A umierać nam jeszcze za wcześnie – w domu wciąż tyle spraw… Babcia Walentyna z trudem otworzyła…

newsempire24.com 14 godzin temu

W domu zawsze pozostało coś do zrobienia…

Babcia Janina z trudem otworzyła furtkę, powoli powlekła się do drzwi, długo mocowała się ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego staruszka domu i opadła na krzesło przy zimnym piecu.

W izbie pachniało niezamieszkałym. Nie było jej zaledwie trzy miesiące, a już pajęczyny pokryły sufit, wiekowe krzesło żałośnie skrzypiało, wiatr wył w kominie dom powitał swoją gospodynię gniewnie: gdzie byłaś, pani domu, komu nas zostawiłaś? Jak przetrwamy zimę?

Już, zaraz, mój kochany, chwileczkę, muszę odpocząć Zaraz rozpalę, ogrzejemy się

Jeszcze rok temu babcia Janina uwijała się po starym domu: bieliła ściany, odświeżała farbę, przynosiła wodę. Jej drobna, lekka postać to klękała przed ikoną, to krzątała się przy piecu, to latała po ogrodzie, wszystko sadziła, odchwaszczała, podlewała.

Dom cieszył się razem z nią, z zapałem skrzypiały podłogi pod jej żywymi krokami, drzwi i okna otwierały się chętnie pod dotykiem jej pracowitych dłoni, piec pilnie piekł drożdżowe placki. Im było dobrze razem: Janinie i jej staremu domowi.

Wcześnie pochowała męża. Wychowała troje dzieci, wszystkie wykształciła, wyprawiła w świat. Jeden syn marynarz na statkach dalekomorskich, drugi wojskowy, pułkownik; obaj mieszkają daleko i rzadko przyjeżdżają.

Tylko najmłodsza córka, Bogusława, została w rodzinnej wsi jako główna agronomka; od rana do wieczora pracuje, matkę odwiedzi w niedzielę na chwilę, zje kawałek ciasta i znów mijają się cały tydzień.

Pocieszeniem była wnuczka Milenka. Ta, można powiedzieć, przy babci wychowana.

A jaka wyrosła! Cud dziewczyna! Wielkie szare oczy, włosy jak dojrzały len, długie do pasa, falowane, ciężkie, z takim blaskiem, iż płoną w świetle.

Zrobi sobie koński ogon kosmyki spływają jej na ramiona, aż chłopakom w wiosce zapiera dech. Gapią się, szczęki im opadają Sylwetka jak z obrazka. Skąd u wiejskiej dziewczyny taka postawa, taka uroda?

Janina za młodu była ładna, ale jak porównać stare zdjęcie z Milenką pasterka i królowa

Do tego bystra. Ukończyła w Poznaniu Akademię Rolniczą, wróciła do rodzinnej wsi jako ekonomistka. Wyszła za weterynarza i w ramach programu wsparcia młodych rodzin dostała nowy dom.

A co to za dom! Solidny, porządny, murowany. Jak na tamte czasy niemal pałacyk, nie dom.

Ale w jednym był problem u babci wszystko dookoła kwitło, ogród cały, a u Milenki jeszcze nic nie zdążyło urosnąć trzy żałosne krzaki. A do ogrodu ona, delikatna, jakby nie stworzona babcia zawsze chroniła ją i od przeciągów, i od ciężkiej pracy.

Na dodatek urodził się synek Wojtuś. Ogród musiał poczekać.

I zaczęła Milenka babcię do siebie zapraszać: zamieszkaj ze mną, dom duży, wygodny, nie trzeba pieca palić.

A Janina zaczęła słabować, osiemdziesiąt lat stuknęło, jakby choroba tylko na ten moment czekała nogi, kiedyś zwinne, odmówiły posłuszeństwa. Uległa więc babcia namowom.

Przez dwa miesiące mieszkała u wnuczki. A potem usłyszała:

Babciu, kochana, przecież cię kocham! Tyle iż ty ciągle siedzisz?! Całe życie byłaś w ruchu, krzątałaś się! U mnie już się rozsiadłaś Chciałam gospodarstwo prowadzić, liczyłam na pomoc

Ale ja nie mogę, kochanie, nogi już nie te stara jestem

Hm jak tylko do mnie przyjechałaś od razu stara

Nie spełniwszy pokładanych w niej oczekiwań, Janina gwałtownie została odesłana z powrotem do swojego domu.

Ze smutku, iż nie podołała, nie pomogła ukochanej wnuczce, babcia kompletnie opadła z sił. Nogi powłóczyły się coraz wolniej, długie lata służyły, już się nachodziły. Przejście z łóżka do stołu stało się trudne, a do ukochanego kościoła niemożliwe.

Proboszcz, ksiądz Adam, sam przyszedł do swojej wieloletniej parafianki, dotąd niezawodnej pomocy we wszystkich sprawach kościoła. Obejrzał się bacznie po izbie.

Janina siedziała przy stole, czymś poważnym zajęta pisała comiesięczne listy do synów.

W domu chłodno, piec prawie nie grzał. Podłoga lodowata. Na niej sweter nie pierwszej świeżości, wygnieciona chusta a przecież ona zawsze była taka schludna! Na nogach zniszczone filcowe kapcie.

Ksiądz Adam westchnął: potrzebna tu pomoc. A może poprosić Annę? Mieszka blisko, pozostało silna, dwadzieścia lat młodsza od Janiny.

Przyniósł chleb, pierniki, połowę jeszcze ciepłego placka z łososiem (to od pani Aleksandry). Zakasał rękawy sutanny, wyrzucił popiół z pieca, narąbał drewna na kilka rozpaleń, ułożył w kącie. Rozpalił. Przyniósł wodę, postawił na piecu zadymiony imbryk.

Synku kochany! Ojej, to znaczy księże drogi! Pomóż mi z adresami na kopertach. Bo jak własnym bazgrołem napiszę, to list nie dojdzie!

Ksiądz Adam usiadł, napisał adresy, rzucił okiem na list z krzywymi linijkami. Uderzyły go duże, drżące litery: A żyję bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko mam, dziękować Bogu!

Tylko iż te kartki o dobrym życiu Janiny całe były w rozmazanych plamkach, które chyba nie od atramentu, a od łez pochodziły.

Anna objęła babcię opieką, ksiądz Adam starał się regularnie ją spowiadać i przynosić komunię. Na większe święta mąż Anny, pan Piotr stary marynarz przywoził Janinę do kościoła motocyklem. Powoli życie nabierało kolorów.

Wnuczka nie pokazywała się, a po paru latach ciężko zachorowała. Od lat bolał ją żołądek, myślała, iż to stare dolegliwości.

A wyszedł rak płuc. Skąd tak ciężka choroba się przyplątała nie wiadomo, ale Milenka spaliła się w pół roku.

Jej mąż zamieszkał na cmentarzu: kupował butelkę, pił, spał przy grobie, wstawał i szedł po kolejną. Czteroletni Wojtuś został nikomu niepotrzebny brudny, głodny, zapłakany.

Wzięła go do siebie Bogusława, ale jej z racji pracy zabrakło czasu, by zajmować się wnukiem. Zaczęto więc szykować Wojtka do domu dziecka.

Internat był podobno porządny energiczny dyrektor, wartościowe posiłki, w weekend można było zabierać dzieci do siebie.

Wychowanie, wiadomo, nie domowe, ale Bogusławie nie pozostawało nic innego: praca zajmowała całe dnie, do emerytury trzeba było jeszcze trochę wytrwać.

I wtedy, w koszyku starego Jawy, przyjechała do córki babcia Janina. Za kierownicą siedział sąsiad pan Piotr, w pasiaku, z tatuażami kotwic i syren na ramionach wygląd mieli oboje bojowy.

Babcia Janina rzekła krótko:
Ja Wojtusia do siebie wezmę.

Mamo, przecież ledwo chodzisz! Jak ty dasz radę z dzieckiem! Popatrz, tyle roboty z nim!

Dopóki żyję, do domu dziecka wnuka nie oddam ucięła babcia.

Zaskoczona stanowczością zwykle łagodnej matki, Bogusława zamilkła, zebrała rzeczy syna.

Pan Piotr zawiózł staruszkę i chłopczyka do domu, niemal na rękach przeniósł oboje do izby. Sąsiedzi kręcili głowami:

Taka dobra staruszka, a chyba już nie bardzo przy zdrowych zmysłach sama ledwie chodzi, a jeszcze dziecko przygarnęła To nie szczenię Jemu opieka konieczna Ciekawe, gdzie Bogusława miała oczy!

W niedzielę po mszy ksiądz Adam poszedł do Janiny z obawą: czy nie trzeba będzie odebrać głodnego, zaniedbanego Wojtka od biednej schorowanej staruszki?

A tu w domu ciepło, piec nagrzany, czyściutki, zadowolony Wojtuś słucha bajki z gramofonu o Złotej Kaczce.

A biedna, niedołężna staruszka sprawnie krzątała się w kuchni: smarowała blaszkę piórkiem, zagniatała ciasto, wbijała jajka do twarogu. Jej dawno chore nogi poruszały się z dawną zwinnością prawie jakby nigdy nie była chora.

Księże drogi! Ja tu właśnie serniczki piekę Zaczekaj chwilkę dla pani Aleksandry i Kuby gorące ciasto też się znajdzie

Ksiądz Adam wrócił do domu oszołomiony i opowiedział żonie, co widział.

Pani Aleksandra zamyśliła się, sięgnęła po grubą, niebieską książkę, przejrzała strony i odczytała fragment:

Stara Stanisława przeżyła długie życie. Wszystko przeminęło, wszystkie marzenia, uczucia, nadzieje wszystko śpi pod białym, cichym śniegiem. Już czas, już czas tam, gdzie nie ma choroby, smutku ni westchnień Pewnego mroźnego wieczoru długo się modliła, potem powiedziała rodzinie: Zawołajcie księdza odchodzę. Twarz jej była bielsza niż śniegi za oknem.

Rodzina poszła po proboszcza, Stanisława wyspowiadała się i przyjęła sakramenty. Przez dobę leżała, nie pijąc i nie jedząc. Tylko delikatny oddech świadczył, iż dusza przez cały czas w ciele.

Nagle drzwi się otworzyły: podmuch mroźnego powietrza, dziecięcy płacz.

Cicho, cicho, babcia umiera.

Niemowlęcia nie uciszę dopiero się urodziła, jeszcze nie wie, iż nie wolno płakać

Wnuczka Stanisławy, Aniela, wróciła właśnie ze szpitala z noworodkiem. Wszyscy rano wyszli do pracy, zostawiając staruszkę i młodą matkę samym sobie. Anieli jeszcze nie wytworzyło się mleko, była nieporadna, córeczka krzyczała, przeszkadzając babci w umieraniu.

Stanisława podniosła głowę, wzrok jej się rozjaśnił. Z mozołem usiadła, opuściła bose stopy na podłogę i zaczęła szukać pantofli.

Gdy domownicy wrócili z pracy pośpiesznie, bo babcia być może już nie żyła zastali Stanisławę, nie tylko żywą, ale krzątającą się po kuchni z uśmiechem i tulącą spokojne niemowlę. Wnuczka odpoczywała na kanapie.

Aleksandra zamknęła zeszyt, uśmiechnęła się do męża i dodała:

Moja prababcia, Wiera Stanisławówna, bardzo mnie kochała i po prostu nie mogła pozwolić sobie umrzeć. Powtarzała za piosenką: A na umieranie za wcześnie bo w domu jeszcze jest tyle do zrobienia!

Przeżyła po tym jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej, wychować mnie, swoją ukochaną prawnuczkę.

I ksiądz Adam uśmiechnął się do żony, bo wiedział, iż najważniejsze to mieć dla kogo żyć i nigdy nie porzucać tych, którzy nas potrzebują. To właśnie nadaje życiu prawdziwego sensu.

Idź do oryginalnego materiału