Wygodne babcie
Obudził mnie śmiech, taki głośny, nieprzyzwoity, rozlegający się echem po całej sali szpitalnej. Całe życie nie tolerowałam takiego rechotu, a tu wstałam przez sąsiadkę z łóżka obok. Przytulała do ucha telefon i żywo gestykulowała drugą ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć.
Basia, Ty to potrafisz! Naprawdę, tak mu wygarnęłaś przy wszystkich?
Spojrzałam na zegarek za piętnaście siódma. Do pobudki jeszcze kwadrans. Kwadrans ciszy przed operacją, którą chciałam spędzić spokojnie, zbierając myśli.
Gdy przywieźli mnie tu wczoraj wieczorem, ona już leżała. Krótkie: Dobry wieczór Dobry wieczór. I tyle, każda pogrążyła się we własnych sprawach. Byłam wdzięczna za ciszę. Teraz miałam za oknem cyrk.
Przepraszam powiedziałam cicho, ale wyraźnie może trochę ciszej?
Odwróciła się. Okrągła twarz, krótkie siwe włosy bez śladu farby, czerwono-biała piżama w grochy. I to w szpitalu…
Oj Basia, potem zadzwonię, zaczęli mnie tu upominać schowała telefon i uśmiechnęła się do mnie. Przepraszam! Jestem Grażyna Nowicka. Wyspała się pani? Ja w ogóle przed operacją nie sypiam, dzwonię gdzie się da.
Zofia Kowalczyk. jeżeli pani nie śpi, to nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć.
Ale pani już przecież nie śpi mrugnęła porozumiewawczo. Będę szeptać, obiecuję.
Nie szeptała. Do śniadania zdążyła jeszcze dwa razy zadzwonić, coraz głośniej. Odwróciłam się do ściany i naciągnęłam kołdrę na głowę bez skutku.
Córka dzwoniła tłumaczyła przy niesionym w milczeniu śniadaniu operacja, się martwi. Ja ją uspokajam, jak mogę.
Nie odpowiedziałam. Syn nie zadzwonił. W sumie się nie dziwiłam uprzedzał, iż ma od rana ważne zebranie. Sama tak wychowałam: praca to obowiązek.
Grażynę zabrano pierwszą. Machając na pożegnanie, śmiała się i żartowała z pielęgniarką. Pomyślałam tylko, iż dobrze by było po operacji mieć już inną współlokatorkę.
Mnie wezwano godzinę później. Narkozę znosiłam ciężko obudziłam się z mdłościami, tępym bólem po prawej stronie. Pielęgniarka zapewniła, iż wszystko się udało, trzeba przetrzymać. Umiałam przetrzymać, zawsze potrafiłam.
Wieczorem wróciłam na salę. Grażyna już leżała. Twarz ziemista, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Pierwszy raz cicho.
Jak się pani czuje? spytałam, nie zamierzając, a jednak przełamując ciszę.
Otworzyła oczy, lekko się uśmiechnęła.
Na razie ciągnę. Pani?
Też.
Milczałyśmy. Za oknem zapadał zmierzch. Kroplówki cicho dźwięczały.
Przepraszam za rano powiedziała nagle Grażyna. Jak się denerwuję, gadam jak nakręcona. Wiem, iż to wkurza, ale nie mogę się powstrzymać.
Chciałam odpowiedzieć złośliwie, ale nie miałam siły. Wykrztusiłam:
Nic się nie stało.
W nocy żadna z nas nie spała. Bolało. Grażyna telefonu już nie chwytała, ale słyszałam jej szmery, westchnienia. Raz zdawało mi się nawet, iż płacze. Cicho, w poduszkę.
Rano przyszła lekarka. Obejrzała rany, sprawdziła temperaturę Dzielne panie, wszystko dobrze. Grażyna natychmiast dorwała telefon.
Basia, no żyję, dobrze będzie, nie przejmuj się. A Tomeczek, naprawdę jeszcze gorączkuje? A skąd już przeszło? Widzisz, mówiłam, iż nie ma co panikować.
Siłą rzeczy słuchałam. Moje wnioskuję: wnuki. Córka się tłumaczy.
Mój telefon milczy. O, są dwie wiadomości od syna: Mamo, jak się czujesz? i Napisz, jak będziesz mogła. Przyszły wczoraj, gdy jeszcze nie mogłam pisać.
Odpisałam: Wszystko w porządku :). Syn twierdził, iż bez emotikonów wiadomości wyglądają zbyt sztywno.
Odpowiedź przyszła za trzy godziny: Super! Buziaki.
Nie przyjeżdżają do pani? zapytała po południu Grażyna.
Syn pracuje, mieszka daleko. Nie ma potrzeby, nie jestem dzieckiem.
Też tak słyszę od córki: Mamo, jesteś dorosła, dasz radę. No i po co mają przyjeżdżać, skoro nic się nie dzieje?
W jej głosie pobrzmiewała nuta, przez którą spojrzałam na nią uważniej. Uśmiechała się, ale oczy miała zupełnie niewesołe.
Ile ma pani wnuków?
Troje. Tomeczek najstarszy, osiem lat, potem Marysia i Lewcio roczniaki, trzy i cztery. Wyjęła telefon. Chce pani zdjęcia?
Pokazywała je przez chyba dwadzieścia minut. Dzieci na działce, nad morzem, z ciastem. Na każdym zdjęciu ona, przytula, śmieje się, całuje. Córki nigdzie.
To ona robi zdjęcia tłumaczyła. Nie lubi być w kadrze.
Wnuki często u pani są?
Ja u nich prawie mieszkam. Córka i zięć pracują, więc pomagam. Odbieram z przedszkola, lekcje sprawdzam, ugotuję coś.
Pokiwałam głową. Też tak miałam. Po narodzinach wnuka codziennie byłam potrzebna. Potem coraz rzadziej, teraz raz w miesiącu, w wybrane niedziele. Jak się uda.
A pani?
Jeden wnuk, dziewięć lat. Grzeczny, dobrze się uczy, na karate chodzi.
Widywane się?
Czasem w niedziele. Oni bardzo zajęci. Rozumiem to.
No tak odwróciła się do okna zajęci.
Zamilkłyśmy. Deszcz zaczął stukać po szybie.
Wieczorem Grażyna powiedziała nagle:
Nie chce mi się wracać do domu.
Podniosłam wzrok. Siedziała na łóżku, obejmując kolana, wbijała wzrok w podłogę.
Naprawdę nie chcę. Przemyślałam to i nie.
Dlaczego?
Po co? Wrócę, a tam Tomeczek nie dał rady z matmą, Marysia znowu zakatarzona, Lewcio spodnie podarł. Córka w pracy do nocy, zięć wiecznie w delegacjach. A ja gotuj, sprzątaj, biegaj za nimi. A podziękuje ktoś? Nie. Bo to babcia. Babcia powinna.
Zamilkłam, ściskając gardło.
Przepraszam otarła oczy. Rozkleiłam się.
Nie przepraszaj powiedziałam cicho. Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam wreszcie dla siebie. Chciałam chodzić do teatru, na wystawy. Zapisałam się choćby na kurs francuskiego. Byłam dwa tygodnie.
Co się stało?
Synowa wzięła urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Ja nie pracuję, więc czemu nie. Nie umiałam odmówić.
I jak?
Codziennie trzy lata, potem co drugi dzień, potem raz w tygodniu. Teraz mam wrażenie, iż nie jestem już potrzebna. Mają nianię. Siedzę i czekam, czy zadzwonią.
Grażyna pokiwała głową.
Córka miała mnie odwiedzić w listopadzie. Przygotowałam się, ciasta upiekłam. A potem telefon: Mamo, Tomeczek ma trening, nie damy rady.
I nie przyjechała?
Nie. Ciasta oddałam sąsiadce.
Milczałyśmy. Deszcz szumiał w szybie.
Wie pani, co jest najgorsze? zapytała Grażyna. Nie to, iż nie przyjeżdżają. To, iż ja i tak czekam. Trzymam telefon i myślę: może zadzwonią, iż tęsknią. Tak po prostu.
Zrobiło mi się mokro pod powiekami.
Ja też czekam. Za każdym razem liczę, iż syn po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze chodzi o coś konkretnego.
A my zawsze gotowe pomóc uśmiechnęła się gorzko. Bo jesteśmy mamami.
Tak.
Następnego dnia zmiana opatrunków. Bolało, leżałyśmy potem cicho. W końcu Grażyna nagle odezwała się cicho:
Myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka cudowna, zięć porządny, wnuki cieszą. Że jestem potrzebna. Nic beze mnie nie zrobią.
I?
I tylko tu zrozumiałam, iż świetnie sobie radzą beze mnie. Córka przez cztery dni nie powiedziała, iż jest jej ciężko. choćby przeciwnie. To znaczy, iż tak już potrafią. Po prostu wygodnie mieć babcię za darmo.
Podparłam się na łokciu.
Wie pani, co uświadomiłam sobie? Sama nauczyłam syna, iż matka zawsze wszystko rzuci i pomoże, iż jej sprawy są mniej ważne. Jego priorytety świętość.
Też tak robiłam. Telefon: Mamo, przyjedź lecę choćbym była w połowie obiadu.
Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie mamy swojego życia odezwałam się.
Grażyna tylko przytaknęła.
I co teraz?
Nie wiem.
Piątego dnia wstałam z łóżka bez pomocy. Szóstego przeszłam korytarz. Grażyna dzień później dołączyła. Chodziłyśmy razem po oddziale, powoli, opierając się o ścianę.
Po śmierci męża kompletnie się pogubiłam powiedziała Grażyna. Córka powiedziała: teraz masz nowy cel, wnuki. Żyj dla nich. I żyłam. Tylko jakoś to jednostronne. Ja dla nich, oni dla mnie tylko wtedy, gdy wygodnie.
Opowiedziałam jej o rozwodzie, trzydzieści lat temu. Syn miał pięć lat, ja wieczorami się uczyłam, pracowałam na dwa etaty.
Wydawało mi się, iż jeżeli będę idealną matką, będę miała idealnego syna. Że jak się poświęcę, doceni.
A on dorósł i żyje swoim życiem dokończyła Grażyna.
Tak. Chyba normalne. Ale nie sądziłam, iż będę tak bardzo samotna.
Ja też nie.
Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi. Ja akurat czytałam. Przystojny, drogie płaszcze, reklamówka z owocami.
Mamo! wszedł z uśmiechem i całusem w czoło. Jak się czujesz? Lepiej?
Lepiej.
Super! Lekarka mówi, iż za trzy dni pani wypiszą. Może pojedziesz do nas? Gabrysia mówi, iż gościnny pokój czeka.
Dziękuję, wolę do siebie.
Jak wolisz. Dzwoń, jakby co.
Posiedział dwadzieścia minut. Opowiedział o pracy, o wnuku, o nowym samochodzie. Zapytał, czy nie trzeba pieniędzy. Zapewnił, iż za tydzień przyjedzie znowu. gwałtownie się pożegnał.
Grażyna leżała i udawała, iż śpi. Gdy drzwi się zamknęły, spytała:
Twój?
Mój.
Przystojny.
Tak.
Ale chłodny, jak lód.
Nie odpowiedziałam. Ścisnęło mnie w gardle.
Wie pani wyszeptała Grażyna chyba trzeba przestać liczyć na ich miłość. Puścić to. Oni dorośli, mają swoje życie. A my poszukać swojego.
Łatwo powiedzieć.
Trudno zrobić. Ale czy mamy wybór? Będziemy siedzieć tak całe lata, czekając na telefon?
Co powiedziałaś córce? sama się zdziwiłam, przechodząc na ty.
Basi? Że po wypisie odpoczywam dwa tygodnie. Lekarka zabroniła dźwigać i zajmować się wnukami.
I jak zareagowała?
Była zła. Ale powiedziałam: „Basia, jesteś dorosła, poradzisz sobie. Ja teraz nie dam rady”.
Obraziła się?
Bardzo uśmiechnęła się smutno. Ale… ulżyło mi. Jakby ciężar spadł z serca.
Zamknęłam oczy.
Boję się. jeżeli odmówię… przestaną dzwonić.
A dzwonią często?
Cisza.
Właśnie. Gorzej już nie będzie. Może tylko lepiej.
Ósmego dnia wypisali nas razem. Pakowałyśmy się w milczeniu, jakby to nasze ostatnie spotkanie.
Wymienimy się numerami? zaproponowała Grażyna.
Skinęłam głową. Wpisałyśmy numery. Stałyśmy przez chwilę, patrząc na siebie.
Dziękuję powiedziałam za to, iż byłaś obok.
I ja. Wiesz trzydzieści lat nie rozmawiałam z nikim tak szczerze.
Ja też nie.
Uściskałyśmy się nieskładnie, delikatnie, ostrożnie. Pielęgniarka przyniosła dokumenty, zamówiła taksówkę. Ja jechałam pierwsza.
W domu było cicho i pusto. Rozpakowałam się, wzięłam prysznic, położyłam na kanapie. Sięgnęłam po telefon. Trzy wiadomości od syna: Mamo, już jesteś w domu?, Daj znać, jak wrócisz, Nie zapomnij o lekach.
Odpisałam: Jestem. Wszystko dobrze. Odłożyłam telefon.
Podeszłam do szafy. Wyjęłam teczkę, do której nie zaglądałam od pięciu lat. Broszura kursu francuskiego i wydruk programu filharmonii. Patrzyłam na nie.
Telefon zadzwonił. Grażyna.
Cześć. Wiem, szybko. Po prostu chciałam zadzwonić.
Cieszę się. Naprawdę.
Wiesz co? Spotkajmy się, jak dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie. Może na kawę? Albo na spacer. Jak chcesz.
Popatrzyłam na broszurę i telefon, znowu na broszurę.
Chcę. Bardzo. A może szybciej? Może już w sobotę? Mam dość siedzenia w domu.
W sobotę? Na serio? Przecież lekarze
Mówili. Ale trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Czas o siebie.
To umowa. Sobota.
Pożegnałyśmy się. Odłożyłam telefon i jeszcze raz wzięłam broszurę. Kurs francuskiego zaczynał się za miesiąc. Zapisy jeszcze trwały.
Wyjęłam laptop i zaczęłam się rejestrować. Ręce się trzęsły, ale wypełniłam wszystko, do końca.
Za oknem padał deszcz, ale zza chmur przebijało już słońce. Niewielkie, jesienne, ale jednak.
I pomyślałam, iż może właśnie zaczyna się moje życie. Wysłałam zgłoszenie.














