Mam wrażenie, iż miłość się skończyła
Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na całym wydziale powiedział wtedy, wręczając mi bukiet rumianków z bazarku przy metrze Politechnika.
Monika zaśmiała się i przyjęła kwiaty. Rumianki pachniały latem i czymś nieuchwytnie adekwatnym. Tomek patrzył na mnie tym swoim niezachwianym wzrokiem człowieka, który wie, czego chce. A chciał mnie.
Nasza pierwsza randka była w Łazienkach. Tomek przyniósł koc, termos z herbatą i kanapki przygotowane przez jego mamę. Siedzieliśmy na trawie aż zrobiło się zupełnie ciemno. Dobrze pamiętam, jak śmiał się do łez, odchylając głowę do tyłu. Jak dotykał mojej ręki niby przypadkiem, jak patrzył na mnie tak, jakbym była jedyną osobą w całej Warszawie.
Po trzech miesiącach zabrał mnie do kina na francuską komedię, z której kilka rozumiałam, ale śmiałam się razem z nim. Po pół roku poznałam jego rodziców. A po roku usłyszałam pytanie, czy nie zamieszkamy razem.
I tak spędzamy ze sobą każdą noc tłumaczył Tomek, bawiąc się moimi włosami. Po co płacić za dwa mieszkania?
Zgodziłam się. Nie chodziło o pieniądze. Po prostu świat nabierał sensu, kiedy był obok.
Nasza wynajmowana kawalerka pachniała w niedziele barszczem i świeżo wyprasowaną pościelą. Nauczyłam się robić jego ulubione kotlety mielone z czosnkiem i koperkiem, dokładnie tak jak jego mama. Wieczorami Tomek czytał mi na głos artykuły z Pulsu Biznesu. Planował własną firmę. Słuchałam z łokciem opartym na stole, i każdemu jego marzeniu potrafiłam uwierzyć.
Snuliśmy razem plany. Najpierw odłożyć na wkład własny. Potem kupno mieszkania. Potem auto. W końcu dzieci dwoje, chłopiec i dziewczynka.
Damy radę, ze wszystkim, zobaczysz mówił, całując mnie w czubek głowy.
I wierzyłam mu. Przy nim czułam się niezwyciężona.
…Piętnaście wspólnych lat obrosło rzeczami, przyzwyczajeniami i rytuałami. Mieszkanie w dobrym miejscu z widokiem na skwer. Kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat, który spłacaliśmy szybciej dzięki oszczędzaniu na urlopie i restauracjach. Srebrna Toyota na parkingu Tomek sam wybrał, wynegocjował, sam co sobotę pucował maskę do połysku.
Gorąca duma rozlewała się mi w piersi. Wszystko osiągnęliśmy sami. Bez pieniędzy rodziców, bez znajomości i fartu. Po prostu praca, oszczędności, cierpliwość.
Nigdy nie narzekałam. choćby gdy byłam tak zmęczona, iż zasypiałam w metrze i budziłam się na stacji końcowej. choćby gdy kusiło, żeby wszystko rzucić i polecieć gdzieś nad Bałtyk. Byliśmy drużyną. Tak Tomek mówił. I ja mu wierzyłam.
Jego dobro zawsze było najważniejsze. Znałam tę zasadę na pamięć, miałam ją wpisaną, jakby w DNA. Zły dzień w pracy? Gotowałam ulubiony obiad, nalewałam herbaty, słuchałam. Kłopoty z szefową? Gładziłam go po głowie, szeptałam, iż wszystko się ułoży. Chwile zwątpienia? Zawsze znajdywałam adekwatne słowa, wyciągałam go z dołka.
Moniko, jesteś moją kotwicą, moim zapleczem i najpewniejszym wsparciem powtarzał, gdy świat walił mu się na głowę.
Uśmiechałam się. Być czyimś oparciem czy to nie najszczęśliwsza rola na świecie?
Trudnych momentów nie brakowało. Pierwszy przyszedł po pięciu latach. Firma Tomka zbankrutowała. Siedział w domu i przeglądał oferty pracy dzień w dzień.
Drugi raz jeszcze gorzej. Wrobili go w bałagan z dokumentami, przez co nie tylko stracił pracę, ale został z dużym długiem. Musieliśmy sprzedać samochód, żeby się wyplątać.
Nie wyrzucałam mu tego. Ani jednym słowem, ani spojrzeniem. Brałam dodatkowe zlecenia, zarywałam noce, oszczędzałam na wszystkim. Liczyło się tylko jedno: czy Tomek da radę. Czy się nie złamie. Czy nie straci wiary w siebie.
…Tomek wyszedł na prostą. Znalazł pracę jeszcze lepszą niż poprzednia. Znów kupiliśmy srebrną Toyotę. Życie wróciło na swoje miejsce.
Rok temu, siedząc w kuchni, w końcu powiedziałam to, o czym myślałam od dawna:
Może czas już? Nie mam już dwudziestu lat. jeżeli będziemy zwlekać…
Tomek przytaknął poważnie.
Zacznijmy się przygotowywać.
Wstrzymałam oddech. Tyle lat odkładania, marzeń o odpowiednim momencie a to był właśnie TEN moment.
Widziałam to oczami wyobraźni tysiące razy. Małe rączki łapiące moją dłoń. Zapach pudru dla niemowląt. Pierwsze kroki w naszym salonie. Tomek czytający bajki przed snem…
Dziecko. Nasze dziecko. Nareszcie.
Natychmiast zaczęłam wszystko zmieniać: dietę, tryb życia, aktywność. Zarejestrowałam się do lekarza, zbadałam się, brałam witaminy. Praca zeszła na dalszy plan, choć właśnie miałam otrzymać awans.
Monika, jesteś pewna? spytała szefowa znad okularów. Takiej szansy nie dostaje się dwa razy.
Byłam pewna. Awans to wyjazdy, nielimitowane godziny, stres. Nie tego chciałam w ciąży.
Przejdę do filii odparłam.
Szefowa tylko wzruszyła ramionami.
Oddział był blisko, piętnaście minut spacerem od domu. Praca nudna i schematyczna, bez widoków na rozwój. Ale można było wyjść punktualnie o szóstej, w weekendy nie myśleć o robocie.
Szybko się odnalazłam. Nowi ludzie byli sympatyczni, choć mało ambitni. Gotowałam sobie obiady w domu, spacerowałam w przerwach, kładłam się spać przed północą. Wszystko dla przyszłego dziecka, dla naszej rodziny.
Zimno wkradło się niepostrzeżenie. Początkowo choćby nie zauważyłam. Tomek dużo pracował, wracał zmęczony. To się zdarza.
Ale przestał się pytać, jak minął mi dzień. Sympatycznie przytulać przed snem. Nie patrzył na mnie już tym wzrokiem sprzed lat, kiedy mówił mi, iż jestem najpiękniejsza na wydziale.
W domu zrobiło się dziwnie cicho. Wcześniej rozmawialiśmy godzinami o pracy, o przyszłości, o bzdurach. Teraz Tomek wieczorami zatapiał się w telefonie. Krótko odpowiadał, spał odwrócony do ściany.
Leżałam obok, patrząc w sufit. Między nami przepaść szerokości materaca.
Bliskość zniknęła. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc aż przestałam liczyć. A mąż zawsze miał wymówkę:
Jestem wykończony. Jutro, dobrze?
To jutro nigdy nie następowało.
Zapytałam wprost. Pewnego wieczoru zagrodziłam mu drogę do łazienki.
Co się dzieje? Powiedz szczerze.
Zerkał gdzieś obok mnie, w stronę framugi.
Wszystko w porządku.
Nieprawda.
Wymyślasz. To tylko taki czas. Przejdzie.
Minął mnie, zamknął się w łazience. Słychać było szum wody.
Stałam w korytarzu, czując ból w piersi. Tępy, uporczywy.
Wytrzymałam jeszcze miesiąc. Potem już nie mogłam, więc znów postawiłam pytanie:
Kochasz mnie?
Cisza. Długa, straszna cisza.
Ja nie wiem, co do ciebie czuję.
Usiadłam na kanapie.
Nie wiesz?
Tomek wreszcie spojrzał mi w oczy. Pusto. Zagubienie. Ani śladu tego ognia, który płonął piętnaście lat temu.
Wydaje mi się, iż uczucie minęło. Dawno. Milczałem, żeby cię nie ranić.
Miesiącami żyłam w piekle niepewności: analizowałam każdy gest, każde słowo. Może to kłopoty w pracy? Może kryzys wieku średniego? Może zwyczajnie gorszy czas. A przecież on po prostu przestał kochać. I milczał, gdy ja planowałam wspólne życie, rezygnowałam z awansu, przygotowywałam się do macierzyństwa.
Decyzja przyszła nagle. Koniec z może, a nuż się zmieni, trzeba poczekać. Dość.
Składam pozew o rozwód.
Tomek pobladł. Widziałam, jak połknął ślinę.
Zaczekaj, nie tak od razu. Może damy sobie szansę
Szansę?
Albo może dziecko coś zmieni? Mówią, iż dzieci zbliżają.
Zaśmiałam się, gorzko, brzydko.
Dziecko tylko wszystko pogorszy. Skoro mnie nie kochasz, po co nam dzieci? Żeby potem rozwodzić się z niemowlakiem na rękach?
Tomek przemilczał. Nie miał już żadnych argumentów.
Wyprowadziłam się tego samego dnia. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęłam pokój u znajomej. Dokumenty rozwodowe złożyłam po tygodniu gdy ręce przestały mi się trząść.
Podział majątku zapowiadał się długotrwale. Mieszkanie, samochód, piętnaście lat wspólnych decyzji i przedmiotów. Prawnik mówił coś o wycenie, procentach, negocjacjach. Notowałam, kiwałam głową, nie chcąc myśleć, iż nasze życie określa się teraz w metrach kwadratowych i koniach mechanicznych.
Znalazłam sobie skromną kawalerkę na wynajem. Uczyłam się być sama. Gotować dla jednej osoby. Oglądać seriale bez czyjegoś komentarza w tle. Spać rozciągnięta na całym łóżku.
Noce były najgorsze. Leżałam twarzą w poduszkę i wspominałam. Bazarek i rumianki. Koc w Łazienkach. Jego śmiech, jego dłonie, głos, który szeptał jesteś moją kotwicą.
To bolało niewyobrażalnie. Piętnaście lat nie da się wyrzucić z serca jak starych rzeczy na śmietnik.
A jednak przez ten ból przebijało coś innego. Uczucie ulgi. Poczucia, iż postąpiłam dobrze. Zdążyłam. Zatrzymałam się na czas, zanim związałam się z nim dzieckiem. Zanim utknęłam w bezsensownym małżeństwie przez kolejne lata, dla dobra rodziny.
Mam trzydzieści dwa lata. Całe życie przede mną.
Czy się boję? Straszliwie.
Ale dam radę. Po prostu nie mam innego wyjścia.













