Cicha decyzja Lilki: Poruszająca historia młodej matki, która chciała oddać córeczkę po porodzie, le…

twojacena.pl 4 godzin temu

Przez większość swojej kariery położnej w szpitalu miejskim w Poznaniu widziałam już wszystko: od radosnych krzyków młodych mam, po ciche łzy świeżo upieczonych ojców. zwykle trzymamy się swojego pilnujemy porodu i nie wtykamy nosa w dramaty rodzinne. Ostatnio jednak musiałam nagiąć tę zasadę, bo sprawa była delikatna niczym pierogi na Wigilię.

Na oddział trafiła Zosia Kowalska tak, typowo polskie imię, żadnych egzotycznych naleciałości. Studentka biologii, nosiła brzuch przez dziewięć miesięcy, nie widząc na oczy ani razu doktora. Cierpliwie znosiła moje, powiedzmy, mocno ciekawskie pytania o tę lekarską abstynencję, ale przed porodem choćby ja nie miałam czasu w babskie pogaduszki.

Zosia rodziła po mistrzowsku nie tak, jak te panie z kursów rodzenia, które potem podczas akcji szukają jogi w Google. Zamiast tego Zosia cichutko jęczała, wykonywała wszelkie polecenia i urodziła dziewczynkę, która przyszła na świat z takim impetem, iż słychać ją było chyba aż na Rynku. Zosia patrzyła na nią przez łzy, a ja z dumą oznajmiłam, iż mała jest zdrowa jak rasowy szczawik i iż powinniśmy świętować jak po strzeleniu gola przez Lewandowskiego.

Ale już następnego dnia, na oddziale położniczym, Zosia poprosiła, żebym wezwała odpowiednie instytucje chce oddać dziecko do adopcji. No prawdziwy dramat i to nie w teatrze im. Fredry.

Cały personel próbował ją przekonać, iż może warto się pospieszyć z tą decyzją jak polski urząd skarbowy z zwrotem podatku, czyli wcale. Ale młoda matka uparcie odmawiała przystawienia dziecka do piersi, prosiła o spokój na oko poznańska asertywność jak z prawdziwego mieszczucha.

Mała, jakby na przekór sztucznym mlekom ze sklepu za nasze złote polskie, nie chciała ich choćby powąchać. Okazało się, iż instynkt poznaje lepiej niż poradnik otwierała szeroko buzię na dźwięk i zapach mleka, kręciła głową w poszukiwaniu mamy Sytuacja nie wyglądała różowo; raczej szara jak zima w Warszawie.

Gdy zauważyłam, iż dziecko traci na wadze, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce niczym babcia pakująca prowiant na podróż. Zawinęłam pakunek, zaniosłam z powrotem do Zosi mimo iż wszyscy mówili nie rób tego. Wyłożyłam jej kawę na ławę, iż takie postępowanie to już lekkie przeholowanie i zagrożenie dla zdrowia dziecka. Dość stanowczo poprosiłam, by nakarmiła córkę. Jak tylko to zrobiła, mała zaczęła ssać z zapałem, a ja uznałam, iż im szybciej się oddalę, tym lepiej dla nich obu.

Kiedy wróciłam po pół godzinie, obie spały Zosia tuliła dziecko tak czule, iż od samego patrzenia można było wyzdrowieć na katar. Parę minut później przyszła do mnie na dyżurkę z córką na rękach, jakby chciała dać znać: jestem gotowa mówić.

Opowiedziała mi swoją historię: ojciec dziewczynki, Tomasz Nowak, znany poznański przedsiębiorca, żonaty oczywiście, w ciąży nie widział przyszłości różowej jak różowe złote polskie. Zaproponował aborcję, ale Zosia uparła się rodzić. Tomasz, widząc jej upór, wygadał się żonie; ta z kolei zareagowała z typową polską bezpośredniością żądała, by dziecko zniknęło. Groźby, pieniądze, urabianie nic nie pomogło, potem Tomasz ulotnił się na łono biznesu, a żona wciąż napierała, by oddać dziewczynkę.

Zosia podsumowała: Chcę ją zatrzymać, ale nie wiem, jak dam sobie radę w akademiku bez pieniędzy.

Pochwaliłam ją i powiedziałam, iż w Polsce to się załatwia nasz ordynator, doktor Marek Wiśniewski, ma kontakty w mieście jakby był lokalną wersją Magdy Gessler, tylko bez fryzury. Łatwo dotarliśmy do Tomasza Nowaka i namówiliśmy go na spotkanie. O dziwo, nie marudził, przyszedł, porozmawialiśmy dogadali kwestie przyszłości dziecka i Zosi jakby to była transakcja kupna mieszkania na rynku wtórnym.

Po wszystkim Zosia wynajęła kawalerkę pod Poznaniem, bo Tomasz opłacił czynsz z góry na rok i to nie byle jaką sumę, spokojnie wystarczy na życie i słoiki od mamy. Obiecał, iż będzie się córce przyglądał, co może oznacza więcej niż entuzjastyczne komentarze na Facebooku. Może sumienie się w nim obudziło? A może po prostu zobaczył, iż parę złotych to nie wszystko w życiu.

Jak potoczy się historia Zosi i jej córki? Tego nie wie choćby najstarsza wróżka w Bieszczadach. Ale jeżeli życie jest jak dobry kisiel gęste, słodkie, a czasem pełne niespodzianek to pewno będzie dobrze.

Idź do oryginalnego materiału