„Anna jest młoda, jeszcze urodzi niejedno dziecko!” – tak obiecała. Ostatecznie jednak nikt nie chci…

newskey24.com 14 godzin temu

Wiesz co, muszę Ci opowiedzieć historię o Ani. To taka nasza lokalna opowieść, która mogłaby się wydarzyć praktycznie w każdym miasteczku w Polsce.

Ania i Robert wychowali się w Kamiennej Górze, chodzili razem do tej samej klasy w podstawówce i liceum. Po maturze oboje wybrali studia na Uniwersytecie Warszawskim, wynajęli razem kawalerkę na Pradze, każdy znalazł sobie pracę i przez jakiś czas żyli bez ślubu, po prostu razem. No i w końcu Ania zaszła w ciążę, a wtedy Robert nagle stwierdził, iż jednak nie jest gotowy na dziecko i zostawił ją samą. Kompletnie nie miał planów na rodzicielstwo.

Ania była w szoku, długo płakała, aż w końcu spakowała rzeczy i wróciła do swojej mamy do Kamiennej Góry, żeby tam wychować dziecko. Robert miał mamę, która była radną w mieście i bardzo dbała o swoją reputację. Od razu rozpuściła plotki, iż Ania ma dziecko z kimś innym i iż jej wnuczka nie jest wcale z ich rodziny. Atmosfera była jeszcze bardziej napięta, bo wszyscy się znali i mieszkali blisko siebie.

Większość znajomych z miasta słyszała całą tę historię nic nie dało się ukryć w takiej społeczności. Ania urodziła przepiękną dziewczynkę, nazwała ją Zosia. Nie miała żalu do rodziny Roberta. Chciała jedynie spokojnie wychować Zosię, bez dram i oskarżeń. Ale matka Roberta dalej powtarzała wszystkim, iż to nie jest ich dziecko.

No popatrzcie na nią! opowiadała na prawo i lewo. Zosia ma jasne włosy, a cała nasza rodzina czarne! Też ten nos wcale nie jest „nasz”. My jesteśmy tacy urodziwi, a ona jakaś taka zwyczajna… Ona chce się wkręcić do naszej rodziny! To jakieś złe intencje!

Ania miała już tego dość i zaproponowała test na ojcostwo, żeby raz na zawsze uciszyć matkę Roberta i te wszystkie plotki. Wynik testu oczywiście jednoznacznie potwierdził: Zosia to dziecko Roberta. Nagle matka Roberta zmieniła front o 180 stopni od razu zaprosiła Anię i wnuczkę do siebie, obsypała je prezentami, ubrankami, zabawkami, najnowszym wózkiem. Dla Ani, która dostawała na życie tylko skromną emeryturę swojej mamy, to była duża pomoc i prawdziwa ulga.

Po jakimś czasie nowa babcia postanowiła zabrać Zosię do siebie na kilka dni. Ania powiedziała, iż Zosia ma dopiero roczek i jeszcze się boi ją gdziekolwiek puścić samą, więc to nie wchodzi w grę. Babcię bardzo to uraziło.

Potem powiedziała Ani wprost: Albo oddasz mi dziecko, albo skieruję sprawę do sądu o ustalenie kontaktów! I dorzuciła, iż Zosi będzie dużo lepiej z nią, bo ma porządny dom, warunki do wychowania i rozwijania dziecka. Mówiła: Sędziowie mnie dobrze znają, Robert ma własne mieszkanie, płaci alimenty (pokażemy papiery), a Ty jesteś bezrobotna, samotna. Jesteś młoda, jeszcze sobie dziecko urodzisz. Lepiej oddaj nam Zosię, zrobisz jej tym przysługę. No i zaczęła grozić, iż zna wszystkich sędziów w mieście i wie, w którą stronę potoczy się sprawa. Ale Ania nie poddała się, walczyła w sądzie o prawo wychowania córki ze wszystkich sił i przez kilka kolejnych lat ciągnęły się nieprzyjemne sprawy w sądzie.

Zosia z tej niemile widzianej wnuczki, na którą patrzono z góry, nagle stała się najukochańszym dzieckiem tej rodziny. Znani i wpływowi znajomi babci przychodzili zeznawać w sądzie, śledzili Anię, zbierali na nią haki, robili jej zdjęcia. W końcu Ania miała tego dość wyprowadziła się z córką do innego miasta i przez jakiś czas ukrywała się przed całą tą rodziną i plotkami.

Z czasem zrobiło się spokojniej. Robert wziął ślub z kimś innym i urodził mu się syn. Jego mama zupełnie przestała interesować się Zosią, bo miała nowego wnuka. Zosia poszła do pierwszej klasy. Ania wyjechała do Wrocławia, ale do mamy i córki starała się regularnie wracać. W końcu poznała fajnego faceta. Mama doradziła jej, żeby zaczęła sobie nowe życie. Obiecała pomóc przy Zosi jak tylko będzie trzeba. Ania postanowiła, iż jak wszystko się ułoży, to zabierze córkę do siebie do Wrocławia.

W końcu wyszła za mąż, wynajęli z mężem mieszkanie, spodziewali się dziecka. Niby wszystko poukładane, ale Ania jeszcze nie chciała zabrać Zosi nie miała gdzie jej na razie wcisnąć, a nowy mąż niezbyt pałał chęcią zajmowania się cudzym dzieckiem. Pomyślała, iż Zosia ma tam u babci koleżanki, szkołę, stabilizację, a jak urodzi się niemowlę, i tak nie będzie miała komu jej zostawić. Przynajmniej mama się nie nudzi, a Zosia ma opiekę.

Niestety, zaczęły się problemy ze zdrowiem mamy Ani. Kilka razy wzywali do niej karetkę, leżała w szpitalu, była bardzo słaba. Zosia lądowała wtedy czasem u sąsiadów, emerytów z naprzeciwka. W tej chwili babcia od strony Roberta kompletnie nie wykazuje zainteresowania losem wnuczki. Mija Anię na ulicy, poklepuje tylko po ramieniu i mówi:

Trzeba było mnie posłuchać! Gdybyś mi wtedy oddała dziewczynkę, miałaby wszystko jak w bajce! Teraz chodziłaby już do szkoły językowej, grałaby na pianinie. Teraz przecież choćby matka ją oddała. Ciekawe, kim ona wyrośnie? Teraz mam wnuka! Jemu dam wszystko, najlepszą szkołę, lekcje tenisa, co tylko będzie chciał!

Robert nigdy nie interesował się Zosią. I tak, dziewczynka, o którą toczyły się sądowe batalie, teraz okazuje się, iż tak naprawdę nikomu specjalnie nie jest potrzebna. Tak sobie myślę, jaka przyszłość ją teraz czeka…

Idź do oryginalnego materiału