Chyba miłość już się skończyła – Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na naszym wydziale – powiedział wtedy, wręczając jej bukiet rumianków z bazarku przy Metrze Politechnika. Ania zaśmiała się, przyjmując kwiaty. Rumianek pachniał latem i czymś nieuchwytnie dobrym. Michał patrzył na nią jak ktoś, kto dokładnie wie, czego chce. A chciał właśnie jej. Ich pierwsza randka odbyła się w Łazienkach. Michał przyniósł koc, termos z herbatą i kanapki przygotowane przez jego mamę. Siedzieli na trawie aż do zmroku. Ania zapamiętała jego śmiech, kiedy odchylał głowę, to jak dotykał jej dłoni niby przypadkiem, jak patrzył na nią – jakby była jedyną osobą w całej Warszawie. Po trzech miesiącach poszli do kina na francuską komedię, której nie zrozumiała, ale śmiała się razem z nim. Po pół roku poznała jego rodziców. Po roku – Michał poprosił, żeby zamieszkała z nim. – I tak śpimy razem każdej nocy – tłumaczył, bawiąc się jej włosami. – Po co nam dwie kawalerki? Ania zgodziła się. Nie dla oszczędności. Po prostu świat przy nim nabierał sensu. Ich wynajmowana kawalerka pachniała niedzielnym rosołem i świeżo uprasowaną pościelą. Ania nauczyła się robić jego ulubione kotlety – czosnek, koperek, dokładnie jak robiła jego mama. Wieczorami Michał czytał jej na głos artykuły o biznesie i finansach. Marzył o własnej firmie. Ania słuchała z policzkiem opartym o dłoń i wierzyła w każde jego słowo. Plany mieli konkretne: najpierw uzbierać na wkład własny. Potem własne mieszkanie. Potem samochód. Dzieci, oczywiście. Dwójka — chłopiec i dziewczynka. – Wszystko zdążymy – powtarzał Michał, całując ją w czubek głowy. Ania przy nim czuła się niezniszczalna. …Piętnaście lat wspólnego życia obrosło rzeczami, nawykami, codziennymi rytuałami. Mieszkanie w dobrej dzielnicy z widokiem na skwer. Kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat, spłacany przed terminem, kosztem urlopów i restauracji. Srebrna Toyota na parkingu – Michał sam wybrał, sam się targował i co sobotę pucował maskę na błysk. Duma rozgrzewała serce. Sami wszystko osiągnęli – bez pomocy rodziny, bez kontaktów, bez szczęścia. Po prostu praca, oszczędzanie, wytrwałość. Ania nigdy się nie skarżyła. choćby kiedy była tak zmęczona, iż zasypiała w metrze i budziła się na ostatniej stacji. choćby kiedy miała ochotę zostawić wszystko i polecieć gdzieś nad morze. Byli drużyną. Michał tak mówił, a Ania wierzyła. Jego dobro zawsze było najważniejsze. Ania nauczyła się tej zasady na pamięć, wplotła ją w swoje DNA. Zły dzień w pracy? Kolacja, herbata, wsparcie. Awantura z szefem? Gładzenie po głowie i szeptanie, iż z czasem będzie lepiej. Zwątpienie? Odpowiednie słowa, które wyciągną z dołka. – Jesteś moim kotwicą, moim zapleczem i wsparciem – przyznawał wtedy Michał. Ania się uśmiechała. Być czyjąś kotwicą – czy to nie szczęście? Bywały ciężkie chwile. Po pięciu latach wspólnego życia – firma Michała zbankrutowała. Siedział w domu, przeglądał ogłoszenia i z dnia na dzień był coraz bardziej przybity. Później było jeszcze gorzej – koledzy go wrobili, stracił nie tylko pracę, ale i dużą sumę pieniędzy. Musieli sprzedać samochód, żeby uregulować długi. Ania nie wypomniała mu tego ani razu. Brała dodatkowe zlecenia, pracowała po nocach, oszczędzała. Liczyło się tylko jedno: jak on się czuje? Czy się nie złamie? Nie straci wiary w siebie? …Michał się podniósł. Znalazł jeszcze lepszą pracę. Kupili znowu taką samą Toyotę. Życie się ułożyło. Rok temu siedzieli w kuchni i Ania w końcu powiedziała to, o czym myślała od dawna: – Może już czas? Już dawno nie mam dwudziestu lat. jeżeli zwlekniemy… Michał kiwnął głową. Na poważnie, przemyślanie. – Zacznijmy się przygotowywać. Ania wstrzymała oddech. Lata marzeń, odkładania, czekania na dobry moment. I oto był. Wyobrażała to sobie tysiąc razy. Małe paluszki oplatające jej dłoń. Zapach dziecięcego pudru. Pierwsze kroki w ich salonie. Michał czytający bajkę przed snem. Ich dziecko. W końcu. Zmiany przyszły od razu. Ania przewartościowała wszystko: dieta, aktywność, badania, witaminy. Kariera na boczny tor, choć właśnie chcieli ją awansować. – Jesteś pewna? – spytała szefowa przez okulary. – Taka szansa nie trafia się drugi raz. Ania była pewna. Awans to delegacje, nienormowane godziny, stres. Nie najlepsze warunki na ciążę. – Wolę przejść do oddziału – odpowiedziała. Szefowa wzruszyła ramionami. Oddział był 15 minut pieszo od domu. Praca nudna, powtarzalna, bez perspektyw. Ale można było wychodzić punkt szóstą i zapomnieć o pracy na weekend. Ania gwałtownie się zaaklimatyzowała. Nowa ekipa była sympatyczna, choć nie zbyt ambitna. Gotowała sobie obiady w domu, spacerowała na przerwie, kładła się spać przed północą. Wszystko dla przyszłego dziecka. Wszystko dla rodziny. Chłód wkradł się niepostrzeżenie. Najpierw Ania nie zwróciła uwagi. Michał dużo pracuje, jest zmęczony. To normalne. Ale przestał pytać, jak minął jej dzień. Przestał przytulać się przed snem. Nie patrzył już tak, jak wtedy, gdy mówili jej, iż jest najpiękniejsza na wydziale. W domu zapanowała cisza. Nie taka normalna – za cicha. Kiedyś mogli rozmawiać godzinami – o pracy, planach, głupotach. Teraz Michał cały wieczór ślęczał w telefonie. Odpowiadał zdawkowo. Spał odwrócony do ściany. Ania leżała obok, patrząc w sufit. A między nimi przepaść – pół metra materaca. Bliskość znikła całkiem. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Ania przestała liczyć. Michał każdorazowo miał wymówkę: – Jestem strasznie zmęczony. Jutro, dobrze? Jutro nigdy nie nadchodziło. W końcu zapytała wprost. Wieczorem, zebrała się na odwagę i zastąpiła mu drogę do łazienki. – Co się dzieje? Powiedz szczerze. Michał patrzył gdzieś za jej ramię, w okolice framugi. – Nic się nie dzieje. – Nieprawda. – Wymyślasz. Przejdzie. Odszedł do łazienki. Odgłos wody zagłuszył wszystko. Ania stała w korytarzu, z dłonią przy klatce piersiowej. Tam bolało. Tępo, nieustannie. Jeszcze miesiąc wytrzymała. Potem nie mogła dłużej. Zapytała wprost: – Kochasz mnie jeszcze? Cisza. Długa, złowroga cisza. – Ja… nie wiem, co do ciebie czuję. Ania osunęła się na kanapę. – Nie wiesz? Michał w końcu spojrzał jej w oczy. W nich tylko pustka, pogubienie. Ani grama ognia sprzed piętnastu lat. – Chyba miłość już się skończyła. Od dawna. Milczałem, bo nie chciałem cię zranić. Miesiącami Ania żyła w piekle, nie znając prawdy. Chwytała jego spojrzenia, analizowała każde słowo, szukała powodów. Może problemy w pracy? Może kryzys wieku średniego? Może złe nastroje? A on po prostu przestał kochać. Milczał, gdy ona planowała przyszłość, rezygnowała z kariery i przygotowywała się do macierzyństwa. Decyzja przyszła nagle. Żadnych więcej „może”, „może się poprawi”, „poczekam”. Dość. – Składam pozew o rozwód. Michał pobladł. Ania widziała, jak przełknął ślinę. – Poczekaj, nie tak od razu. Możemy spróbować… – Spróbować? – Może spróbujmy mieć dziecko? Może nas zbliży? Mówią, iż dzieci zbliżają. Ania zareagowała gorzkim śmiechem. – Dziecko wszystko by zepsuło jeszcze bardziej. Już mnie nie kochasz. Po co nam dzieci? Żeby potem się rozwodzić z niemowlęciem? Michał zamilkł. Nie miał kontrargumentów. Ania wyprowadziła się tego samego dnia. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęła pokój u znajomej. Dokumenty rozwodowe złożyła tydzień później, kiedy już przestały jej się trząść ręce. Podział majątku zapowiadał się ciężki. Mieszkanie, samochód, piętnaście lat wspólnych zakupów i decyzji. Prawnik mówił coś o wycenie, udziałach, negocjacjach. Ania kiwała głową, notowała i starała się nie myśleć, iż jej życie jest teraz liczone w metrach kwadratowych i koniach mechanicznych. niedługo wynajęła sobie kawalerkę. Uczyła się żyć sama. Gotować dla siebie. Oglądać seriale bez komentarzy. Spać na całym łóżku. W nocy zalewały ją wspomnienia. Przyciskała twarz do poduszki i wspominała. Rumianek z bazaru, piknik w Łazienkach, jego śmiech, jego dłonie, głos, który szeptał: „jesteś moją kotwicą”. Ból był nie do zniesienia. Nie wyrzuci się z serca piętnastu lat tak łatwo, jak stare ciuchy do kosza. Ale przez ten ból zaczęło się przebijać coś jeszcze – ulga. Uczucie, iż zrobiła to, co trzeba. Zdołała odejść, zanim przywiązała się do niego na dobre przez dziecko. Nie utknęła na lata w martwym małżeństwie tylko „dla dobra rodziny”. Trzydzieści dwa lata. Całe życie przed nią. Czy się boi? Strasznie. Ale poradzi sobie. Bo nie ma innego wyjścia.

twojacena.pl 19 godzin temu

Mam wrażenie, iż miłość się skończyła

Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na całym wydziale powiedział wtedy, wręczając mi bukiet rumianków z bazarku przy metrze Politechnika.

Monika zaśmiała się i przyjęła kwiaty. Rumianki pachniały latem i czymś nieuchwytnie adekwatnym. Tomek patrzył na mnie tym swoim niezachwianym wzrokiem człowieka, który wie, czego chce. A chciał mnie.

Nasza pierwsza randka była w Łazienkach. Tomek przyniósł koc, termos z herbatą i kanapki przygotowane przez jego mamę. Siedzieliśmy na trawie aż zrobiło się zupełnie ciemno. Dobrze pamiętam, jak śmiał się do łez, odchylając głowę do tyłu. Jak dotykał mojej ręki niby przypadkiem, jak patrzył na mnie tak, jakbym była jedyną osobą w całej Warszawie.

Po trzech miesiącach zabrał mnie do kina na francuską komedię, z której kilka rozumiałam, ale śmiałam się razem z nim. Po pół roku poznałam jego rodziców. A po roku usłyszałam pytanie, czy nie zamieszkamy razem.

I tak spędzamy ze sobą każdą noc tłumaczył Tomek, bawiąc się moimi włosami. Po co płacić za dwa mieszkania?

Zgodziłam się. Nie chodziło o pieniądze. Po prostu świat nabierał sensu, kiedy był obok.

Nasza wynajmowana kawalerka pachniała w niedziele barszczem i świeżo wyprasowaną pościelą. Nauczyłam się robić jego ulubione kotlety mielone z czosnkiem i koperkiem, dokładnie tak jak jego mama. Wieczorami Tomek czytał mi na głos artykuły z Pulsu Biznesu. Planował własną firmę. Słuchałam z łokciem opartym na stole, i każdemu jego marzeniu potrafiłam uwierzyć.

Snuliśmy razem plany. Najpierw odłożyć na wkład własny. Potem kupno mieszkania. Potem auto. W końcu dzieci dwoje, chłopiec i dziewczynka.

Damy radę, ze wszystkim, zobaczysz mówił, całując mnie w czubek głowy.

I wierzyłam mu. Przy nim czułam się niezwyciężona.

…Piętnaście wspólnych lat obrosło rzeczami, przyzwyczajeniami i rytuałami. Mieszkanie w dobrym miejscu z widokiem na skwer. Kredyt hipoteczny na dwadzieścia lat, który spłacaliśmy szybciej dzięki oszczędzaniu na urlopie i restauracjach. Srebrna Toyota na parkingu Tomek sam wybrał, wynegocjował, sam co sobotę pucował maskę do połysku.

Gorąca duma rozlewała się mi w piersi. Wszystko osiągnęliśmy sami. Bez pieniędzy rodziców, bez znajomości i fartu. Po prostu praca, oszczędności, cierpliwość.

Nigdy nie narzekałam. choćby gdy byłam tak zmęczona, iż zasypiałam w metrze i budziłam się na stacji końcowej. choćby gdy kusiło, żeby wszystko rzucić i polecieć gdzieś nad Bałtyk. Byliśmy drużyną. Tak Tomek mówił. I ja mu wierzyłam.

Jego dobro zawsze było najważniejsze. Znałam tę zasadę na pamięć, miałam ją wpisaną, jakby w DNA. Zły dzień w pracy? Gotowałam ulubiony obiad, nalewałam herbaty, słuchałam. Kłopoty z szefową? Gładziłam go po głowie, szeptałam, iż wszystko się ułoży. Chwile zwątpienia? Zawsze znajdywałam adekwatne słowa, wyciągałam go z dołka.

Moniko, jesteś moją kotwicą, moim zapleczem i najpewniejszym wsparciem powtarzał, gdy świat walił mu się na głowę.

Uśmiechałam się. Być czyimś oparciem czy to nie najszczęśliwsza rola na świecie?

Trudnych momentów nie brakowało. Pierwszy przyszedł po pięciu latach. Firma Tomka zbankrutowała. Siedział w domu i przeglądał oferty pracy dzień w dzień.

Drugi raz jeszcze gorzej. Wrobili go w bałagan z dokumentami, przez co nie tylko stracił pracę, ale został z dużym długiem. Musieliśmy sprzedać samochód, żeby się wyplątać.

Nie wyrzucałam mu tego. Ani jednym słowem, ani spojrzeniem. Brałam dodatkowe zlecenia, zarywałam noce, oszczędzałam na wszystkim. Liczyło się tylko jedno: czy Tomek da radę. Czy się nie złamie. Czy nie straci wiary w siebie.

…Tomek wyszedł na prostą. Znalazł pracę jeszcze lepszą niż poprzednia. Znów kupiliśmy srebrną Toyotę. Życie wróciło na swoje miejsce.

Rok temu, siedząc w kuchni, w końcu powiedziałam to, o czym myślałam od dawna:

Może czas już? Nie mam już dwudziestu lat. jeżeli będziemy zwlekać…

Tomek przytaknął poważnie.

Zacznijmy się przygotowywać.

Wstrzymałam oddech. Tyle lat odkładania, marzeń o odpowiednim momencie a to był właśnie TEN moment.

Widziałam to oczami wyobraźni tysiące razy. Małe rączki łapiące moją dłoń. Zapach pudru dla niemowląt. Pierwsze kroki w naszym salonie. Tomek czytający bajki przed snem…

Dziecko. Nasze dziecko. Nareszcie.

Natychmiast zaczęłam wszystko zmieniać: dietę, tryb życia, aktywność. Zarejestrowałam się do lekarza, zbadałam się, brałam witaminy. Praca zeszła na dalszy plan, choć właśnie miałam otrzymać awans.

Monika, jesteś pewna? spytała szefowa znad okularów. Takiej szansy nie dostaje się dwa razy.

Byłam pewna. Awans to wyjazdy, nielimitowane godziny, stres. Nie tego chciałam w ciąży.

Przejdę do filii odparłam.

Szefowa tylko wzruszyła ramionami.

Oddział był blisko, piętnaście minut spacerem od domu. Praca nudna i schematyczna, bez widoków na rozwój. Ale można było wyjść punktualnie o szóstej, w weekendy nie myśleć o robocie.

Szybko się odnalazłam. Nowi ludzie byli sympatyczni, choć mało ambitni. Gotowałam sobie obiady w domu, spacerowałam w przerwach, kładłam się spać przed północą. Wszystko dla przyszłego dziecka, dla naszej rodziny.

Zimno wkradło się niepostrzeżenie. Początkowo choćby nie zauważyłam. Tomek dużo pracował, wracał zmęczony. To się zdarza.

Ale przestał się pytać, jak minął mi dzień. Sympatycznie przytulać przed snem. Nie patrzył na mnie już tym wzrokiem sprzed lat, kiedy mówił mi, iż jestem najpiękniejsza na wydziale.

W domu zrobiło się dziwnie cicho. Wcześniej rozmawialiśmy godzinami o pracy, o przyszłości, o bzdurach. Teraz Tomek wieczorami zatapiał się w telefonie. Krótko odpowiadał, spał odwrócony do ściany.

Leżałam obok, patrząc w sufit. Między nami przepaść szerokości materaca.

Bliskość zniknęła. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc aż przestałam liczyć. A mąż zawsze miał wymówkę:

Jestem wykończony. Jutro, dobrze?

To jutro nigdy nie następowało.

Zapytałam wprost. Pewnego wieczoru zagrodziłam mu drogę do łazienki.

Co się dzieje? Powiedz szczerze.

Zerkał gdzieś obok mnie, w stronę framugi.

Wszystko w porządku.
Nieprawda.
Wymyślasz. To tylko taki czas. Przejdzie.

Minął mnie, zamknął się w łazience. Słychać było szum wody.

Stałam w korytarzu, czując ból w piersi. Tępy, uporczywy.

Wytrzymałam jeszcze miesiąc. Potem już nie mogłam, więc znów postawiłam pytanie:

Kochasz mnie?

Cisza. Długa, straszna cisza.

Ja nie wiem, co do ciebie czuję.

Usiadłam na kanapie.

Nie wiesz?

Tomek wreszcie spojrzał mi w oczy. Pusto. Zagubienie. Ani śladu tego ognia, który płonął piętnaście lat temu.

Wydaje mi się, iż uczucie minęło. Dawno. Milczałem, żeby cię nie ranić.

Miesiącami żyłam w piekle niepewności: analizowałam każdy gest, każde słowo. Może to kłopoty w pracy? Może kryzys wieku średniego? Może zwyczajnie gorszy czas. A przecież on po prostu przestał kochać. I milczał, gdy ja planowałam wspólne życie, rezygnowałam z awansu, przygotowywałam się do macierzyństwa.

Decyzja przyszła nagle. Koniec z może, a nuż się zmieni, trzeba poczekać. Dość.

Składam pozew o rozwód.

Tomek pobladł. Widziałam, jak połknął ślinę.

Zaczekaj, nie tak od razu. Może damy sobie szansę
Szansę?
Albo może dziecko coś zmieni? Mówią, iż dzieci zbliżają.

Zaśmiałam się, gorzko, brzydko.

Dziecko tylko wszystko pogorszy. Skoro mnie nie kochasz, po co nam dzieci? Żeby potem rozwodzić się z niemowlakiem na rękach?

Tomek przemilczał. Nie miał już żadnych argumentów.

Wyprowadziłam się tego samego dnia. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, wynajęłam pokój u znajomej. Dokumenty rozwodowe złożyłam po tygodniu gdy ręce przestały mi się trząść.

Podział majątku zapowiadał się długotrwale. Mieszkanie, samochód, piętnaście lat wspólnych decyzji i przedmiotów. Prawnik mówił coś o wycenie, procentach, negocjacjach. Notowałam, kiwałam głową, nie chcąc myśleć, iż nasze życie określa się teraz w metrach kwadratowych i koniach mechanicznych.

Znalazłam sobie skromną kawalerkę na wynajem. Uczyłam się być sama. Gotować dla jednej osoby. Oglądać seriale bez czyjegoś komentarza w tle. Spać rozciągnięta na całym łóżku.

Noce były najgorsze. Leżałam twarzą w poduszkę i wspominałam. Bazarek i rumianki. Koc w Łazienkach. Jego śmiech, jego dłonie, głos, który szeptał jesteś moją kotwicą.

To bolało niewyobrażalnie. Piętnaście lat nie da się wyrzucić z serca jak starych rzeczy na śmietnik.

A jednak przez ten ból przebijało coś innego. Uczucie ulgi. Poczucia, iż postąpiłam dobrze. Zdążyłam. Zatrzymałam się na czas, zanim związałam się z nim dzieckiem. Zanim utknęłam w bezsensownym małżeństwie przez kolejne lata, dla dobra rodziny.

Mam trzydzieści dwa lata. Całe życie przede mną.

Czy się boję? Straszliwie.

Ale dam radę. Po prostu nie mam innego wyjścia.

Idź do oryginalnego materiału