Cuda się nie zdarzyły
Ania wyszła ze szpitala z synkiem na rękach. Cudu nie było. Rodzice po nią nie przyjechali. Świeciło już wiosenne słońce, więc zakurczyła się w luźniejszą już kurtkę, w jednej ręce worek z rzeczami i dokumentami, w drugiej niemowlę, i ruszyła przed siebie.
Dokąd iść nie miała pojęcia. Rodzice stanowczo zabronili jej pojawienia się w domu z dzieckiem, matka zażądała nawet, żeby oddała synka do adopcji. Ale Ania sama znała to z drugiej strony była wychowanką domu dziecka, matka jej nie chciała, i dziewczyna przysięgła sobie, iż nigdy nie zrobi czegoś takiego własnemu dziecku, choćby miała świat przewrócić do góry nogami.
Dorastała w rodzinie zastępczej: “tato” i “mama” traktowali ją nie najgorzej, wręcz rozpieszczali, od samodzielności nie przyzwyczajali. Majątek wielki to nie był, zdrowie czasem zawodziło. A iż ojca dziecka nie ma no cóż, tutaj to już jej wina, sama sobie tego, niestety, nie wybrała.
Wydawał się całkiem poważny, coś tam obiecywał, choćby miał kiedyś pokazać rodzicom. Ale gdy Ania powiedziała mu, iż jest w ciąży, stwierdził, iż nie jest gotowy na pieluszki. Wstał, wyszedł, a telefon już potem nie odbierał może zablokował numer na amen.
Ania westchnęła ciężko.
Nikt nie jest gotowy, ani ojciec dziecka, ani moi rodzice. A widzisz, ja mogę i będę powiedziała do synka, który niewzruszenie spał.
Usiadła na ławeczce pod jednym z powojennych bloków, wystawiając nos do słońca. Do domu nie ma po co, tam jej nie chcą. Gdzie pójść? Mówili, iż są domy samotnej matki, ale Ania wstydziła się pytać o adres przecież była święcie przekonana, iż rodzice zmądrzeją i przyjadą ją odebrać. Ale nie przyjechali.
Zdecydowała więc, iż zrobi to, co jej chodziło po głowie pojedzie do babci na wieś. Ta na pewno ją przygarnie. Ania pomoże jej w ogródku, póki będą zasiłki, a potem znajdzie jakąś pracę. Bo przecież musi się w końcu poszczęścić! Tak postanowiła, tylko jeszcze musi odnaleźć w telefonie, skąd odjeżdżają autobusy na wieś bo wiadomo, babcie są miłe, a los losowi czasem sprzyja.
Ułożyła wygodniej śpiącego synka, sięgnęła do kieszeni po wysłużonego telefona i prawie wpadła pod samochód na przejściu dla pieszych.
Za kierownicą siedział wysoki siwy mężczyzna. Wyskoczył z auta i zaczął krzyczeć na Anię, iż nie patrzy, gdzie idzie, iż zabije i siebie, i dziecko, a on na starość pójdzie przez nią siedzieć.
Ania zatrzymała się jak wryta, łzy napłynęły jej do oczu, synek się obudził i zaczął płakać. Kierowca spojrzał, nabrał powietrza i zapytał, dokąd ona w ogóle z tym dzieckiem tak chodzi. Ania, pociągając nosem, tylko rozłożyła ręce iż sama jeszcze nie wie.
Dobra, wsiadaj do samochodu, pojedziemy do mnie. Ogarniesz się trochę, nakarmisz dziecko i jakoś wymyślimy, co dalej. A ja jestem Konstanty Januszewski a ty?
Ania jestem…
Aniu, pomogę ci wejść.
Zabrał młodą mamę do swojego mieszkania. Dał jej pokój, by mogła nakarmić synka. Miał sporą, trzypokojową kawalerkę w jednym z krakowskich bloków. Zabrakło mu jednak ubranek i pieluch Ania dała Konstantego swój portfel i resztę oszczędności, ale ten stanowczo odmówił, tłumacząc, iż nie bardzo ma na co wydawać pieniądze, więc się nie przejmuj, dziewczyno.
Sam popędził do sąsiadki lekarki na piętro wyżej, mając nadzieję, iż jest w domu. Udało się, była na wolnym, wysłuchała historii Ani i choćby zadzwoniła “gdzie trzeba”, potem napisała grubą listę najpilniejszych potrzeb i wręczyła Konstantemu.
Po powrocie z zakupami zastał Anię śpiącą, przysiadłą pół na pół, z głową na poduszce, a synek już nie spał i rozkopywał się na łóżku. Umył ręce, wziął malucha na ręce, żeby młoda matka mogła chwilę odpocząć.
Ledwo zamknął drzwi, Ania zerwała się przerażona i zawołała: Gdzie moje dziecko?! Konstanty wszedł z uśmiechem, tłumacząc, iż tylko chciał jej dać się wyspać. Pokazał, co kupił, zaproponował, iż pomoże przewinąć.
Zapowiedział też, iż później przyjdzie sympatyczna sąsiadka-lekarka, która nauczy ją, co i jak z niemowlakiem. Na jutro umówiła już pediatrę z przychodni.
Wtedy Konstanty przeszedł do sedna:
Żadnej wsi, żadnych staruszek szukać nie musisz! Zostań u mnie, miejsca wystarczy. Jestem wdowcem, dzieci, wnuków nie mam, samotność dobija. Ciebie z przyjemnością przygarnę ludzi u mnie w domu od dawna brak.
Miał pan kiedyś dzieci?
Miałem, Aniu. Syna. Pracowałem na budowie na wyjazdach, pół roku w Krakowie, pół na Śląsku. Syn do technikum, studiował, choćby miał narzeczoną. Przed ostatnim rokiem mieli się pobrać, bo ona była w ciąży. Chcieli poczekać na mój powrót z delegacji, żeby zrobić tradycyjne wesele. Tyle iż syn był zapalonym motocyklistą, stracił panowanie nad maszyną wypadek, nie przeżył. Wróciłem akurat na pogrzeb.
Żona załamała się po stracie syna i niedługo potem też odeszła. Narzeczona syna się gdzieś rozpłynęła, choć miałem jej zdjęcie, wiedziałem, iż dziecka oczekuje, ale znaleźć jej nie mogłem. Dlatego mówię, Aniu zostań. Może na starość poczuję, co to znaczy rodzina. A jak syna nazwałaś?
Sama nie wiem od początku chciałam mu dać na imię Sawa. Jakoś mnie to imię urzekło, choć mało popularne.
Sawa? Aniu, przecież tak miał na imię mój syn! Nigdy ci o tym nie mówiłem, a ty tak trafiłaś! Oj, ucieszyłaś staruszka, zostaniesz?
Z największą chęcią. Jestem z domu dziecka, potem udało się mnie adoptować, ale mojego synka rodzice przyjąć nie chcieli. Do szpitala po mnie nie przyszli. Gdyby nie oni, to nie wiem, kim bym dziś była, tak skończyłam szkołę, miałam co jeść, ale… Po domu dziecka przysługiwałaby mi choćby kawalerka! Moja rodzona mama porzuciła mnie pod bramą domu dziecka, zostawiając tylko łańcuszek z medalikiem na kocyku.
Aniu, idź się przewieź do łazienki kupiłem ci ubrania, a potem będziemy ogarniać dziecko i cały ten rodzinny rozgardiasz. Trzeba dobrze umyć wanienkę, sąsiadka pokaże ci, jak kąpać, a nam przyda się zjeść coś porządnego mleko nie bierze się z powietrza!
Gdy Ania wyszła do niego w nowym swetrze, Konstanty zwrócił uwagę na jej szyi: To ten łańcuszek od mamy?
Ania potwierdziła i pokazała medalik.
Wtedy Konstantemu ziemia zadrżała pod nogami i gdyby nie szafka, pewnie by się przewrócił.
Otrząsnąwszy się, poprosił, żeby mu go dała. Obejrzał uważnie, po czym zapytał, czy kiedykolwiek go otwierała. Ania powiedziała, iż nie, bo nie ma żadnego zapięcia.
Konstanty rzekł, iż zamawiał taki medalik dla swojego syna, tylko trzeba go otworzyć sprytnym ruchem. Pokazał, jak i faktycznie otworzył w środku była maleńka kępka włosów.
To włosy mojego Savy sam wsadziłem! Aniu, wychodzi na to, iż jesteś moją wnuczką! Los nas tu, w Krakowie, specjalnie połączył!
To może zróbmy jeszcze test! Żeby pan się nie martwił na zapas.
Ani mi się śni! Tyś moja wnuczka, to mój prawnuk, więcej nie dyskutujemy. Zresztą, masz coś z Savy ciągle się zastanawiałem, skąd znam twój uśmiech. Mam zdjęcia twoich rodziców. Chcesz zobaczyć?
Autorka: Zofia KorolowskaAnia skinęła głową, w oczach miała łzy tym razem radości, nie żalu. Patrzyła, jak Konstanty sięga po starą, wypłowiałą kopertę z szuflady, drżącymi palcami wyciąga fotografie młodego chłopaka z promiennym uśmiechem i dziewczyny o brązowych oczach takich jak jej własne. Oboje patrzyli w obiektyw z nadzieją, której Ania nigdy nie znała aż do teraz. Konstanty usiadł obok niej i położył ciepłą dłoń na jej ramieniu.
Widzisz, Aniu? Los miał dla nas plan, choć długo o tym nie wiedzieliśmy. Ty nie byłaś sama. I już nie będziesz.
Synek rozbudził się i cichutko zapłakał, jakby chciał dołączyć do tej chwili. Konstanty wziął go na ręce, uśmiechając się przez łzy.
Witaj w domu, Sawo. Niech was tu już zawsze będzie dwoje, a dla mnie troje.
Ania wtuliła się w ramiona dziadka, czując po raz pierwszy w życiu, czym jest prawdziwe rodzinne ciepło niezależnie od przeszłości, od potknięć, od głupoty innych ludzi. Teraz, w nowym miejscu, od nowa, zaczynała się ich historia. Bez cudów, za to z miłością tę cenniejszą niż wszystko inne.
















