Zakochałem się w Zofii natychmiast, gdy tylko ujrzałem jej postać w parku Skaryszewskim, wśród drzew dziwnie powykręcanych przez wiatr. Było to olśnienie, które sprawiło, iż przestałem widzieć kolory poza jej sylwetką, wszystko inne wyglądało jakby ktoś rozpuścił akwarele na płótnie. Nie potrafiłem oprzeć się jej urokowi, zmysłowi obecności i niewytłumaczalnej energii, jakby świeciła od środka ledwo zauważalnym światłem.
Było we mnie uczucie jak z polskiej bajki, w której trafiłem los na loterii Zosia była nie tylko piękna, ale i niezwykle rozumna oraz niepojęcie czyściutka. Bez wahania, jakby prowadziły mnie niewidzialne palce losu, poprosiłem ją o rękę na ławce pod kasztanem, gdzie czas płynął zupełnie inaczej niż zwykle.
Zdecydowaliśmy się zamieszkać razem w Warszawie w mieszkaniu pełnym przedziwnych, surrealistycznych zakamarków, gdzie lodówka miała tylko trzy półki, ale na żadnej nigdy nie było tego, czego akurat szukałem. Zosia powiedziała mi od razu, iż nie przepada za domowymi obowiązkami i pragnie skupić się na karierze a wszystkie codzienne zadania dzielić po równo. Wydawało mi się to sprawiedliwe nie dostrzegałem wtedy, iż podłogi czasem falują, a zegary nie pokazują godzin.
Podzieliliśmy się obowiązkami. Zosia przekonywała, iż bez problemu poradzi sobie jednocześnie w pracy i w domu. Zaufałem temu magicznemu zapewnieniu, nie kwestionując własnych wątpliwości. Przez sześć miesięcy żyliśmy w tej osobliwej równowadze, ale nagle zaczęły pojawiać się pęknięcia Zosia pracowała na pół etatu w małej firmie IT na Pradze, wypłaty przychodziły w niespodziewanych momentach, raz 1500 zł, raz 2600 zł, czasem nic a wszystkie pieniądze topniały w jej torebce jak lody w sierpniowe popołudnie na krakowskim rynku.
Ja harowałem od świtu do zmierzchu, w pracy, gdzie komputer zamieniał się w rybę, a biurko ziało pustką, gdy myślałem o domu. Tymczasem Zosia pamiętała dobrze, jak podzieliliśmy obowiązki i coraz częściej jej oczy zdawały się przymykać na jej część zobowiązań.
Na początku wywiązywała się pilnie ze swoich zadań, ale powoli jej zapał gasł. Po mieszkaniu przewalały się sterty nieuprasowanych ubrań, które dziwnie poruszały się w kątach jakby czekały na własne historie. Nieoczekiwanie, Zosia zaczęła obwiniać mnie, iż za mało jej pomagam. Czułem, jakby ktoś dociskał mi powietrze do gardła równoczesne zmaganie z obowiązkami zawodowymi i domowymi stawało się niemożliwe.
Wierzyłem, iż po narodzinach naszego dziecka, wszystko się unormuje iż Zosia podczas urlopu macierzyńskiego, zanuci kołysankę, uporządkuje kąty, których istnienia choćby nie znałem. Jednak rzeczywistość była inna napięcia narastały niczym burza, awantury krążyły wokół nas jak komary nad Jeziorem Wigry.
Starałem się pojąć Zosię, wczuć się w jej perspektywę. Ale coraz częściej miałem poczucie, iż moje potrzeby są przezroczyste, niknące w cieniu jej pragnień. Pracowałem w biurze, potem wracałem do mieszkania pełnego szumów i niedopowiedzianych pytań brałem się za sprzątanie, gotowanie, pranie, gdy Zosia mówiła, iż jest zmęczona przez cały dzień.
Czasem nie potrafię zrozumieć, co ona adekwatnie robi na macierzyńskim, gdy nasze maleństwo dwu-miesięczny Staś przesypia niemal całą dobę, śniąc o anielskich mlecznych łąkach. Myślę, iż wtedy mógłbym wykonać jakąś część domowych obowiązków. Boję się, co będzie, jeżeli pojawi się drugie dziecko. Zawsze wierzyłem w równość, wzajemne wsparcie ale być może to dla Zosi coś zupełnie obcego, złudzenie z innej bajki.
Nie chcę rozbijać naszej rodziny nadzwyczajnie kocham synka ale czuję, jakbym brnął przez gęsty las mgły, nie dostrzegając ścieżki. Doszedłem do granic wytrzymałości. Nie wiem, jak wytrwać w tej przedziwnej sytuacji, gdzie rzeczywistość co noc zmienia zasady. Po czyjej stronie stanąłbyś w tym opowieściowym śnie?










