Rok po roku wkładam w ręce dzieci, by spłacić kredyt! Nie dam już ani grosza!
Mój mąż Jan i ja, Anna Nowak, mamy tylko jednego syna, dorosłego już Michała. Ma on własną rodzinę, a my zostaliśmy choćby dziadkami.
Dorastałam w czasach PRLu, po trzydziestce wzięłam ślub. Wtedy byłam uważana za starą pannę i każdy oczekiwał, iż niedługo będziemy mieli potomstwo. Bycie bezdzietnym było wtedy równoznaczne z karą losu, jak zaraza dżumy.
W końcu urodził się nasz syn i uznaliśmy, iż to wystarczy. Jako ludzie wykształceni wiemy, iż utrzymanie dziecka kosztuje fortunę, a im więcej potomków, tym większe wydatki. Nie dlatego postanowiliśmy, iż jedno dziecko to maksimum. Dzięki temu udało nam się Michała wyedukować, zapewnić mu dobrą naukę i ułożyć nasze życie.
Michał miał jednak inną wizję. Niedługo po naszym ślubie jego żona Jadwiga zaszła w ciążę i pojawił się nasz wnuk. Młode małżeństwo nie miało własnego mieszkania, więc wzięło kredyt na własne cztery kąty. My spłacaliśmy go co miesiąc, a potem dowiedziałam się, iż Jadwiga jest w ciąży po raz drugi. Oczywiście zapytałam, jak zamierza utrzymać dwoje dzieci i jeszcze spłacić kredyt. Zrobiło im to przykrość, odpowiedzieli, iż sobie poradzą. Powiedziałam: Jak sobie poradzicie, niech tak będzie.
Przez jakiś czas radzili sobie naprawdę. Nagle jednak Jadwiga nie mogła iść do pracy, a Michał stracił zatrudnienie. Co mieli zrobić? Zdecydowali się zamieszkać w naszym wynajętym mieszkaniu. Jan obiecał, iż pomoże młodym spłacić kredyt. Tak więc przez cały rok płaciliśmy ich ratę hipoteczną. Myślałam, iż czynimy wielkie dobro, ale los miał inny plan.
Ostatnio dowiedziałam się, iż kredyt nie został spłacony sześć miesięcy zaległości. Gdzie podziała się nasza złotówka? Jan jest wściekły, mówi, iż nie ma już sił. Ja jestem w szoku, nie wiem, co powiedzieć ani zrobić. Pomagaliśmy im, a oni tylko się rozgośćili i odparowali. A teraz co?
