Bałagan w szafie, góry nieuprasowanych ciuchów i kwaśny żurek w lodówce to, szczerze mówiąc, nie taka żona, jaką sobie wymarzyłem, ale taką właśnie dostałem z czasem.
Bałagan w szafie, sterty nieuprasowanych ubrań i żurek, któremu bliżej do chemicznej broni niż obiadu postanowiłem delikatnie zwrócić uwagę żonie, no i wyszło na to, iż to ja jestem winny.
W Amelię zakochałem się od razu. Takiej uroczej dziewczyny nie sposób było nie zauważyć. Przez długi czas sądziłem, iż podbiłem los na loterii: mądra, ładna, zadbana. Nie traciłem czasu gwałtownie jej się oświadczyłem.
Potem zdecydowaliśmy się zamieszkać razem. Amelka od razu mi wyznała, iż do domowych obowiązków jej nie po drodze, ale do pracy bardzo chętnie, byle tylko dzieliliśmy wszystko po połowie. Nie jestem z tych, co się czują lepsi, zgodziłem się. Wtedy wydawało mi się to bardzo rozsądne i nowoczesne ale później przyszło rozczarowanie.
Ustaliliśmy dokładnie, kto co w naszej nowej rodzinie robi. Amelka zapewniała, iż da radę połączyć domowe obowiązki z pracą zawodową, którą zawsze jej się marzyła. Nie kłóciłem się więc z nią.
Po sześciu miesiącach małżeństwa dotarło do mnie, iż coś tu nie gra. Życie rozdało nam nowe karty. Moja Amelka nie stała się wielką karierowiczką. Pracowała na pół etatu w jakiejś firmie, której chyba choćby Google nie zna, a grafik i wypłaty miała raczej magiczne niż przewidywalne. Wszystko, co zarobiła, wydawała na swoje niezbędne drobiazgi. Ja tyrałem od świtu do nocy, ale Amelka skrupulatnie pamiętała, co powinienem robić. A swoje obowiązki czasem traktowała jakby ich nie było.
Na początku robiła swoją część bardzo sumiennie, jednak potem jej entuzjazm zaczął wygasać. Nie robiłem z tego afery, dopóki lenistwo nie zaczęło rzucać się w oczy. Bałagan był wszędzie, jakbyśmy mieszkali w magazynie przeprowadzkowym.
Ubrań na krzesłach było tyle, iż mógłbym otworzyć lombard, w szafie stosy nieuprasowanych koszul, a Amelka umiała jeszcze obrócić to przeciwko mnie: Ty też pracujesz, przynosisz pieniądze, naprawdę nie możesz mi pomóc? Byłem tym podejściem dotknięty. Nie dość, iż muszę się wyginać za dwie osoby w robocie, to jeszcze mam ogarniać cały dom? Przecież na początku uczciwie podzieliliśmy się obowiązkami.
Wczoraj odkryłem w lodówce żurek o aromacie, który mógłby zabić pół populacji Karczewa. Wierzyłem, iż po urodzeniu dziecka Amelka trochę się ogarnie idzie na urlop macierzyński, będzie miała więcej czasu w dom. Ale zrobiło się tylko gorzej. Czasem mam wrażenie, iż bez żony byłoby prościej. A tu jeszcze codziennie spięcia: muszę zrozumieć Amelkę, wczuć się w jej sytuację. A kto mnie zrozumie? Nie chodzę przecież co dzień do sanatorium, tylko do pracy. Potem jeszcze w domu na zdalnym, i pilnować wszystkiego. Marzę tylko o chwili odpoczynku.
Nie umiem pojąć, co Amelka robi przez cały dzień na urlopie macierzyńskim, skoro nie może choćby ugotować obiadu? Albo chociaż ogarnąć ciuchy. To aż takie trudne? Nasz maluch ma tylko 7 miesięcy, większość dnia po prostu śpi! Można by zetrzeć kurz, poskładać skarpetki. Co będzie, jak pojawi się drugi dzieciak? Wciąż jestem fanem równouprawnienia i wzajemnej pomocy. Chętnie wszystko zaakceptuję i wesprę, ale potrzebuję tego samego w zamian. Amelka niestety tego nie rozumie.
Nie chcę psuć rodziny, bo kocham naszego synka. Ale nie wiem, jak dalej prowadzić ten cyrk. Czuję, iż moja cierpliwość jest już na wyczerpaniu.
Po czyjej jesteście stronie w tej historii?











