Ale z ciebie twardziel, panie Władysławie Nowicki! Nic dziwnego, iż mówią na ciebie Wilk Samotnik! Uśmiechu to się u ciebie nie doczeka, co? Tak spojrzysz spod brwi i człowieka dreszcz przechodzi. Zamrożony jesteś, czy co? Cóż cię ta Polska tak uwiera?
Pelagia jeszcze coś tam do niego gada, ale Władysław już jej nie słucha. Milcząc, bierze zakupy z lady jedynego sklepu w wiosce i zmierza do wyjścia.
Twoja Lenka do matki przyjechała kilka dni temu. Chłopaka przywiozła. Słyszysz, Władysławie? A jeżeli to faktycznie twój dzieciak? Ma tak łazić po świecie jako półsierota? Przecież podobny do ciebie jak dwie krople!
Ostatnie słowa doganiają Władysława już w drzwiach i niemal potyka się o metalowy próg. Ale nie odwraca się. Po co? I tak nikt mu nie uwierzy. No i swoje życie wywlekać na ludzkie języki? Tu i tak każdy wszystko wie, a jak nie wie, to sobie dopisze. Tłumaczyć się? Po co? To sprawa jego i Lenki. Obcych nosów nie trzeba.
Wiosenne słońce świeci dziś, aż dziw. Nagrzewa jego twarz, aż musi przymknąć oczy. Ociężałe powieki zamieniają twarz mężczyzny w maskę bez cienia emocji. Nie otwierając oczu, przestępuje dwa razy i nagle wzdryga się, gdy dziecięcy głos wykrzykuje:
Uważaj!
Mały chłopiec pędzi po schodkach do sklepu i zgarnia w ramiona dwa szczeniaki bawiące się na stopniach.
Niech ich pan nie zdepcze, proszę!
Z nosem jak ziemniak, ciemne oczy pod ciężkimi powiekami i odstające uszy, zupełnie jak Władysława. Podobny! Nic dziwnego, iż gadki po wsi się snują. Ale Nowicki wie dobrze, iż ten chłopak, co tak patrzy mu w oczy, to nie jest jego syn. Daleki krewniak, ale jednak nie aż tak bliski.
Pan nie chciałby szczeniaka? Zobacz pan te łapy! Jak u wilka! Silny będzie!
Władysław ma siłę tylko pokręcić głową na nie i idzie dalej, skręcając w boczną uliczkę, tylko bliższą nie tę, do której planował. Tam już sił mu brak. Opiera się o wysoki płot Smolików i łapie głęboko powietrze, nie rozumiejąc już nawet, jak ma dalej oddychać.
Czym on zasłużył? Po co ona znowu przyjechała? Po co przywiozła tego chłopaka, który mógł być jego synem, gdyby los się inaczej potoczył? Olek ją zostawił, czy jak?
Myśli miażdżą mu głowę, serce bije jak oszalałe i boli, jak tamtego razu, siedem lat temu. Pamięta wszystko przeklęte wspomnienia! Każdy by kazał mu zapomnieć, ale nie serce. To ich sprawy z Lenką. Nikt nie powinien się wtrącać.
Lubka Smolik woła go przez płot, marszczy brwi i podbiega:
Władek! Co z tobą? Źle ci? Pomóc ci? Zawołać Ilka?
Męska ręka błądzi po jego ramieniu i Władek otwiera oczy.
Nie trzeba, Lubo, dzięki Sam zaraz pójdę
Dokąd ty pójdziesz, biedaku? Oprzyj się na mnie! O tak! Małymi kroczkami, dzielny chłopie. No już! Ciężkiś, Boże! Władziu! Tak nie można serca zadręczać! Kto potem za ciebie odpowie? Ja?! A jak powiem, iż nie dopilnowałam? Tyś mój pacjent, pamiętasz? Chodź, ci ciśnienie zmierzę i zrobimy zastrzyk, a potem będziesz świeżutki jak ogórek z działki! Idziemy!
Nogi nie chcą go słuchać, ale Lubka jest silna. Prawie ciągnie Władka na swoje podwórko, zatrzaskuje furtkę i woła:
Ilku! Pomóż!
Później kilka pamięta. Budzi się na kanapie Smolikowej. Coś mu ciąży na piersi i już boi się, iż zawał, ale gdy otwiera oczy, uspokaja się na widok puszystej, szarej kotki, która wylizuje jedno z kociąt. Reszta wierci się na piersi Władka.
Nasza Mruczka ludzi czuje, jak nikt. Swoje dzieci do ciebie przyniosła, to dobryś człowiek, Władku. Nikomu by nie ufała.
Lubka odkłada zeszyty córek, gdzie sprawdzała zadanie, i już się krząta wokół gościa.
No i dobrze! Już prawie jak nowy. Puls spokojny. Nie strasz mnie już, Władziu. Drogi takie, iż karetka nie dojedzie. Coś ty wymyślił? Umierać się zachciało? Za wcześnie! Wszystkich spraw jeszcze nie załatwiłeś.
Jakie ja mam sprawy, Lubo? Zorka i Azor. Moje życie.
Zorka to krowa nie byle jaka, trzeba jej dobrego gospodarza. A jak zachorujesz?
Dopiero teraz Władek widzi, iż w pokoju zasłonięte zasłony i zapalone światło.
Która godzina, Lubko?
Leż! Już późno. Dziś cię nie wypuszczę. Prześpisz się u nas. Zorkę spotkałam, wszystko z nią w porządku.
Lubka obejmuje męża, dając mu buziaka w policzek, idzie do kuchni, Ilku siada przy Władku.
Źle ci?
Sam nie wiem, co się ze mną dzieje.
Wiem. Lenka.
Nie rozdrapuj, Ilku. Władek odwraca się i natrafia na zielone kocie oczy.
Widzisz, choćby Mruczka wie, co ci jest. Ilku głaszcze kotkę. Zwierzaki mądrzejsze od ludzi. Serduchem czują. My za dużo trzymamy w sobie, Władku. Ile jeszcze wytrzymasz? Sam mówisz, radzisz sobie, ale widzę, iż źle ci bardzo.
Co to ciebie obchodzi, Ilku? Masz własne kłopoty.
Mam, a jakże. Ale kiedy ja byłem w potrzebie, nie pytałeś, po prostu pomogłeś. Dziś twoja kolej. jeżeli mogę ci pomoc spróbuję. Chociaż chyba to mi bardziej potrzebne niż tobie.
Czym mi pomożesz, Ilku?
Babcia mawiała, iż czasem biedę trzeba po prostu wygadać. Nie masz komu, wykop dół i tam wykrzycz. Bo w sobie cię wypali i nie zostanie choćby popiół. Ty tyle lat to nosisz. Niedobrze. I ja do tej pory nie pytałem. Ale dziś Lubka prawie cię ratowała. Wilk Samotnik niby, ale nie jesteśmy dzikimi, Władku. Ludzie to nie wilki. Samemu się nie da.
Znamy się od podstawówki, prawda?
Od siódmej klasy Policz, strach myśleć! Siedzimy blisko siebie lata całe i tylko po kątach. Przepraszam, iż dopiero teraz próbuję rozmawiać po ludzku. jeżeli każesz mi się wynosić, zrozumiem. Ale jak zechcesz się wygadać posłucham i pomogę, o ile dam radę. Nie jestem plotkarz, Władku.
Wiem Nowicki głaszcze małe kociaki na piersi i mówi cicho: Co mam ci powiedzieć? Wstyd. Mężczyźnie nie wypada Ale Ty sam widziałeś, jak Lenę kochałem. Przed wojskiem, po wojsku. Do urzędu razem szliśmy. Wszystko przecież wiesz.
Wiem, ale nigdy nie zrozumiałem, co was rozdzieliło. Dobrze żyliście i nagle wszystko się sypie. Lena do miasta, ty na wieś. Twoja matka krowę sprzedała i płakała, bo nic nie rozumiała.
Bo nie wiedziała. Powiedziałem im, iż już Lenki nie kocham. Chcieli mnie przez to prawie wyrzec się.
Nie wierzę, iż to się stało bez powodu. Co się wydarzyło? Przecież kochasz ją nadal.
Władek odwraca się. Nie płacze, oczy pozostają suche. Wszystko już wypłakał po lasach jak wilk. Wołał ją, padał na ziemię i szlochał. Nie mógł wybaczyć, nie potrafił żyć bez niej.
Jednej rzeczy tylko nie zrozumiem: nie wierzę, by cię zdradziła. Lena to nie taka kobieta.
Władek zacharczał i spojrzał na Ilka czarnymi, przenikliwymi oczami.
Widziałem na własne oczy. Gdyby mi ktoś powiedział, nie uwierzyłbym
Ilku wzdycha i potrząsa głową.
Nie wierzę! Powiedz mi wszystko. Co się stało?
Wszystko nie tak, Ilku. Kłamała, iż mnie jedynego kocha, a jednak… Przez nią nie tylko żony, ale i rodziny nie mam. Rodzice mnie odrzucili, dalsza rodzina też. Co ze mnie za mężczyzna, jeżeli żona innego wybrała? Nie mam siły Sam już nie istnieje.
Nie przekonasz mnie Ale spróbujemy zrozumieć. Co się naprawdę stało?
Pamiętasz, jak wyjechałem służbowo na dwa miesiące do Warszawy? Chcieliśmy założyć gospodarstwo, hodować konie. Ona pierwsza popierała pomysł była z końmi za pan brat, po ojcu, pamiętasz? To ona namówiła mnie na podróż, na nawiązanie kontaktów. Pojechałem. A ona tutaj
Niczego złego nie wiem. U nas jak ktoś coś zrobi, to cała wieś wie. Ale o tym cisza. Lubka też by usłyszała
Bo to w naszym domu się wydarzyło. Kto by z tym wychodził na świat? Władek przymyka oczy, wzdycha. Przepraszam, ciężko o tym mówić. Tyle lat milczałem. Miałeś rację, nie wolno takich rzeczy w sobie dusić. Kiedyś był we mnie kamyk, teraz góra i dusi, aż trudno oddychać.
Ilku milknie. Po chwili pyta zachrypniętym głosem:
Z kim to się stało? Olek?
Z Olkiem. Z przyrodnim bratem. Przyjechał z matką, mieszkał pół roku z nami. My z Lenką kończyliśmy dom, marzyliśmy o dziecku. Bardzo je chciała Próbowaliśmy, nie wychodziło, potem stwierdziliśmy, iż poczekamy. Dziecko się pojawiło. Tyle, iż nie moje
Widziałem jej syna Dobry chłopak. Ale nie wierzę, żeby zrobiła coś takiego.
Jak tu wątpić, jeżeli na własne oczy widziałem? Władek próbuje się podnieść, ale Mruczka głośno na niego syczy. Przytrzymuje kociaka łapą, szarpie kołdrę pazurami i chwyta jeden z kociąt za kark. Przepraszam, koteczko, nie chciałem
Zgarnia maluchy do siebie pod dłonie.
Widzisz, Ilku, matka zawsze dzieci broni, choćby jeszcze przed narodzinami. Lena bardzo chciała, a do lekarza mnie nie zmusiła. Uparłem się, iż to nie moja wina. A ona widzisz wybrała innego
Nie wymyślaj sobie! Wszystko z góry założyłeś!
Dużo czasu w to miałem
Łatwo się dołować. Ale nie własnego dziecka czasem chowałeś się w lesie, Władysławie? Coś podejrzanie to wszystko wygląda.
Uważaj na słowa! Władek podnosi ton, ale z kuchni wygląda zaniepokojona Lubka, więc milknie. Umiałbym policzyć miesiące, Ilku. Nie pasuje.
Co się nie zgadza?
Ciotka Olka, Tamara, wszystko wyjaśniła, kiedy Lubka urodziła.
Myślisz, iż masz dowód? Ale powiedz: co widziałeś po powrocie z miasta?
Olek ją obejmował w kuchni. Całował, a ona się nie broniła! Władkowi łamie się głos i Ilku zerka z troską na Lubkę, która znów wchodzi do pokoju.
Nic. Zrobię ci jeszcze jeden zastrzyk, śpij spokojnie, potem pogadamy. Odpocznij.
Władek kładzie się, nie wstydzi już łez. Po chwili, po zastrzyku, zapada w ciężki sen.
Ilku woła żonę, prowadzi ją do drugiego pokoju i pyta:
Wszystko słyszałaś?
Wszystko.
I co myślisz?
Pójdę. Do ciotki Władka. Potem do Lenki. Dosyć tego. Jego serce niedobre. Zorany na wskroś, biedny.
Narzuca kurtkę, wychodzi, Ilku zostaje na schodach, idzie zapalić i myśli.
Życie jest trudne. Myślisz, iż masz szczęście w ręku, ale to tylko piórko. Ich z Lubką tyle już doświadczyło. Stracili syna, wychowali bliźniaczki. Lubka jako lekarz nie wybaczyła sobie, iż przegapiła chorobę u dziecka. Długo bała się kolejnego macierzyństwa. To pewnie dlatego teraz tak sercem się przejmuje losem syna Lenki: dziecko rośnie bez ojca, matka ledwo po świecie chodzi, wszystko dla dziecka. A chłopakowi trzeba wsparcia, trzeba ramienia ojca. W porządnej rodzinie jest na kim się oprzeć.
Ilku siedzi, wraca do domu dwa razy sprawdzić Władka ten śpi, niespokojnie kręci się, ale śpi. Rano nareszcie klamka w furtce szczęka, Lubka wraca. Patrzy na nią w światle latarni, przytula, pyta:
Ciężko?
Boże, Ilku! Ludzie to jednak Same bestie są lepsze.
Lubka płacze jak dziecko, rozmazuje makijaż i opowiada, co usłyszała.
To syn Władka, Ilku. Tamara wszystko wyznała.
Jak ci się to udało?! Tyle lat milczała
Nie wiem. Bała się, może nie do końca zła. Biegłam najpierw do Lenki. Opowiedziała wszystko z tamtego dnia; nie była winna. Już była w ciąży, bała się powiedzieć. Trzy poronienia miała. Nikomu nie mówiła, choćby mężowi. A oni same wilki! Nic sobie nie ufali Szkoda słów!
Lubka krzyczy, nie kontroluje się. Ilku tuli ją i uspokaja.
I co dalej?
Olek ją siłą objął i pocałował ona nie miała czasu się obronić, myślała nad imieniem dla dziecka Zanim się zorientowała, Władek już wracał. Jeden uciekł na swoją działkę, nie rozmawiając, druga wyjechała do miasta Cisza i cierpienie! Czy tak można?
Nie można! A Tamara?
Winna wszystkiemu! To ona ustawiła syna na całą tę szopkę. Mściła się. Zazdrościła siostrze od dzieciństwa, bo była ładniejsza, odważniejsza, chłopcy za nią szaleli. Niedoszły narzeczony zakochał się w siostrze, z nią pobrali się. Tamara zachorowała z żalu. Po latach wróciła jako wdowa, matka Olka. Tyle lat nosiła jad, aż w końcu postanowiła zemścić się na rodzinie, czyli najbardziej na Władku. Matka jego uwierzyła, choćby córce nie wybaczała. Wielka szkoda
U Taty Władka byłaś?
Tamara mnie tam zaprowadziła, przeprosiła, błagała. Tania ją z domu wygnała, popłakała się, potem do Lenki pobiegła. U nich wszyscy serce mają, ale nie potrafią na czas pogadać
Myślisz, iż wybaczy?
Może z czasem. Kazała się im wynosić z wioski, żeby nie było ich czuć. Sama do Lenki po radę. Lenka syna nazwała Sergiusz, po dziadku Władka.
Ilku ściska Lubkę i całuje w skroń.
Dałaś radę!
Za późno, Ilku! Dlaczego ludzie tacy? Wystarczyło powiedzieć! Ale nie, lepiej milczeć i cierpieć jak głupi! Sama na sobie złość smażę!
A ja na śniadanie bym się pisał! Głodny jestem.
Lodówki i tak nie znasz! Lubka głaszcze męża. Idź się ogól, bo drapasz! Ja zrobię placki. Zaraz dziewczynki wstaną, Władek spać długo nie będzie. Dzień go czeka ciężki, będzie musiał sporo tego wszystkiego poukładać.
Słońce rozlewa się na całą wieś, budzi domy i pola.
Władek wychodzi na ganek, mruży oczy w blasku i nagle słyszy:
To ty mój tata?
Na schodkach siedzi chłopak, tuląc szczeniaka.
Zobacz pan te łapy! Będzie z niego wilczur, co nie?
Władysław oddycha głęboko, siada obok chłopaka na schodek Smolików i głaszcze psa.
Będzie z niego świetny kompan. Dobry wybór.
Uważne, czarne oczy tak podobne do jego własnych nie opuszczają go. Kładzie rękę na ramieniu chłopca, lekko go ściska i mówi miękko:
Tak. Jestem twoim tatą, Sergiuszu
No to dobrze! Chodźmy, mama śniadanie szykuje. I babcia przyszła. Obiecała, iż dziś zabierze mnie na konie. Mogę?
I nagle Władek czuje, jak ciężar z piersi to, co wiązało go przez tyle lat, rwie się i puszcza. Coś w nim się prostuje, wraca siła i spokój. Biorąc szczeniaka za kark z rąk syna, wstaje i kiwa głową:
Możesz! A teraz chodź. Tyle mamy do zrobienia, synu tyle przed namiSergiusz wystrzela z miejsca jak z procy, piesek niemal wypada mu z ramion, ale łapie go i śmieje się głośno, biegnąc w stronę domu. Władek rusza powoli za nim, czuje, jak każdy krok odzyskuje inny ciężar. Taki, który daje oparcie, a nie ciągnie w dół.
Na kuchennym oknie wisi już nowa firanka, a za nią łopoczą kwiaty w niebieskich doniczkach. Lena stoi przy stole, odwraca się i ich spojrzenia na krótką chwilę zatrzymują się na sobie. W jej oczach nie ma już cienia dawnych żalów, tylko cicha, ufna nadzieja. Za nią babcia Tania ściera łzy, udaje, iż wcale nie patrzy.
Sergiusz podbiega do mamy, obejmuje ją razem ze ścigającym go szczeniakiem i wysuwa się do Władka:
Tata, chodź! Placki, gorące są!
Władek idzie, a Lena otwiera szeroko drzwi i staje o pół kroku bliżej.
Chodź do domu, Władku.
Na chwilę wszystko zamiera: szum czajnika, wiosenne odgłosy, rozmowy. Tylko jego kroki i śmiech dziecka. Po tylu latach zatacza koło i wraca do miejsca, od którego wszystko się zaczęło ale tym razem nie sam.
W kuchni pachnie ciastem, w szparach starej podłogi mruczą kociaki, a przy stole jest miejsce dla wszystkich. Władek przysiada się, Lena nalewa herbatę, a ich ramiona stykają się ledwie na moment i to wystarcza, by wiedzieć, iż czas krzywd i niedopowiedzeń minął.
Za oknem budzi się świat i w sercu Władysława rodzi się nowa pewność: czasem potrzeba całej burzy, by niebo znowu rozbłysło słońcem. Nie wilk już, nie cień ale człowiek, gotów zacząć jeszcze raz.
Tym razem razem.
















