Chciałbyś! Zalotnik pomyślał, iż zamieszka w moim lokum na mój koszt
Zawsze byłam człowiekiem konkretnym taki typ, co to lubi, jak wszystko się zgadza. Już przed trzydziestką udało mi się zebrać pieniądze na własne mieszkanie, i to bez żadnej pomocy ze strony mamy, taty, cioci, czy wujka. Wszystko ogarnęłam sama, na czysto i uczciwie.
A potem, jak na złość, zakochałam się po uszy w facecie, no i głupia ja wyjechałam mu, iż mam własne M. Człowiek się czasem zapomina. Ostrzegłam go jednak od razu: żadnych wspólnych kwaterunków w jego czterech kątach. Propozycja była taka on ogarnia dla nas wynajem, a ja swoje mieszkanie wynajmuję komuś innemu, żeby coś przyoszczędzić na wymarzonego fiata.
Chłopak się z tym zgodził, twierdził, iż już za chwilę odłoży na pierwszy najem i będziemy mieć swoje gniazdko. Minęło pół roku, przychodzi do mnie Leszek ze spakowaną walizką, mina jak u zbitego psa. Bo Justyna, wywalili mnie z roboty, kasy nie mam, mogłabyś mnie na trochę przyjąć, zanim złapię coś nowego?
Myślę sobie: no to nieźle gra. Przecież ma mamę i tatę pod Radomiem, niech się chwilę przemęczy w dziecięcym pokoju. U mnie nie będzie pasożytował, nie po to tyle lat odkładałam każdy grosz, żeby teraz ktoś podkradał mi ser z lodówki.
Podziękowałam uprzejmie uprzedziłam, iż nie jestem bankiem ani schroniskiem dla wygodnych amantów. I rozstaliśmy się. Nie mam wyrzutów sumienia żyć na mój rachunek może i chciał, ale ja w swoim życiu nie zamierzam grać roli sponsorki!















