No cześć, muszę ci coś opowiedzieć, bo chyba z nikim tak dawno nie gadałam szczerze. Wyobraź sobie: wylądowałam ostatnio w szpitalu. Nic wielkiego, zwykły zabieg, ale stres oczywiście jak diabli. No i budzę się rano nie od budzika, nie od lekarza, tylko od śmiechu spod sufitu, tak głośnego, iż echo się niesie po całej sali. Babka po sąsiedzku rechocze w telefon, aż się pod kołdrą podniosłam z ciekawości i z lekką irytacją. Serio, 6:45 rano!
Jolka! Ty to masz! Tak mu odpowiedziałaś przy wszystkich?! wrzeszczy do tej słuchawki, a ja już marzę, żeby jeszcze chwilę poleżeć w spokoju przed operacją.
Wczoraj, jak mnie przywieźli, była już rozłożona na łóżku w tej swojej czerwonej piżamie w groszki, pisała coś zawzięcie w komórce. Przywitała się Dobry wieczór i tyle, żadnego ględzenia, więc byłam wdzięczna. Ale rano cyrk na kółkach.
Przepraszam, mogłaby pani trochę ciszej? rzuciłam, choćby bez złości, ale stanowczo.
Odwraca się, uśmiech szeroki, włosy krótkie, siwe i choćby nie farbowane taka swoja, swojska, polska. Mówi, iż nazywa się Danuta Nowak. I żebym się nie gniewała, bo przed operacją i tak spać nie może, dlatego dzwoni do wszystkich naokoło. Ja się przedstawiłam, iż jestem Halina Zielińska. Ona dalej swoje iż jak nie śpię, to chyba mogę pogadać z nią.
Obiecała, iż będzie cicho, ale oczywiście do śniadania zadzwoniła jeszcze dwa razy, coraz głośniej. Zamotałam się w kołdrze, odwróciłam do ściany na nic to.
Przy śniadaniu mówi, iż córka dzwoniła i się martwi. Ja nie odzywam się choćby mój syn wiadomo, praca, zebranie z rana. Taki wychowała, poważny, nie zawraca głowy bzdetami.
Danuta byłą pierwsza na liście do operacji. W korytarzu machała ręką, żartowała z pielęgniarką, aż się śmiała cała dyżurka. Zazdrościłam jej tej lekkości, ale i marzyłam, by po operacji zmienić salę.
Po godzinie przyszła kolej na mnie. Narkoza jak zawsze okropna, obudziłam się z bólem w boku i mdłościami, ale dostałam od pielęgniarki zapewnienie, iż wszystko dobrze, tylko trzeba przetrwać. Zawsze byłam mistrzynią w przetrwaniu.
Wieczorem, gdy wróciłam na salę, Danuta już leżała. Twarz szara, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho, jak nigdy.
Jak się pani czuje? zapytałam, sama nie wierząc, iż to mówię.
Żyję jakoś A pani?
Też.
Leżałyśmy, żadna nie miała ochoty gadać. Za oknem zmierzch, cichutko dzwonią kroplówki.
Przepraszam za dziś rano. Ja jak się denerwuję, to po prostu muszę gadać, nie umiem inaczej. Wiem, iż to wkurza, ale co poradzę nagle wyszeptała Danuta.
Chciałam odpyskować, ale nie miałam już siły.
Nic się nie stało wymamrotałam tylko.
W nocy żadna z nas nie zmrużyła oka każdą bolało. Danuta nie wydzwaniała, tylko raz, bardzo cichutko, chyba płakała w poduszkę.
Rano lekarz: opatrunki, temperatura, dzielne jesteście, jest dobrze. Danuta od razu za telefon.
Jolcia, jestem żyję! Wszystko gra. Co tam u dzieciaków? Stasiek miał gorączkę? Już nie? Mówiłam, iż będzie dobrze.
Mimowolnie zaczęłam podsłuchiwać. Rozumiesz, moje, czyli wnuki. Córka dzwoni, opowiada.
Mój telefon milczał. Dwie krótkie wiadomości od syna, z poprzedniego wieczoru: Mamo, jak się czujesz? i Napisz, kiedy będziesz mogła. No to odpisuję: W porządku, jeszcze dodałam buźkę, bo Krzysiek mówił, iż wiadomości bez buźki są zimne.
Odpisał po trzech godzinach: Super! Buziaki.
Po południu Danuta pyta, czy rodzina przyjechała. Mówię, iż syn pracuje, daleko mieszka, nie trzeba naprawdę.
Moją córkę też nigdy nie ma. Zawsze mówi, iż dam sobie radę, iż jestem dorosła i tak się żyje Danuta się uśmiecha, ale gdzieś w tych oczach taki smutek, iż aż ścisnęło mnie w środku.
Ile masz wnuków?
Troje. Stasiek najstarszy, osiem lat. Potem Kasia i Bartek trzy i cztery lata. Chcesz zobaczyć zdjęcia?
Wyjęła telefon i przez dwadzieścia minut pokazywała mi te swoje skarby na działce, nad morzem, z tortem. Na każdej ona przytula, śmieje się, robi miny. Córki na żadnej.
Bo ona fotografuje. Nie lubi być na zdjęciach tłumaczyła.
Pytam, czy wnuki często ją odwiedzają.
Ja praktycznie u nich mieszkam. Córka w pracy, zięć też rzadko w domu, więc ja odwożę, odbieram, obiad ugotuję, lekcje sprawdzę
U mnie podobnie było. Po urodzeniu wnuka byłam codziennie na posterunku, potem już rzadziej. Teraz raz w miesiącu, przeważnie jak się uda pogodzić terminy.
A ty?
Jeden wnuk, dziewięć lat. Dobrze się uczy, na treningi chodzi. Spotykam się czasem w niedzielę. Wszyscy ciągle zapracowani. Rozumiem to.
Za oknem siąpił deszcz, w pokoju cicho.
Wieczorem Danuta nagle mówi, iż nie chce wracać do domu.
Patrzę na nią zdziwiona siedzi skulona na łóżku, patrzy w podłogę.
Szczerze mówiąc, nie chce mi się wracać do tej codzienności tłumaczy. Pojadę, Stasiek z lekcjami nie da rady, Kasia znów zasmarkana, Bartek spodnie podarte. Córka ciągle w pracy, zięć też wiecznie w rozjazdach. Ja gotuj, sprzątaj, ogarniaj, pilnuj. choćby dziękuję nie usłyszę, bo przecież babcia to musi. Tak się jakoś przyjęło.
Siedziałyśmy długo w ciszy. Łzy jej popłynęły, ot, tak po prostu.
Przepraszam, iż się rozkleiłam powiedziała.
Nie przepraszaj szepnęłam. Sama pięć lat temu poszłam na emeryturę, myślałam, iż w końcu czas dla siebie teatr, wystawy, choćby na kurs francuskiego się zapisałam. Chodziłam dwa tygodnie.
I co się stało?
Synowa poszła na macierzyński, prosiła o pomoc. Babcia przecież nie pracuje, czemu nie? Nie umiałam odmówić. Przez trzy lata dzień w dzień, potem rzadziej, bo wnuk do przedszkola już raz na dwa dni. Teraz do szkoły chodzi, raz w tygodniu może mnie potrzebuje. No i mają teraz nianię. Ja siedzę w domu, czekam. Czekam aż się przypomną.
Danuta kiwa głową.
Moja miała przyjechać w listopadzie. Sprzątałam, piekłam, czekałam jak głupia. A ona dzwoni, iż nie da rady, bo treningi u Staśka. Nie przyjechała. Ciasto zaniosłam sąsiadce.
Siedzimy tak i milczymy. Deszcz cicho stuka o parapet.
Wiesz, co najbardziej boli? pyta nagle Danuta. choćby nie to, iż nie przyjeżdżają, ale iż i tak ciągle czekam. Że za każdym razem, jak telefon zadzwoni, mam nadzieję, iż to z miłości, a nie z obowiązku.
Aż w nosie mnie szczypie, łzy kręcą się w oczach.
Ja też zawsze czekam. Marzę, żeby syn chciał czasem pogadać o byle czym. Ale nie. Zawsze w sprawie.
Bo zawsze pomagamy śmieje się krzywo Danuta. Bo przecież jesteśmy matkami.
Następnego dnia zmiana opatrunków, obie cierpimy. Leżymy, każda swoje myśli.
Wiesz, zawsze myślałam, iż jestem szczęściarą. Córka mnie kocha, zięć porządny, wnuki niesamowite. Że beze mnie sobie nie poradzą. Ale tu, w szpitalu, dotarło do mnie, iż radzą sobie świetnie. Córka przez cztery dni nie wspomniała nawet, iż jest trudno. choćby lepiej, energii jej przybyło Najwygodniej, gdy babcia jest pod ręką, a jak trzeba, to dadzą radę.
Unoszę się na łokciu.
A wiesz, do czego ja doszłam? Sama nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże. Zawsze. Moje sprawy są drugorzędne jego najważniejsze.
Zawsze rzucałam wszystko, jak córka dzwoniła.
Same je nauczyłyśmy, iż nasze życie się nie liczy powiedziałam cicho. Że go choćby nie mamy.
Danuta tylko kiwa głową.
I co dalej?
Sama nie wiem
Piątego dnia wstałam już o własnych siłach, szóstego poszłam na koniec korytarza i z powrotem. Danuta była dzień za mną, ale dogoniła. Spacerowałyśmy powolutku razem.
Po śmierci męża zgubiłam się zupełnie opowiadała Danuta. Myślałam, iż to koniec. Córka wtedy powiedziała: Mamo, masz teraz nowy sens życia wnuki. No i żyłam dla nich. Ale ten sens jakiś jednostronny. Ja dla nich, a oni dla mnie tylko jak trzeba.
Ja jej mówię o swoim rozwodzie, gdy miałam 30 lat, syn miał pięć. Sama go wychowałam, studiowałam po nocach, pracowałam na dwa etaty.
Myślałam, iż jak będę idealną matką, to on będzie idealnym synem. Że jak się poświęcę, to będzie wdzięczny.
A on dorósł i żyje po swojemu dokończyła Danuta.
Tak. To normalne. Ale nie sądziłam, iż aż tak będę samotna.
Ani ja.
Siódmego dnia zjawił się mój syn. Bez uprzedzenia. Weszłam już w miarę na ludzi, czytam sobie, a tu on Krzysiek, wysoki, w dobrym płaszczu, torba z owocami.
Cześć mamo! Jak się czujesz? Już lepiej?
Lepiej, dziękuję.
Super. Lekarka mówiła, iż jeszcze kilka dni i zostaniesz wypisana. Może przyjedziesz do nas? Iga mówi, iż gościnny pokój czeka.
Wolę wrócić do siebie.
Jak wolisz. Ale dzwoń, zabierzemy, jak będziesz chciała.
Gadał jeszcze chwilę, o pracy, o wnuku, nowym aucie. Spytał, czy mi nie potrzeba pieniędzy. Obiecał, iż wpadnie za tydzień. I wyszedł, jakby z ulgą.
Danuta udawała, iż śpi, ale jak drzwi się zamknęły, otworzyła oczy.
Twój?
Mój.
Przystojny.
Tak
Ale zimny jak lód.
Nie odpowiedziałam. Gardło mi się zacisnęło, aż zabrakło tchu.
Wiesz co, Halina zaczęła cicho Danuta. Może powinnyśmy przestać czekać na ich miłość? Puścić ich? Oni mają własne życie. A my zacznijmy żyć swoim.
Łatwo powiedzieć.
Trudno zrobić, ale jakie mamy wyjście? Ile można siedzieć i czekać na telefon.
Co powiedziałaś córce? spytałam, choćby nie wiem, kiedy przeszłam na ty.
Że po wypisie przez dwa tygodnie muszę odpocząć, lekarz zabronił wysiłku. Wnukami się nie zajmę.
I co?
Najpierw się obraziła. Ale powiedziałam: Jolka, dasz radę, jesteś dorosła. Ja póki co nie mogę.
Bardzo się obraziła?
Bardzo uśmiała się Danuta. Ale wiesz co? Ulżyło mi. Jakby mi ktoś kamień z ramienia zdjął.
Zamknęłam oczy.
Boję się. Jak odmówię, to może przestaną dzwonić w ogóle
No to jak często dzwonią teraz?
Cisza.
Widzisz? Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej.
Ósmego dnia nas wypisali, w tym samym czasie. Pakujemy manatki, milczymy, jakby to był pożegnanie na zawsze.
Wymieńmy się numerami zaproponowała Danuta.
Kiwnęłam głową. Wpisałyśmy sobie kontakty. Patrzymy na siebie.
Dzięki mówię. Za to, iż byłaś obok.
Nawzajem. Powiem ci od trzydziestu lat z nikim nie rozmawiałam tak od serca.
Ja też nie.
Uścisnęłyśmy się, ostrożnie, bo rany wciąż świeże. Przyszła pielęgniarka z wypisem, zamówiła taksówkę. Pojechałam pierwsza.
A w domu cisza i pustka. Rozpakowałam torbę, wzięłam prysznic, położyłam się na kanapie. Patrzę na telefon trzy wiadomości od Krzyśka. Mamo, już w domu?, Daj znać, jak wrócisz, Nie zapomnij o lekach. Odpisuję: W domu, wszystko okej. Odkładam.
Wstałam, wyciągnęłam z szafy teczkę, która leżała nieotwierana od pięciu lat. Broszura kursów francuskiego, wydrukowany plan koncertów w filharmonii. Patrzę na to i myślę.
Telefon dzwoni Danuta.
Cześć, wiem, iż gwałtownie dzwonię, ale po prostu miałam ochotę.
Bardzo się cieszę, serio.
Słuchaj, spotkajmy się, jak już będziemy trochę silniejsze. Za dwa tygodnie? Może kawa, spacer?
Patrzę na tę broszurę i na telefon.
Wiesz co? Spotkajmy się w sobotę. Już mam dość leżenia w domu.
W sobotę? Na serio? Wiesz, lekarze…
Wiem. Ale przez trzydzieści lat wszystkich dookoła oszczędzałam. Pora pomyśleć o sobie.
To umawiamy się w sobotę.
Pożegnałyśmy się. Odkładam telefon, a do ręki biorę znów tę broszurę. Kurs zaczyna się za miesiąc, zapisy wciąż trwają.
Włączyłam laptopa, zaczęłam wypełniać zgłoszenie. Ręce mi drżały, ale napisałam do końca.
Za oknem deszcz. Ale gdzieś zza chmur zaczyna przebijać słońce. Słabe, jesienne, ale jest.
I tak sobie pomyślałam może życie naprawdę dopiero się zaczyna? Wysłałam zgłoszenie.












