Choć Jagoda była bezkonkurencyjną synową i żoną godną złotego medalu, rozłożyła na łopatki nie tylko swoje małżeństwo, ale i samą siebie.
Jagoda wychowała się w domu dziecka gdzieś pod Łodzią. Wyszła za mąż w wieku ledwie osiemnastu lat, bo tak doradziły losy i przypadek. O tym, jak funkcjonuje prawdziwa rodzina, wiedziała tyle co nic, a koleżanki też raczej były ekspertkami w ucieczce z świetlicy niż w prowadzeniu domowego budżetu czy gotowaniu schabowego. Gdy przekroczyła próg mieszkania męża Michała z Zabrza chłonęła wszelkie instrukcje o domowym savoir vivre jak studenci na promocji energetyków przed sesją. Podstawowe źródło wiedzy? Oczywiście teściowa, pani Janina, mistrzyni świata w rzucaniu złotymi radami.
Słyszała Jagoda o demonicznych teściowych, ale naiwnie wierzyła, iż w jej wersji polskiego snu teściowa wypełni lukę po matce i będzie życzyć jej najlepiej. Faktycznie, Janina nie życzyła jej źle. W teorii. Bo w praktyce… Janina zamieniła dom w uniwersytet domowego poświęcenia i rzuciła pierwszą prawdę objawioną: To żona jest winna zdradzie męża.
Dlaczego? Jagoda była pewna, iż winny jest ten, kto lezie na bok. Okazało się jednak, iż w lokalnym kodeksie rodzinnym winę ponosi kobieta, bo nie dbała o talię, nie karmiła męża domowym sernikiem i nie była powabna niczym modelka z reklamy jogurtu. Janina doradzała: Talie osy, choćby jak będziesz już grzała ławkę w przychodni geriatrycznej! Jagoda zapisała złotą myśl w kajeciku: nie przytyć!, i zapisała się od razu do najbliższego fitness klubu Biceps&Rosół.
Była szczupła jak modelka z katalogu, ale z nerwów i presji zaczęła się głodzić jakby szykowała się do występu w Tańcu z Gwiazdami. Kiedy zaliczyła temat figury, ruszyła kolejna mądrość Janiny: W porządnej rodzinie wszyscy pracują.
Jagoda nie protestowała, bo sama marzyła o pracy i autonomii finansowej, czego w Polsce pragną wszyscy od przedszkolaka po szefa dużej firmy. O to, jak funkcjonują urlopy macierzyńskie, zapytała uprzejmie teściową, na co usłyszała: To twój problem i radź sobie sama!.
Wprawdzie tej rady nie zapisała, ale kiedy kilka lat i dzieci później wylądowała na urlopie wychowawczym, zaczęła dorabiać na pół etatu jako ciocia na godziny u obcych dzieci. Jagoda była zadowolona, ale Michał i Janina zaczęli kręcić nosem, iż wpada jej raptem 700 złotych miesięcznie, a tyle to choćby kot na waciki nie zarobi (gdyby był kotem pracującym, oczywiście).
Jagoda pomyślała: Cały zysk przeznaczę na fryzjera albo przynajmniej odżywkę do włosów. Ale nie! Nadeszła nowa życiowa instrukcja: Na urlopie wychowawczym nie ma się po co stroić! Zrobisz się na bóstwo, jak wrócisz do roboty.
Oddawała więc wszystkie zarobione złotówki mężowi. Przekaz dnia z teściową w roli głównej brzmiał: Porządna żona wszystko robi sama i to z uśmiechem, choćby jak noga w gipsie.
I tak była Jagoda biegała z odkurzaczem, gotowała, prasowała, usypiała dzieci, a potem o 21:00 szorowała podłogi i gotowała bigos na jutro, podczas gdy Michał był już po dziesiątej drzemce, bo przecież zarabiał prawdziwe pieniądze i musiał się regenerować.
Że Jagoda wylądowała w szpitalu? To chyba bardziej przewidywalne niż kolejka do lekarza na NFZ. Ignorowała drobne bóle, machała ręką na zawroty głowy przecież porządna Polka nie marudzi, tylko zakłada czapkę i robi swoje. Spędziła ponad dwa tygodnie w szpitalu z zapaleniem wszystkiego. Ani mąż, ani teściowa nie pojawili się choćby w progu.
Jagodę uratowała przyjaciółka, Basia z Sosnowca, która przyniosła jej nie tylko świeżą pidżamę, ale i pączki z czekoladą bo prawdziwe Polki wiedzą, iż pocieszenie najlepiej podaje się na słodko. Po wyjściu ze szpitala, Jagoda nie czekała dłużej zebrała papiery i złożyła pozew rozwodowy. Jak się bawić to na całego, choćby jeżeli najpierw trzeba się rozpaść na milion kawałków, żeby potem od nowa wszystko poukładać.














