Jestem położnym już od kilkunastu lat, pracuję w jednym z większych szpitali w Krakowie. W tym czasie przeżyłem mnóstwo historii, często radosnych, ale i takich, które chwytały za serce. Personel medyczny rzadko wtrąca się w sprawy pacjentek, ale ostatnio musiałem zrobić wyjątek, by pomóc pewnej studentce, która po cichu urodziła córkę i od razu chciała ją oddać.
Monika, tak miała na imię ta młoda dziewczyna imię typowo polskie i rzadko spotykane poza naszym krajem. Do szpitala trafiła prosto z akademika, bez jednej wizyty u lekarza przez całe dziewięć miesięcy ciąży. Wiedziałem, iż coś musi być na rzeczy, ale przed porodem choćby nie było czasu, by zapytać dlaczego.
Monika urodziła niemal idealnie. Gdy porównam to z młodymi mamami, które uczęszczają na szkołę rodzenia i boją się każdego bólu, ona była niewiarygodnie cicha, posłuszna, wykonywała każde polecenie. Poród poszedł sprawnie, a gdy trzymałem w rękach jej malutką córeczkę, dziewczynka płakała głośno, jakby chciała ogłosić światu swoje narodziny. Monika też płakała łzy spływały jej po policzkach, a ja powiedziałem, iż dziecko jest zdrowe, iż powinniśmy cieszyć się z nowego życia.
Już po wszystkim, na oddziale, Monika poprosiła mnie, żebym zawiadomił odpowiednie instytucje, bo chce dziecko oddać do adopcji.
Cały personel próbował ją przekonać, iż może zbyt pochopnie decyduje, ale Monika była nieugięta. Nie chciała choćby przystawić córeczki do piersi, prosiła, by zostawić ją w spokoju.
Tymczasem dziewczynka nie jadła mleka sztucznego, krzywiła się, otwierała usta tylko, gdy czuła zapach mleka matki, próbowała wyciągać główkę w poszukiwaniu jedynego źródła pokarmu…
Zaczęła tracić na wadze, więc na kolejnej zmianie wziąłem ją jeszcze raz do matki, choć wszyscy odradzali mi taki krok. Powiedziałem Monice jasno, iż jej postawa zagraża zdrowiu dziecka, niemal wymusiłem, by ją nakarmiła. Monika niechętnie, ale zgodziła się i przystawiła małą do piersi. Zostawiłem je same, tłumacząc pilną sprawą.
Pół godziny później wróciłem i zobaczyłem, iż obie śpią, a Monika przytula swoją córeczkę jakby był to najcenniejszy skarb. Chwilę potem dziewczyna wyszła z dzieckiem na korytarz i usiadła koło mojego biurka. Wyrzuciła z siebie wszystko, opowiedziała całą historię.
Ojciec dziewczynki, Robert Kowalski, był znanym w Krakowie przedsiębiorcą żonaty, z dzieckiem i, jak się okazało, niezadowolony z perspektywy kolejnego potomka poza swoim domem. Proponował Monice aborcję, ale dziewczyna była zdeterminowana, by urodzić. Biznesmen poinformował żonę, ta wybaczyła mu zdradę, ale cała złość skupiła na Monice. Groziła jej, namawiała do oddania dziecka, próbowała przekupić pieniędzmi, straszyła. Ostatecznie Robert Kowalski zniknął z Krakowa, a żona naciskała, by sprawa adopcji została doprowadzona do końca.
Na końcu wyznań Monika spojrzała na mnie ze łzami w oczach:
Chciałabym ją zatrzymać, ale jak dam radę w akademiku, bez pieniędzy…?
Pocieszyłem ją, powiedziałem, iż jest odważna i powinna walczyć o swoją córkę. Nasz ordynator, doktor Marek Szymański, miał szerokie kontakty w mieście, więc skontaktował się z panem Kowalskim i poprosił go o spotkanie. Ku naszemu zaskoczeniu, biznesmen pojawił się jeszcze tego samego dnia i w spokojnej rozmowie uzgodniliśmy wsparcie dla Moniki i jej dziecka. Okazało się, iż w ojcu dziecka obudziło się sumienie.
Po wyjściu ze szpitala Monika dostała od Roberta roczną opłatę za wynajem mieszkania 24 tysiące złotych przelewem na konto oraz wsparcie finansowe na pierwsze miesiące samodzielnego życia. Obiecał, iż będzie utrzymywał córkę w przyszłości. Może to właśnie polska mentalność z początku zagubiony, ale ostatecznie odpowiedzialny.
Nie znam dalszego losu Moniki i jej córeczki, żywię jednak nadzieję, iż stworzą prawdziwą rodzinę i wychowa ona mądrą, szczęśliwą dziewczynkę. A ja, patrząc na tę historię, nauczyłem się, iż czasem jedno dobre słowo, jeden mały gest może zmienić czyjeś życie na lepsze.





