Babcie na zawołanie Elżbieta Nowak obudziła się od głośnego śmiechu. Nie cichego chichotu, nie tłumionego mruknięcia, ale donośnego, zupełnie nieprzystojącego szpitalnej sali rechotu, którego zawsze nie znosiła. Śmiała się jej współlokatorka, trzymając przy uchu telefon i wymachując drugą ręką, jakby rozmówca mógł to widzieć. – Lenka, no nie wierzę! Naprawdę tak powiedział? Przy wszystkich? Elżbieta spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki jeszcze piętnaście minut. Kwadrans, który mogła spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj wieczorem, kiedy przywieziono ją do sali, współlokatorka już leżała i gwałtownie coś pisała na telefonie. Powiedziały sobie tylko: „Dobry wieczór” – „Dzień dobry” i każda zanurzyła się we własnych myślach. Elżbieta była wdzięczna za milczenie. A teraz – cyrk. – Przepraszam – powiedziała cicho, ale stanowczo – Można prosić ciszej? Współlokatorka się odwróciła. Okrągła twarz, krótkie siwe włosy, których choćby nie próbowała farbować, jaskrawa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! – Oj Lenka, oddzwonię, bo tu zaczęli mnie wychowywać – odłożyła telefon i uśmiechnęła się do Elżbiety. – Przepraszam! Katarzyna Szymańska. Dobrze się pani spało? Ja w ogóle przed operacją nie śpię, to dzwonię do kogo się da. – Elżbieta Nowak. To iż pani nie śpi, nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć. – Ale przecież już pani nie śpi – Katarzyna mrugnęła. – Dobrze, będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Do śniadania zdążyła wykonać jeszcze dwa telefony, za każdym razem mówiąc coraz głośniej. Elżbieta ostentacyjnie odwróciła się do ściany i nakryła głowę kołdrą, ale nie pomogło. – Dzwoniła córka – wyjaśniła podczas śniadania, które obie zostawiły nietknięte – Operacja. Martwi się, biedna. Uspokajam ją jak umiem. Elżbieta milczała. Jej syn nie zadzwonił. Ale nie czekała – uprzedził, iż rano ma ważne zebranie w pracy. Sama go tak wychowała – praca to poważna sprawa, obowiązek. Katarzynę zabrali pierwszą. Szła korytarzem machając na pożegnanie i rzucając coś pielęgniarce, ta się śmiała. Elżbieta pomyślała, iż po operacji dobrze byłoby, gdyby ją przenieśli do innej sali. Ją samą zabrano godzinę później. Zawsze ciężko znosiła narkozę. Obudziła się z nudnościami i tępym bólem w prawym boku. Pielęgniarka uspokajała, iż wszystko się udało i „trzeba chwilę wytrzymać”. Elżbieta umiała wytrzymać. Zawsze to potrafiła. Wieczorem, gdy przewieźli ją z powrotem do sali, Katarzyna już leżała na łóżku. Twarz szara, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho. – Jak się pani czuje? – zapytała Elżbieta wbrew sobie. Katarzyna uchyliła powieki. Uśmiechnęła się słabo. – Jeszcze żyję. A pani? – Też. Zapadła cisza. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho zgrzytały. – Przepraszam za ranek – odezwała się w końcu Katarzyna. – Jak się denerwuję – gadam bez przerwy. Wiem, iż to irytuje, ale nie umiem się powstrzymać. Elżbieta chciała odpysknąć, ale była za bardzo zmęczona. Wydusiła: – Nic się nie stało. W nocy żadna nie spała. Obie bolało. Katarzyna nie dzwoniła już do nikogo, leżała cicho, ale Elżbieta słyszała jak się wierci, wzdycha. Chyba choćby płakała, cicho, w poduszkę. Rano przyszła lekarka. Obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę, powiedziała: „Pięknie panie, wszystko w porządku”. Katarzyna chwyciła zaraz za telefon. – Leniu, cześć! Już żyję, nie musisz się martwić. Co z moimi? Kiruś naprawdę miał gorączkę?… Już przeszło? No widzisz, mówiłam ci, iż nic strasznego. Elżbieta słuchała mimo woli. „Moi” – czyli wnuki. Córka zdaje relację. Jej własny telefon milczał. Dwie smsy od syna: „Mamo, jak się czujesz?” oraz „Napisz, jak będziesz mogła”. Przyszły wczoraj wieczorem, jeszcze kiedy dochodziła do siebie po narkozie. Napisała: „Wszystko dobrze”. Dodała buźkę – syn lubił emotikony, mówił, iż bez nich wiadomości są zimne. Odpowiedź przyszła po trzech godzinach: „Super! Całusy”. – Pani bliscy nie przyjadą? – zapytała Katarzyna po południu. – Syn pracuje. Mieszka daleko. Po co miałby przyjeżdżać, nie jestem dzieckiem. – Racja. – Katarzyna pokiwała głową. – U mnie córka też mówi: mamo, jesteś dorosła, dasz sobie radę. I w sumie dobrze, iż nie muszą się martwić, prawda? W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, iż Elżbieta spojrzała na nią uważniej. Katarzyna uśmiechała się, ale oczy nie były wesołe. – Ma pani wnuki? – Troje. Kiryłek najstarszy, osiem lat. Potem Marysia i Leon, rok różnicy, cztery i trzy lata. – Wyjęła telefon z szafki. – Chce pani zdjęcia zobaczyć? Pokazywała zdjęcia dobre dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na wszystkich była ona – przytulała, całowała, śmiesznie się wygłupiała. Córki nie było na żadnym. – Córka robi zdjęcia – wyjaśniła. – Nie lubi być przed obiektywem. – Wnuki często u pani bywają? – adekwatnie to ja u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć też, więc… pomagam. Odebrać z przedszkola, sprawdzić lekcje, ugotować… Elżbieta pokiwała głową. U niej było podobnie. Pierwsze lata po narodzinach wnuka też pomagała codziennie. Potem wnuk podrósł, zaczęła bywać rzadziej. Teraz raz w miesiącu, w niedzielę. jeżeli znajdą czas. – A pani? – Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na zajęcia. – Często się widujecie? – Bywa, w niedziele. Są strasznie zajęci. Rozumiem to. – No tak – westchnęła Katarzyna, odwracając się do okna. – Zajęci… Zapadła cisza. Za oknem mżył deszcz. Wieczorem Katarzyna powiedziała: – Nie chcę wracać do domu. Elżbieta podniosła wzrok. Katarzyna siedziała na łóżku ze ściągniętymi pod brodę kolanami i patrzyła w podłogę. – Naprawdę nie chcę. Myślałam i myślałam i nie chcę. – Dlaczego? – A po co? Wrócę i znowu to samo: Kirył nie zrobił lekcji, Marysia znowu zasmarkana, Leon podarł spodnie, córka haruje do nocy, zięć w delegacji. Ja: pierz, gotuj, sprzątaj, pomagaj. I nawet… – urwała. – choćby „dziękuję” nie usłyszę. Bo przecież babcia, to musi. Elżbieta milczała. W gardle rosła jej gula. – Przepraszam – Katarzyna otarła oczy. – Rozkleiłam się. – Nie przepraszaj. – Elżbieta odezwała się cicho. – Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam, w końcu się sobą zajmę. Do teatru pójdę, na wystawy. choćby na kurs francuskiego się zapisałam. Odbyłam dwa spotkania. – I co się stało? – Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła, żebym pomogła, bo babcia przecież nie pracuje, jej łatwo. Nie umiałam odmówić. – I jak było? – Trzy lata codziennie. Potem wnuk do przedszkola, to co drugi dzień. Potem do szkoły – raz w tygodniu. Teraz… Teraz adekwatnie nie jestem im potrzebna. Mają nianię. A ja siedzę i czekam, czy sobie o mnie przypomną. Katarzyna pokiwała głową. – Córka miała w listopadzie przyjechać. Do mnie, w odwiedziny. Dom wysprzątałam, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamo, sorry, Kirył ma trening. Nie da rady. – I nie przyjechała? – Nie. Ciastami poczęstowałam sąsiadkę. Siedziały w ciszy. Za oknem deszcz uderzał o szybę. – Wie pani, co jest najgorsze? – odezwała się Katarzyna. – choćby nie to, iż nie przyjeżdżają. Ale to, iż i tak czekam. Trzymam telefon w dłoni, bo może zadzwonią, może stęsknili się. Tak po prostu, nie bo czegoś chcą… Elżbiecie zaszkliły się oczy. – Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni telefon, myślę: może syn chce tylko porozmawiać. Ale nie. Zawsze sprawa do załatwienia. – A my ratujemy – Katarzyna uśmiechnęła się gorzko. – Bo jesteśmy mamami. – Tak. Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Bolało obie. Po zabiegu leżały w ciszy, aż Katarzyna nagle powiedziała: – Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka cudowna, zięć porządny, dzieciaki radość. Że jestem potrzebna. Że beze mnie się nie da. – I…? – I dopiero teraz widzę, iż się da. Córka od czterech dni nie jęczy, iż ma ciężko. Przeciwnie. Radzi sobie świetnie. Czyli potrafi. Babcia-niania po prostu wygodna. Elżbieta podniosła się na łokciu. – Wie pani, co ja zrozumiałam? Sama nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, zawsze będzie czekać. Że moje plany nieważne, a jego święte. – Ja też tak robiłam. Córka dzwoni – rzucam wszystko i biegnę. – Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie jesteśmy ludźmi – Elżbieta mówiła wolno. – Że nie mamy własnego życia. Katarzyna przytaknęła. Milczała. – I co teraz? – Nie wiem. Piątego dnia Elżbieta wstała samodzielnie z łóżka. Szóstego przeszła do końca korytarza i z powrotem. Katarzyna była dzień w tyle, ale szła zawzięcie. Chodziły razem, wolno, podpierając się ścianą. – Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam – opowiadała Katarzyna. – Myślałam, iż życie się skończyło. Córka powiedziała: mamo, teraz twoim sensem są wnuki. Żyj dla nich. To żyłam. Ale ten sens taki… jednostronny. Ja dla nich, a oni dla mnie tylko, gdy wygodnie. Elżbieta opowiedziała o rozwodzie trzydzieści lat temu – syn miał wtedy pięć lat. Jak sama go wychowywała, wieczorami studiowała, pracowała na dwa etaty. – Myślałam, iż jeżeli będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Że oddam wszystko i on będzie wdzięczny. – A on dorósł i żyje swoim życiem – dokończyła Katarzyna. – Tak. I może to normalne. Ale nie spodziewałam się, iż będę tak samotna. – Ja też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi. Elżbieta czytała na łóżku, kiedy pojawił się w drzwiach. Wysoki, w drogim płaszczu, z siatką owoców. – Mamo, cześć! – uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. – Jak się czujesz? Lepiej? – Lepiej. – Super! Lekarz mówił, iż jeszcze trzy dni i wypis. Pomyślałem – może pojedziesz do nas? Gościnny pokój stoi pusty. – Dziękuję, wolę do domu. – Jak chcesz. Ale dzwoń, przyjedziemy. Został dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, o wnuku, o nowym samochodzie. Spytał, czy nie trzeba pieniędzy. Obiecał, iż odwiedzi za tydzień. I wyszedł szybko, z ulgą. Katarzyna leżała i udawała, iż śpi. Kiedy drzwi się zamknęły, otworzyła oczy. – Pani syn? – Mój. – Przystojny. – Tak. – I zimny jak lód. Elżbieta nie odpowiedziała. Ścisnęło ją w gardle. – Wie pani – Katarzyna odezwała się półgłosem – pomyślałam, iż może powinnam przestać się łudzić, iż będą mnie kochać. Po prostu… puścić ich wolno. Pogodzić się, iż mają swoje życie. A my musimy znaleźć swoje. – Łatwo powiedzieć. – Trudno zrobić. Ale nie ma innego wyjścia. Albo będziemy siedzieć i czekać, aż sobie przypomną. – I co pani powiedziała córce? – zapytała nagle Elżbieta, przechodząc na „ty”. – Że po wypisie będę odpoczywać, może dwa tygodnie. Lekarz zabronił się przemęczać. Nie dam rady pilnować wnuków. – Obraziła się? – I jeszcze jak – Katarzyna uśmiechnęła się krzywo. – Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął mi kamień z serca. Elżbieta zamknęła oczy. – Boję się. Jak powiem „nie”, to w ogóle przestaną dzwonić. – A teraz dzwonią często? Cisza. – No właśnie. Gorzej nie będzie. Może być tylko lepiej. Ósmego dnia obie wypisano. Pakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze. – Daj mi swój numer – zaproponowała Katarzyna. Elżbieta skinęła głową. Wpisały numery w telefony. Postały chwilę naprzeciwko siebie. – Dziękuję – powiedziała Elżbieta – Za to, iż byłaś blisko. – I ja dziękuję. Wiesz… od trzydziestu lat nie rozmawiałam z nikim tak szczerze. – Ja też. Przytuliły się ostrożnie, by nie zahaczyć o szwy. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zamówiła taksówkę. Elżbieta pojechała pierwsza. W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Zajrzała do telefonu. Trzy wiadomości od syna: „Mamo, już po wypisie?”, „Zadzwoń, jak będziesz w domu”, „Nie zapomnij o lekach”. Odpisała: „Jestem w domu. Wszystko ok.” Odłożyła telefon. Wstała, otworzyła szafę. Wyjęła teczkę, której nie oglądała od pięciu lat. Były tam ulotka kursu francuskiego i wydrukowany program koncertów filharmonii. Patrzyła na ulotkę i myślała. Zadzwonił telefon. Katarzyna. – Cześć. Wybacz, iż tak od razu… Po prostu… chciałam usłyszeć twój głos. – Bardzo się cieszę. – Wiesz co? Spotkajmy się! Gdy wrócimy do formy, może za dwa tygodnie. W kawiarni albo na spacerze. jeżeli chcesz, oczywiście. Elżbieta popatrzyła na ulotkę. Potem na telefon. Jeszcze raz na ulotkę. – Chcę. Bardzo chcę. Wiesz co? A może w sobotę? Mam już dość leżenia w domu. – W sobotę? Serio? Lekarze mówili… – Mówili. Ale trzydzieści lat dbałam o innych. Pora pomyśleć o sobie. – To umówione. W sobotę. Pożegnały się. Elżbieta odłożyła telefon i znów ujęła ulotkę. Kursy zaczynały się za miesiąc. Nabór ciągle trwał. Wyjęła laptop, weszła na stronę zapisów. Palce jej drżały, ale wpisała wszystkie dane aż do końca. Za oknem padał deszcz. Ale zza chmur zaczęło wyglądać słońce. Słabe, jesienne, ale jednak słońce. I Elżbieta pomyślała nagle, iż może życie dopiero się zaczyna. I kliknęła „Wyślij zgłoszenie”.

twojacena.pl 3 godzin temu

Wygodne babcie

Obudził mnie śmiech, taki głośny, nieprzyzwoity, rozlegający się echem po całej sali szpitalnej. Całe życie nie tolerowałam takiego rechotu, a tu wstałam przez sąsiadkę z łóżka obok. Przytulała do ucha telefon i żywo gestykulowała drugą ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć.

Basia, Ty to potrafisz! Naprawdę, tak mu wygarnęłaś przy wszystkich?

Spojrzałam na zegarek za piętnaście siódma. Do pobudki jeszcze kwadrans. Kwadrans ciszy przed operacją, którą chciałam spędzić spokojnie, zbierając myśli.

Gdy przywieźli mnie tu wczoraj wieczorem, ona już leżała. Krótkie: Dobry wieczór Dobry wieczór. I tyle, każda pogrążyła się we własnych sprawach. Byłam wdzięczna za ciszę. Teraz miałam za oknem cyrk.

Przepraszam powiedziałam cicho, ale wyraźnie może trochę ciszej?

Odwróciła się. Okrągła twarz, krótkie siwe włosy bez śladu farby, czerwono-biała piżama w grochy. I to w szpitalu…

Oj Basia, potem zadzwonię, zaczęli mnie tu upominać schowała telefon i uśmiechnęła się do mnie. Przepraszam! Jestem Grażyna Nowicka. Wyspała się pani? Ja w ogóle przed operacją nie sypiam, dzwonię gdzie się da.

Zofia Kowalczyk. jeżeli pani nie śpi, to nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć.

Ale pani już przecież nie śpi mrugnęła porozumiewawczo. Będę szeptać, obiecuję.

Nie szeptała. Do śniadania zdążyła jeszcze dwa razy zadzwonić, coraz głośniej. Odwróciłam się do ściany i naciągnęłam kołdrę na głowę bez skutku.

Córka dzwoniła tłumaczyła przy niesionym w milczeniu śniadaniu operacja, się martwi. Ja ją uspokajam, jak mogę.

Nie odpowiedziałam. Syn nie zadzwonił. W sumie się nie dziwiłam uprzedzał, iż ma od rana ważne zebranie. Sama tak wychowałam: praca to obowiązek.

Grażynę zabrano pierwszą. Machając na pożegnanie, śmiała się i żartowała z pielęgniarką. Pomyślałam tylko, iż dobrze by było po operacji mieć już inną współlokatorkę.

Mnie wezwano godzinę później. Narkozę znosiłam ciężko obudziłam się z mdłościami, tępym bólem po prawej stronie. Pielęgniarka zapewniła, iż wszystko się udało, trzeba przetrzymać. Umiałam przetrzymać, zawsze potrafiłam.

Wieczorem wróciłam na salę. Grażyna już leżała. Twarz ziemista, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Pierwszy raz cicho.

Jak się pani czuje? spytałam, nie zamierzając, a jednak przełamując ciszę.

Otworzyła oczy, lekko się uśmiechnęła.

Na razie ciągnę. Pani?

Też.

Milczałyśmy. Za oknem zapadał zmierzch. Kroplówki cicho dźwięczały.

Przepraszam za rano powiedziała nagle Grażyna. Jak się denerwuję, gadam jak nakręcona. Wiem, iż to wkurza, ale nie mogę się powstrzymać.

Chciałam odpowiedzieć złośliwie, ale nie miałam siły. Wykrztusiłam:

Nic się nie stało.

W nocy żadna z nas nie spała. Bolało. Grażyna telefonu już nie chwytała, ale słyszałam jej szmery, westchnienia. Raz zdawało mi się nawet, iż płacze. Cicho, w poduszkę.

Rano przyszła lekarka. Obejrzała rany, sprawdziła temperaturę Dzielne panie, wszystko dobrze. Grażyna natychmiast dorwała telefon.

Basia, no żyję, dobrze będzie, nie przejmuj się. A Tomeczek, naprawdę jeszcze gorączkuje? A skąd już przeszło? Widzisz, mówiłam, iż nie ma co panikować.

Siłą rzeczy słuchałam. Moje wnioskuję: wnuki. Córka się tłumaczy.

Mój telefon milczy. O, są dwie wiadomości od syna: Mamo, jak się czujesz? i Napisz, jak będziesz mogła. Przyszły wczoraj, gdy jeszcze nie mogłam pisać.

Odpisałam: Wszystko w porządku :). Syn twierdził, iż bez emotikonów wiadomości wyglądają zbyt sztywno.

Odpowiedź przyszła za trzy godziny: Super! Buziaki.

Nie przyjeżdżają do pani? zapytała po południu Grażyna.

Syn pracuje, mieszka daleko. Nie ma potrzeby, nie jestem dzieckiem.

Też tak słyszę od córki: Mamo, jesteś dorosła, dasz radę. No i po co mają przyjeżdżać, skoro nic się nie dzieje?

W jej głosie pobrzmiewała nuta, przez którą spojrzałam na nią uważniej. Uśmiechała się, ale oczy miała zupełnie niewesołe.

Ile ma pani wnuków?

Troje. Tomeczek najstarszy, osiem lat, potem Marysia i Lewcio roczniaki, trzy i cztery. Wyjęła telefon. Chce pani zdjęcia?

Pokazywała je przez chyba dwadzieścia minut. Dzieci na działce, nad morzem, z ciastem. Na każdym zdjęciu ona, przytula, śmieje się, całuje. Córki nigdzie.

To ona robi zdjęcia tłumaczyła. Nie lubi być w kadrze.

Wnuki często u pani są?

Ja u nich prawie mieszkam. Córka i zięć pracują, więc pomagam. Odbieram z przedszkola, lekcje sprawdzam, ugotuję coś.

Pokiwałam głową. Też tak miałam. Po narodzinach wnuka codziennie byłam potrzebna. Potem coraz rzadziej, teraz raz w miesiącu, w wybrane niedziele. Jak się uda.

A pani?

Jeden wnuk, dziewięć lat. Grzeczny, dobrze się uczy, na karate chodzi.

Widywane się?

Czasem w niedziele. Oni bardzo zajęci. Rozumiem to.

No tak odwróciła się do okna zajęci.

Zamilkłyśmy. Deszcz zaczął stukać po szybie.

Wieczorem Grażyna powiedziała nagle:

Nie chce mi się wracać do domu.

Podniosłam wzrok. Siedziała na łóżku, obejmując kolana, wbijała wzrok w podłogę.

Naprawdę nie chcę. Przemyślałam to i nie.

Dlaczego?

Po co? Wrócę, a tam Tomeczek nie dał rady z matmą, Marysia znowu zakatarzona, Lewcio spodnie podarł. Córka w pracy do nocy, zięć wiecznie w delegacjach. A ja gotuj, sprzątaj, biegaj za nimi. A podziękuje ktoś? Nie. Bo to babcia. Babcia powinna.

Zamilkłam, ściskając gardło.

Przepraszam otarła oczy. Rozkleiłam się.

Nie przepraszaj powiedziałam cicho. Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam wreszcie dla siebie. Chciałam chodzić do teatru, na wystawy. Zapisałam się choćby na kurs francuskiego. Byłam dwa tygodnie.

Co się stało?

Synowa wzięła urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Ja nie pracuję, więc czemu nie. Nie umiałam odmówić.

I jak?

Codziennie trzy lata, potem co drugi dzień, potem raz w tygodniu. Teraz mam wrażenie, iż nie jestem już potrzebna. Mają nianię. Siedzę i czekam, czy zadzwonią.

Grażyna pokiwała głową.

Córka miała mnie odwiedzić w listopadzie. Przygotowałam się, ciasta upiekłam. A potem telefon: Mamo, Tomeczek ma trening, nie damy rady.

I nie przyjechała?

Nie. Ciasta oddałam sąsiadce.

Milczałyśmy. Deszcz szumiał w szybie.

Wie pani, co jest najgorsze? zapytała Grażyna. Nie to, iż nie przyjeżdżają. To, iż ja i tak czekam. Trzymam telefon i myślę: może zadzwonią, iż tęsknią. Tak po prostu.

Zrobiło mi się mokro pod powiekami.

Ja też czekam. Za każdym razem liczę, iż syn po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze chodzi o coś konkretnego.

A my zawsze gotowe pomóc uśmiechnęła się gorzko. Bo jesteśmy mamami.

Tak.

Następnego dnia zmiana opatrunków. Bolało, leżałyśmy potem cicho. W końcu Grażyna nagle odezwała się cicho:

Myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka cudowna, zięć porządny, wnuki cieszą. Że jestem potrzebna. Nic beze mnie nie zrobią.

I?

I tylko tu zrozumiałam, iż świetnie sobie radzą beze mnie. Córka przez cztery dni nie powiedziała, iż jest jej ciężko. choćby przeciwnie. To znaczy, iż tak już potrafią. Po prostu wygodnie mieć babcię za darmo.

Podparłam się na łokciu.

Wie pani, co uświadomiłam sobie? Sama nauczyłam syna, iż matka zawsze wszystko rzuci i pomoże, iż jej sprawy są mniej ważne. Jego priorytety świętość.

Też tak robiłam. Telefon: Mamo, przyjedź lecę choćbym była w połowie obiadu.

Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie mamy swojego życia odezwałam się.

Grażyna tylko przytaknęła.

I co teraz?

Nie wiem.

Piątego dnia wstałam z łóżka bez pomocy. Szóstego przeszłam korytarz. Grażyna dzień później dołączyła. Chodziłyśmy razem po oddziale, powoli, opierając się o ścianę.

Po śmierci męża kompletnie się pogubiłam powiedziała Grażyna. Córka powiedziała: teraz masz nowy cel, wnuki. Żyj dla nich. I żyłam. Tylko jakoś to jednostronne. Ja dla nich, oni dla mnie tylko wtedy, gdy wygodnie.

Opowiedziałam jej o rozwodzie, trzydzieści lat temu. Syn miał pięć lat, ja wieczorami się uczyłam, pracowałam na dwa etaty.

Wydawało mi się, iż jeżeli będę idealną matką, będę miała idealnego syna. Że jak się poświęcę, doceni.

A on dorósł i żyje swoim życiem dokończyła Grażyna.

Tak. Chyba normalne. Ale nie sądziłam, iż będę tak bardzo samotna.

Ja też nie.

Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi. Ja akurat czytałam. Przystojny, drogie płaszcze, reklamówka z owocami.

Mamo! wszedł z uśmiechem i całusem w czoło. Jak się czujesz? Lepiej?

Lepiej.

Super! Lekarka mówi, iż za trzy dni pani wypiszą. Może pojedziesz do nas? Gabrysia mówi, iż gościnny pokój czeka.

Dziękuję, wolę do siebie.

Jak wolisz. Dzwoń, jakby co.

Posiedział dwadzieścia minut. Opowiedział o pracy, o wnuku, o nowym samochodzie. Zapytał, czy nie trzeba pieniędzy. Zapewnił, iż za tydzień przyjedzie znowu. gwałtownie się pożegnał.

Grażyna leżała i udawała, iż śpi. Gdy drzwi się zamknęły, spytała:

Twój?

Mój.

Przystojny.

Tak.

Ale chłodny, jak lód.

Nie odpowiedziałam. Ścisnęło mnie w gardle.

Wie pani wyszeptała Grażyna chyba trzeba przestać liczyć na ich miłość. Puścić to. Oni dorośli, mają swoje życie. A my poszukać swojego.

Łatwo powiedzieć.

Trudno zrobić. Ale czy mamy wybór? Będziemy siedzieć tak całe lata, czekając na telefon?

Co powiedziałaś córce? sama się zdziwiłam, przechodząc na ty.

Basi? Że po wypisie odpoczywam dwa tygodnie. Lekarka zabroniła dźwigać i zajmować się wnukami.

I jak zareagowała?

Była zła. Ale powiedziałam: „Basia, jesteś dorosła, poradzisz sobie. Ja teraz nie dam rady”.

Obraziła się?

Bardzo uśmiechnęła się smutno. Ale… ulżyło mi. Jakby ciężar spadł z serca.

Zamknęłam oczy.

Boję się. jeżeli odmówię… przestaną dzwonić.

A dzwonią często?

Cisza.

Właśnie. Gorzej już nie będzie. Może tylko lepiej.

Ósmego dnia wypisali nas razem. Pakowałyśmy się w milczeniu, jakby to nasze ostatnie spotkanie.

Wymienimy się numerami? zaproponowała Grażyna.

Skinęłam głową. Wpisałyśmy numery. Stałyśmy przez chwilę, patrząc na siebie.

Dziękuję powiedziałam za to, iż byłaś obok.

I ja. Wiesz trzydzieści lat nie rozmawiałam z nikim tak szczerze.

Ja też nie.

Uściskałyśmy się nieskładnie, delikatnie, ostrożnie. Pielęgniarka przyniosła dokumenty, zamówiła taksówkę. Ja jechałam pierwsza.

W domu było cicho i pusto. Rozpakowałam się, wzięłam prysznic, położyłam na kanapie. Sięgnęłam po telefon. Trzy wiadomości od syna: Mamo, już jesteś w domu?, Daj znać, jak wrócisz, Nie zapomnij o lekach.

Odpisałam: Jestem. Wszystko dobrze. Odłożyłam telefon.

Podeszłam do szafy. Wyjęłam teczkę, do której nie zaglądałam od pięciu lat. Broszura kursu francuskiego i wydruk programu filharmonii. Patrzyłam na nie.

Telefon zadzwonił. Grażyna.

Cześć. Wiem, szybko. Po prostu chciałam zadzwonić.

Cieszę się. Naprawdę.

Wiesz co? Spotkajmy się, jak dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie. Może na kawę? Albo na spacer. Jak chcesz.

Popatrzyłam na broszurę i telefon, znowu na broszurę.

Chcę. Bardzo. A może szybciej? Może już w sobotę? Mam dość siedzenia w domu.

W sobotę? Na serio? Przecież lekarze

Mówili. Ale trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Czas o siebie.

To umowa. Sobota.

Pożegnałyśmy się. Odłożyłam telefon i jeszcze raz wzięłam broszurę. Kurs francuskiego zaczynał się za miesiąc. Zapisy jeszcze trwały.

Wyjęłam laptop i zaczęłam się rejestrować. Ręce się trzęsły, ale wypełniłam wszystko, do końca.

Za oknem padał deszcz, ale zza chmur przebijało już słońce. Niewielkie, jesienne, ale jednak.

I pomyślałam, iż może właśnie zaczyna się moje życie. Wysłałam zgłoszenie.

Idź do oryginalnego materiału