Nazywam się Tomasz Górecki i przez dwadzieścia lat byłem sąsiadem Marka Wolniaka – tego samego, który grał Kaczora w tamtym serialu kryminalnym z lat dziewięćdziesiątych, tym z komisariatem na Pradze. Mieszkaliśmy drzwi w drzwi w bloku przy Kościuszki w Wołominie, klatka pachniała zawsze kapustą od pani Zdzisi z parteru, a winda skrzypiała tak, iż słychać ją było na trzecim piętrze. Piszę to, bo w zeszłym tygodniu ktoś w internecie znowu pytał, dlaczego Marek zniknął z telewizji na dobre dziesięć lat, i wypisywali głupoty – iż pił, iż go wywalili, iż miał proces. A ja wiem, jak było, bo widziałem to z bliska, przez ścianę praktycznie.
Jego żona, Basia, zmarła w dziewięćdziesiątym trzecim. Rak trzustki, diagnoza w marcu, pogrzeb w listopadzie. Zostały dwie dziewczynki, Ania miała wtedy sześć lat, Kasia cztery. Pamiętam ten dzień, kiedy wrócili ze szpitala bez niej – Marek niósł Kasię na rękach, bo dziecko zasnęło w samochodzie, a starsza szła obok i ciągnęła go za rękaw, pytając, kiedy mama wróci. Nikt jej wtedy nie odpowiedział.
U nas na klatce nie było żadnych wywiadów, żadnych zdjęć z pogrzebu w gazetach. Marek po prostu zniknął na trzy tygodnie, a potem zaczął znowu wychodzić rano – ale nie na plan, tylko do przedszkola przy Legionów, z dwiema teczkami na plecach córek. Ja wtedy pracowałem na nocki w Zakładach Mięsnych, więc widywałem go często koło szóstej rano, jak parzył kawę w termosie i czekał na taksówkę, która miała go zawieźć na dworzec, bo jeszcze przez rok dojeżdżał do Warszawy na zdjęcia do serialu. Kontrakt musiał dokończyć, umowa to umowa.
Coś się w nim jednak łamało z tygodnia na tydzień, i to właśnie zauważyłem najpierw ja, zanim zauważył to ktokolwiek inny. Wracał z Warszawy coraz później, a rano coraz trudniej mu było wstać do tego termosu z kawą. Raz zapukał do mnie o wpół do szóstej, bo zabrakło mu drobnych na taksówkę, i zobaczyłem, iż ręka mu się trzęsie, kiedy liczył monety na mojej wycieraczce. Powiedział, iż Ania w nocy miała koszmary o mamie, budziła się co godzinę, a on musiał ją trzymać, żeby zasnęła, i przez to nie spał wcale.
Punkt zwrotny przyszedł w kwietniu dziewięćdziesiątego piątego. Kasia dostała wysokiej gorączki – czterdzieści jeden, majaczyła, a przychodnia rejonowa akurat tej nocy nie miała dyżuru pediatry. Marek miał następnego dnia zdjęcia w Krakowie, sześć tygodni pracy, reżyser mówił mu wprost, iż to szansa życia, iż taką rolę dostaje się raz. Zadzwonił do mnie po północy, bo nie wiedział, gdzie jest najbliższy szpital z izbą przyjęć dla dzieci – pojechaliśmy razem moim maluchem, on trzymał Kasię owiniętą w koc na tylnym siedzeniu i powtarzał jej imię, jakby chciał ją tym imieniem przytrzymać przy sobie. W szpitalu na Kondratowicza czekaliśmy do piątej rano. Lekarka powiedziała w końcu, iż to zapalenie oskrzeli, iż będzie dobrze, iż trzeba tylko antybiotyk i parę dni w łóżku. Marek usiadł na plastikowym krześle na korytorzu i długo patrzył na receptę, którą trzymał w ręku, jakby to była najważniejsza kartka papieru, jaką kiedykolwiek dostał.
Rano zadzwonił do agenta i powiedział, iż do Krakowa nie jedzie. Że w ogóle na dłużej znika z dużych ról. Agent krzyczał tak głośno, iż słyszałem to przez słuchawkę odłożoną na stole, coś o tym, iż Marek kończy sobie karierę własnymi rękami, iż takich propozycji się nie odrzuca. Marek nie podniósł głosu ani razu. Powiedział tylko, iż Kasia idzie do zerówki we wrześniu i iż musi być na tym pierwszym dniu, a potem odłożył słuchawkę.
Ludzie myśleli, iż kariera się skończyła, iż ktoś go skreślił. Nieprawda. Dostawał propozycje jeszcze przez lata – dubbingi, reklamy, choćby rolę w jednej telenoweli, którą odrzucił, bo zdjęcia miały być w Gdyni przez pół roku. Wybierał to, co dało się pogodzić z odbieraniem dziewczynek ze szkoły o piętnastej trzydzieści.
Raz, to musiało być w dziewięćdziesiątym siódmym, zima, minus piętnaście na dworze, spotkałem go na klatce z siatką pełną ziemniaków i cebuli z warzywniaka na rogu. Zapytałem wprost, bez owijania: "Marek, ludzie gadają, iż koniec z tobą w telewizji. Prawda to?" Postawił siatkę na schodku, otrzepał śnieg z czapki i powiedział coś, czego nie zapomnę: "Wiesz, Tomek, ja nie mam kim wymienić tego, co tracę na planie. A dziewczynek nikt mi nie zwróci, jak dorosną beze mnie." Potem wziął siatkę i poszedł dalej, po prostu.
Kasia i Ania dorastały normalnie, o ile coś takiego jak normalność jest możliwe bez matki. Chodziły na basen na Ogińskiego, miały korepetycje z angielskiego u pani Grażyny z drugiego piętra, jeździły na kolonie do Mrągowa. Marek gotował – niedobrze, przyznawał to sam, zupy mu wychodziły za słone – ale gotował codziennie, nie zamawiał na mieście.
W dwutysięcznym czwartym wrócił trochę do zawodu, wziął rolę w filmie, bo dziewczyny były już nastolatkami i mogły same wracać ze szkoły. Ale to już był inny człowiek – wybierał role co roku jedną, dwie, nie więcej, zawsze pytał najpierw, ile dni zdjęciowych i czy da się je zmieścić w wakacjach.
Ostatni raz rozmawialiśmy trzy lata temu, na klatce, bo wciąż tam mieszka, choć ja się przeprowadziłem na Radzymińską. Wpadłem odebrać paczkę, którą kurier zostawił u niego. Ania skończyła prawo, pracuje w kancelarii na Mokotowie. Kasia jest pielęgniarką w szpitalu na Woli – tym samym, gdzie kiedyś czekali do piątej rano na receptę. Marek pokazał mi zdjęcie na telefonie – obie na jakimś rodzinnym obiedzie, śmieją się, w tle widać stary kredens, ten sam co dwadzieścia lat temu. Odłożył telefon na parapet, poprawił firankę, która się zsunęła, i zapytał, czy mam ochotę na herbatę, bo woda akurat się gotowała.
Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta go z tamtego serialu. Ale ja pamiętam tę siatkę z ziemniakami na schodku, receptę w jego ręku na korytorzu szpitala i to, jak mówił o córkach, zanim poszedł zaparzyć tę herbatę.











