Mimo iż Justyna była naprawdę dobrą synową i żoną, zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale także siebie samą.
Justyna była sierotą dzieciństwo spędziła w domu dziecka w Krakowie. Mając osiemnaście lat, wyszła za mąż za Piotra. Zupełnie nie wiedziała, co to znaczy być żoną, żyć w rodzinie, wychowywać dzieci. Nie miała choćby koleżanek, które byłyby już mężatkami, by mogły jej coś podpowiedzieć. Trafiając pod dach męża, z ogromnym zaangażowaniem chłonęła wszystkie wskazówki na temat tego, jak powinna się zachowywać idealna żona. Głównym źródłem wiedzy była jej teściowa, pani Zofia.
Oczywiście, Justyna słyszała nieraz w anegdotach o złośliwych teściowych, ale miała nadzieję, iż skoro nie znała własnej matki, to może teściowa zastąpi jej rodzicielkę i będzie życzyć jej dobrze. W gruncie rzeczy pani Zofia nie żywiła wobec niej złych intencji, ale… różnie to wyszło. Bardzo chętnie zaczęła przekazywać Justynie swoje życiowe mądrości. Między innymi oświadczyła: To żona ponosi winę, gdy mąż zdradza.
Ależ dlaczego? Justyna zawsze była przekonana, iż odpowiedzialny za zdradę jest tylko ten, kto ją popełnia. Jednak rzeczywistość przedstawiana przez teściową wyglądała inaczej. Według niej żona jest winna niewierności męża, bo najwidoczniej przestała o siebie dbać i nie pociągała już swojego partnera jako kobieta. Pani Zofia kazała dbać o sylwetkę choćby na stare lata, więc Justyna zanotowała sobie w zeszycie: Nie przytyć i zapisała się na zajęcia fitness w lokalnym klubie w Nowej Hucie.
Choć Justyna była szczupła i zgrabna, ze strachu przed nadwagą zaczęła katować się dietami. Kiedy już ten punkt odhaczyła, teściowa rzuciła kolejną złotą radę: W porządnej rodzinie i żona, i mąż pracują.
Justyna nie sprzeciwiła się. Sama chciała pracować, była gotowa na wszystko. Zapytała teściową, jak sobie radzić podczas urlopu macierzyńskiego. Usłyszała: Urlop macierzyński? Twój problem. Sama sobie poradzisz!
Choć nie wpisała tego do zeszytu, kilka lat po ślubie będąc na wychowawczym, zaczęła dorabiać jako opiekunka dzieci w sąsiedztwie. Była dumna, choć jej mąż i teściowa stwierdzili, iż wnosi za mało pieniędzy do domu.
Usprawiedliwiała się, wydając choćby na fryzjera własne pieniądze. Wtedy usłyszała: Na wychowawczym nie ma sensu się stroić! Zaczniesz się malować i czesać, jak wrócisz do pracy. Teraz trzeba oszczędzać!
Wszystkie zarobione złotówki oddawała Piotrowi. Tak mijały lata, zawsze słyszała, iż dobra żona wszystko robi sama. No więc robiła. Padała z nóg, ale gotowała, sprzątała, wychowywała dzieci bez żadnej pomocy. Omdlenia stały się dla niej normą. Po uśpieniu najmłodszego dziecka, około dziewiątej wieczorem brała się jeszcze za gotowanie na następny dzień i prasowanie. W tym czasie Piotr, uznany żywiciel rodziny, odpoczywał na kanapie po kolejnej drzemce po pracy.
To, iż Justyna trafiła w końcu do szpitala w Prokocimiu, było adekwatnie nieuniknione. Nie miała czasu zauważać narastających dolegliwości, nie zdawała sobie sprawy z początku poważnej choroby. Przez ponad dwa tygodnie leżała w szpitalu ani mąż, ani teściowa choćby jej nie odwiedzili. Na szczęście miała przy sobie telefon komórkowy. Zadzwoniła do dobrej przyjaciółki Kasi, która przywiozła jej czyste ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy wróciła ze szpitala do domu, od razu zdecydowała się na rozwód.
Teraz, kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, wiem jedno: nie wolno pozwolić, aby inni układali ci życie według własnych wzorów, zapominając o twoich potrzebach i granicach. Każdy człowiek zasługuje na szczęście, szacunek i wsparcie.












