W 1969 roku siedemnastoletni Ryszard Wolański rzucił szkołę zawodową i razem z dwoma kolegami założył grupę teatralną na zapleczu piekarni przy ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy. Nie mieli grosza, tylko stare krzesła z kościelnej salki parafialnej i naiwną pewność, iż kolejny spektakl jakoś się uda. Nikt wtedy nie przypuszczał, iż ten teatrzyk przetrwa pół wieku.
Dwadzieścia lat później Ryszard stał się rozpoznawalną twarzą polskiego kina. Zagrał sierżanta Wiktora Lasotę – gorzkiego weterana misji w Libanie, który wraca do kraju bez lewej nogi. Rola przyniosła mu nagrodę na festiwalu w Gdyni, a nazwisko „sierżant Lasota" przylgnęło do niego na resztę życia. Zaczepiali go na ulicy zupełnie obcy ludzie. Nie zawsze chcieli zdjęcia. Czasem podchodził mężczyzna o kuli i mówił tylko: „to byłem ja".
Ryszard zaczął jeździć do szpitali wojskowych – najpierw do tego przy Szaserów w Warszawie, potem dalej, na placówki, gdzie stacjonowali polscy żołnierze poza granicami. W 2006 roku założył Kapelę Sierżanta – zespół, który grał darmowe koncerty dla żołnierzy, weteranów i ich rodzin. Występowali w namiotach na poligonach, na pokładach okrętów, w miejscach, do których niewielu aktorów w ogóle by pojechało. Po kilkunastu latach licznik przekroczył pięćset koncertów.
W 2013 roku ta działalność przerodziła się w coś trwałego – Fundację imienia Wiktora Lasoty, choć wszyscy i tak mówili o niej po prostu „Fundacja Ryszarda". Fundacja finansowała mieszkania przystosowane dla ciężko rannych weteranów – bez barier, z windami zamiast schodów, z szerokimi drzwiami pod wózek. W listopadzie 2025 roku przekazano setne takie mieszkanie, całkowicie spłacone, bez kredytu wiszącego nad rodziną.
Ja to wszystko pamiętam inaczej, niż piszą w gazetach. Jestem żoną Ryszarda, mam na imię Beata i to ja siedziałam obok niego w 2018 roku, kiedy usłyszałam diagnozę: rak piersi, trzeci stopień zaawansowania. Dwa miesiące później nasz syn Kacper, wtedy dwudziestoosiemletni, dowiedział się, iż ma struniaka – rzadki nowotwór kości, o którym wcześniej nikt z nas nie słyszał.
Pamiętam, jak Ryszard tamtego wieczoru wrócił z teatru, postawił torbę pod wieszakiem w przedpokoju i długo stał w kuchni, nie zdejmując kurtki. Na stole leżały wtedy nierozłożone rachunki za prąd, a radio w tle cicho grało jakąś starą piosenkę Budki Suflera – tę, którą kiedyś tańczyliśmy na weselu. Nie pamiętam już, żeby cokolwiek powiedział. Po prostu usiadł i wziął mnie za rękę, i tak siedzieliśmy, dopóki czajnik nie zaczął gwizdać.
To on wtedy zrezygnował z dwóch ról filmowych pod rząd. Producent dzwonił trzy razy, zostawiał wiadomości na sekretarce. Ryszard nie oddzwonił ani razu. Mówił mi później, iż pielęgniarka domowa kosztowała więcej, niż zwracał NFZ, iż dojazdy na chemioterapię do Warszawy, bo w Bydgoszczy nie było wolnych terminów na czas, to nie jest coś, co po prostu „się załatwia". „Mam z czego zapłacić – powtarzał – ale ludzie bez tego zaplecza są w potrzasku". Te słowa zapadły mi w pamięć, bo powiedział je bez cienia dumy. Po prostu stwierdzał fakt.
Ja przeszłam leczenie i weszłam w remisję – to już siódmy rok. Kacper walczył ze swoją chorobą prawie sześć lat. Nagrywał muzykę choćby wtedy, gdy ledwo mógł usiedzieć przy klawiaturze – w naszej piwnicy stał mały domowy studio, które sam sobie zbudował z pieniędzy z pierwszych zarobków. Zmarł 12 marca 2024 roku, miał trzydzieści dwa lata.
Ryszard nie wrócił już do grania na cały etat. Zdarza mu się czytać lektora w jakimś dokumencie, pojawić na wywiadzie, czasem wyjść na scenę przy specjalnej okazji – ale to margines. Teraz to rodzina układa jego kalendarz, nie odwrotnie. Większość czasu poświęca fundacji: wyjazdom integracyjnym dla rodzin, sprzętowi do poruszania się, samochodom przystosowanym do wózków, kolejnym domom budowanym jeden po drugim w różnych miastach kraju. Mamy już czworo wnucząt, a piąte ma się urodzić w grudniu.
Teatr z zaplecza piekarni działa do dziś, choć piekarni już od dawna tam nie ma – jest za to kawiarnia z tanią kawą, do której czasem wpadamy przed próbą. Fundacja też działa. A w stu domach w całej Polsce zostaje po prostu ślad tych wszystkich lat.
Kilka tygodni temu, kiedy sprzątałam szufladę w biurku Ryszarda, znalazłam stary zeszyt z rachunkami z 2019 roku – wypisane manualnie kwoty za prywatną pielęgniarkę, za dojazdy, za sprzęt rehabilitacyjny, którego NFZ nie refundował. Suma na dole ostatniej strony: sto dwanaście tysięcy złotych, zapisane jego charakterem pisma, bez jednego wykrzyknika, bez komentarza. Zabrałam ten zeszyt do naszej sypialni i schowałam go do szuflady nocnej szafki, obok zdjęcia Kacpra przy klawiaturze. Nic mu o tym nie powiedziałam. Po prostu wiem, gdzie leży.



