Nigdy nie byłam obojętna na los innych ludzi. Kilka lat temu przeprowadziłam się z małej wioski do dużego miasta. Do dziś nie potrafię pojąć, jak można przejść obok osoby potrzebującej pomocy albo wyrzucić kobietę z dzieckiem z mieszkania, bo nie stać jej na opłacenie czynszu w złotówkach. Oczywiście, bywają wyjątki. To zdarzyło się w 2007 roku. Wracałam wtedy z pracy tramwajem. Po drodze wstąpiłam do hipermarketu. Przy wejściu siedziała zmęczona kobieta z dzieckiem. Od razu przykuła moją uwagę. Kobieta wyglądała na wykończoną i rozdrażnioną.
Czego znowu chcesz? syknęła ostro do syna.
Mamo, jestem głodny powiedział cicho chłopczyk.
Obok przechodzili rodzice z dziećmi. Ciągnęli za sobą torby pełne zakupów. Sądząc po ubraniu chłopca, musiał być naprawdę głodny. Jego mama nagle wybuchła, odepchnęła go z irytacją, a potem krzyknęła, iż przez niego straciła całe swoje życie. Po tych słowach gwałtownie się oddaliła, zostawiając dziecko samo. Byłam zszokowana jej zachowaniem. Chłopiec chwilę patrzył za matką, po czym cicho usiadł na ławce i zaczął łkać. To nie był krzyk ani histeria, tylko po cichu płaczące, porzucone dziecko.
Serce mi pękało, ale miałam nadzieję, iż zaraz matka wróci. Minęło pół godziny. Nikt po niego nie przyszedł, a kobieta nie wróciła. Nie mogłam już na to patrzeć, więc podeszłam i usiadłam obok niego, żeby go uspokoić. Miałam dziwne uczucie zbliżenie się do obcego dziecka w miejscu publicznym to w Polsce temat delikatny, bo ludzie mogą pomyśleć różne rzeczy. Okazało się jednak, iż nikt się nami nie interesował. Chłopiec na początku był nieufny, ale kiedy poprosiłam ochroniarza sklepu o pomoc w odnalezieniu matki, zaczął rozmawiać. Dowiedziałam się, iż ma na imię Marek i pięć lat. Gdy wyjaśnialiśmy sytuację, weszłam do sklepu i kupiłam mu bułkę z serem oraz sok. Najpierw nie chciał przyjąć, ale po chwili zaczął jeść łapczywie.
Później okazało się, iż nie jadł nic przez cały dzień. Mama po prostu zniknęła bez śladu. Nie miałam wyjścia, oddałam chłopca odpowiednim służbom, by mogły znaleźć jego rodzinę. Czułam jednak, iż to nie koniec mojej historii z Markiem. Miałam znajomych w opiece społecznej, więc udało mi się dowiedzieć, co się z nim działo. Wyszło na jaw, iż kobieta sama go wychowywała. Ojciec dziecka zostawił je zaraz po narodzinach. Przed ciążą pracowała, potem stale obwiniała syna, iż przez niego jej życie się rozsypało. Podobno mówiła mu to niemal codziennie. Ostatecznie kobietę znaleziono, ale ona podjęła decyzję, by się syna pozbyć po prostu go porzuciła. Niech go zabiorą do domu dziecka, będzie miał spokój powiedziała bez emocji.
Marek płakał, prosił mamę, żeby zabrała go do domu, ale ona złożyła oficjalne zrzeczenie się praw rodzicielskich. Długo nie mógł się z tym pogodzić.
Po dwóch latach walki z papierologią udało mi się Marka adoptować. Przez ten czas mieszkał w domu dziecka, ale odwiedzałam go zawsze, kiedy mogłam, przynosząc drobne prezenty. Część moich znajomych pytała, po co mi cudze dziecko.
Czas mijał niezauważenie. choćby nie wiem, kiedy Marek tak wyrósł. Dziś jestem przekonana, iż nigdy nie pożałuję tej decyzji, by go wtedy przygarnąć.









