W ostatnim czasie bezpieczeństwo w polskich szkołach stało się jednym z tematów, których nie można odkładać na później. Tragiczne zdarzenia, informacje o groźbach publikowanych w internecie i dyskusje o obecności służb w placówkach oświatowych pokazują, jak ważne jest przygotowanie na sytuacje, które mogą zagrozić zdrowiu i życiu ludzi.
Co można zrobić, aby ograniczyć ryzyko podobnych wydarzeń? Czy wystarczy zwiększyć obecność policji, zatrudnić ochroniarzy i przygotować dokumentację? A może problem zaczyna się znacznie wcześniej – w domu, w relacjach rówieśniczych i w sposobie funkcjonowania całego systemu edukacji?
https://kutno.net.pl/wydarzenia/polscy-zolnierze-otrzymuja-nowy-sprzet-ten-pojazd-zastapi-wysluzone-maszyny/IkABJrBh3uNxboDRN4U9O tych zagadnieniach rozmawiamy z pułkownikiem dr hab. inż. profesorem Uniwersytetu Mazowieckiego, wykładowcą akademickim z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem i dyrektorem Liceum Mundurowego w Kutnie, Remigiuszem Wiśniewskim, który ma na swoim koncie liczne publikacje poświęcone bezpieczeństwu w szkołach. Przykładowo w 2019 roku ukazała się jego publikacja „Profilaktyka działań antyterrorystycznych w polskich szkołach”, rok wcześniej „Klimat bezpieczeństwa w polskiej szkole”, a w 2021 roku „Akcja ewakuacja - szkolna kompromitacja” oraz „Terror / Terroryzm, studium przypadku”.
Ekspert zwraca uwagę, iż bezpieczeństwa nie można sprowadzać wyłącznie do obecności funkcjonariuszy przed budynkiem czy przygotowania kolejnego dokumentu. Potrzebne są działania obejmujące całą społeczność szkolną, od rodziców i uczniów po nauczycieli, dyrektorów oraz służby odpowiedzialne za reagowanie w sytuacjach kryzysowych. Trzeba zrewidować istniejące przyzwyczajenia i metodykę działania - bo jak widać one nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.
Bezpieczeństwo w szkołach. Problem zaczyna się znacznie wcześniej
Zdaniem płk. Remigiusza Wiśniewskiego ostatnie tragiczne wydarzenia należy rozpatrywać nie tylko w kontekście konkretnych incydentów, ale także szerszych problemów społecznych. Jednym z nich jest podatność młodych ludzi na wpływy oraz trudności w odróżnianiu zachowań dopuszczalnych od tych, które mogą prowadzić do niebezpiecznych sytuacji.
Ekspert podkreśla, iż proces wychowania nie rozpoczyna się w szkole. Pierwszym środowiskiem, w którym dziecko uczy się zachowań, odpowiedzialności i reagowania na otoczenie, jest rodzina. Wszak to rodzice są pierwszymi edukatorami.
– Brakuje pracy od podstaw. Więc pierwszymi liderami adekwatnych zachowań i przyzwyczajeń są rodzice, potem przedszkole, szkoła podstawowa, itd. Dzieci i młodzież są bardzo podatne na wpływy - mówi profesor Remigiusz Wiśniewski.
W jego ocenie istotne jest nie tylko przekazywanie dzieciom wiedzy, ale również przygotowywanie ich do adekwatnego oceniania sytuacji i informacji, z którymi spotykają się na co dzień. Dotyczy to zarówno relacji z innymi ludźmi, jak i treści pojawiających się w internecie.
O problemach w zakresie bezpieczeństwa rozmawiamy z pułkownikiem dr hab. inż. profesorem Uniwersytetu Mazowieckiego
Ekspert zwraca uwagę, iż młodzi ludzie nie zawsze potrafią adekwatnie ocenić konsekwencje własnych działań. Czasami zachowanie, które w ich przekonaniu jest żartem, może zostać potraktowane jako rzeczywiste zagrożenie i z urzędu uruchomia działania służb.
Dlatego, jak podkreśla, rozmowa o bezpieczeństwie nie powinna zaczynać się dopiero wtedy, gdy dojdzie do niebezpiecznego zdarzenia. Powinna być elementem codziennego wychowania, profilaktyki, umiejętności przewidywania i sondowania mogących pojawić się zagrożeń, oraz umiejętności ich klasyfikowania.
Rodzice powinni zwracać uwagę na więcej niż uzyskiwane oceny z przedmiotów
W rozmowie pojawia się również kwestia odpowiedzialności rodziców za to, co dzieje się z dziećmi poza domem. Według eksperta podstawowe czynności, które mogą pomóc w budowaniu bezpiecznych nawyków, nie wymagają specjalistycznej wiedzy.
Chodzi między innymi o zainteresowanie szkolnymi obowiązkami dziecka, rozmowę o jego problemach, kontrolowanie informacji dotyczących funkcjonowania w szkole oraz zwracanie uwagi na to, co zabiera ono ze sobą do placówki. W wielu przypadkach (niestety) zainteresowanie rodziców opiekunów sprowadza się do pytania co w szkole. To za mało.
– Chodzi tu o najprostsze rzeczy - rodzic powinien się zainteresować, czy dziecko odrobiło lekcje, może w tym pomóc, to także wzmacnia adekwatne relacje, komunikację w domu, jest fundamentem zaufania. Przy realizacji powyższych działań rodzic może zaobserwować, np. pierwsze symptomy nieracjonalnych reakcji czy wręcz początki radykalizacji. Powinien, również sprawdzić, co dziecko ma w plecaku szkolnym - wskazuje prof. Wiśniewski, który jest także pedagogiem.
Nie chodzi przy tym wyłącznie o szukanie przedmiotów, które mogłyby stanowić zagrożenie. Równie ważne jest zainteresowanie codziennością młodego człowieka, jego relacjami, emocjami i posiadaniem wiedzy o grupie rówieśniczej do której przynależy.
Rodzic, który utrzymuje kontakt z dzieckiem, ma większą szansę zauważyć zmianę jego zachowania, narastający konflikt czy problem, z którym młody człowiek nie potrafi sobie samodzielnie poradzić.
To jednak tylko jedna strona zagadnienia. Zdaniem eksperta rodzina nie może zostać pozostawiona sama sobie, podobnie jak szkoła nie jest w stanie samodzielnie rozwiązać wszystkich problemów wychowawczych.
Rodzic i szkoła muszą współpracować. Bez tego proces socjalizacji będzie niemożliwy do zrealizowania
Płk Remigiusz Wiśniewski wielokrotnie podkreśla w rozmowie znaczenie współpracy pomiędzy domem, a szkołą. Jego zdaniem obie strony powinny wymieniać się informacjami i wspólnie reagować na pojawiające się problemy.
– W tym pakiecie wychowywania kluczowa jest ta symbioza, pomiędzy domem rodzinnym a szkołą. Sam rodzic nie jest w stanie wymodelować dojrzałego obywatela. Sama szkoła też tego nie zrobi. Musi być ta współpraca, o której wspomniałem i przede wszystkim stały kontakt - zaznacza ekspert.
Istotne jest również korzystanie przez rodziców z narzędzi, które w przestrzeni szkolnej funkcjonują. Jego zdaniem powinno to być wręcz obowiązkowe.
Jednym z nich są dzienniki elektroniczne, pozwalające sprawdzać informacje o obecności ucznia, jego postępach i bieżących sprawach związanych z nauką. Samo istnienie takiego systemu nie oznacza jednak, iż będzie on skuteczny, jeżeli rodzice nie będą z niego regularnie korzystać.
– Mamy narzędzia, dzienniki elektroniczne. Rodzice w wielu przypadkach nie korzystają z tego z odpowiednią częstotliwością, tylko robią to wybiórczo albo i w ogóle - mówi rozmówca.
Jednocześnie ekspert zaznacza, iż szkoły również muszą mieć możliwość reagowania. W placówkach pracują pedagodzy, pedagodzy specjalni i psychologowie, którzy mogą wspierać uczniów oraz nauczycieli.
Problem polega na tym, iż skuteczne wykorzystanie tych możliwości wymaga współpracy wszystkich zainteresowanych. jeżeli rodzic ignoruje sygnały ze szkoły albo nie informuje o trudnościach zauważonych w domu, rozpoznanie problemu może być utrudnione.
Profesor Wiśniewski zwraca uwagę także na przypadki, w których rodzice ukrywają trudności swoich dzieci. W jego ocenie może to opóźniać uzyskanie potrzebnego wsparcia i utrudniać odpowiednio wczesną reakcję.
Jak dodaje, media społecznościowe zmieniły sytuację. Młodzi ludzie w wielu przypadkach tam rozwiązują swoje problemy, szukają wzorców do naśladowania, nie zawsze rozumiejąc konsekwencję takich poczynań. W rezultacie stają się coraz bardziej wyalienowani, socjopatyczni.
– Przede wszystkim mamy ciągły rozwój mediów społecznościowych i trochę nam się to wymknęło spod kontroli. Nie tylko u nas w Polsce, bo to jest problem socjologiczny w skali makro, na świecie. Dobrze, iż trwa u nas debata i podejmowane są próby naprawcze - pewnej ingerencji w źle pojmowaną „wolność w sieci” młodych ludzi. Omawiane działania nie mają służyć inwigilacji, a profilowaniu adekwatnych zachowań społecznych dzieci i młodzieży. Nabywaniu umiejętności w segregowaniu tego co złe. Teraz tak naprawdę ten proces naprawczy ruszył – mówi płk Remigiusz Wiśniewski.
Problemem są również publikowane w sieci groźby dotyczące szkół. choćby jeżeli ich autor twierdzi później, iż chciał jedynie zażartować, służby nie mogą uznać, iż niebezpieczeństwo nie istnieje, wręcz z urzędu, automatycznie podejmują działania interwencyjne. Taka informacja, to także edukacja młodych o wskazanym algorytmie reakcji służb i wynikającymi z omawianego faktu konsekwencjach.
Ekspert odnosi się do informacji o osobach, które zostały zidentyfikowane w związku z internetowymi groźbami. Zwraca uwagę, iż takie sytuacje pokazują dwa problemy: brak adekwatnej oceny znaczenia własnych słów oraz niedostateczne rozumienie następstw, jakie mogą wynikać z publikowania określonych treści.
– Dzieciaki i młodzież nie potrafią prowadzić selekcji ważności wiadomości. Ale z drugiej strony sami je produkują – mówi.
W przypadku informacji o możliwym podłożeniu bomby nie można zakładać, iż jest to wyłącznie żart. Zgłoszenie takiego zagrożenia uruchomia działania szkoły i służb, procedury sprawdzające, a w konsekwencji również ewakuację.
Z tego powodu edukacja dotycząca odpowiedzialności w internecie powinna obejmować nie tylko zasady kultury wypowiedzi. Ważne jest również wyjaśnianie, iż określone komunikaty mogą zostać potraktowane jako sygnał realnego zagrożenia.
Czy policja powinna codziennie pojawiać się w szkołach?
Po niebezpiecznych zdarzeniach często pojawiają się postulaty zwiększenia obecności policji w placówkach oświatowych. Zdaniem płk. Wiśniewskiego działania prewencyjne służb są ważne, ale nie można oczekiwać, iż sama obecność funkcjonariuszy rozwiąże wszystkie problemy. Podjęte działania asekuracyjne, wręcz manifestacja „munduru” jest oczywiście również elementem istotnym dla budowania aury spokoju i bezpieczeństwa.
Ekspert zwraca uwagę, iż policja ma określone ustawowo zadania, a jej działania profilaktyczno – interwencyjne nie są nowością. Wzmożona obecność funkcjonariuszy może być reakcją na nagromadzenie niepokojących wydarzeń, ale nie powinna prowadzić do przekonania, iż policjant musi stale przebywać w każdej szkole.
– Działania zapobiegawcze w wykonaniu policji czy ogólnie służb są OK. Tylko iż ta prewencja zawsze była. Tak, teraz nastąpiła pewna kumulacja, ale obyśmy nie wpadli w skrajność, iż policjant będzie codziennie odwiedzał szkołę, czy w tej szkole przebywał – mówi rozmówca.
Jednocześnie zaznacza, iż brak widocznej obecności policjanta nie musi oznaczać, iż służby nie prowadzą działań. Nie wszystkie czynności muszą być realizowane w mundurze ani w sposób zauważalny dla dyrekcji i uczniów. Wskazuje, iż byłoby to wręcz sprzeczne z ideą skuteczności.
W jego ocenie ważniejsze od samego obrazu funkcjonariusza przed wejściem do szkoły jest to, czy placówka potrafi rozpoznawać zagrożenia, przekazywać informacje i reagować zgodnie z przygotowanymi procedurami, które są tak naprawdę zbiorem ogólnych norm reakcji i postępowania. Nie oznacza to, iż obecność policji jest zbędna. Chodzi raczej o to, aby nie traktować jej jako jedynego sposobu na zapewnienie bezpieczeństwa.
Nauczyciele nie zawsze są przygotowani do rozpoznawania zagrożeń
W rozmowie pojawia się również problem przygotowania kadry pedagogicznej. Płk Wiśniewski zwraca uwagę, iż nauczyciele mają przede wszystkim przygotowanie związane z nauczanym przedmiotem i pracą dydaktyczną, natomiast mamy do czynienia z luką systemową w programach studiów.
- Na polskich uczelniach wyższych, w programach studiów kierunkowych ku oświacie, od lat całkowity jest brak zagadnień dot. szeroko pojętego zakresu bezpieczeństwa. Stąd naturalną reakcją pracowników szkół jest szukanie wsparcia – zauważa ekspert.
Jego zdaniem przyszli nauczyciele powinni zdobywać wiedzę, która pomoże im rozpoznawać niepokojące sygnały, oceniać sytuację i rozumieć, kiedy należy zwrócić się o pomoc do odpowiednich specjalistów.
Nie chodzi o to, aby każdy nauczyciel stawał się ekspertem od zarządzania kryzysowego. Powinien jednak wiedzieć, jak reagować w podstawowych sytuacjach i jak współpracować z osobami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo.
Ekspert krytycznie ocenia również sytuację, w której zainteresowanie szkoleniami rośnie dopiero po głośnych wydarzeniach. Jego zdaniem działania edukacyjne powinny mieć charakter systematyczny, a nie być wyłącznie reakcją na aktualne problemy. Sugeruje mniej pokazów i pikników, za to więcej szkoleń, w tym poprzez zabawę.
– Oczywiście pojawiają się spotkania szkoleniowe, zwłaszcza teraz, ale to jest zbyt spontaniczne, kampanijne – podkreśla - Jakim efektem końcowym zakończy się szkolenie na którym np. omawiane są sygnały powszechnego ostrzegania i alarmowania. Wszak każdy umie czytać. Należy uczyć reakcji na zagrożenia, sygnały realizując różne scenariusze w różnych warunkach pogodowych.
W jego ocenie warto przyjrzeć się programom kształcenia nauczycieli, a także temu, w jaki sposób później rozwijane są ich kompetencje. Przygotowanie do sytuacji kryzysowych powinno być procesem obejmującym zarówno zdobywanie wiedzy, jak i praktyczne ćwiczenia.
„Segregator nie załatwi sprawy”. Ekspert o procedurach bezpieczeństwa
Jednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest kwestia dokumentacji przygotowywanej w szkołach na wypadek zagrożenia. Placówki powinny posiadać odpowiednie procedury, jednak samo ich opracowanie nie gwarantuje, iż w sytuacji kryzysowej wszyscy będą wiedzieli, co zrobić.
- Brak świadomości, w sytuacji zagrożenia, nikt choćby nie dotknie tych dokumentów. Trzeba wiedzieć co robić, mieć wyćwiczone nawyki. Każda szkoła z urzędu musi być bezpieczna. jeżeli nie jest bezpieczna, no to po prostu nie jest szkołą. – mówi płk Wiśniewski, krytycznie odnosząc się do traktowania bezpieczeństwa jako obowiązku posiadania dokumentów - Oczywiście one powinny być, ale musimy mieć świadomość o dynamice i nieprzewidywalności niebezpieczeństw. To tylko ogólny zarys na papierze – zauważa.
Ekspert zwraca uwagę, iż gotowe wzory procedur mogą być przydatne, ale nie powinny być bezrefleksyjnie kopiowane przez kolejne placówki.
Każda szkoła funkcjonuje w innym otoczeniu. Różnią się wielkością budynków, układem korytarzy, liczbą kondygnacji, możliwościami opuszczenia obiektu i warunkami terenowymi. Znaczenie mają również potrzeby uczniów, w tym osób, które mogą wymagać dodatkowego wsparcia podczas ewakuacji.
Dlatego dokumentacja powinna uwzględniać konkretne warunki danej placówki, możliwości i ograniczenia.
– Dyrekcje szkół nie otrzymają gotowych rozwiązań, to jest tylko fundament wiedzy. Trzeba dopasować i zorientować go do otoczenia, do budynku, do osób, które w tym budynku się znajdują – podkreśla rozmówca.
W praktyce oznacza to konieczność przeanalizowania nie tylko samego budynku, ale również sposobu funkcjonowania szkoły. Inne rozwiązania mogą być przydatne w niewielkiej placówce, a inne w dużym kompleksie z wieloma wejściami, rozbudowaną infrastrukturą i dużą liczbą uczniów.
Ekspert wskazuje, iż dokumentacja powinna być punktem wyjścia do działania, a nie celem samym w sobie.
– Segregator nie załatwi sprawy – zaznacza.
Ewakuacja w szkole. Nie wystarczy wyjść z budynku
Szczególnie dużo uwagi płk Remigiusz Wiśniewski poświęca szkolnym ewakuacjom. W jego ocenie w wielu przypadkach traktuje się je jako formalność, którą należy przeprowadzić, aby spełnić określone wymagania.
Tymczasem prawidłowo przygotowana ewakuacja powinna uczyć konkretnych zachowań i pozwalać sprawdzić, czy procedury rzeczywiście działają.
Ekspert zwraca uwagę na problemy związane z systemami ostrzegania. Szkoła nie może opierać się na tradycyjnych dzwonkach. „Ile lat jeszcze będzie trwało uczenie złych nawyków?” pyta.
– Dzwonki na korytarzach nie wchodzą w grę. W przypadku np. zagrożenia pożarowego, winien przecież być użyty przeciwpożarowy wyłącznik prądu. dlatego należy wcześniej ustalić, w jaki sposób zostanie przekazany sygnał o zagrożeniu. Rozwiązań i dobrych praktyk, również nie brakuje – podkreśla nasz rozmówca - Chodzi o opracowanie wewnętrznego systemu powiadamiania i ostrzegania. Są gotowe rozwiązania. Na przykład radiowęzeł, który ma swoje oddzielne źródło zasilania. jeżeli budynek jest mały, to może to być zwykła, ręczna syrena. Ważne, aby sygnał dotarł – wyjaśnia.
Ciekawym rozwiązaniem jest obowiązek niewyciszania telefonu przez nauczyciela, stworzenie grupy na watshapie i informacja słowna o zagrożeniu – przekaz informacji jest natychmiastowy, a źródło wiedzy jest z miejsca, gdzie zaobserwowano symptomy sytuacji niebezpiecznej.
Najważniejsze jest to, aby uczniowie i pracownicy wiedzieli z jednej strony jak rozpoznać alarm i co zrobić po jego usłyszeniu.
- Inną, rzekłbym choćby ważniejszą kwestią jest reakcja na zagrożenia lokalne, mikro np. w konkretnej szkole. Stąd istotnym elementem, o czym wspomniałem jest wewnętrzny system informowania. Pamiętajmy, iż najważniejsze jest bezpieczeństwo. W wielu przypadkach nie zdefiniujemy od razu rodzaju zagrożenia. Ważne aby znać i zareagować na dedykowany w danym miejscu, szkole sygnał i znaleźć się w miejscu bezpiecznym. Czyli skonsumować w praktyce definicję ewakuacji – opisuje ekspert.
https://kutno.net.pl/wydarzenia/nowe-oszustwo-uderza-w-kierowcow-wystarczy-jeden-sms-by-narazic-sie-na-strate/ekZRbGKLtt4Iem2q8oHlJednocześnie podkreśla, iż ćwiczenia powinny być prowadzone w sposób przemyślany z pozoracjami różnych epizodów. Uczniowie muszą znać podstawowe zasady, zanim zostaną postawieni w sytuacji wymagającej szybkiego działania.
– Niech to nie będą zapowiedziane zamierzenia. Różnicujmy pokaz od ćwiczeń. Oczywiście, metodologicznie najpierw niech dzieciaki przejdą tę ścieżkę ewakuacyjną i zobaczą - tu mamy rejon zbiórki, a tu może się coś zadziać. Jak usłyszycie taki dźwięk, taką melodię, taki sygnał, taki komunikat z radiowęzła, to reagujcie w ten sposób. I potem to wszystko porządnie ćwiczyć – mówi płk Wiśniewski.
W jego ocenie dzieci powinny wiedzieć, gdzie znajduje się miejsce zbiórki, jak poruszać się po budynku i komu podporządkować się podczas ewakuacji, wiedząc iż za ich bezpieczeństwo odpowiada szkoła – nauczyciel, ale mogą być sytuacje bezwzględnego posłuszeństwa wobec interweniujących funkcjonariuszy. W większości zdarzeń akcja ratunkowa, pomocowa jest równoległa ze zorganizowanym opuszczaniem budynku.
Ćwiczenia powinny również pozwalać wykrywać błędy. jeżeli ktoś nie wie, jak zareagować, albo nie zna swojej roli, należy potraktować to jako sygnał, iż przygotowanie wymaga poprawy.
Co z pracownikami, którzy zostają w budynku?
Ekspert przywołuje przykłady obserwowanych przez siebie ewakuacji, podczas których uczniowie opuszczali budynek, ale nie wszyscy pracownicy zachowywali się zgodnie z założeniami ćwiczenia.
W jednym z takich przypadków pracownica szkoły pozostała na piętrze i zajmowała się sprzątaniem, zamiast opuścić obiekt. W innym personel szkoły zastanawiał, czy ewakuację można przeprowadzić przy ujemnej temperaturze na zewnątrz. Wskazane uzewnętrznia problem społeczny edukacji w przedmiotowej materii.
Te historie pokazują, iż ewakuacja nie może być traktowana jako zadanie dotyczące wyłącznie uczniów. Muszą w niej uczestniczyć również nauczyciele, dyrekcja, pracownicy administracji i obsługi.
Każda z tych osób powinna wiedzieć, jakie ma obowiązki i jak postępować w sytuacji zagrożenia.
Nie można zakładać, iż skoro uczniowie opuścili już budynek, to wszystkie działania zostały wykonane prawidłowo. Konieczne jest również sprawdzenie, czy procedury uwzględniają osoby, które mogą znajdować się w różnych częściach obiektu.
Zdaniem eksperta właśnie takie sytuacje pokazują różnicę między ewakuacjami. Porządkując ewakuacją planową – pokazową, a doraźną - ćwiczeniową.
Ważne jest także odpowiednie określenie miejsca zbiórki. Nie powinno ono znajdować się w punkcie, który sam może być narażony na skutki zagrożenia. Znak nie może znajdować się za blisko, lub wręcz na budynku szkoły.
Płk Wiśniewski zwraca uwagę, iż miejsce, do którego kierowani są uczniowie i pracownicy, musi być odpowiednio dobrane do charakteru obiektu oraz możliwych zagrożeń.
Wskazuje, iż nie istnieje jeden uniwersalny algorytm działań, który można bez zmian zastosować w każdej szkole, a osoby, które usłyszą sygnał powszechny, czy wewnętrznego ostrzegania muszą wiedzieć, co robić.
W rozmowie poruszono również problem przygotowania psychicznego uczniów do sytuacji kryzysowych. Profesor Wiśniewski zwraca uwagę, iż nieprzygotowane dzieci mogą reagować płaczem, strachem i paniką, gdy nagle usłyszą sygnał alarmowy.
Zdaniem eksperta nie należy jednak budować poczucia bezpieczeństwa poprzez unikanie rozmów o zagrożeniach. Przeciwnie – dzieci powinny otrzymywać jasne, dostosowane do wieku informacje, które pomogą im zrozumieć, co może się wydarzyć.
Ważną rolę odgrywają tutaj rodzice. Mogą wytłumaczyć dziecku, iż w szkole są osoby odpowiedzialne za jego bezpieczeństwo, a określone sygnały oznaczają konieczność wykonania konkretnych poleceń.
- Wracamy do wątku edukacji w domu. Rodzice winni rozmawiać, eksponować mogące zaistnieć sytuacje. Na przykład, „Jak będziesz w szkole pamiętaj - jesteś z opiekunem. Słuchaj. Nie denerwuj się Pani/Pani zadba o Ciebie, wie co robić”. Mieliśmy niedawno zdarzenia z użyciem powszechnym sygnałów ostrzegania i alarmowania na Lubelszczyźnie. Efekt - dzieci płakały panikowały, a musiały tylko (aż) przebywać w sali lekcyjnej pod opieką przez około 20 min. Wyeksponowany przykład obrazuje brak przygotowania – podkreśla płk Wiśniewski.
Nie chodzi o straszenie ani wywoływanie niepotrzebnego lęku. Celem jest przygotowanie dziecka do spokojniejszego reagowania. Budowania pewnego automatyzmu w zachowaniach.
Taki sposób działania może pomóc ograniczyć niepewność i sprawić, iż dzieci będą lepiej rozumiały rolę nauczycieli podczas sytuacji kryzysowej.
Ekspert podkreśla, iż trening nie powinien oznaczać wyłącznie odtwarzania określonego scenariusza. Powinien przygotowywać uczniów do wykonywania poleceń i reagowania na sygnały, których znaczenie wcześniej poznali.
Plecak podczas ewakuacji. Zostawić czy zabrać?
Jednym z bardziej zaskakujących tematów poruszonych w wywiadzie jest zachowanie uczniów podczas opuszczania szkoły. Płk Wiśniewski zwraca uwagę, iż w niektórych placówkach dzieci otrzymują polecenie pozostawienia plecaków podczas ewakuacji.
Jego zdaniem nie należy bezrefleksyjnie stosować takich zasad bez uwzględnienia charakteru zagrożenia i obowiązujących procedur.
Ekspert wskazuje, iż plecaki pozostawione w klasopracowniach ewidentnie stanowią utrudnienie w sprawdzeniu pomieszczenia w sytuacji podejrzenia podłożenia ładunku wybuchowego. Zwraca też uwagę na fakt, iż zawartość plecaka może mieć znaczenie podczas działań prowadzonych przez odpowiednie służby, a sam plecak to kolejny przedmiot, który w razie pożaru może zająć się ogniem.
- Oczywiście zabranie plecaka nie może generować dodatkowego czasu związanego z opuszczaniem pomieszczenia. Nie pakujemy. Zabieramy. Powyższe różnicujemy do rodzaju palcówki, wieku, itd. Przybliżona sytuacja jasno obrazuje z jakim problemem będzie się zmagała Grupa Rozpoznania Minersko - Pirotechnicznego. A gdyby plecaków nie było do sprawdzenia, pewnie byłyby dwie, trzy szafki. Lub, gdy ktoś zostawił swój plecak, podczas gdy pozostali uczniowie je zabrali, to interweniujący od razu rozpoczęliby rozpoznanie od właśnie pozostawionego. Powyższe obrazuje jaki byłby wyższy współczynnik wykrywalności i neutralizacji.
Nie oznacza to jednak, iż w każdej sytuacji należy zabierać ze sobą wszystkie rzeczy. Podczas ewakuacji najważniejsze jest bezpieczeństwo ludzi, a wykonywanie poleceń osób kierujących działaniami ma pierwszeństwo przed troską o przedmioty osobiste.
Najważniejszy wniosek z wypowiedzi eksperta dotyczy potrzeby przemyślenia zasad ewakuacji i sprawdzenia, czy rzeczywiście odpowiadają one sytuacjom, do których mają przygotowywać.
Bezpieczeństwo to nie tylko zagrożenie pożarem
Płk Remigiusz Wiśniewski zwraca uwagę na jeszcze jeden problem: procedury bezpieczeństwa bywają opracowywane przede wszystkim z myślą o zagrożeniach pożarowych.
W jego ocenie szkoły powinny brać pod uwagę również inne scenariusze, w tym podejrzenie podłożenia ładunku wybuchowego, szeroko pojęte zagrożenia bio-chem, wnoszenie niebezpiecznych przedmiotów, pojawienie się agresywnej osoby. Ranking zagrożeń jest otwarty.
– Ewakuacja jest bezpiecznym, zorganizowanym opuszczeniem miejsca zagrożonego i udaniem się w miejsce bezpieczne. Kropka - podkreśla ekspert - W przypadku zagrożenia, zaistnienia sytuacji kryzysowej, naturalnej i spowodowanej działalnością człowieka, istotne jest aby wiedzieć, iż podczas neutralizacji, odbudowywania stanu bezpieczeństwa, będzie współdziałać kilka służb, formacji i np:. pogotowie gazowe, wodociągowe, energetyczne, itp.
Zdaniem rozmówcy przygotowanie szkoły powinno uwzględniać takie możliwości już na etapie tworzenia procedur.
Czy w szkołach powinni być pracownicy ochrony?
Jednym z rozwiązań, które pojawia się w dyskusjach o bezpieczeństwie placówek oświatowych, jest zatrudnianie pracowników ochrony.
Podczas rozmowy pytamy, czy obecność „ochroniarzy” może ograniczyć ryzyko niebezpiecznych zdarzeń i czy takie rozwiązanie nie będzie zbyt kosztowne dla samorządów.
Płk Wiśniewski ocenia, iż pracownik ochrony może być jednym z elementów systemu bezpieczeństwa. Powinien jednak mieć odpowiednią wiedzę, potrafić rozpoznawać niepokojące sytuacje i wiedzieć, jak uruchomić dalsze działania.
– Takie standardy kiedyś były w niektórych placówkach oświatowych, to nie jest nic nowego. Jest to pewny element, podbudowa do np. selekcji wejść, uruchomienia procedur czy wsparcia działań, uruchomienia łańcucha przyczynowo-skutkowego – mówi ekspert - Inną kwestią są uprawnienia i wyposażenie w środki przymusu bezpośredniego, choćby wybiórczo, np. gaz żelowy, kajdanki.
Jednocześnie przyznaje, iż zatrudnienie dodatkowych osób wiąże się z kosztami. Ich poniesienie powinno być rozpatrywane w kontekście potrzeb konkretnej placówki i działań podejmowanych przez organ prowadzący.
Ekspert zaznacza również, iż ochrona nie rozwiąże wszystkich problemów. Pracownik pilnujący wejścia może ograniczać ryzyko związane z osobami z zewnątrz, ale nie wyeliminuje zagrożeń, które mogą pojawić się wewnątrz społeczności szkolnej.
– Proszę zwrócić uwagę, iż zdarzenia, które zainicjowały dyskurs na temat bezpieczeństwa w szkołach dotyczyły osób związanych z daną szkołą. Kolokwialnie ujmując nie były to osoby z zewnątrz – zauważa płk prof. Wiśniewski, odnosząc się do omawianych przypadków niebezpiecznych zdarzeń.
To ważne rozróżnienie. Zabezpieczenie wejścia może być potrzebne, ale powinno stanowić część szerszego systemu obejmującego również relacje między uczniami, działania wychowawcze i rozpoznawanie niepokojących sygnałów.
Czy nauczyciele powinni mieć możliwość sprawdzania plecaków?
W kontekście bezpieczeństwa szkół coraz częściej pojawia się również pytanie o to, jak reagować, gdy istnieje podejrzenie, iż uczeń przyniósł do placówki niebezpieczny przedmiot.
Podczas rozmowy pytamy, czy warto rozważyć wyposażenie nauczycieli w środki, które mogłyby pomóc w sytuacji bezpośredniego zagrożenia.
W odpowiedzi słyszymy, iż nie jest to złe rozwiązanie, ale musi być poprzedzone długotrwałym procesem szkolenia, aby interweniujący nie stał się ofiarą. Płk Wiśniewski uważa, iż na takie rozwiązania pozostało za wcześnie. w tej chwili skupiłby się na wymianie informacji i skoordynowanym działaniu, poprzedzonym rzetelną, praktyczną edukacją.
Ekspert zwraca uwagę, iż najważniejsze jest wcześniejsze przygotowanie placówki, kontrola dostępu do budynku i adekwatne reagowanie na niepokojące sygnały.
Wracając do kwestii plecaków uczniów. Płk Wiśniewski uważa, iż warto rozważyć rozwiązania pozwalające nauczycielowi sprawdzić zawartość plecaka w sytuacji budzącej uzasadnione podejrzenia. Wcale nie ma potrzeby dotykania rzeczy prywatnych ucznia.
– „Pokaż, Kasiu, co masz w plecaku”. Nasza umowna Kasia otwiera plecak, ja nie dotykam, tylko zaglądam. Jest OK, dziękuję. Jak Kasia nie chce, to ja mam podstawy do podejrzewania, iż tam coś ma, czego mieć nie powinna – mówi ekspert.
Jest to przedstawiona propozycja postępowania, a nie uniwersalna instrukcja prawna dla wszystkich szkół. Konkretne działania muszą uwzględniać obowiązujące przepisy, uprawnienia pracowników placówki, oraz okoliczności danego zdarzenia. Jednakże w przypadku odmowy, hipotetyczna sytuacja jest asumptem do wezwania uprawnionej służby i powiadomieniu rodziców.
W przypadku podejrzenia posiadania niebezpiecznego przedmiotu szkoła powinna reagować zgodnie z adekwatnymi procedurami, dbając zarówno o bezpieczeństwo uczniów, jak i poszanowanie ich praw.
Ekspert podkreśla przy tym, iż zainteresowanie zawartością plecaka nie powinno ograniczać się wyłącznie do nauczycieli. Najważniejszą rolę odgrywają rodzice, którzy powinni zwracać uwagę na to, co dziecko zabiera z domu.
Nie chodzi o zastępowanie wychowania nieustanną kontrolą, ale o budowanie odpowiedzialnych nawyków i reagowanie na sytuacje, które rzeczywiście budzą niepokój.
Jak słyszymy, nauczyciel uczy, ale przede wszystkim wychowuje - nie wolno zapominać o humanistycznym charakterze szkoły.
- A może rozmowy o bezpieczeństwie brakuje też przez błędy systemowe, bo nauczyciele mają z tyłu głowy podstawę programową i to, iż muszą się z nią wyrobić. I może po prostu nauczyciele się obawiają, iż nie mają czasu w tę rozmowę? – pytamy naszego rozmówcę.
– Na pewno tak. Podpisuję się pod tym obydwoma rękoma. Godzina z wychowawcą – nazwa jak najbardziej prawidłowa, ale nauczyciel jest tak obłożony dokumentacją, iż tego czasu faktycznie może brakować – odpowiada płk Wiśniewski.
Podkreśla, iż szkoła nie może koncentrować się wyłącznie na realizacji podstawy programowej, pomijając relacje, rozmowę i wychowanie.
Ekspert zwraca uwagę, iż nauczyciele mają wiele obowiązków administracyjnych, przygotowują dokumentację i muszą realizować określone wymagania edukacyjne. To ogranicza czas, który pozostaje na indywidualny kontakt z uczniami.
Jego zdaniem nie należy automatycznie przypisywać nauczycielom złej woli. Problem może wynikać również z organizacji pracy i wymagań nakładanych na szkoły.
Jednocześnie podkreśla, iż to właśnie nauczyciele często jako pierwsi mogą zauważyć zmianę zachowania ucznia, problemy w relacjach z rówieśnikami czy trudności wymagające wsparcia.
Dodaje, iż dlatego ważne jest, aby nauczycieli mieli odpowiednie przygotowanie ku bezpieczeństwu, jako nie tylko stan ale i jako procesy.
– Nauczyciel jest przygotowany do tego, aby pewne sygnały wychwycić i wtedy wspierać się pedagogiem specjalnym czy psychologiem, czy poradniami – zaznacza rozmówca przypominając, iż nauczyciel to także pedagog ogólny.
Szkoła powinna być więc miejscem, w którym można nie tylko zdobywać wiedzę, ale również rozmawiać o problemach i otrzymać pomoc, gdy pojawiają się trudności.
Co trzeba zmienić, aby szkoły były bezpieczniejsze?
Z wypowiedzi płk. Remigiusza Wiśniewskiego wyłania się obraz bezpieczeństwa jako zadania wymagającego współpracy wielu osób i instytucji. Nie wystarczy jedna decyzja, dodatkowy patrol policji czy zatrudnienie „ochroniarza”.
Potrzebne jest połączenie działań wychowawczych, przygotowania nauczycieli, zaangażowania rodziców, adekwatnie opracowanych procedur i regularnych ćwiczeń.
Ważne znaczenie ma również dostosowanie rozwiązań do konkretnej szkoły. Placówki powinny znać swoje ograniczenia, analizować możliwe zagrożenia i sprawdzać, czy przyjęte zasady można rzeczywiście zastosować w praktyce.
Ekspert zwraca uwagę, iż bezpieczeństwo wymaga również zmiany sposobu myślenia. Ćwiczenia nie powinny być traktowane jako przykry obowiązek, który trzeba gwałtownie zakończyć, aby wrócić do zwykłego planu zajęć.
Powinny być okazją do sprawdzenia, czy uczniowie i pracownicy wiedzą, jak się zachować, a także do wykrywania błędów, zanim dojdzie do prawdziwego zagrożenia.
Nie mniej istotna jest codzienna profilaktyka. Rodzice powinni interesować się życiem dzieci, nauczyciele mieć możliwość rozmowy z uczniami, a szkoły sprawnie współpracować ze specjalistami i służbami.
Ważne jest także uświadamianie młodym ludziom, iż zachowania w internecie mogą mieć realne konsekwencje, a groźby dotyczące bezpieczeństwa nie są niewinnym żartem.
Najważniejszy wniosek z rozmowy jest prosty: bezpieczeństwa nie da się zapewnić samymi dokumentami. Trzeba je ćwiczyć, rozwijać odpowiedzialne zachowania i budować współpracę między domem a szkołą. Dopiero połączenie tych elementów może pomóc placówkom lepiej przygotować się na sytuacje, w których liczą się szybka reakcja, opanowanie i znajomość adekwatnych procedur.
- Kończąc sentencją: Bezpieczeństwo nie jest wszystkim, ale bez bezpieczeństwa wszystko jest niczym – podsumowuje pułkownik dr hab. inż. profesor Uniwersytetu Mazowieckiego.
https://kutno.net.pl/wydarzenia/pozar-na-skladowisku-opon-slup-czarnego-dymu-widoczny-z-wielu-kilometrow/sFBiIXuYYXh2I4821NjN






