Codziennie przychodzę do szkoły mojego wnuka.
Nie jestem nauczycielem ani woźnym to tylko ja, dziadek z laską i sercem, które nie umie stać w miejscu, gdy wnuk potrzebuje wsparcia.
Nazywam się Stanisław Kowalski i robię to dla Krzysia mojej dumy, mojej radości, mojego powodu do życia.
Pierwszy raz zobaczyłem go samotnego, gdy siedział na ławce pod rozłożystym kasztanem.
Inne dzieci biegały, śmiały się, grały w piłkę.
On tylko patrzył, z rękami na kolanach i wzrokiem pełnym tęsknoty za tym, by należeć, ale nie wiedział jak.
Gdy go odebrałem, spytałem:
Dlaczego nie pobawisz się z kolegami?
Wzruszył ramionami.
Nie chcą, dziadku. Mówią, iż jestem za wolny i nie znam zasad.
Tej nocy nie spałem.
Następnego ranka poszedłem do dyrektorki.
Pani Danuto, chciałbym o coś poprosić. Chcę towarzyszyć Krzyśowi podczas przerwy.
Spojrzała na mnie ciepło.
Panie Stanisław, rozumiem, ale
Nie ma żadnego *ale*. Ten chłopiec to moje życie. jeżeli szkoła nie potrafi sprawić, by czuł się częścią czegoś, ja to zrobię.
Od tamtej pory codziennie o 10:30 przekraczam bramę szkolnego podwórka.
Na początku dzieci patrzyli na mnie z zaciekawieniem starszy pan w słomkowym kapeluszu i z laską pośród nich.
Krzysiu był zawstydzony.
Dziadku, nie musisz przychodzić.
Wstydzić się czego? Czy twój dziadek nie może cię kochać?
Zaczęliśmy powoli. Graliśmy w domino, potem w warcaby.
Krzysiu śmiał się, gdy udawałem, iż nie widzę jego małych oszustw.
Pewnego dnia podszedł do nas chłopiec.
W co gracie? spytał.
W chińczyka odparłem. Chcesz dołączyć?
Miał na imię Bartek. Sześć lat, brakowało mu przednich zębów, ale jego uśmiech rozświetlił szkolne boisko.
Krzysiu cierpliwie wytłumaczył mu zasady.
Następnego dnia Bartek wrócił z przyjaciółką Olą.
Od tamtej pory nasz kącik stał się miejscem spotkań, pełnym śmiechu i przyjaźni.
Znaleźliśmy skakankę, a potem urządziliśmy małe zawody.
Krzysiu nie skakał najszybciej, ale inne dzieci dostosowały tempo.
Dawaj, Krzysiu, dasz radę! krzyczała Ola.
Pięć skoków! Nowy rekord! cieszył się Bartek.
Patrzyłem na nich z wilgotnymi oczami i szczęśliwym sercem.
Pewnego dnia podszedł do mnie nauczyciel WF-u.
Panie Stanisławie, to, co pan robi, jest niezwykłe.
To tylko dziadek, który kocha swojego wnuka odparłem.
Nie odpowiedział z uśmiechem. To uczy nas czegoś, o czym czasem zapominamy iż każdy zasługuje na swoje miejsce, niezależnie od tempa.
Minęły trzy miesiące.
Wciąż przychodzę.
Ale już nie dlatego, iż Krzysiu jest sam.
Przychodzę, bo teraz czeka na mnie ośmioro czy dziewięcioro dzieci, krzyczących Dziadek Staś!, gdy przekraczam bramę.
Bo mój wnuk ma teraz przyjaciół, którzy go zapraszają, bronią i rozumieją.
Dziś rano, gdy graliśmy w chowanego, Krzysiu mocno mnie przytulił.
Dziękuję, dziadku.
Za co, chłopcze?
Że nie zostawiłeś mnie samego. Że nauczyłeś mnie, iż być innym to nic złego.
Uklęknąłem przed nim i powiedziałem:
Krzysiu, to ty mnie nauczyłeś. Że miłość nigdy się nie męczy, iż nigdy nie jest za późno, by coś zmienić, i iż prawdziwa odwaga to być przy kimś, kiedy jest potrzebny.
Dzwonek zadzwonił. Dzieci pobiegły ustawiać się w szeregu.
Krzysiu już nie chodzi ze spuszczoną głową.
Wrócę jutro. I pojutrze też.
Bo być dziadkiem to nie tylko opiekować się to budować mosty i przypominać światu, iż nikt, absolutnie nikt, nie powinien być sam na placu zabaw życia.












