Antonina Piotrowska szła przez mokre ulice Warszawy, łzy plątały się z deszczem, który spływał po jej policzkach.
Przynajmniej pada, pomyślała kobieta. Nikt nie widzi łez.
I myśli goniły dalej: sama sobie winna, nie w porę przyszła, nikt jej nie zapraszał.
Szła, płakała, a potem sama z siebie parsknęła śmiechem, przypominając sobie kawał o zięciu, co do teściowej mówi: I co, mamo, choćby herbaty nie wypijecie?
Teraz była dokładnie tą mamą z dowcipu śmiech z bólem mieszał jej się w głowie.
Gdy dotarła do swojego mieszkania na Mokotowie, zrzuciła mokre ciuchy, okryła się pledem i ryczała już bez wstydu. Nikogo, nic tylko złota rybka w okrągłym akwarium ślizgała się w wodzie i patrzyła.
Antonina była kobietą z charakterem, panowie się za nią oglądali, ale jakoś nie poszło jej z ojcem Nikity jej syna. Pił okropnie. Na początku można było wytrzymać wypił i spał. Potem nagle zaczął ją zazdrośnie kontrolować: kto spojrzy, kto zagada, choćby dziadek z laską i pan w sklepie budzili jego podejrzenia.
Kiedyś, gdy Antonina uśmiechnęła się uprzejmie do sąsiada, mąż oszalał.
Pobił ją, długo i brutalnie, a Nikita widział wszystko i opowiedział babci i dziadkowi.
Mama Antoniny zapłakała:
Czy po to wychowywałam córkę, żeby ją pierwsza lepsza pijana świnia biła?
Ojciec, bez słowa, narzucił płaszcz i poszedł. Złapał zięcia, ex-zęcia, i spuścił z czwartego piętra. Ten w locie złamał rękę.
Ojciec pogroził pięścią:
Jeszcze raz się do córki zbliżysz, zabiję, wsadzają mnie, ale Twej Tonce życia nie zatrujesz.
I mąż zniknął na zawsze. Antonina już więcej za mąż nie wyszła. Wychowywała syna.
Mężczyźni próbowali się z nią umawiać, ale ona nie umiała się przekonać. Wystarczyło jej przeżyć po Nikicie seniorze.
Finansowo sobie radziła była technologiem żywienia, pracowała w niewielkiej restauracji na Powiślu.
Złotówki ostrożnie odkładała na mieszkanie. Gdy zebrała, Nikita zapragnął się żenić. Dziewczyna ładna, wyrazista, prawdziwie polska Wiktoria.
Antonina dała dzieciom i ślub, i nowe dwupokojowe w Wilanowie. Sami sobie, ich rodzina, im bardziej potrzebne.
Teraz zbierała złotówki na samochód dla dzieci. Ilekroć patrzyła na starego fiata, myślała, iż im się należy lepszy.
Dziś wcale nie planowała iść do Nikity. Nie miała zwyczaju narzucać się dzieciom. Ale tak się złożyło, iż była akurat przed ich blokiem, gdy lunął deszcz. Oczywiście bez parasola.
Deszcz lał, aż po bokach spływało. Antonina wskoczyła, by przeczekać, pogadać z Wiktorią po kobiecemu, napić się herbaty.
Wiktoria, widząc teściową w drzwiach, zaskoczona wpatrzyła się w nią: przejść nie zaprosiła, w przedpokoju zimno rzuciła:
Pani Antonino, czegoś pani chciała?
Antonina zgłupiała i zaczęła się tłumaczyć:
Tak… Deszcz…
Deszcz już minął! Ma pani blisko, dojdzie Wiktoria spojrzała przez okno, założyła ręce na piersi.
Tak, tak, zgodziła się Antonina, i z rozpaczą wyszła z powrotem na deszcz.
Płakała, płakała aż w końcu zasnęła.
W śnie złota rybka z akwarium urosła, zaczęła poruszać wargami bez dźwięku, a Antonina doskonale rozumiała, co mówi.
No co się rozczulasz, głupia? choćby herbaty ci nie dali! Na auto dla nich zbierasz? Ile jeszcze będziesz dla nich żyć? Popatrz na siebie przecież jesteś mądra i piękna! Pieniądze masz, no i co z tego, skoro wszystko na dzieci? Przecież oni tego nie docenią. Wyjedź gdzieś nad Bałtyk, odpocznij dla siebie.
Obudziła się w zupełnej ciemności.
Rybka pływała, przez cały czas ruszała pyszczkiem, ale Antonina nie rozumiała już rybiego języka. W głowie zachowało się tylko jedno: nie wolno się poświęcać dla niewdzięcznych ludzi. Dlaczego nikt choćby na herbatę nie zaprosi, choćby deszczu przeczekać nie pozwoli?
Antonina wzięła pieniądze odłożone na auto dla dzieci, kupiła sobie wyjazd nad morze. Poleżała na piasku, wypoczęła, wróciła opalona i szczęśliwa.
Syn z synową nie wiedzieli nic. Przychodzili tylko, kiedy trzeba było: złotówki, córka do opieki.
Antonina przestała unikać mężczyzn. Odkryła, iż podoba się dyrektorowi restauracji, w której pracowała Lucjanowi.
Zawsze się jej podobał, ale ona była zbyt zamknięta: wszystko dla syna i synowej. Teraz wszystko się ułożyło: razem do pracy, razem z pracy, życie nabrało nowych barw.
Ostatnio Wiktoria przyszła:
Dlaczego nie odwiedza nas pani, pani Antonino? Nikita już auto wybrał… rzuciła z ironią.
Wiktorio, czegoś chciałaś? Antonina założyła ręce na piersi.
Wiktoria chciała coś odpowiedzieć, ale z pokoju wyszedł elegancki mężczyzna:
Tonia, napijemy się herbaty?
Oczywiście! uśmiechnęła się Antonina.
Zaproś gościa! zawołał Lucjan z uśmiechem.
Nie, Wiktoria już wychodzi. Ona herbaty nie pije, prawda, Wiktorio?
Antonina zatrzasnęła za synową drzwi i rozbawiona mrugnęła do złotej rybki.
No widzisz!












