Boski dar… Szare, poranne niebo, ciężkie chmury suną nisko nad Warszawą, w oddali słychać stłumione grzmoty. Nadciąga burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, ale wiosna nie spieszy się, by wziąć panowanie. Wciąż jest zimno, przeszywający wiatr niesie tumany kurzu, wirujące zeszłoroczne liście tańczą po chodnikach. Nieśmiało przez zbitą ziemię przebija się młoda trawa. Pąki drzew nie kwapią się ujawnić swe skarby. Przyroda tęskni za deszczem. Zima była w tym roku sucha i lodowata, ziemia nie wypoczęła pod śnieżnym puchem, nie naciągnęła wilgoci, nie wyśniła wiosny i teraz z niecierpliwością czeka na burzę. Wreszcie deszcz przyniesie ukojenie, zmyje brud, ożywi. Dopiero wtedy rozkwitnie prawdziwa polska wiosna – hojna, rozśpiewana, pachnąca, jak młoda zakochana kobieta. Dopiero wtedy ziemia wyda zieloną trawę i wielobarwne kwiaty, kołyszące się listki i dojrzałe owoce na drzewach. Ptaki radośnie zaśpiewają, zbudują gniazda wśród młodych liści w kwitnących sadach. Życie trwa dalej. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie! Z kuchni płynie zapach kawy i jajecznicy. Trzeba wstać. Po wczorajszej rozmowie, łzach Wiktorii, nieprzespanej nocy i bolesnych przemyśleniach wstać niełatwo. Ale trzeba – życie toczy się dalej. Wiktoria wygląda nie lepiej: zmęczona, czerwone oczy, cień pod nimi. Podała mu bladą twarz na powitanie, słabo się uśmiechnęła. – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak bardzo marzę o deszczu! Kiedy zacznie się ta prawdziwa wiosna? Posłuchaj, przyszły mi do głowy wiersze: Czekam wiosny jako wybawienia Od zimowego chłodu, osamotnienia. Czekam wiosny jakby wyjaśnienia Wszystkich życiowych pogmatwań. Ciągle mam nadzieję: ona przyjdzie Wszystko się wyjaśni, rozwinie Tylko ona może uporządkować, choćby najprościej, ale najpewniej, najwierniej. Gdzie jesteś, wiosno? Przychodź już! Sasza objął ją za wątłe ramiona i pocałował w pochyloną, jasną głowę. Włosy pachniały polskimi łąkami i rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu. Moja kochana, za co nas tak Bóg doświadcza? Przez lata żyliśmy nadzieją. A wczoraj profesor, nasza ostatnia szansa, ostatecznie ugasił ją. – Przykro mi, ale dzieci nigdy mieć nie będziecie. Twój pobyt w okolicach Czarnobyla, Saszku, nie przeszedł bez śladu. Tu medycyna jest bezsilna. Żal mi, ale nic nie mogę zrobić. Wiktoria stanowczo otarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszku, długo myślałam. Powinniśmy adoptować dziecko. W domach dziecka tyle nieszczęśliwych maluchów. Weźmy chłopca, wychowamy – będzie syn, nasz wymarzony synek. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy na naszą rodzinę… – Strumień łez popłynął znów. Saszka przyciągnął ją do piersi i sam też nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz, kochanie, nie płacz. W tym momencie rozległ się ogłuszający grzmot. Cały dom zadrżał. I lunął rzęsisty deszcz – ogromne strugi spływały po szybach! Pan Bóg wreszcie wysłuchał naszych modlitw! Chwilę później stali już we dwójkę przed domem dziecka na warszawskiej Pradze. Byli umówieni na spotkanie. Przyszli wybrać synka – wymarzonego synka, Wacka, Władzia… Już go kochali, choć jeszcze nie widzieli. Kochali miłością gromadzoną latami niespełnionego rodzicielstwa. Serca biły jak oszalałe, trudno było oddychać z emocji. Saszka nacisnął dzwonek. Otworzyli od razu – czekano na nich. Krótka rozmowa z dyrektorką, a potem oprowadzanie. W pierwszym pokoju, przez który przechodzili, zauważyli dziewczynkę – siedziała w wilgotnym śpioszku na mokrym prześcieradle. Brudna koszulka, zasmarkany nosek, ogromne, smutne niebieskie oczy. Bijący od niej smutek i osamotnienie zapierał dech. To jest dom dziecka – azyl odrzuconych, niechcianych… W drugim pokoju same maluchy. Miła pani pokazuje dzieci, opowiada o nich, informuje o rodzicach. Wszędzie porządek, dzieci na czystych pościelach. Wyciągano kilka dzieci z łóżeczek, pokazywano – jak na rynku, pomyślał Sasza. Jesteśmy tu jak klienci. Zabrakło tylko wagi. – Sasza, wróćmy do tej smutnej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. Sasza ścisnął jej ramię. – Proszę pani, chcielibyśmy zobaczyć tamtą dziewczynkę z pierwszego pokoju, tę z niebieskimi oczami. – Ale… Przecież szukają państwo chłopca! Ta dziewczynka nie była przygotowana na prezentację. – Proszę, wróćmy jeszcze – chcemy ją zobaczyć. Pielęgniarka była wyraźnie zaskoczona, ale skinęła głową i powiodła ich z powrotem. – Zaraz zawołam panią Annę – dyrektorkę. Proszę poczekać. – wskazała krzesła. Wiktoria przytuliła się do ramienia Saszy. – Sasza, możemy wziąć tę dziewczynkę? Serce mi drgnęło na jej widok. – Mi też. Jest do ciebie podobna. Włosy i oczy… Taka nieszczęśliwa. Podeszła pielęgniarka z dyrektorką. Pani Anna była wyraźnie zmartwiona. – Wybrali państwo najtrudniejsze dziecko. Ona może nie spełnić państwa oczekiwań. – Czemu? Nam się bardzo podoba, jest cała podobna do Wiktorii! Oprowadzono ich do łóżeczka dziewczynki. Teraz już czysta, przebrana, z uśmiechem, na policzkach wypieki. Gdy ujrzała, iż zatrzymali się przy jej łóżku, rozpromieniła się i wyciągnęła rączki. Próbowała choćby wstać… Wiktorii aż zadrżała dłoń – nóżki były powykręcane, stopy dziwnie ułożone. Sasza bez namysłu podniósł dziewczynkę, a ta wtuliła się w jego policzek mokrym noskiem, zamilkła. Łzy napłynęły do oczu, Wiktoria wtuliła się w jego ramię i zapłakała. Pani Anna odwróciła się, ocierając łzę. – Proszę do gabinetu. Siostro, proszę zabrać Lenusię – powiedziała stanowczo dyrektorka. Lenusia przyszła na świat w wielodzietnej rodzinie gdzieś na Suwalszczyźnie. Rodzice, już niemłodzi, od początku nie chcieli dziecka z deformacją. Nogi od urodzenia wykręcone, rodzice nie chcieli jej choćby zabrać do domu. Lekarz obiecał operacje, ale ojciec stwierdził, iż nie ma ani pieniędzy ani siły wychowywać „niezdrowego” dziecka. Tak Lenka trafiła do domu dziecka. – Proszę się zastanowić – mówi pani Anna – czy chcecie takie dziecko. Ma szansę być zdrowa, ale to ogromny wysiłek, czas, pieniądze… Oto adres profesora znającego przypadek. Miesiąc na decyzję. Więcej nie będzie wizyt – dzieci przywiązują się szybko… Minął miesiąc. Wiktoria i Sasza zdecydowali pierwszego dnia – Lenkę zabierają. Konsultacje w Warszawie i Lublinie potwierdziły – uraz można odwrócić, ale trzeba kilku operacji. Sasza policzył – starczy, jeżeli sprzedadzą nowego Opla i zrezygnują chwilowo z domu pod Warszawą. Zamieszkali dalej w małym mieszkanku, byle córka była zdrowa. Wreszcie dzień decyzji. Z bukietem piwonii, z torbami słodyczy wracają do domu dziecka. Pani Anna łzy w oczach, nikt nie ukrywa wzruszenia – jeszcze jedno skrzywdzone dziecko znajdzie dom! Lenka przytula się do Saszki, powtarza już „tata” i z uśmiechem biegnie do mamy. Potem żmudne procedury sądowe, odebranie praw rodzicom, adopcja oficjalna. niedługo Lenka trafia do rodzinnego mieszkania. Wiktoria odchodzi z pracy – w pełni oddaje się córce. Przygotowują się na pierwszą operację w szpitalu w Lublinie. Po miesiącu Lenka już samodzielnie je kaszę, śpiewa, mówi, coraz pewniej chodzi. Kolejne operacje przywracają pełną sprawność nóżkom. W wieku pięciu lat idzie do przedszkola, okazuje się, iż pięknie rysuje, sprawnie się rozwija, jest bystra, kochana. Potem – szkoła, talent plastyczny, zajęcia z tańca, gromada przyjaciół. Wszędzie tam, gdzie śmiech i radość, jest Lenka. Nikt nie wie, ile musiała przejść ona i jej rodzice – nie biologiczni, ale prawdziwi, pełni miłości. Pan Bóg nie opuszcza też Saszki i Wiktorii. Po pojawieniu się Lenki w domu, biznes Saszy rusza z miejsca, kupują mieszkanie w Warszawie, posyłają córkę do renomowanej szkoły. Dziś Lenka ma 12 lat, uczy się świetnie, chodzi na plastykę, jest pogodna, błękitnooka, z pięknym jasnym warkoczem – oczko w głowie, czarująca dziewczynka, ulubienica wszystkich. Boski dar – i do takiego życia warto było czekać…

twojacena.pl 3 godzin temu

Dar od Boga…

Poranek jest ponury, ciężkie chmury powoli suną nisko po niebie. Gdzieś daleko słychać głuche pomruki burzy. Nadciąga pierwsza wiosenna burza.
Zima już się skończyła, ale i wiosna nie spieszy się, by objąć panowanie. Wciąż czuć chłód, silne podmuchy wiatru unoszą zeszłoroczne liście i przesuwają je z miejsca na miejsce. Z nieśmiałością przez zbitą ziemię przebijają się pierwsze źdźbła trawy. Pąki drzew realizowane są jeszcze schowane, nie gotowe, by pokazać swoje skarby.

Przyroda tęskni za deszczem. Zima w tym roku była sucha, wietrzna, mroźna. Ziemia nie zdążyła się zregenerować, nie nabrała dość wilgoci, nie wypoczęła pod śnieżną kołdrą. Teraz czeka z nadzieją na burzę.

Burza przyniesie wyczekiwaną wodę, obdaruje obfitym deszczem, oczyści ziemię z kurzu i brudu, przywróci jej życie. Dopiero wtedy zacznie się prawdziwa wiosna bogata, kwitnąca, świeża jak młoda, pełna miłości kobieta.

Wtedy ziemia wyda zieloną trawę, kolorowe kwiaty, delikatne liście i słodkie owoce na drzewach. Ptaki zaczną śpiewać radośnie i budować gniazda wśród młodej zieleni kwitnących sadów. Życie płynie dalej.

Szymon, chodź na śniadanie! woła Weronika. Kawa stygnie!

Z kuchni dolatuje zapach kawy i jajecznicy. Trzeba wstać. Po wczorajszej trudnej rozmowie, łzach Weroniki, nieprzespanej nocy i ciężkich myślach, nie chce się podnieść z łóżka.

Ale trzeba życie idzie dalej.

Weronika wygląda dziś na zdruzgotaną. Oczy czerwone, pod nimi ciemne cienie. Podstawia mu bladą policzek do pocałunku, słabo się uśmiecha.

Dzień dobry, kochany! Zdaje się, iż będzie burza. Boże, jak marzę o deszczu! Kiedy ten prawdziwy powiew wiosny wreszcie nadejdzie? Słuchaj, kochanie, przypomniał mi się wiersz:
Czekam na wiosnę jak na wybawienie
Od zimnego chłodu i bezdomności.
Wiosna rozjaśnienie
Wszelkich życiowych zawiłości.
Wydaje mi się, iż przyjdzie
I wszystko nagle zrozumiem.
Tylko ona jedyna
Może wszystko ułożyć
Lepiej,
Czulej,
Prościej,
Pewniej.
Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź jak najprędzej!

Szymon obejmuje ją za wąskie ramiona, całuje w jasną, smutno pochyloną głowę. Włosy pachną łąką i rumiankiem. Ściska go w sercu litość. Moja biedna, ukochana dziewczynko, za co los tak nas doświadcza? Była jeszcze nadzieja, i dla niej żyli przez te wszystkie lata.

A jednak wczoraj słynny profesor, ich ostatnia nadzieja, wszystko uciął jednym zdaniem.

Bardzo mi przykro, ale nie będziecie mogli mieć dzieci. Szymonie, twoje pobyty w rejonie Czarnobyla niestety nie pozostały bez śladu. Nic nie możemy poradzić. Medycyna tu jest bezsilna. Tak mi przykro, iż nie mogę wam pomóc.

Weronika otarła mokre oczy, potrząsnęła włosami i powiedziała stanowczo:

Szymon, długo nad tym myślałam. Musimy zabrać dziecko z domu dziecka. Ile tam dzieci czeka na dom. Weźmiemy chłopca, wychowamy go, będzie naszym synkiem. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy na dziecko… jej oczy na nowo zalewają się łzami. Szymon tuli ją mocno do siebie, sam nie mogąc powstrzymać wzruszenia.

Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz już, skarbie, nie płacz.

W tym momencie rozlega się potężny grzmot. Wydaje się, iż cały dom zadrżał. Ulewa rozszalała się na dobre. Niebo otwarło się nad ich głowami w końcu, Pan Bóg wysłuchał ich modlitw!

Wyczekany deszcz wali ścianą, w pokoju nagle robi się ciemno jak w nocy. Grzmoty i błyski za oknem, wydaje się, jakby burza szalała tuż nad dachami. Weronika i Szymon obejmują się, stojąc przy oknie, a zimne krople wpadają przez uchylone okno, przynosząc ożywczy zapach świeżego powietrza.

Ciemna mgła, która spowijała do tej pory ich serca, topnieje i znika, obmyta tym pierwszym wiosennym deszczem. Chcą, by padało jak najdłużej. Ten deszcz symbolizuje nowe życie, nadzieję i odrodzenie!

Kilka dni później stoją przed drzwiami domu dziecka. Mają dziś rozmowę. Przyszli wybrać upragnionego syna, chłopczyka, o którym marzyli Michałka, Michałusia. Kochają go już, choć nie widzieli jeszcze jego twarzy. To miłość gromadzona przez lata niepewności, czekania na Swoje Szczęście.

Serce wali, zapiera im dech. Szymon naciska dzwonek. Drzwi otwierają się już na nich czekają.

Rozmowa z dyrektor odbyła się kilka dni wcześniej. Teraz prowadzą ich od razu do dzieci, które mogłyby zostać ich synkiem. W pierwszej sali rzuca się Weronice w oczy dziewczynka. Siedzi na mokrej podkładce, w wilgotnych śpioszkach.

Brudna koszulka, zaschnięte ślady pod nosem, ogromne błękitne oczy smutno zapatrzone na dorosłych. Widać w niej opuszczenie, zaniedbanie, nikt jej chyba nie chce. Żal ściska serce. Oto dom dziecka! Przystanek dla tych, co zostali porzuceni.

Przechodzą do kolejnej sali. W łóżeczkach leżą i siedzą maluszki. Wzrok biega wśród nich wszystkich. Siostra opiekunka pokazuje dzieci, podaje wiek, kilka słów o rodzicach. Te dzieci są czyste, ubrane w zadbane ubranka, siedzą na czystych pościelach.

Siostry delikatnie podnoszą dzieci, pokazują je ze wszystkich stron, jak na targu myśli Szymon. A my jak klienci… Pozostaje tylko zapytać: ile za kilo?

Szymon, wróćmy do tej smutnej dziewczynki szepcze Weronika, ściskając go za rękę.

Siostro, chcielibyśmy jeszcze raz zobaczyć tamtą dziewczynkę, z błękitnymi oczami, z pierwszej sali.

Ale przecież państwo chcieli synka! Ta dziewczynka nie jest przygotowana do adopcji, nie przedstawiliśmy jej państwu.

Prosimy, wróćmy, chcemy ją zobaczyć.

Siostra wyraźnie się zmieszała, miała coś do powiedzenia, ale zamilkła i ruszyła z nimi z powrotem.

Wezwę panią Annę Pietrowską. Proszę poczekać tu na krzesełkach.

Weronika tuli się do ramienia Szymona.

Szymon, weźmy tę dziewczynkę, kiedy ją zobaczyłam, serce mi ścisnęło.

I mnie. Jest do ciebie podobna: i oczka, i włosy. I taka biedna!

Przychodzi siostra z dyrektorką, Anną Pietrowską, która jest wyraźnie zatroskana.

Wybieracie państwo nieodpowiednie dziecko. Ona nie nadaje się do adopcji.

Ale dlaczego? Nam się podobała, a do Weroniki jest bardzo podobna! Proszę sama spojrzeć jak dwie krople wody! Szymon idzie zdecydowanie do sali.

Dziewczynkę już przebrano, umyto, zmieniono śpioszki, zastąpiono mokrą podkładkę świeżą. Wygląda na weselszą, twarzyczkę rozświetla rumieniec. Gdy widzi, iż dorośli zatrzymują się przy jej łóżeczku, uśmiecha się, na policzkach pojawiają się dołeczki.

Wyciąga do nich rączki i próbuje wstać… Weronika ściska dłoń Szymona z niepokojem. Dziewczynka ma stopy wykręcone do tyłu. Szymon bez namysłu bierze ją na ręce, maleńka tuli się do jego twarzy mokrym noskiem i zastygła.

Szymonowi napływają łzy do oczu, Weronika wtula się w jego ramię i zaczyna płakać. Anna Pietrowska odwraca się i ociera oczy chusteczką.

Proszę do mojego gabinetu. Siostro, proszę zabrać Zosię mówi i prowadzi ich do siebie. Szymon i Weronika idą za nią, mocno ściskając się za dłonie.

Dziewczynka urodziła się w ubogiej, wielodzietnej rodzinie, na północy Polski, w małej wsi. Najwyraźniej była niechcianym dzieckiem; przyszła na świat z wadami nóg wykręcone stopy, zdeformowane kończyny poniżej kolan.

Kiedy pokazano ją rodzicom, ojciec od razu odmówił zabrania jej do domu. Na argumenty, iż operacje mogą ją uratować, odpowiedział, iż go nie stać, a nie będzie trzymał w domu kaleki, skoro ledwo mają co do garnka włożyć przy tylu dzieciach.

Tak Zosia trafiła do domu dziecka.

Teraz decyzja należy do państwa. Szanse na normalne życie są, ale to ciężka praca, poważne wydatki, a przede wszystkim wielkie serce i cierpliwość. Nie spieszcie się, przemyślcie wszystko. Dam wam adres profesora, który badał Zosię. Wyjaśni, co was czeka, jeżeli ją zabierzecie. Macie miesiąc na decyzję. Lepiej nie wracajcie wcześniej dzieci gwałtownie się przywiązują, zwłaszcza nasze biedne dzieci. A później… macha z rezygnacją ręką.

Mija miesiąc. Szymon i Weronika już pierwszego dnia po wizycie postanawiają zabierają Zosię. Konsultacja z profesorem w Warszawie potwierdza: operacje, choć wielokrotne i trudne, pozwolą wyprostować nogi dziewczynki. choćby blizn nie będzie, a Zosia będzie mogła biegać jak rówieśnicy. Szymon przelicza, czy starczy na to pieniędzy wyjdzie, iż tak, jeżeli sprzedadzą nowego volkswagena i wstrzymają budowę domu.

Na razie pomieszkają w kawalerce, resztę Pan Bóg pomoże zdobyć byleby córka była zdrowa. Czekają z niecierpliwością na koniec okresu do namysłu narzuconego przez dyrektorkę domu dziecka.

Wreszcie znów stają przed znajomymi drzwiami. Z drżeniem w sercu wchodzą do gabinetu Anny Pietrowskiej. Szymon ściska bukiet różowych piwonii, Weronika niesie wielką torbę prezentów dla dzieci. U dyrektorki drżą usta, a oczy zachodzą mgłą łez. To takie szczęście jedno dziecko mniej będzie samotne!

Razem idą do pokoi dzieci. Jest i Zosia wyraźnie podrosła, jasne włosy wiją się w loki, policzki zakwitają rumieńcem, pojawiły się pierwsze zęby. Dziewczynka już coś ćwierka, uśmiecha się szeroko. Szymon bierze ją w ramiona, a Zosia wtula się mocno, obejmując go za szyję. Weronika też bierze ją na ręce. Wszyscy ocierają oczy.

Cały dzień Szymon i Weronika spędzają w domu dziecka, słuchają rad pediatrów i pielęgniarek jak dbać i karmić córkę. Ale papierów jeszcze nie podpisują czeka żmudne, sądowe postępowanie adopcyjne. Zgodnie z radą Anny Pietrowskiej, rozstanie rodziców z Zosią zatwierdza sąd. Tracą prawa, teraz już nic nie mogą odwołać.

W końcu przywożą córeczkę do domu. Weronika rezygnuje z pracy, by całkowicie oddać się Zosi. Rozpoczynają przygotowania do pierwszej operacji w klinice w Warszawie.

Spędzają tam ponad miesiąc, a potem pokazują Szymonowi, jak Zosia sama je kaszkę, jak miauczy kot, jak bodzie koza rogata. Nie da się jeszcze patrzeć na jej nóżki bez łez. Na dwór wychodzi tylko w długich spodniach. Chodzi niezdarnie, kołysząc się jak mała kaczuszka, ale jest wesoła, kontaktowa, gwałtownie zaczęła mówić, zna wszystkich po imieniu, wszystkich wita. Najbardziej kocha Szymona jej tatuś, jak woła go teraz także Weronika. A tatuś świata poza Zosią nie widzi to jego promyk, jego słoneczko.

Po roku zaczyna się nowy etap leczenia nóg. Kilkakrotnie jeżdżą do Warszawy, ile Zosia się wycierpiała, ile wytrwałości wymagało to od rodziców! Ile nocy Weronika nie zmrużyła oka przy szpitalnym łóżeczku! Ale w końcu sukces: nogi jak u wszystkich dziewczynek i biegać, i skakać potrafi.

W wieku pięciu lat posyłają Zosię do przedszkola. Tam gwałtownie zauważają jej talent do rysowania i rodzicom radzą go rozwijać. W wieku sześciu lat Zosia dostaje się do szkoły plastycznej. Jej prace coraz częściej pojawiają się na wystawach dziecięcych. Kolorowe pejzaże, radosne tematy przykuwają wzrok. Nikt nie może uwierzyć, jak mała jest artystka. To bezsprzecznie talent.

W wieku siedmiu lat idzie do podstawówki. Od początku jest liderką w klasie wesoła, rezolutna, lubiana przez rówieśników. Świetnie rysuje, chodzi na zajęcia plastyczne, zapisała się do kółka tanecznego. Jest duszą towarzystwa, zawsze wśród przyjaciół, wszędzie gdzie Zosia, tam euforia i śmiech.

Rodzice z dumą chodzą na zebrania. O Zosi zawsze słychać pochwały. I nikt nie domyśla się, przez co przeszli ona i jej rodzice nie ci, co ją urodzili, ale ci, którzy pokochali i weszli z nią w życie z całym sercem.

Bóg nie opuszcza Weroniki i Szymona. Odkąd pojawiła się Zosia, szczęście zaczęło im sprzyjać. Drobny biznes Szymona nabrał rozpędu. Udało się przenieść do Warszawy, kupić wygodne mieszkanie i zapisać córkę do renomowanej szkoły.

Dziś Zosia już chodzi do szóstej klasy, wciąż jest prymuską i uczęszcza do szkoły plastycznej. Jest śliczną, niebieskooką dziewczynką z jasnym, długim warkoczem. Czuła i serdeczna. Ulubienica wszystkich. Dar od Boga tak mówią o niej wszyscy.

Idź do oryginalnego materiału