Korespondencja z Tirany
Plac Skanderbega, centrum protestów w Tiranie. Stąd demonstranci przemieszczają się w różne części miasta na hulajnogach, skuterach, rowerach lub pieszo. Na cokole konnego pomnika albańskiego bohatera narodowego, Jerzego Kastrioty vel Skanderbega, zapisano „życzenia” dla premiera Ediego Ramy: „Rama. Fuck. Off”. Po kilku dniach napis usunięto. Pozostały „Fuck the system” i „Fuck Israel”.
„Albania is not for sale!”, krzyczą transparenty. Rewolucja flamingów, protest studentów, młodych ludzi, jest bacznie obserwowana i wspierana przez starsze pokolenia. Nie ma przywódców, są mówcy i spontaniczni liderzy. Najpierw protestowano przeciw sprzedaży zięciowi prezydenta Trumpa, Jaredowi Kushnerowi, cennych przyrodniczo, chronionych terenów. Kushner ma je zamienić w turystyczny raj i swój bankomat. Stąd flamingi jako symbol. Pokojowe protesty rozszerzały się o hasła studentów, niezadowolonych z warunków kształcenia, z tego, iż tytuły i dyplomy nic nie dają, iż nie ma pracy. Wzięły się z poczucia beznadziei dręczącego młodych ludzi, którzy widzą korupcję, betonowanie się władzy i przemianę premiera – dawniej niepokornego artysty – w bezwzględnego polityka. W telewizji poucza, wygraża, pobrzękując bransoletami na rękach, i zapewnia o praworządności.
– Mamy dość. Jesteśmy wk… – mówi mi Evis, młoda Albanka z tytułem doktora, która nie pracuje w zawodzie. Jako jedyna z ośmioosobowej rodziny chce żyć w Albanii, reszta bliskich mieszka w Anglii. Jej koleżanka dodaje, iż będą protestować do skutku, nie boją się, są gotowi na wiele. Sama mieszka w USA, ale przyleciała do kraju, by wesprzeć znajomych. Przy okazji prosi, by nie zwiedzać bunkra, przy którym stoimy. Muzeum Bunk’Art 2 jest we włoskich rękach i nie przynosi miastu ani grosza. – Czy tak powinno być? – pyta retorycznie kobieta.
Obie pobiegły dalej protestować. Policjantom przyczajonym przy wozach bojowych pokazały środkowy palec.
Płonące przystanki
W czwartek, 15 października, przed południem Tirana powitała nas dymem i smrodem gazu łzawiącego. To drugi dzień rozruchów. Mąż, rocznik 1960, wrócił wspomnieniami do studenckich protestów lat 80. i do smaku własnych łez po tamtym gazie. Tu pełno młodych ludzi w maseczkach, szalikach, dziewcząt z rozmazanym makijażem. Demonstranci z czerwonymi oczami łapali oddech i rozbiegali się. Na chodnikach walające się jednorazowe maseczki – w aptekach wyciągano zapasy po covidzie.
Grupy zamaskowanych policjantów w kaskach, nieszkolonych do zabezpieczania protestów, kuliły się za tarczami, przebiegały z ulicy na ulicę, kryjąc się za wozami bojowymi. Poleciały kostki brukowe. Blisko mnie i innych obserwujących. O ironio, przykucnąć można było za pozostałością po paranoi Envera Hodży, dawnym bunkrem MSW, wspomnianym Bunk’Art2.
Ludzi najpierw traktowano gazem, policja jeszcze była niezbyt śmiała, sprawiała wrażenie, iż się wstydzi agresji wobec młodzieży, iż wcale tego nie chce. Czekała, nie powstrzymywała fali zniszczeń. Ale w ruch poszły koktajle Mołotowa, pałki, niszczono wyposażenie miejskie, reklamy, przystanki, place zabaw, palono pojemniki na śmieci, tłuczono szyby, kamery i światła na skrzyżowaniach. Miasto zostało w dużej części pozbawione infrastruktury codziennego bezpieczeństwa.
Przechodzenie bez świateł pośród pędzących pojazdów wymaga odwagi i refleksu. Królują skutery dostawców jedzenia, którym przybyło zamówień, bo część mieszkańców została w domach. Służby miejskie na bieżąco starały się usuwać zgliszcza przystanków, powyrywaną kostkę brukową i tę jeszcze do wyrwania, betonowe kwietniki rzucone na środek ulicy czy wyrwane znaki drogowe i ławki. Krajobraz niszczonego
Post Albania nie jest na sprzedaż pojawił się poraz pierwszy w Przegląd.








