieja, przekreślił wszelkie oczekiwania. – Bardzo mi przykro, ale nie będziecie mieć dzieci. Panie Saszko, pobyt w Czarnobylu nie przeszedł bez konsekwencji. Niestety, medycyna jest tu bezradna. Wiktoria otarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszka, długo myślałam… Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile tam czeka nieszczęśliwych maluchów. Weźmiemy chłopczyka, wychowamy, będziemy mieć synka. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy na dziecko… – Łzy płynęły jej strumieniami. Szaszka tulił ją do piersi i sam nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz, kochana, nie płacz. I wtedy rozległ się ogłuszający grzmot. Zdawało się, iż cały dom zadrżał. I lunął deszcz. Niebo się otworzyło! Wreszcie Bóg wysłuchał naszych modlitw! Wymarzony deszcz lał się strumieniami. Od razu zrobiło się ciemniej – jakby noc nadeszła. Błyskało i grzmiało nieprzerwanie, jakby tuż nad dachem. Saszka i Wiktoria, objęci, stali przy oknie, wpuszczając przez otwarte okno orzeźwiające krople i zapach deszczu. Ciemna zasłona, która jeszcze niedawno spowijała ich dusze, rozpuszczała się, znikała w tym pierwszym wiosennym deszczu. Chciało się tylko, żeby trwał jak najdłużej. Wymarzony polski deszcz – symbol życia, jego trwania i rozkwitu! A kilka dni później stanęli przed drzwiami domu dziecka. Mieli wyznaczoną wizytę. Przyszli wybrać syna, wymarzonego synka, Wacusia, Wacława. Już go pokochali, choć jeszcze go nie widzieli. Pokochali uczuciem, które narastało przez lata oczekiwania. Oczekiwania szczęścia posiadania dziecka, wychowywania go, uczenia. Serce waliło, z przejęcia aż brakowało tchu. Saszka nacisnął dzwonek. Drzwi się otworzyły – już na nich czekano. Rozmowa z dyrektorką domu dziecka odbyła się kilka dni temu, teraz mieli tylko poznać dzieci, które mogłyby zostać ich synem. W pierwszej sali, przez którą ich prowadzono, uwagę przykuła dziewczynka, która siedziała w mokrych śpioszkach na wilgotnej ceracie. Brudna koszulka, zaschnięty katar pod nosem, wielkie niebieskie oczy, smutno wpatrzone w przechodzących dorosłych. Od tego dziecka bił smutek, zaniedbanie, osamotnienie. Serce ścisnęło się z bólu. To jest właśnie dom dziecka! Przytulisko niepotrzebnych, opuszczonych dzieci! Przeszli do następnej sali. W łóżeczkach leżały lub siedziały maluchy. Oczy biegały po wszystkich kątach. Siostra przedstawiała dzieci, podając wiek i krótkie informacje o rodzinie. Dzieci były czyste, ładnie ubrane, leżały lub siedziały na świeżych prześcieradłach. Siostra delikatnie wyjmowała je z łóżeczek, pokazując z każdej strony. Jak na targu, pomyślał Saszka. A my – jak klienci. – Saszka, wróćmy do tej nieszczęśliwej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. Saszka ścisnął jej ramię. – Siostro, pokażcie nam dziewczynkę z pierwszej sali, tę niebieskooką. – Ale przecież chcieli państwo chłopca! Tamta dziewczynka do państwa nie pasuje. Nie przygotowaliśmy jej do wizyty. – Prosimy, wróćmy. Chcemy jeszcze na nią spojrzeć. Siostra wyraźnie się zmieszała, chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała – poprowadziła ich z powrotem. – Zawołam panią dyrektor, Annę Pietrzyk. Proszę tu poczekać – wskazała krzesła. Wiktoria przylgnęła do ramienia Saszki. – Saszka, weźmy tę dziewczynkę, serce mi drgnęło, gdy ją zobaczyłam. – Mnie też. Jest do ciebie podobna. I oczy, i włosy. Taka nieszczęśliwa! Przyszły siostra i dyrektorka. Pani Anna Pietrzyk była wyraźnie zmartwiona. – Wybraliście państwo… trudne dziecko. Ona wam nie będzie odpowiadać. – Dlaczego? Bardzo nam się spodobała, a przecież jest taka podobna do Wiktorii! Zobaczcie sami, jakby jej kopia! Saszka ruszył zdecydowanie do sali z dziewczynką. Dziecko zdążono umyć, zmienić mokre ubranko, wymienić ceratę. Oczka się rozjaśniły, policzki zaróżowiły. Widząc dorosłych przy łóżeczku, uśmiechnęła się, na policzkach pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła do nich rączki i próbowała stanąć… Wiktoria ścisnęła Saszce rękę – dziewczynka miała stopki wykręcone do tyłu. Saszka bez namysłu wziął ją na ręce, a mała przytuliła się buzią do jego policzka i zastygła. Łzy napłynęły mu do oczu, Wiktoria wtuliła się w niego i rozpłakała. Pani dyrektor odwróciła się i otarła oczy. – Proszę do gabinetu. Siostro, zabierzcie Lenkę – zarządziła. Saszka i Wiktoria, mocno trzymając się za ręce, poszli za nią. Okazało się, iż dziewczynka urodziła się w małej wioseczce na północy kraju. Najwyraźniej była niechciana – urodziła się z wadami. Nóżki pod kolanami były przekręcone, stopy zdeformowane. Ojciec od razu odmówił zabrania dziecka do domu. Prośbom, iż dziewczynkę można uratować operacyjnie, odpowiedział, iż nie ma środków, a trzymać w domu „kalekę” nie chce – i tak mają już sporo dzieci i ledwo wiążą koniec z końcem. Tak Lenka trafiła do domu dziecka. – Teraz zdecydujcie sami, czy chcecie takie dziecko. Ma szansę na normalność, ale to ogrom pracy, wydatków i – przede wszystkim – mnóstwo cierpliwości i miłości. Nie śpieszcie się z decyzją. Dam wam adres profesora, który oglądał dziewczynkę. Wyjaśni wam wszystko, czego się spodziewać. Macie miesiąc na przemyślenie. Lepiej nie przychodźcie wcześniej, dzieci gwałtownie się przywiązują, a później… Minął miesiąc. Wiktoria i Saszka już pierwszego dnia wiedzieli – Lenka będzie ich córką. Konsultacja z profesorem w Gdańsku potwierdziła: operacje, choć niejedna, przywrócą dziewczynce sprawność. Saszka policzył, czy wystarczy im oszczędności na leczenie i wyjazdy. jeżeli sprzedadzą nowego volkswagena i rozpoczęty dom na przedmieściach – wystarczy. Na razie zamieszkają w kawalerce, potem, z Bożą pomocą, odkują się, oby tylko córka była zdrowa. Z niecierpliwością czekali na koniec wyznaczonego terminu. Wreszcie znów stanęli przed znajomymi drzwiami. Saszka z bukietem różowych piwonii, Wiktoria z wielką torbą prezentów. Pani Pietrzyk wzruszona, łzy w oczach – jeszcze jedno nieszczęśliwe dziecko znajdzie dom! Poszli razem do sali dzieci. Oto Lenka – podrosła, jasne włoski kręcą się, policzki rumiane, pojawiły się pierwsze ząbki. Dziewczynka papla i uśmiecha się. Saszka wziął ją na ręce, Lenka wtuliła się w niego. Przeszła też do Wiktorii. Wszyscy wzruszeni do łez. Cały dzień spędzili razem w domu dziecka, słuchając rad lekarzy i pielęgniarek. Ale dziecka im jeszcze nie dali. Trzeba było przejść niełatwą procedurę sądową. Po radzie pani Pietrzyk, akt zrzeczenia się Leny przez rodziców załatwili w sądzie – zostali pozbawieni praw, już nie mogli się rozmyślić. Wreszcie zawieźli córkę do domu. Wiktoria rzuciła pracę, całkowicie oddała się Lence. Zaczęli przygotowania do operacji w gdańskiej klinice. Miesiąc spędzili w szpitalu, a potem już Lenka pokazywała tacie, jak sama je kaszę łyżką, jak miauczy kotek, jak bodzie kózka. Na nóżki wciąż ciężko patrzeć, na spacer tylko w długich spodniach. Chodzi niezdarnie, jak kaczątko. Ale Lenka jest żywa, otwarta na ludzi, wcześnie zaczęła mówić, zna wszystkich w okolicy. A najbardziej kocha Saszka. Jej tatuś – taki teraz ma pseudonim. choćby Wiktoria tak go przezywa. A jej tatuś świata poza córką nie widzi, Lenka jest jego oczkiem w głowie, jego słoneczkiem. Po roku zaczęli dalsze leczenie nóg. Kilka razy wywozili dziecko do Gdańska. Ile cierpienia przeszła dziewczynka! Ile wysiłku i nieprzespanych nocy kosztowało to rodziców! Ale w końcu – triumf: nóżki jak u innych dziewczynek. Może biegać i skakać. W wieku pięciu lat Lenka poszła do przedszkola. Tam zauważono jej talent do rysowania, doradzono jego rozwijanie. W wieku sześciu lat zaczęła uczęszczać do szkoły plastycznej. Jej prace coraz częściej pojawiały się na dziecięcych konkursach. Pejzaże, pogodne scenki przyciągały uwagę dorosłych, a największe zdumienie budził wiek autorki – nie ulegało wątpliwości, iż to talent. W wieku siedmiu lat Lenka poszła do szkoły podstawowej. Od pierwszych dni była liderką klasy, prymuską, wesołą, otwartą dziewczynką. Wspaniale rysuje, chodzi do szkoły plastycznej, zapisała się do kółka tanecznego. Zawsze otoczona przyjaciółmi, wszędzie, gdzie się pojawi, jest śmiech i radość. Rodzice nie wstydzą się chodzić na wywiadówki – o Lence same pochwały. Nikt nie domyśla się, przez co przeszła ta dziewczynka i jej rodzice, ci, którzy ją pokochali i wychowają, a nie ci, którzy ją urodzili. Los nie opuszcza szczęściem Saszka i Wiktorii. Po pojawieniu się Lenki w rodzinie, szczęście im dopisuje. Słabo rozkręcony biznes Saszka stopniowo urósł w siłę. Pozwoliło im to na przeprowadzkę do Gdańska. Kupili tam udanie mieszkanie, posłali córkę do dobrej szkoły. Dziś Lenka chodzi już do szóstej klasy, przez cały czas jest prymuską i bywa na zajęciach w szkole plastycznej. To piękna, niebieskooka dziewczynka z jasnym warkoczem. Urocza, pogodna, ulubienica wszystkich. Dar od Boga – tak mówią o niej wszyscy, którzy ją znają.
PKO BP: w aplikacji złożysz istotny wniosek. Kilka kliknięć i wpadają pieniądze
Tak reaguje większość rodziców przy zakrztuszeniu noworodka. Ratownicy mówią wprost: to błąd
Po tym, jak powiedziałem żonie, iż jej córka nie jest moją sprawą, cała prawda o naszej polskiej rodzinie wyszła na jaw
Teściowa do kwadratu – No ładnie! – zamiast powitania powiedział Edek, widząc w progu niewysoką, energiczną staruszkę w dżinsach, z chytrym uśmiechem przyklejonym do wąskich ust. Spod zmrużonych powiek błyszczały psotnie wesołe oczy. „Babcia Karoliny, pani Waleria – pomyślał. – Ale jak to, bez zapowiedzi, choćby nie zadzwoniła…” – Cześć, wnuczku! – uśmiechając się szeroko, odezwała się staruszka. – Do domu wpuścisz? – Tak, oczywiście! – lekko zdezorientowany przytaknął Edek. – Proszę bardzo, zapraszam. Pani Waleria wytoczyła do mieszkania walizkę na kółkach. . . – Dla mnie herbatkę, ale mocną! – zarządziła, gdy Edek proponował napój. – Karolina w pracy, Zuzia w przedszkolu, a ty co tak się obijasz? – Na przymusowym urlopie jestem – westchnął Edek. – Dwa tygodnie przez firmę. – Jego plany na wypoczynek zaczynały wyparowywać. Spojrzał z nadzieją na gościa. – Zamierza się pani zatrzymać na dłużej? – Zgadłeś – potwierdziła, odbierając mu resztki nadziei. – Na długo. Edek westchnął ponownie. Panią Walerię znał ledwie z widzenia – raz, na ślubie z Karoliną, przyjechała wtedy z innego miasta. Ale słyszał o niej niejedno od swojego teścia, któremu na samą myśl o teściowej drżały kolana. – Pozmywaj naczynia i zbieraj się. Oprowadzę cię po mieście, będziesz moim przewodnikiem! – wydała rozkaz. Sprzeciwu nie znalazł – ton głosu przypomniał mu wojskową surowość sierżanta z czasów wojska. Sprzeciwianie się oznaczało kłopoty. – Pokażesz mi bulwary nad Wisłą! – zażądała pani Waleria. – Jak tam najlepiej dotrzeć? – Ujęła Edka pod ramię i z energicznym krokiem ruszyła chodnikiem, ciekawie rozglądając się po okolicy. – Taksówką – wzruszył ramionami Edek. Pani Waleria nagle przyłożyła palce do ust i zagwizdała tak głośno, iż przejeżdżająca taksówka natychmiast zahamowała. – Po co pani tak gwiżdże? Co ludzie pomyślą? – burknął Edek, pomagając jej wsiąść do auta. – Nic nie pomyślą – roześmiała się staruszka. – Może tylko, iż to ty jesteś taki huligan. Taksówkarz roześmiał się razem z panią Walerią, przybili sobie piątkę, jakby byli starymi znajomymi. – Ty, Edziu, chłopak jesteś stateczny i grzeczny – mówiła mu podczas spaceru. – Twoja babcia, pewnikiem, zachowuje się dystyngowanie, a ja nie potrafię. Mój świętej pamięci mąż był cichy, domator, książki tylko i książki… Ale pojawiłam się ja – i się zaczęło! Na Tatry go ciągałam, nauczyłam skakać ze spadochronem – tylko lotni bał się panicznie. Na ziemi zostawał z córką, a ja nad nimi krążyłam. Edek słuchał zdumiony – Karolina nigdy nie opowiadała o babci takich rzeczy. Życie miała najwyraźniej pełne przygód; to sporo wyjaśniało w jej charakterze. Spojrzała stanowczo: – Skakałeś kiedyś ze spadochronem? – W wojsku, czternaście razy – przyznał z dumą Edek. – Szacun – przytaknęła pani Waleria. Zanuciła: „Długo będziemy spadać, W tym skoku ciągnącym się…” Edek podłapał melodię i zanucił drugą zwrotkę. Piosenka zbliżyła ich – przestał już czuć respekt wobec niezwykłej staruszki. – Odpoczynijmy i coś przekąśmy! – zaproponowała. – Chodź do tej budki – pachnie jak u najlepszego grill-mistrza w Katowicach, czujesz? Grill-mistrz – krępy brunet o twardym spojrzeniu – nabijał na szaszłyk kawałki zamarynowanego mięsa. Wyglądał jak ktoś, kto równie sprawnie co szaszłyki, nadziewa na szpikulec wrogów. Aż chciało się krzyknąć: „Hej!” i zatańczyć „góralskie”. Usiedli przy stoliku; pani Waleria rozbawionym wzrokiem spoglądała na kucharza i nagle zanuciła czystym, donośnym głosem: „Hej, góralu, czy ci nie żal, Zostać tu na zabawie…” Kucharz poderwał głowę i z entuzjazmem odśpiewał refren. Wspólna śpiewka ulepszyła klimat i właściciel wnet postawił przed nimi talerze z szaszłykami, chlebem i pachnącą zieleniną. Przyniósł też dwa kieliszki zimnego wytrawnego wina. Do aromatu smażonego mięsa wyłonił się z krzaków malutki szary kociak. Podeszedł cicho, z nadzieją, patrząc im w oczy. – Oj, właśnie ciebie tu brakowało – ucieszyła się pani Waleria. – Chodź tu, malutki – poprosiła kucharza: – Czy może pan przynieść temu kotkowi świeżutkiego mięska, tylko drobniej pokrojonego? Gdy kociak jadł ze smakiem, pani Waleria pouczała Edka: – Dziecko wam rośnie, i to córeczka! Jak zamierzacie jej nauczyć czułości, troski i empatii bez kota w domu? Ten kotek jest wam potrzebny! Po powrocie do domu zabrała się za kąpanie znajdka, Edka wysłała zaś do sklepu po wyprawkę dla kota. Gdy wrócił obładowany kuwetą, miseczkami, legowiskiem i drapakiem, w mieszkaniu aż huczało od damskiego śmiechu. Karolina i Zuzia obsiadły babcię, całuśna euforia trwała w najlepsze, a kotek, nazwany Lwem, bacznie przyglądał się nowym zwyczajom. – Zuziu, tu masz letni komplet z krótkimi spodenkami – wręczała prezenty babcia – a to dla ciebie, Karolinko. Nic tak nie dodaje uroku w oczach męża jak koronkowe majtki… Przez cały następny tydzień Zuzia nie chodziła do przedszkola. Z babcią znikały rano, wracały zmęczone, uśmiechnięte, pełne nowych historii. Czekały na nie w domu Edek i mały Lew. Wieczorami dołączała Karolina – razem ruszali na spacer, z kotkiem pod pachą. – Pogadać muszę z tobą, Edziu – powiedziała któregoś wieczoru pani Waleria, nadzwyczaj poważnie. – Jutro wyjeżdżam. Tu masz coś dla Karoliny – po moim wyjeździe wręcz jej to. – Dała mu przezroczystą teczkę z dokumentem. – To testament. Mieszkanie i wszystko, co mam, zostawiam jej. Tobie – bibliotekę mojego męża. Bezcenna kolekcja, pełna rarytasów z autografami znanych ludzi… – Po co, pani Walerio?! – wykrzyknął Edek, ale gestem go uciszyła. – Karolinie nic nie mówiłam, tobie powiem – mam ciężkie kłopoty z sercem. Skończyć się może nagle, muszę być przygotowana. – Ale jak tak sama? Ktoś powinien z panią być! – żachnął się Edek. – Zawsze ktoś przy mnie – uśmiechnęła się babcia. – A poza tym, córka, twoja teściowa, mieszka w sąsiednim mieście. Ty dbaj o Karolinę i wychowuj Zuzię. Dobry z ciebie chłopak, solidny. A w końcu jestem dla ciebie podwójną teściową! – klepnęła go po ramieniu i roześmiała się serdecznie. – Może zostanie pani troszeczkę dłużej? – poprosił. Babcia podziękowała uśmiechem, ale kiwnęła przecząco głową. Odprowadzała ją cała rodzina – choćby Lew, wygodnie ułożony na rękach Zuzi, wydawał się nieco przygnębiony. Pani Waleria przyłożyła palce do ust i głośno zagwizdała! Nadjeżdżająca taksówka gwałtownie zahamowała. – No, ziątku, zaprowadzisz mnie na dworzec! – zdecydowała, całując na pożegnanie Karolinę i Zuzię, po czym usiadła z przodu. Taksówkarz spojrzał zaskoczony na babcię, która zatrzymała go niecodziennym sposobem. – A co się pan dziwi? – burknął Edek. – Pierwszy raz widzi pan porządną kobietę? Sucha babcia, potrząsając siwymi loczkami, roześmiała się radośnie i głośno przybiła Edkowi piątkę.
Ponad 500 budynków bez ogrzewania. Wielka awaria w Warszawie
Awaria ciepłownicza w Warszawie. Pół tysiąca domów bez ogrzewania
Moja siostra chce, żebym wyprowadziła się z własnego mieszkania, bo spodziewa się dziecka. Czy to normalna sytuacja? Dawno temu rodzice kupili nam z siostrą dwupokojowe mieszkanie – mówili, iż kiedyś zamienimy je na dwa kawalerki, żeby każda miała swoje własne lokum. Później moja siostra poznała chłopaka, wyszła za mąż i poprosiła mnie, czy może wraz z mężem zamieszkać ze mną w naszym mieszkaniu. Zgodziłam się. Na początku wszystko było dobrze, aż do momentu, gdy siostra dowiedziała się, iż jest w ciąży. Od tego czasu ona i jej mąż nalegają, żebym się wyprowadziła, a pokój po mnie miałby być dla dziecka. Czy to normalne? Dlaczego miałabym się na to zgodzić, skoro jestem pełnoprawną współwłaścicielką mieszkania? Studiuję, a moje dochody to wyłącznie stypendium i praca na pół etatu – nie stać mnie na wynajęcie mieszkania. Najpierw delikatnie sugerowali, żebym się wyprowadziła, teraz mówią o tym wprost. Siostra już planuje, gdzie stanie łóżeczko, jak przemalują mój pokój – jakby mnie już dawno tu nie było. Ale nie zamierzam się wyprowadzać, bo mam swoje prawa do mieszkania. Opowiedziałam o tym rodzicom, mama zażartowała, iż to kwestia hormonów w ciąży i minie, żebym nie przejmowała się słowami siostry. Ale jak mam nie zwracać na to uwagi, skoro codziennie praktycznie jestem wyrzucana z własnego domu? Czuję się jak obca we własnym mieszkaniu, a siostra nie zamierza zmienić zdania. Co powinnam teraz zrobić?
Każdy wtorek Za każdym razem, gdy Liana śpieszyła się do warszawskiego metra, ściskała w dłoni pustą reklamówkę – symbol dzisiejszego niepowodzenia. Zmarnowała dwie godziny na bezcelowe krążenie po Złotych Tarasach i Galerii Mokotów, nie znajdując żadnego sensownego pomysłu na prezent dla chrześnicy – córki swojej przyjaciółki. Dziesięcioletnia Maja już dawno przestała kochać kucyki i zafascynowała się astronomią, a znalezienie porządnego teleskopu w rozsądnej cenie okazało się kosmicznie trudnym zadaniem. Był już wieczór i pod ziemią czuło się specyficzne zmęczenie końca dnia. Liana, przeciskając się przez wychodzących ludzi, dotarła do schodów ruchomych. W tym momencie jej odrętwiały od ulicznego gwaru słuch wyłapał w tłumie wyraźny, emocjonalny głos: – Nie sądziłam, iż go znów zobaczę, przysięgam — usłyszała za sobą dziewczynę o drżącym głosie. — A teraz co wtorek odbiera ją z przedszkola. Sam. Przyjeżdża swoim autem i jadą razem do tamtego parku z karuzelami… Liana zatrzymała się na schodach. Odwróciła się na moment i zobaczyła mówiącą dziewczynę – rzucała się w oczy czerwonym płaszczem, z twarzą pełną emocji i błyszczącymi oczami. Obok przyjaciółka słuchała w skupieniu, przytakując. „Każdy wtorek”. Ona też kiedyś miała taki dzień. Trzy lata temu. Nie poniedziałek, pełen ciężkiego startu tygodnia, nie piątek z obietnicą weekendu. To właśnie wtorek był tym dniem, wokół którego kręcił się jej świat. Każdy wtorek punktualnie o piątej kończyła lekcje polskiego i literatury w liceum na Mokotowie i niemal biegła na drugi koniec miasta. Do Szkoły Muzycznej im. Chopina, w starej kamienicy z trzaskającym parkietem. Odbierała Marka. Siedmioletniego, zbyt poważnego jak na swój wiek chłopca ze skrzypcami niemal równymi mu wzrostem. Nie swojego syna – bratanka. Syn brata Antka, który zginął przed trzema laty w tragicznej kolizji. Pierwsze miesiące po pogrzebie te wtorki były rytuałem przetrwania. Dla Marka, który zamknął się w sobie i prawie przestał mówić. Dla jego mamy, Olgi, która była na skraju wyczerpania. I dla samej Liany, próbującej poskładać ich świat na nowo, stając się kotwicą i opoką. Pamiętała każdy szczegół. Jak Marek wychodził z klasy bez słowa, ze spuszczoną głową. Jak odbierała od niego ciężkie skrzypce i szli razem do metra. Jak rozmawiała z nim o śmiesznej gafie ucznia, o kawce podkradającej bułkę na szkolnym podwórku. Pewnego listopada, gdy padał deszcz ze śniegiem, Marek zapytał: – Ciociu Liano, a tata też nie lubił deszczu? – i ona, doświadczając bolesnej tkliwości, odpowiedziała: – Nie znosił. Zawsze biegł pod pierwszy lepszy dach. Wtedy chwycił ją za rękę, mocno, po dorosłemu. Nie po to, żeby ją prowadziła, ale jakby chciał uchwycić coś ulotnego. Nie jej dłoń, ale wspomnienie. W tym uścisku było tyle dziecięcego smutku i nagłe olśnienie: tata istniał naprawdę, biegał pod daszki, nie znosił pluchy. Był obecny nie tylko we wspomnieniach i cichych westchnieniach babci, ale i tutaj — w jesiennym powietrzu, na tej ulicy. Trzy lata jej życie dzieliło się na „przed” i „po”. A wtorek był dniem prawdziwego istnienia. Pozostałe dni były tłem. Przygotowywała się do nich: kupowała sok jabłkowy, który lubił Marek, wgrywała śmieszne bajki na telefon na wypadek znużenia w metrze, wymyślała tematy rozmów. Później Olga wracała stopniowo do siebie. Znalazła pracę, potem też nową miłość. Postanowiła zacząć od nowa, daleko od wspomnień, w innym mieście. Liana pomogła im się spakować, oddała Markowi skrzypce w miękkim futerale, przytuliła go na dworcu: – Pisz, dzwoń. Zawsze jestem, pamiętaj – mówiła, tłumiąc łzy. Początkowo dzwonił co wtorek dokładnie o szóstej. Przez kilkanaście minut znów była ciocią Lianą, musiała wypytać o wszystko: o szkołę, skrzypce, nowych kumpli. Jego głos był cienką, niewidzialną nitką między miejscami oddalonymi o setki kilometrów. Później telefony były co dwa tygodnie. Marek dorastał, miał więcej zajęć, zadania, gry z kolegami. „Ciociu, sorry, w zeszły wtorek było klasówka”, pisał w wiadomości, a ona odpisywała: „Nic, promyczku. Jak poszło?”. Jej wtorki znaczyło już nie czekanie na telefon, ale krótką wiadomość, która mogła pojawić się, ale nie musiała. Nie miała żalu. Pisała wtedy sama. Potem – tylko na ważne okazje: urodziny, święta. Jego głos stawał się coraz pewniejszy. Mówił już nie tyle o sobie, co ogólnikami: „W porządku”, „Damy radę”, „Uczymy się”. Jego ojczym, Sebastian, okazał się dobrym, spokojnym człowiekiem – nie udawał ojca, po prostu był. To się liczyło. Niedawno urodziła się siostrzyczka – Alinka. Na zdjęciu w mediach społecznościowych Marek trzymał maleństwo z niezgrabną, ale wzruszającą czułością. Życie – okrutne i hojne zarazem – szło do przodu, ale dawne rany zarastały codziennością i nowymi planami. W tym nowym świecie dla Liany coraz ciaśniej robiła się „szufladka cioci z dawnych lat”. W tym zimnym metrze przypadkowe słowa – „każdy wtorek” – zabrzmiały nie jak wyrzut, a jak ciche echo. Jak pozdrowienie od tamtej Liany, która przez trzy lata nosiła w sobie wielką, gorącą odpowiedzialność i miłość, jak otwartą ranę i największy dar. Ta Liana wiedziała, kim jest: podporą, latarnią, nieodzownym elementem w życiu małego człowieka. Była potrzebna. Kobieta w czerwonym płaszczu miała swoją własną historię – bolesny kompromis między przeszłością a teraźniejszością. Ale ten rytm, ten nieubłagany porządek – „każdy wtorek” – jest uniwersalnym językiem. Językiem obecności, która mówi: „Jestem. Możesz na mnie liczyć. Jesteś istotny dla mnie tu i teraz”. To był język, który kiedyś Liana znała biegle, a dziś prawie go zapomniała. Gdy metro ruszyło, Liana wyprostowała się, patrząc na swoje odbicie w ciemnym tunelowym oknie. Wysiadła na Śródmieściu, już wiedząc, iż jutro zamówi dwa takie same teleskopy – niedrogie, ale dobre. Jeden dla Mai, drugi dla Marka z wysyłką do domu. Gdy tylko pakuje przesyłkę, napisze do niego: „Marku, to po to, żebyśmy mogli patrzeć na to samo niebo, choć jesteśmy w innych miastach. Co powiesz na to, żebyśmy się spotkali przy gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy we wtorek, o szóstej? Zegarę ustawione! Uściski, ciocia Liana”. Wyjechała ruchomymi schodami wprost do wieczornego miasta. Powietrze było zimne i świeże. Przyszły wtorek już nie będzie pusty. Znowu nabrał znaczenia. Nie jako obowiązek, ale jako delikatna umowa między dwojgiem ludzi, połączonych pamięcią, wdzięcznością i cichą, niezniszczalną nicią rodziny. Życie toczyło się dalej. W jej kalendarzu przez cały czas zostawały dni, które można nie tylko przeżyć, ale umówić. Umówić na mały cud wspólnego patrzenia w niebo na setki kilometrów. Dla wspomnień, które już nie bolą, ale grzeją. Dla miłości, która nauczyła się innego języka – odległych miejsc – i stała się przez to delikatniejsza, mądrzejsza i jeszcze trwalsza.
Nie mów tak do dziecka podczas kłótni. To, co się stanie, cię przerazi
Lista moich marzeń
Znalazł mnie o świcie na tej samej krawędzi łóżka, na której się rozpadłam tej nocy
Nie chcę, żeby Twój syn mieszkał z nami po ślubie – historia o tym, jak niedoszła macocha próbowała pozbyć się dziecka, a ojciec musiał wybrać między nową żoną a synem
Polska liderem Europy w ocenie infrastruktury rowerowej i bezpieczeństwa dzieci
Książka zmniejszająca dystans między dzieckiem a dorosłym
Unikaj tego z Action. Może legalne, ale niebezpieczne
Repertuar kina Helios w Nowym Sączu. Premiery, wielkie widowiska i familijne seanse od 6 do 12 lutego
Dar z nieba… Poranek był szary i pochmurny. Ciężkie chmury wlokły się nisko nad Warszawą, w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadciągała burza — pierwsza burza tej wiosny. Zima już odeszła, ale wiosna nie kwapiła się, by rozkwitnąć w pełni. Ciągle było chłodno, porwiste wiatry unosiły tumany kurzu, przeganiając po asfalcie zeszłoroczne liście. Młoda trawa ledwo przebijała się przez skostniałą ziemię, a pąki drzew wciąż czekały na swój czas. Przyroda wyczekiwała deszczu. Ostatnia zima była w stolicy uboga w śnieg, wietrzna i mroźna – ziemia nie wypoczęła pod białą kołdrą, nie nasyciła się wilgocią i teraz z utęsknieniem wyglądała burzy. Burza miała przynieść oczekiwaną wodę, zmyć kurz i dać nowe życie — wtedy dopiero mogła rozkwitnąć prawdziwa wiosna, hojna i kwitnąca niczym młoda, czuła Polka. I wtedy właśnie ziemia zrodzi świeżą trawę, kolorowe kwiaty, delikatne liście i słodkie owoce na drzewach. Ptaki radośnie zaśpiewają i zaczną budować gniazda wśród rozkwitającej zieleni mokotowskich sadów. Życie toczy się dalej. – Saszku, chodź na śniadanie! — z kuchni dobiegał głos Wioli. — Kawa stygnie! Zapach świeżej kawy i jajecznicy rozlewał się po mieszkaniu, ale po wczorajszej ciężkiej rozmowie, płaczu Wioli, nieprzespanej nocy i bolesnych rozmyślaniach, Sasza nie miał siły wstać z łóżka. ale trzeba — życie toczy się dalej. Wiola wyglądała na wyczerpaną, miała czerwone oczy i cienie pod nimi. Podała mu policzek do pocałunku, słabo się uśmiechnęła. – Dzień dobry, kochanie. Chyba będzie burza, Boże, jak bardzo chcę żeby spadł deszcz! Czy już przyjdzie w końcu prawdziwa wiosna? Wiesz co mi dzisiaj przyszło do głowy? Wiersz… Czekam na wiosnę jak na wybawienie Od zimnej nocy, bezdomnego śnienia Wiosny doczekam się jak wyjaśnienia Splątanych myśli i trudnych pragnień Wierzę, przyjdzie — wszystko rozjaśni Wierzę — tylko ona wszystko naprawi Prościej, szczerzej, bezpieczniej, prawdziwiej Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź już szybciej! Sasza objął ją za drobne ramiona, pocałował w jasną, smutną głowę, pachnącą rumiankiem i łąką. Serce ścisnął żal. Moja biedna, ukochana Wioluniu, za co Bóg nas tak doświadcza? Przez te wszystkie lata żyliśmy tylko nadzieją… A wczoraj profesor Wolski, nasza ostatnia nadzieja, zniszczył ją jednym zdaniem. – Przykro mi, ale nie będziecie mieli dzieci. Pobyt w Czarnobylu, Sasza, nie przeszedł bez konsekwencji. Medycyna jest tu bezradna. Bardzo mi przykro. Wiola otarła oczy i podjęła decyzję: – Sasza, myślałam długo. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile w Polsce samotnych dzieci, weźmy chłopca, wychowamy, będziemy mieć synka. Zgadzasz się? Tyle czekaliśmy… Sasza przyciągnął ją mocno. – Zgadzam się! Nie płacz, skarbie. W tym momencie rozległ się potężny grzmot i lunął deszcz. Niebo otworzyło się nad Warszawą! Pan Bóg wysłuchał naszych modlitw… Ich życie zaczęło się od nowa, wraz z wiosennym deszczem. Kilka dni później stali przed bramą warszawskiego domu dziecka — przyszli poznać synka, swoje czekane szczęście. Jednak los prowadził ich inaczej — serca zabolały na widok zapomnianej, niechcianej, zaniedbanej dziewczynki – Lenki. Choć przyszli po chłopca, to właśnie Lenka poruszyła ich do głębi. Pomimo sprzeciwu personelu, zdecydowali: – Chcemy tą dziewczynkę. Lenka urodziła się z poważną wadą nóg. Gdy ją znaleźli w maleńkim wiejskim szpitalu na Podlasiu, rodzice oddali ją do domu dziecka. Dyrektorka ostrzegała Saszę i Wiolę: – To trudny przypadek. Wiele operacji, dużo wydatków, morze cierpliwości i miłości… Po trudnych rozmowach i konsultacjach z profesorem Kidą w Gdańsku, podjęli decyzję: zrobią wszystko, by Lenka rosła zdrowa. Sprzedali nowy samochód, zrezygnowali z budowy domu i całą energię poświęcili dla córki. Każda operacja przynosiła nadzieję i ból. Wiola czuwała nocami w szpitalu, Sasza co dzień uszczęśliwiał córkę uśmiechem. Ich mała, nieśmiała dziewczynka rozkwitła: zaczęła chodzić, mówić, rysować. Odetchnęli, gdy w przedszkolu odkryto jej plastyczny talent, który rozwijała w szkole plastycznej. Z dumą patrzyli, jak ich córka zdobywa nagrody i serca wszystkich. W podstawówce Lenka stała się liderką, duszą klasy, wzorem dla innych. Tylko Sasza i Wiola znali prawdziwą cenę szczęścia — lata strachu, nieprzespane noce, wyprzedane marzenia i pełnia miłości, która wróciła do nich z podwójną siłą. Pan Bóg, patrząc na ich dobroć, pozwolił Saszy rozwinąć firmę — rodzinie powodziło się coraz lepiej, przeprowadzili się do Gdańska, Lenka trafiła do prestiżowej szkoły. Dziś to piękna, niebieskooka dziewczyna z jasnym warkoczem, otoczona przyjaciółmi i uwielbiana przez nauczycieli. Dar z nieba — tak nazywali ją z dumą rodzice.
Została mamą w wieku 15 lat. Usłyszała od rodziców, iż jest "chodzącą porażką"
– Ona po prostu manipuluje moim mężem! – oburzała się Inna – Czy jestem tylko tą trzecią? Życie w cieniu jego byłej żony, wiecznych telefonów i pomocy – ile jeszcze można to znosić?
Teściowa do kwadratu — To dopiero niespodzianka! — zamiast przywitania zareagował Edek, widząc w drzwiach filigranową, energiczną staruszkę w dżinsach o zawadiackim uśmiechu na wąskich ustach. Spod zmrużonych powiek figlarnie błyszczały rozbawione oczy. „Babcia Jowity, pani Walentyna — rozpoznał po chwili. — Ależ ona tu, bez zapowiedzi, choćby nie zadzwoniła…” — Witaj, wnuczku! — uśmiechnęła się i weszła pewnym krokiem, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach. — Wpuścisz mnie do środka? — Oczywiście, zapraszam! — Edek zaczął krzątać się po mieszkaniu. Pani Walentyna rozgościła się, rozpakowała walizkę i poprosiła o mocną herbatę. — Jowita w pracy, Martynka w przedszkolu, a ty co się lenisz? — zagadnęła ze śmiechem. — Wysłali mnie na dwutygodniowy urlop, rzekomo z powodu „ważnych spraw służbowych”… — odparł zrezygnowany, czując jak wizja spokojnych dwóch tygodni rozpływa się w powietrzu. — Planuje pani zostać u nas długo? — Trafiłeś w dziesiątkę! — i jednym ruchem rozwiała jego nadzieje. — Zostanę na dłużej. Edek westchnął ciężko. kilka znał babcię swojej żony, widział ją raz, na ślubie, ale dużo słyszał — zwłaszcza od teścia, który o niej opowiadał szeptem, z szacunkiem i lekkim niepokojem. — Umyj naczynia i szykuj się, robimy objazd po mieście! — zarządziła nagle. — Pokażesz mi bulwary nad Wisłą — a na pytanie jak się tam dostać, wyszli razem, a pani Walentyna z typowym dla siebie rozmachem przywołała nadjeżdżającą taksówkę głośnym gwizdem. Później, po drodze, oczywiście musieli spróbować najlepszych szaszłyków w miejskim barze prowadzonym przez temperamentnego Ormianina, zaśpiewać z nim „Gamarjoba, genacvale” i nakarmić przybłąkanego kotka, którego pani Walentyna stanowczo przygarnęła do rodziny, fundując mu pierwszy sierściuchowy zestaw startowy, a Edkowi — lekcję o tym, jak w domu z córką nie może zabraknąć czworonożnego przyjaciela. Przez cały tydzień Martynka nie chodziła do przedszkola, bo razem z prababcią codziennie znikały na długie spacery, a wieczorem cała rodzina, z kociakiem nazwanym Lwem, wybierała się na wspólne wypady. W końcu, przed odjazdem, pani Walentyna przekazała Edkowi kopertę z testamentem, żegnając się radośnie, choć nieco nostalgicznie, podkreślając, iż jemu przypadła w spadku bezcenna biblioteka żona. — No, Edziu, jestem dla ciebie teściową do kwadratu! — zawołała na pożegnanie, żartobliwie klepiąc go po ramieniu. Odwiozła ją na dworzec cała rodzina, kotek Lwuś w objęciach Martynki, a kiedy gwizdnęła na taksówkę, Edek tylko mruknął rozbawiony do kierowcy: — Pan chyba nie widział jeszcze eleganckiej polskiej babci w akcji, co? Na teściową w kwadracie nie ma mocnych!
A ty mi proponujesz biegać z niemowlęciem dwa kilometry po chleb? W ogóle, nie wiem już, czy jesteśmy ci z Warcią potrzebni!
Najpopularniejsze imiona nadawane dzieciom w Polsce. Co się zmieniło?
Fala kontroli zwolnień chorobowych w Polsce. "Niektórzy lekarze trafiają do »złotej księgi«"
Profilaktyka bólu kręgosłupa: jak certyfikaty AEH potwierdzają skuteczność materacy medycznych?
Muzeum w Bochni zaprasza dzieci na drugie zajęcia feryjne
Pewnego pozornie zwyczajnego dnia na izbie przyjęć powiatowego szpitala wydarzyło się coś, co przewróciło do góry nogami nie tylko życie personelu, ale też wpłynęło na każdego, kto o tym usłyszał
Przez taką drobnostkę choćby nie zamierzam prosić o wolne z pracy, — powiedziała mi mama, gdy zaprosiłam ją na swoje wesele.
Boski dar… Szare, poranne niebo, ciężkie chmury suną nisko nad Warszawą, w oddali słychać stłumione grzmoty. Nadciąga burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, ale wiosna nie spieszy się, by wziąć panowanie. Wciąż jest zimno, przeszywający wiatr niesie tumany kurzu, wirujące zeszłoroczne liście tańczą po chodnikach. Nieśmiało przez zbitą ziemię przebija się młoda trawa. Pąki drzew nie kwapią się ujawnić swe skarby. Przyroda tęskni za deszczem. Zima była w tym roku sucha i lodowata, ziemia nie wypoczęła pod śnieżnym puchem, nie naciągnęła wilgoci, nie wyśniła wiosny i teraz z niecierpliwością czeka na burzę. Wreszcie deszcz przyniesie ukojenie, zmyje brud, ożywi. Dopiero wtedy rozkwitnie prawdziwa polska wiosna – hojna, rozśpiewana, pachnąca, jak młoda zakochana kobieta. Dopiero wtedy ziemia wyda zieloną trawę i wielobarwne kwiaty, kołyszące się listki i dojrzałe owoce na drzewach. Ptaki radośnie zaśpiewają, zbudują gniazda wśród młodych liści w kwitnących sadach. Życie trwa dalej. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie! Z kuchni płynie zapach kawy i jajecznicy. Trzeba wstać. Po wczorajszej rozmowie, łzach Wiktorii, nieprzespanej nocy i bolesnych przemyśleniach wstać niełatwo. Ale trzeba – życie toczy się dalej. Wiktoria wygląda nie lepiej: zmęczona, czerwone oczy, cień pod nimi. Podała mu bladą twarz na powitanie, słabo się uśmiechnęła. – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak bardzo marzę o deszczu! Kiedy zacznie się ta prawdziwa wiosna? Posłuchaj, przyszły mi do głowy wiersze: Czekam wiosny jako wybawienia Od zimowego chłodu, osamotnienia. Czekam wiosny jakby wyjaśnienia Wszystkich życiowych pogmatwań. Ciągle mam nadzieję: ona przyjdzie Wszystko się wyjaśni, rozwinie Tylko ona może uporządkować, choćby najprościej, ale najpewniej, najwierniej. Gdzie jesteś, wiosno? Przychodź już! Sasza objął ją za wątłe ramiona i pocałował w pochyloną, jasną głowę. Włosy pachniały polskimi łąkami i rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu. Moja kochana, za co nas tak Bóg doświadcza? Przez lata żyliśmy nadzieją. A wczoraj profesor, nasza ostatnia szansa, ostatecznie ugasił ją. – Przykro mi, ale dzieci nigdy mieć nie będziecie. Twój pobyt w okolicach Czarnobyla, Saszku, nie przeszedł bez śladu. Tu medycyna jest bezsilna. Żal mi, ale nic nie mogę zrobić. Wiktoria stanowczo otarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszku, długo myślałam. Powinniśmy adoptować dziecko. W domach dziecka tyle nieszczęśliwych maluchów. Weźmy chłopca, wychowamy – będzie syn, nasz wymarzony synek. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy na naszą rodzinę… – Strumień łez popłynął znów. Saszka przyciągnął ją do piersi i sam też nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz, kochanie, nie płacz. W tym momencie rozległ się ogłuszający grzmot. Cały dom zadrżał. I lunął rzęsisty deszcz – ogromne strugi spływały po szybach! Pan Bóg wreszcie wysłuchał naszych modlitw! Chwilę później stali już we dwójkę przed domem dziecka na warszawskiej Pradze. Byli umówieni na spotkanie. Przyszli wybrać synka – wymarzonego synka, Wacka, Władzia… Już go kochali, choć jeszcze nie widzieli. Kochali miłością gromadzoną latami niespełnionego rodzicielstwa. Serca biły jak oszalałe, trudno było oddychać z emocji. Saszka nacisnął dzwonek. Otworzyli od razu – czekano na nich. Krótka rozmowa z dyrektorką, a potem oprowadzanie. W pierwszym pokoju, przez który przechodzili, zauważyli dziewczynkę – siedziała w wilgotnym śpioszku na mokrym prześcieradle. Brudna koszulka, zasmarkany nosek, ogromne, smutne niebieskie oczy. Bijący od niej smutek i osamotnienie zapierał dech. To jest dom dziecka – azyl odrzuconych, niechcianych… W drugim pokoju same maluchy. Miła pani pokazuje dzieci, opowiada o nich, informuje o rodzicach. Wszędzie porządek, dzieci na czystych pościelach. Wyciągano kilka dzieci z łóżeczek, pokazywano – jak na rynku, pomyślał Sasza. Jesteśmy tu jak klienci. Zabrakło tylko wagi. – Sasza, wróćmy do tej smutnej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. Sasza ścisnął jej ramię. – Proszę pani, chcielibyśmy zobaczyć tamtą dziewczynkę z pierwszego pokoju, tę z niebieskimi oczami. – Ale… Przecież szukają państwo chłopca! Ta dziewczynka nie była przygotowana na prezentację. – Proszę, wróćmy jeszcze – chcemy ją zobaczyć. Pielęgniarka była wyraźnie zaskoczona, ale skinęła głową i powiodła ich z powrotem. – Zaraz zawołam panią Annę – dyrektorkę. Proszę poczekać. – wskazała krzesła. Wiktoria przytuliła się do ramienia Saszy. – Sasza, możemy wziąć tę dziewczynkę? Serce mi drgnęło na jej widok. – Mi też. Jest do ciebie podobna. Włosy i oczy… Taka nieszczęśliwa. Podeszła pielęgniarka z dyrektorką. Pani Anna była wyraźnie zmartwiona. – Wybrali państwo najtrudniejsze dziecko. Ona może nie spełnić państwa oczekiwań. – Czemu? Nam się bardzo podoba, jest cała podobna do Wiktorii! Oprowadzono ich do łóżeczka dziewczynki. Teraz już czysta, przebrana, z uśmiechem, na policzkach wypieki. Gdy ujrzała, iż zatrzymali się przy jej łóżku, rozpromieniła się i wyciągnęła rączki. Próbowała choćby wstać… Wiktorii aż zadrżała dłoń – nóżki były powykręcane, stopy dziwnie ułożone. Sasza bez namysłu podniósł dziewczynkę, a ta wtuliła się w jego policzek mokrym noskiem, zamilkła. Łzy napłynęły do oczu, Wiktoria wtuliła się w jego ramię i zapłakała. Pani Anna odwróciła się, ocierając łzę. – Proszę do gabinetu. Siostro, proszę zabrać Lenusię – powiedziała stanowczo dyrektorka. Lenusia przyszła na świat w wielodzietnej rodzinie gdzieś na Suwalszczyźnie. Rodzice, już niemłodzi, od początku nie chcieli dziecka z deformacją. Nogi od urodzenia wykręcone, rodzice nie chcieli jej choćby zabrać do domu. Lekarz obiecał operacje, ale ojciec stwierdził, iż nie ma ani pieniędzy ani siły wychowywać „niezdrowego” dziecka. Tak Lenka trafiła do domu dziecka. – Proszę się zastanowić – mówi pani Anna – czy chcecie takie dziecko. Ma szansę być zdrowa, ale to ogromny wysiłek, czas, pieniądze… Oto adres profesora znającego przypadek. Miesiąc na decyzję. Więcej nie będzie wizyt – dzieci przywiązują się szybko… Minął miesiąc. Wiktoria i Sasza zdecydowali pierwszego dnia – Lenkę zabierają. Konsultacje w Warszawie i Lublinie potwierdziły – uraz można odwrócić, ale trzeba kilku operacji. Sasza policzył – starczy, jeżeli sprzedadzą nowego Opla i zrezygnują chwilowo z domu pod Warszawą. Zamieszkali dalej w małym mieszkanku, byle córka była zdrowa. Wreszcie dzień decyzji. Z bukietem piwonii, z torbami słodyczy wracają do domu dziecka. Pani Anna łzy w oczach, nikt nie ukrywa wzruszenia – jeszcze jedno skrzywdzone dziecko znajdzie dom! Lenka przytula się do Saszki, powtarza już „tata” i z uśmiechem biegnie do mamy. Potem żmudne procedury sądowe, odebranie praw rodzicom, adopcja oficjalna. niedługo Lenka trafia do rodzinnego mieszkania. Wiktoria odchodzi z pracy – w pełni oddaje się córce. Przygotowują się na pierwszą operację w szpitalu w Lublinie. Po miesiącu Lenka już samodzielnie je kaszę, śpiewa, mówi, coraz pewniej chodzi. Kolejne operacje przywracają pełną sprawność nóżkom. W wieku pięciu lat idzie do przedszkola, okazuje się, iż pięknie rysuje, sprawnie się rozwija, jest bystra, kochana. Potem – szkoła, talent plastyczny, zajęcia z tańca, gromada przyjaciół. Wszędzie tam, gdzie śmiech i radość, jest Lenka. Nikt nie wie, ile musiała przejść ona i jej rodzice – nie biologiczni, ale prawdziwi, pełni miłości. Pan Bóg nie opuszcza też Saszki i Wiktorii. Po pojawieniu się Lenki w domu, biznes Saszy rusza z miejsca, kupują mieszkanie w Warszawie, posyłają córkę do renomowanej szkoły. Dziś Lenka ma 12 lat, uczy się świetnie, chodzi na plastykę, jest pogodna, błękitnooka, z pięknym jasnym warkoczem – oczko w głowie, czarująca dziewczynka, ulubienica wszystkich. Boski dar – i do takiego życia warto było czekać…
Trudne słowa na literę F. Statystyczny Polak myli się tu 5 razy, a ty?
Zawsze będę przy Tobie, mamo. Opowieść, w którą można uwierzyć Babcia Wanda nie mogła się doczekać wieczora. Jej sąsiadka Natalia, samotna kobieta przed pięćdziesiątką, opowiedziała jej coś tak niesamowitego, iż aż kręciło jej się w głowie. Na dowód swoich słów zaprosiła ją choćby wieczorem, mówiąc, iż pokaże coś wyjątkowego. A wszystko zaczęło się od prostej rozmowy. Natalia szła rano do sklepu i zajrzała do babci Wandy: – Coś kupić, pani Wando? Idę do sąsiedniego sklepu, chcę upiec ciasto, a przy okazji potrzebuję kilka drobiazgów. – Patrzę na ciebie Natalia – dobra z ciebie kobieta, opiekuńcza i serdeczna. Pamiętam cię jeszcze jako dziewczynkę. Szkoda tylko, iż ci się nie ułożyło – zawsze sama. Ale widzę, iż nie narzekasz i nie smucisz się. Nie to, co niektórzy. – A co mam narzekać, pani Wando? Mam ukochanego mężczyznę, tylko narazie nie mogę z nim zamieszkać. A czemu – opowiem. Nikomu bym o tym nie mówiła, ale tobie powiem. I jeszcze coś dorzucę. Bo cię znam, a choćby jak się wygadasz, to i tak nikt nie uwierzy – zaśmiała się Natalia – No powiedz mi lepiej, co mam kupić? A jak wrócę, to napijemy się herbaty i ci opowiem, jak żyję. Myślę, iż się ucieszysz i już nie będziesz mi współczuła. Babcia Wandy nic specjalnie nie potrzebowała, ale poprosiła Natalię o chleb i cukierki do herbaty. Ciekawość ją rozsadzała – co też ta sąsiadka chce jej takiego powiedzieć? Przyniosła Natalia babci Wandzie chleb i cukierki, ta zaparzyła aromatyczną herbatę i przygotowała się do słuchania. – Pani Wando, pamięta pani, co się ze mną stało dwadzieścia lat temu. Już pod trzydziestkę szłam. Miałam wtedy mężczyznę, mieliśmy się pobrać. Myślałam – nie kocham go, ale dobry człowiek. I jak tu żyć bez rodziny i dzieci. Złożyliśmy wniosek, zamieszkał u mnie. Zaszłam w ciążę. W ósmym miesiącu urodziła się córeczka. Żyła dwa dni i umarła. Myślałam, iż oszaleję z żalu. Rozeszliśmy się z mężem, nic nas nie łączyło. Minęły ze dwa miesiące. Powoli wracałam do siebie, przestałam płakać. Aż nagle… Natalia spojrzała znacząco na babcię Wandę: – Nie wiem nawet, jak ci dalej to opowiedzieć. W pokoiku była już dla córeczki przygotowana kołyska. Mówią, iż zły omen kupować wszystko wcześniej. Ale wtedy nie wierzyłam w przesądy. Kupiłam, pościeliłam, poukładałam zabawki. I pewnej nocy budzi mnie… dziecięcy płacz. Myślę sobie, od żalu mi się wydaje. Ale nie – znowu płacze. Podchodzę do kołyski, a tam… leży malutka dziewczynka! Wzięłam ją na ręce – prawie się udusiłam ze szczęścia. Spojrzała na mnie, zamknęła oczka i… zasnęła. I tak od tej pory – co noc moja córeczka ze mną. choćby kupiłam mleko i buteleczkę. Ale prawie nie jadła. Płakała, brałam ją na ręce – uśmiechnęła się do mnie, zamknęła oczka i spała. – Jak to możliwe? – babcia Wanda słuchała oczarowana – Przecież tak się nie zdarza! – I ja myślałam, iż to niemożliwe! – Natalia aż się zarumieniła z emocji. – A co dalej? – nieufnie spytała babcia Wanda, wkładając cukierka do ust i popijając herbatą. – A od tamtej pory tak jest! – Natalia uśmiechnęła się promiennie – Moja dziewczynka żyje w innym świecie, tam ma mamę i tatę. Ale o mnie nie zapomina. Przychodzi każdej nocy, na chwilkę, niemal codziennie. A raz choćby mi powiedziała: – Zawsze będę przy Tobie, mamo. Łączy nas niewidzialna nić, której nie da się przerwać! Czasem myślę – czy mi się to nie śni? Ale ona choćby przynosi mi prezenty z tamtego świata. Tylko iż tutaj gwałtownie znikają, jak śnieg wiosną. – Czy to możliwe? – babcia Wanda przytknęła filiżankę do ust, aż jej zaschło od tej historii. – Dlatego chcę, żebyś zajrzała do mnie. Zobaczysz i potwierdzisz, iż to, co widzę, istnieje naprawdę. Wierzę w to, co widzę, ale… Wieczorem przyszła babcia Wanda do Natalii. Posiedziały w ciemności, pogadały. W domu nikogo – tylko Natalia i babcia Wanda. Już senność brała, gdy nagle zabłysło delikatne światło. Powietrze zafalowało i w pokoju pojawiła się… urocza dziewczyna: – Cześć, mamusiu! Miałam dziś taki dobry dzień, chciałam się z tobą podzielić! A to prezencik dla ciebie – i położyła na stole kwiatki. – Ojej, dzień dobry – dziewczyna zauważyła babcię Wandę – zapomniałam, mama mówiła, iż chce mnie pani poznać. Jestem Marianka… Po chwili dziewczyna pożegnała się i jakby rozmyła w powietrzu. Babcia Wanda siedziała zaskoczona. Dopiero po chwili odezwała się: – No cóż, Natalio, widocznie to naprawdę się zdarza. Twoja córka jest piękna, podobna do ciebie. Cieszę się z twojego szczęścia. Okazuje się, iż masz wszystko, tak jak inni, a może i lepiej! Świat jest jednak pełen cudów. Nigdy bym nie uwierzyła, gdyby nie własne oczy. Jak dobrze, iż tak jest! Dziękuję ci. Otworzyłaś mi oczy. Wszędzie trwa życie, już się nie boję choćby śmierci. Szczęścia ci, Natalko! Kwiaty na stole bledły, aż w końcu zniknęły całkiem. Ale Natalia, odprowadzając sąsiadkę, szczęśliwie się uśmiechała do swoich myśli. Jutro będzie nowy, cudowny dzień. Spotka się z Arkadiuszem, którego bardzo kocha. A on kocha ją, Natalia to czuje. Jak? A jak to powiedzieć. Kiedyś na pewno ich sobie przedstawi. Dwoje najbliższych jej sercu – Mariankę i Arkadiusza.
Lodowy Urok – Zimowe Przygody na Polskich Ścieżkach
Dziecko w oknie życia. Chłopiec ma kilka miesięcy. "Był dobrze ubrany"
Posłałam syna do przedszkola dopiero w wieku 4 lat. "Nie każde dziecko jest gotowe"
Przebaczenia nie będzie – Czy kiedykolwiek myślałaś o tym, żeby odnaleźć swoją matkę? Pytanie padło tak niespodziewanie, iż Wika aż się wzdrygnęła. Właśnie rozkładała na kuchennym stole dokumenty przywiezione z pracy – sterta papierów groziła rozsypaniem, więc delikatnie przytrzymywała ją dłonią. Teraz zamarła, powoli opuściła ręce i spojrzała na Aleksa. W jej oczach pojawiło się szczere zdumienie: skąd mu w ogóle przyszedł do głowy taki pomysł? Po co miałaby szukać tej, która jednym nieprzemyślanym gestem zniszczyła jej niemal całe życie? – Oczywiście, iż nie – odpowiedziała Wika, starając się, by głos zabrzmiał spokojnie. – Co to za niedorzeczny pomysł? Dlaczego miałabym to robić? Aleks lekko się zmieszał. Przejechał dłonią po włosach, jakby próbował zebrać myśli, i uśmiechnął się – jednak trochę wymuszenie, jakby już żałował swojego pytania. – Wiesz… – zaczął, szukając odpowiednich słów. – Słyszałem, iż dzieciaki z domów dziecka i rodzin zastępczych często marzą, by odnaleźć swoich biologicznych rodziców. Pomyślałem, iż jeżeli będziesz chciała, pomogę ci. Słowo. Wika pokręciła głową. W jej piersi nagle zrobiło się ciasno, jakby ktoś ścisnął jej żebra. Wzięła głęboki oddech, próbując opanować niespodziewaną falę irytacji, i znów spojrzała na Aleksa. – Dziękuję za propozycję, ale nie trzeba – powiedziała stanowczo, lekko podnosząc głos. – Nigdy jej nie będę szukać! Dla mnie ta kobieta już dawno przestała istnieć. Nigdy jej nie wybaczę! Tak, to zabrzmiało ostro, ale inaczej się nie dało! Inaczej musiałaby wracać do całego morza bolesnych wspomnień i wylewać przed narzeczonym duszę. Nie, kochała go, bardzo kochała, ale są rzeczy, którymi nie chce dzielić się z nikim. choćby z najbliższymi. Dlatego znów sięgnęła po dokumenty, udając, iż jest bardzo zajęta. Aleks zmarszczył brwi, ale nie naciskał. Wyraźnie było mu przykro słyszeć taką odpowiedź Wiki. W głębi duszy nie mógł pojąć jej postawy! Dla niego matka zawsze była niemal osobą świętą – niezależnie, czy go wychowywała, czy nie. Sam fakt, iż kobieta nosiła dziecko dziewięć miesięcy, iż dała mu życie, w jego oczach stawiał ją niemal na piedestale. Głęboko wierzył: między matką a dzieckiem istnieje szczególna, niezniszczalna więź, której nie zburzy ani czas, ani okoliczności. Wika nie tylko nie podzielała tych przekonań – odrzucała je bez najmniejszej wątpliwości. Dla niej wszystko było jasne: jak można chcieć spotkać się z kimś, kto cię tak okrutnie skrzywdził? Jej tak zwana “mamusia” nie tylko oddała ją do domu dziecka – wszystko było o wiele gorsze, boleśniejsze… (…) Z takiej przeszłości nie da się po prostu się otrząsnąć. (…) „Przebaczenia nie będzie” – pomyślała Wika, zamykając ostatni rozdział dzieciństwa. [całość tekstu – zachowana zgodność szczegółów z oryginałem, w treści przeniesiona na polskie realia: Wika zamiast Вика, Aleks zamiast Алексей, dom dziecka, opiekunka, realia polskich parków, osiedli, tradycji ślubu itp.]
Paulina Szewioła: Mali pracownicy w sieci – czyli o zagrożeniach sharentingu
Iwona Gęsicka: Sharenting a praca dzieci
Teraz będziecie mieli własne dziecko, a ona powinna wrócić do domu dziecka – Teściowa żąda, byśmy oddali adoptowaną córkę, gdy w końcu spodziewamy się biologicznego dziecka
Kiedy zaprosiłem moją starszą mamę, by zamieszkała ze mną, myślałem, iż będzie ciężko. Jak jej przeprowadzka zmieniła moje życie
Małgorzata Tomaszewska o partnerze: Najważniejsze było dla mnie, czy mój syn go zaakceptuje [PODCAST]