Od lat pracuję jako położna, a moje sny stały się już pełne dziwnych obrazów z porodówek. Czasem śnię o miękkim, rozświetlonym krakowskim szpitalu, w którym wydarzały się rzeczy miłe i mniej miłe. Czasami personel pojawia się jako lewitujące postacie w białych fartuchach, które nigdy nie wtrącają się w sprawy rodzących kobiet i ich rodzin, ale ostatnio we śnie spowodowałam zamieszanie, żeby pomóc pewnej studentce, która urodziła przeuroczą córeczkę i od razu chciała ją oddać nikt nie widział łez, tylko ciszę w powietrzu.
Marysia, bo tak nazywała się dziewczyna, w moim śnie przyszła do szpitala przy ulicy Dietla, wtulona w szary płaszcz, z nieskończonym smutkiem w oczach. Nosząc dziecko przez dziewięć miesięcy, ani razu nie odwiedziła lekarza jej odpowiedzi na pytania tonęły gdzieś w mlecznej mgle poranka, a przed porodem nie zdążyłam nic zapytać.
Poród był jak wyreżyserowany przez samą Matkę Boską, lepszy niż u tych, co uczęszczali na zajęcia do szkoły rodzenia na Zwierzynieckiej. Przyszła matka tylko cicho szeptała, wykonywała moje polecenia, a jej ciało tańczyło z bólem, poród przebiegał bez cienia komplikacji. Kiedy malutka dziewczynka Anusia pojawiła się na świecie i zawisła nagle w moich ramionach, głośno rozbrzmiał jej płacz. Marysia patrzyła na nią wydłużonym spojrzeniem pełnym łez, które spływały z jej policzków jak woda Wisły; powiedziałam, iż Anusia jest zdrowa i iż powinniśmy z euforią świętować przyjście nowego życia.
Na oddziale, w śnie, Marysia cicho wyznała, iż odda dziecko do adopcji. Prosiła, żebym powiadomiła odpowiednie służby, które w mojej wyobraźni zawsze przypominały postacie z bajki.
Próbowałam ją przekonać, prosiłam, by się zastanowiła cała sala była wypełniona echem moich słów i odbiciem mlecznego światła przez szybę. Marysia nie chciała karmić Anusi, nie chciała choćby jej dotknąć; prosiła, by zostawić je same, jakby były tylko dwoma gwiazdami na niebie.
Anusia była inna niż inne dzieci, które wtedy pojawiały się na świecie odmawiała sztucznego mleka z butelki, za to łapczywie otwierała usta, gdy w powietrzu rozchodził się zapach matczynego mleka. Szukała piersi, której nie było, wyginała w marzeniu głowę w nieziemskim poszukiwaniu bliskości. Coraz bardziej traciła na wadze, a ja podczas następnej zmiany porwałam ją jak w amoku i zaniosłam do Marysi, choć cienie moich współpracowników odradzały mi ten krok. Powiedziałam jej, iż jej decyzja stwarza zagrożenie dla dziecka i w śnie niemal wymusiłam, żeby je nakarmiła. Gdy wreszcie przytuliła Anusię do piersi, dziewczynka ssała mleko z żarliwością godną dawnych polskich legend. Wychodząc, zostawiłam je same w tym pokoju czas zwolnił i zamienił się w mglistą poświatę.
Wróciłam po pół godzinie i zobaczyłam, jak obie śpią splecione razem, matka chroniąca córkę niczym zjawa pilnująca snu. Po chwili Marysia wyszła z Anusią na nieistniejący korytarz, który rozciągał się w nieskończoność, i usiadła przy moim biurku, wyglądającym jak okrągły stół ze starego polskiego domu.
Zaczęła mówić, a jej słowa unosiły się jak lekkie pióra. Ojcem Anusi był miejscowy biznesmen z Kielc, nazwiskiem Nowakowski, znany z restauracji, które czasem pojawiają się w moich snach. Był żonaty, proponował Marysi pieniądze i aborcję, ale ona zdecydowała się urodzić. Gdy dowiedział się o jej postanowieniu, wyznał wszystko żonie, która w śnie przyjęła jego skruchę, ale zażądała od Marysi, by oddała dziecko i zniknęła z ich życia. Nic nie pomogło ani groźby, ani złotówki, ani listy, ani telefony. Biznesmen wybył na jakiś czas z miasta, pozostawiając kobietę z ciężarem decyzji, a żona nie ustawała w naciskach. Wszystko to rozgrywało się w surrealistycznej szpitalnej scenerii z mocnym zapachem kawy i echem kroków.
Marysia patrzyła mi w oczy, jakby chciała przejrzeć na wylot i powiedziała chciałabym z nią zostać, ale w akademiku nie wiem, jak dam sobie radę, nie mam złotówki…
Usłyszawszy to, zaczęłam ją chwalić, dodawałam otuchy, w mojej głowie ordynator szpitala wyrastał nagle na wysoki filar, który miał kontakty z każdym w Krakowie. Załatwiliśmy spotkanie z Nowakowskim, który tym razem nie próbował się wymknąć z mojego snu i zjawił się po kilku godzinach, by omówić wszystko, co mogło dotyczyć Marysi i jej córki. Był inny niż w opowieściach przyzwoity, cichy, obecny. Nikt się tego nie spodziewał.
Po wyjściu ze szpitala Marysia wynajęła malutką kawalerkę na Podgórzu, za którą ojciec dziewczynki zapłacił roczny czynsz z góry w złotówkach, a do tego przekazał jej sumę pozwalającą spokojnie rozpocząć życie. Obiecał, iż nie zostawi ich samych, iż będzie troszczył się o córkę. Chyba sumienie odnalazło swoje miejsce i dało mu poczucie odpowiedzialności.
Nie wiem, jak potoczą się dalsze losy Marysi i Anusi, ale mam nadzieję, iż w tej niecodziennej, snującej się przez krakowskie ulice rodzinie, Marysia wychowa cudowną dziewczynkę, pełną marzeń i wdzięczności wobec życia, które czasem jest jak dziwny sen.





