Chociaż Jadwiga była wzorową synową i oddaną żoną, zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale i samą siebie.
Jadwiga była sierotą, dorastała w domu dziecka gdzieś na obrzeżach Krakowa. Gdy skończyła zaledwie osiemnaście lat, wyszła za mąż. Nie wiedziała, co rzeczywiście oznacza być żoną, skoro całe życie żyła wśród dzieci bez rodzin, a wśród jej znajomych nie było nikogo, kto tworzyłby zwyczajny dom. Gdy przyprowadziła się do mieszkania męża w kamienicy przy ulicy Starowiślnej, łaknęła każdej rady o tym, jak powinna postępować idealna żona. Najwięcej uczyła się od swojej teściowej, pani Stanisławy.
Każdy słyszał o okropnych historiach z udziałem teściowych, a Jadwiga też o nich wiedziała jednak, mając pustkę po własnej matce, liczyła, iż Stanisława będzie jej matką z prawdziwego zdarzenia i wesprze ją z całego serca. W rzeczywistości pani Stanisława wcale nie życzyła Jadwidze źle, choć ich relacja potoczyła się zupełnie inaczej, niż młoda żona marzyła. Teściowa z entuzjazmem podjęła się wpajania Jadwidze zasad prowadzenia domu. Między innymi powiedziała: To żona jest winna, jeżeli mąż zdradza.
Dlaczego? Jadwiga zawsze sądziła, iż winny jest ten, kto dopuści się zdrady. Tymczasem usłyszała, iż wina leży po stronie żony, bo najwyraźniej zaniedbała siebie i przestała pociągać męża jak kobieta. Stanisława radziła synowej, by zawsze dbała o linię choćby na stare lata. Więc Jadwiga odnotowała w kajeciku hasło nie przytyć i zapisała się do kółka sportowego przy Domu Kultury.
Jadwiga była filigranowa, ale ogarnął ją lęk przed nadwagą, zaczęła więc radykalnie się odchudzać. Gdy tylko zaczęła być z siebie dumna, teściowa przyszła z kolejną mądrością: W każdej porządnej rodzinie żona pracuje tak samo jak mąż.
Na ten argument Jadwiga choćby nie dyskutowała zawsze chciała pracować. Chwytała każdą możliwą dorywczą pracę. Kiedy zapytała Stanisławę, jak radzić sobie będąc na urlopie macierzyńskim, ta odparła sucho: Urlop wychowawczy to twoja sprawa, radź sobie sama!
To nie zapisało się w jej pamięci jako konkretna zasada, jednak po kilku latach małżeństwa, gdy urodziła dziecko i przeszła na urlop wychowawczy, zaczęła też dorabiać, opiekując się cudzymi dziećmi we własnym bloku. Była zadowolona, ale jej mąż Adam i teściowa stale narzekali, iż zarabia ledwie kilkaset złotych miesięcznie.
Jadwiga pomyślała, iż przeznaczy zarobione pieniądze na fryzjera, tymczasem spotkała ją kolejna nauka: Na urlopie nie ma po co się stroić! Jak wrócisz do biura, pomalujesz się i uczeszesz, a teraz trzeba oszczędzać!
Całe swoje skromne dochody oddawała mężowi. Przez wszystkie lata przewijała się ta sama linia nauk matki Adama: Dobra żona sama dba o dom.
I tak Jadwiga czyniła wszystko w domu robiła sama. Padała ze zmęczenia, ale nie narzekała. Omdlenia stały się codziennością; nieraz, gdy ostatnie dziecko zasypiało o dziewiątej wieczorem, zaczynała jeszcze sprzątać i gotować na kolejny dzień. W tym czasie Adam kończył swoją dziesiątą drzemkę, bo przecież zarabia pieniądze i musi odpocząć.
To nic dziwnego, iż w końcu trafiła do szpitala. Nie nieraz ignorowała pobolewania, nie zwracała uwagi na oznaki choroby. Spędziła w szpitalu ponad dwa tygodnie. Ani Adam, ani Stanisława nie zajrzeli choćby raz. Miała szczęście, iż do szpitala zabrała telefon. Zadzwoniła do jedynej przyjaciółki, Zofii, która dowiozła jej najpotrzebniejsze rzeczy. Kiedy wróciła do domu z wypisem ze szpitala, bez wahania złożyła pozew o rozwód.










