Weronika wciąż nie mogła odnaleźć swojego szczęścia. Już niedługo skończy czterdzieści lat, a przez cały czas jest sama i samotna. A przecież Pan Bóg obdarzył ją wszystkim: i rozumem, i urodą. Pracę ma świetną, zarobki wysokie, a jednak kobiecego szczęścia brak.

newsempire24.com 1 godzina temu

Dziennik, Warszawa, poniedziałek

Czasami wydaje mi się, iż moje szczęście gdzieś się zgubiło. Za chwilę stuknie mi czterdziestka, a ciągle jestem sama. Przecież los mnie nie pokrzywdził: mam rozum, urodę, pracę marzeń, zarabiam porządne pieniądze a kobiecego szczęścia ani widu, ani słychu.

Rodzice Anna i Janusz Cierzniakowie bardzo się o mnie martwią. Najbardziej pomagają mi psychicznie, bo materialnie to ja raczej mogę im pomóc, czego, oczywiście, nigdy nie chcą przyjąć.

Zostań z nami, córeczko, miejsca tu dużo! A pieniądze jeszcze ci się przydadzą, gdy znajdziesz swoje szczęście! powtarzają mama i tata niezmordowanie.

Codziennie ich żal do mnie rani. Gdy wracam zmęczona z korporacji, mama wzdycha:
Nikogo oprócz nas nie masz, biedna. Kto cię poza nami zaopiekuje?

A tata dodaje:
Gdy nas już nie będzie, ciężko ci będzie samej! Nie będziesz miała choćby komu się wyżalić. Trzeba ci, dziecko, znaleźć swoje szczęście!

I tak wieczory lecą nam na wspólnym oglądaniu telewizji, z roku na rok ta historia się powtarza. Taka nuda, iż ziewać się chce!

Najdziwniej brzmi od taty to jego: gdy nas już nie będzie. Bo przecież mama i tata byli bardzo młodzi, gdy mnie mieli ledwie skończyli dziewiętnaście lat. Wielka miłość wtedy była! Trochę za wcześnie jeszcze o tym gdy nas już nie będzie.

A przecież sama kiedyś podczas studiów miałam chłopaka Radka. Wielki, trochę niezdarny. Zabawny, gdzie się nie pojawił, tam coś strącił albo rozbił.

Mama żartowała z niego, mówiła mu Radek-porażka albo chodząca katastrofa. Tata zgrywał go zabawnie, pokazując, jak Radek potyka się i łapie co popadnie.

Nie, córciu, to życiowy nieudacznik! Cokolwiek mu wpadnie w ręce, to rozbije albo popsuje! To nie jest twój los! szeptali mi delikatnie przeciwko chłopakowi.

I z czasem sama uwierzyłam, iż Radek to pechowiec. Dobrze, iż rodzice wtedy się mylili Radek skończył prawo na UW, otworzył własną kancelarię, a potem ożenił się z dziewczyną, która widziała w tej niezdarności urok. Radkowi była potrzebna swoboda teraz z rodziną mieszkają w domu pod Warszawą.

Jeszcze znajdziesz swoje szczęście, Nikuś! powtarzali sobie i mnie mama z tatą, jakby dla otuchy.

Trzeba przyznać rodzinę mam dobrą, zżytą! Parę miesięcy temu pojechaliśmy wszyscy do Grecji. Wieczorami do dziś przeglądamy zdjęcia słońce, knajpki, morze, wszystko swoje!

Na tej wycieczce poznałam mężczyznę Michała. Był z Białorusi i bardzo mi się spodobał. Rodzice go wyszydzili po swojemu:

Patrzcie, nagle wpadł nam w życie romans z Michałem z Białorusi! żartowała mama.

A tata, udając, iż jest grubszy, przedrzeźniał go po hotelu.

Miałam żal, ktoś w końcu robi sobie żarty z kogoś zupełnie niewinnego. Michał wcale nie był tęgi. Był po prostu dobrze zbudowany. Interesowało mnie to, jak dużo wie o gwiazdach wieczorami pokazywał mi na plaży konstelacje.

Mimo rodziców, zostawiłam mu numer telefonu. Po powrocie do kraju, kiedy mama dowiedziała się, iż wciąż do siebie dzwonimy, zapowiedziała zdecydowanie:
Wakacyjne romanse to prymitywna rozrywka! Nigdy nic z tego nie wychodzi!

I nieważne, iż oboje jesteśmy wolni. Liczy się tylko, iż to przelotna historia.

Szukaj swojego szczęścia, córciu! Na nas zawsze możesz liczyć! pocieszał mnie tata.

Latem wszyscy jeździliśmy na działkę pod Płońskiem! Rzeka, przyroda, herbatki w sadzie pod jabłoniami, grill w altanie, własne warzywa i owoce. Często przychodzili sąsiedzi. Pewnego lata do sąsiadów przyjechał ich syn, Patryk, z pięcioletnim synkiem Wojtusiem. Byli do siebie podobni jak dwie krople wody: jasne włosy, niebieskie oczy i piegi. Uszy odstawały im identycznie.

Sąsiedzi opowiedzieli mi potem, iż żona Patryka zostawiła go dla jakiegoś biznesmena, a dziecko dla tamtego mężczyzny było zbędne. Zbyt podobne do ojca gdyby przypominał matkę, to może jeszcze Ale malucha z twarzą ojca nie zamierzał wychowywać. Patryk został więc z synem sam.

Od razu poczułam do nich ogromną sympatię. Było w nich obu coś rozczulającego, ludzkiego. Między mną a Patrykiem aż coś zaiskrzyło. Wojtuś od razu przylgnął do mnie całym sercem.

Mama znowu sobie żartowała:
Patryk zjadł całą marchewkę, jedną zostawił! Córciu, pewnie jego rodzice zaprosili go tu specjalnie, żebyś go poznała! Po co ci facet z dzieckiem?

On nieudacznik! Czy dobra żona zostawiłaby porządnego faceta z małym dzieckiem? pytał tata.

Po raz pierwszy sprzeciwiłam się rodzicom:

Tato, to właśnie porządnego mężczyznę kobieta nie boi się zostawić z dzieckiem! Jest pewna, iż nie stoczy się, iż je wychowa!

Nie, to nie twoje szczęście! Szukaj swojego! My swoich własnych wnuków chcemy niańczyć, a nie cudzych! Żeby za małą rączkę potrzymać i posłuchać, jak małe nóżki po domu tupią

Mama i tata zamknęli się w sobie, przestali rozmawiać z sąsiadami. Zbierało się na burzę sąsiedzi poznali całą prawdę, nie zawsze przyjemną. Spotkania w ogrodzie ustały.

Znów popołudnia spędzaliśmy na herbacie pod jabłonią, a rodzice narzekali, iż Bóg nie daje mi kobiecego szczęścia. Tak przeleciało lato. A ja zakochałam się w Patryku i Wojtusiu całym sercem, i rodziców przez cały czas bardzo kochałam. Nie chciałam ich rozczarować. Miałam choćby poczucie winy, iż zakochałam się w kimś, kto nie pasuje do ich wyobrażeń. Tak pojechaliśmy z powrotem do Warszawy, do dużego mieszkania.

Jesienne wieczory były zimne i gęste od milczenia. Rodzice nie wspominali nawet, ani żartem, ani na poważnie, Patryka i Wojtusia.

Pewnego dnia, w drodze do pracy, zobaczyłam na ulicy małego rudego kotka. Biedaczek, chowający się przed deszczem pod kołem czyjegoś samochodu. Maleńki, przemoczony, miauczał żałośnie. Nie miał mamy jak Wojtuś przypomniał mi się wtedy. Sam na świecie! Siedzi pod kołem, które w każdej chwili może ruszyć i skończyć jego ledwo rozpoczęte życie.

Odruchem serca wyciągnęłam ręce po ten mały nieszczęśliwy kłębek i wsunęłam go pod kurtkę. Nie obchodziło mnie, iż jest mokry i brudny. Chciałam go po prostu ogrzać.

Przyniosłam go do domu. Otuliłam ręcznikiem, nalałam mleka do miseczki. Usiadłam w kuchni na podłodze, patrzyłam, jak łapczywie spija mleko. Jego malutki, różowy języczek migał gwałtownie jak łopatka.

Biedactwo głodne! pomyślałam.

W drzwiach pojawił się tata z gazetą, za nim mama. Oboje patrzyli na niespodziewanego gościa bez cienia rozczulenia.

Co z nim zrobisz? zapytał tata.

Wynoś tego pokraka natychmiast! Zabrudzi całą kawalerkę, podrapie meble, porwie tapety! Janusz, powiedz jej! Nasz dom nie jest dla futrzaków! krzyknęła mama.

Przecież będziemy od niego śmierdzieć na kilometr! Porządni ludzie nie przyjdą do nas w gości! dołożył tata.

Mamo, tato, on taki maleńki! Kupimy mu drapak, nauczymy do kuwety. Zobaczcie, jaki śliczny! próbowałam tłumaczyć, nie rozumiejąc, jak taki kotek mógłby przeszkadzać. Przecież nikt z nas nie miał alergii. Miejsca w mieszkaniu pod dostatkiem.

Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie chcemy tego brudasika! oburzyła się mama.

Słuchaj, córciu! Rozumiem, iż żal ci było. Zawieź go do schroniska. Tam przyjmują bezdomne zwierzęta. A jak nie, to zagroź, iż napiszesz o nich w gazecie! zdenerwował się tata, machając gazetą.

Bez słowa wzięłam kota i wyszłam, zamykając za sobą drzwi.

Piekielnie bolało. Jak to możliwe, iż po czterdziestce nie mam nic swojego nie mam dzieci, męża, choćby własnego kąta. Nie mogę choćby adoptować kociaka! Nie! Potrzebuję własnego domu chociażby najmniejszego pokoiku, miejsca, gdzie mogłabym być sobą, bez udawania.

Zamiast do schroniska, poszłam do najbliższego biura nieruchomości. gwałtownie znaleźli dla mnie kawalerkę, a w ogłoszeniu widniała notka: można z pupilami.

Po raz pierwszy w życiu poczułam się gospodynią, panią własnego losu. Najpierw kupiłam kotkowi wszystko, co trzeba. Weterynarz miła pani doktor powiedziała, iż to dziewczynka, ma około dwóch miesięcy. Nazwałam ją Piegi, bo jej rude plamki wyglądały jak pieguski.

Od razu zrobiło mi się lżej na sercu. Kiedy patrzyłam na Piegi, myślałam o Wojtusiu i Patryku.

Któregoś dnia zadzwonił telefon! Zupełnie się tego nie spodziewałam, bo mama i tata zdążyli się mocno pokłócić z sąsiadami. A jednak zadzwonił Patryk! Zażartował spokojnie, jakby nigdy nic:

Cześć, jak się masz? Wojtuś chce ci coś powiedzieć!

Nika! Tęsknimy za tobą! Przyjedź do nas! Czekamy na ciebie! usłyszałam dziecięcy głosik.

Przyjadę, ale nie sama! Mogę przywieźć kotka? zapytałam.

Rozległ się wesoły głos Patryka:

choćby całą menażerię Kiełkowskich! Za chwilę po ciebie podjedziemy, podaj adres!

Tak właśnie odnalazłam swoje szczęście. Wbrew wszystkiemu jestem szczęśliwa z Patrykiem, Wojtusiem i Piegami. A niedługo Wojtuś będzie miał rodzeństwo braciszka albo siostrzyczkę, wszystko jedno!

O rodzicach nie zapominam. przez cały czas bardzo ich kocham. Często dzwonię do mamy i taty, żeby powiedzieć, iż jest u mnie dobrze, iż swoje szczęście znalazłam.

Może nie jest to takie, jakiego dla mnie pragnęli. Ale jest moje! Może kiedyś mama i tata zrozumieją i pogodzą się z moim szczęściem. Może wtedy wreszcie będą mogli potrzymać małe dziecięce rączki i usłyszeć tupot małych stópek po swoim mieszkaniu…

Idź do oryginalnego materiału