NOC, KTÓRA NIE CHCE BYĆ ZROZUMIANA / Sunizm

publixo.com 2 godzin temu

Księżyc w pełni zawisł nad miastem jak złota moneta rzucona przez ślepego boga — nie w geście łaski, ale w akcie obojętności. Jego światło nie oświetlało niczego naprawdę; było jedynie wspomnieniem światła, echem czegoś, co kiedyś miało znaczenie. W kałuży, która rozlała się na chodniku jak czarne jezioro, odbijał się nie księżyc, ale jego martwy sobowtór — obraz pozbawiony ciepła, pozbawiony celu, pozbawiony sensu. Mur z czerwonych cegieł wyglądał jak szachownica, na której ktoś rozgrywa partię przeciwko mnie, choć ja nigdy nie zgodziłem się grać. Pola raz czarne, raz żółto-czerwone, pulsowały jak rany, które nie chcą się zabliźnić. Każdy ruch, każdy krok, każdy oddech był jak dotknięcie czegoś, co mogło runąć — nie z hukiem, ale z cichym, nieodwracalnym trzaskiem.

Powietrze było siarczyste, zimne, spływało z dachów jak lawina, która nie zabija, ale przypomina o tym, iż mogłaby. W jego dotyku było coś z wyroku — nie wypowiedzianego, ale już zapisanego. Liście drzew uciekały przed przechodniami, jakby same bały się ludzi bardziej niż wiatru. Miasto było zmęczone. Nie zmęczeniem fizycznym, ale tym głębokim, podskórnym zmęczeniem, które zna tylko ktoś, kto zbyt długo udawał, iż wszystko jest w porządku. Noc była ciężarna ciszą, która nie chciała pęknąć — jakby bała się, iż to, co w niej dojrzewa, jest gorsze od samej ciszy. Gwiazdy migotały jak znaki, których nikt nie potrafi odczytać, choć każdy czuje, iż niosą wyrok. Idę więc dalej, krętymi chodnikami, mijając kamienice o smukłych oknach patrzących na mnie jak oczy, które wiedzą, iż nie ma dokąd uciec — ani przed sobą, ani przed nocą, ani przed tym, co człowiek nosi w środku. Myślę, iż może czas przestać wracać do ruin dawnych dni. Ale ruiny wracają same — jak psy, które nauczyły się tropić mój zapach. Wspomnienia gryzą jak zimny wiatr, który nie chce odpuścić, bo wie, iż ma nade mną przewagę.

Mijam ludzi, którzy wyglądają jak bohaterowie snu, którego nie śniłem. Ich twarze są zbyt ostre, zbyt blade, zbyt prawdziwe, by mogły być realne. W dłoni trzymam czarny parasol zakończony iglicą — przebijam nim liście, jakby chciał sprawdzić, czy świat jeszcze reaguje na dotyk, czy może już dawno skamieniał. Szukam ostatniej myśli, która mogłaby unieść mój nastrój choćby o milimetr. Ale myśli są ciężkie jak ołów, jakby ktoś wypełnił nimi moje płuca. Nie wiem, czy jakakolwiek odpowiedź istnieje. Nie wiem, czy cokolwiek można jeszcze wyjaśnić, skoro to, co we mnie rośnie, nie ma imienia — jest tylko cieniem, który nauczył się mówić moim głosem. Park, który mijam, jest jak las, który zapomniał, iż stoi w mieście. W jego głębi kryje się coś, czego nie widzą oczy, ale co skóra rozpoznaje natychmiast — jakby pamiętała coś, czego ja nie chcę pamiętać. Miasto żyje, ale żyje inaczej niż za dnia. Jakby noc była jego prawdziwą twarzą, a dzień tylko maską. Samochód ryczy i przejeżdża o włos od moich stóp. Gołąb przelatuje tak nisko, iż niemal zrywa mi czapkę. Świat wykonuje gesty, które wyglądają jak ostrzeżenia, ale nie wiem, przed czym miałbym się bronić. Bo nic z tego nie unosi mnie w stadium myśli, o którym marzę. Nic nie otwiera we mnie drzwi, które powinny prowadzić do wolności. Wszystko jest jakby zawieszone — jakby świat i ja czekaliśmy na coś, co nie chce nadejść.

Widzę noc bajeczną, niezapomnianą, a jednocześnie obcą. Noc, która nie chce mnie wypuścić, ale też nie chce mnie zatrzymać. Jakby sama nie wiedziała, co ze mną zrobić.

Świt drży na horyzoncie jak rana, która nie chce się otworzyć ani zamknąć. A ja wciąż myślę o wszystkim, co mnie dotyczy — jak lekarz, który diagnozuje chorobę, wiedząc, iż nie ma na nią lekarstwa.

I nagle rozumiem:

noc nie jest tłem.

Noc jest rozmową.
Idź do oryginalnego materiału