Jestem położną z wieloletnim stażem w jednym z krakowskich szpitali, więc widziałam już wszystko: od szczęścia większego niż wygrana w totka, po dramaty rodem z kiepskiego serialu. Wiadomo, pielęgniarki generalnie nie wtrącają się w rodzinne rozgrywki rodzących, ale czasami po prostu nie da się siedzieć z założonymi rękami. Tak właśnie było niedawno, gdy musiałam pomóc pewnej studentce wyjątkowo cichej dziewczynie, która urodziła córeczkę i z miejsca chciała oddać maleństwo dalej.
Weronika tak miała na imię ta delikatna duszyczka zawitała do nas w jeansach i wielkim swetrze, nieco speszona i wyraźnie niechętna rozmowom. Całe dziewięć miesięcy nosiła dziecko, nie odwiedziła ani razu żadnego lekarza, co, nie ukrywam, wzbudziło we mnie lekkie osłupienie, graniczące z niedowierzaniem. Na moje pytania odpowiadała jednym słowem albo wcale. Przedsmak porodu? Brak czasu w pogaduszki.
Poród jednak przebiegł modelowo Weronika cicho na sali jęczała, robiła, co trzeba, bez histerii i bez szkoleń dla młodych matek. Kiedy już trzymałam jej córeczkę głośno wrzeszczącą, grzmiącą jak syrena alarmowa w Nowej Hucie Weronice same łzy pociekły po policzkach. Powiedziałam, iż ma wyjątkowo zdrową dziewczynkę i iż to najlepszy powód do radości. W odpowiedzi Weronika tylko cichutko zafrasowała się dalej.
A potem, już na oddziale, poprosiła o rozmowę i oznajmiła z kamienną miną, iż odda dziecko do adopcji, byleby odpowiednie służby przyszły i odebrały maleństwo.
Cała ekipa próbowała ją przekonać, iż może jeszcze przemyśli sprawę, ale Weronika nie chciała choćby przystawić córeczki do piersi. Prosiła nas, żebyśmy dali jej święty spokój jakby liczyła, iż zamieszanie samo ją opuści.
No tylko, iż jej córeczka, w przeciwieństwie do innych noworodków, bojkotowała sztuczne mleko pełna polskiej przekory i chytrości! Na zapach matki otwierała z apetytem buzię, kręciła główką w poszukiwaniu tego, czego nie otrzymywała Z każdym dniem traciła na wadze, a ja, na swojej kolejnej zmianie, wzięłam ją na ręce i zawiozłam z powrotem do Weroniki, mimo iż wszyscy patrzyli na mnie krzywo, jakbym podmieniała pierogi na pizze.
Wyjaśniłam mamie, iż jej upór szkodzi dziecku i niemal błagalnie poprosiłam, by je nakarmiła. Gdy tylko Weronika przystawiła córeczkę do piersi, ta ruszyła z takim zapałem, jakby chciała się wreszcie napić prawdziwego polskiego mleka! Udałam, iż mam do załatwienia istotną sprawę i zostawiłam je same.
Wracam po pół godzinie obie śpią, a Weronika tuli małą w ramionach tak czuło, jakby w życiu nie zrobiła nic innego. Po chwili wyszła na korytarz z dziewczynką, usiadła naprzeciwko mojego biurka i coś zaczęła opowiadać.
Okazało się, iż ojciec dziecka to nie byle kto znany krakowski biznesmen. Żonaty, kulturalny, ale jak przyszło co do czego, to wpadł w panikę. Proponował Weronice rozwiązania szybkie, schowane głęboko pod dywan, ale ona postanowiła urodzić. Gdy dowiedział się, iż nie ma ochoty na aborcję, wyspowiadał się żonie, która wprawdzie przyjęła jego przeprosiny, ale na Weronice nie zostawiła suchej nitki. Rzuciła się na biedną studentkę z żądaniem, by natychmiast pozbyć się problemu. Z czasem, kiedy pieniądze nie pomogły, biznesmen na chwilę uciekł z Krakowa, a jego żona naciskała, żeby Weronika oddała dziecko.
Na końcu wywodu Weronika spojrzała mi prosto w oczy i szepnęła:
Chciałabym ją zatrzymać, ale nie wiem, jak sobie poradzę w akademiku, bez grosza przy duszy…
Usłyszałam to i od razu, po polsku, po babsku pochwaliłam ją, dodałam otuchy. Nasz ordynator znał pół miasta, więc nie było problemu, żeby dobić się do szanownego ojca i poprosić go na spotkanie. O dziwo, nie próbował się kryć, przyjechał po kilku godzinach i na spokojnie omówił z Weroniką sprawy przyszłości. Powiem szczerze, nie spodziewałyśmy się tego po nim facet okazał się, koniec końców, dosyć przyzwoity.
Po wyjściu ze szpitala Weronika wynajęła ciche mieszkanie gdzieś w Starym Podgórzu, za które tata dziewczynki zapłacił z góry za cały rok ponad 20 000 złotych, na czysto, bez kombinacji. Dostała też tyle pieniędzy, iż na początek nie musiała się martwić, a biznesmen obiecał, iż w przyszłości będzie pomagał w opiece nad córką. Chyba sumienie go ruszyło w końcu to Polska, a dusza słowiańska miękka jak piernik.
Nie wiem, jak potoczą się losy Weroniki i jej małej, ale mam nadzieję, iż znajdzie spokojną rodzinę i wychowa cudowną córeczkę na Polkę z charakterem.




