Cuda się nie wydarzyło
Jagoda wyszła ze szpitala z nowo narodzonym synkiem na rękach. Niestety, cudów nie było rodzice nie czekali przed wejściem z bukietem tulipanów. Słońce majowe świeciło w oczy, kurtka nagle zrobiła się jej o dwa numery za duża, torba z rzeczami w jednej ręce, a drugą próbowała ogarnąć śpiącego malucha. Poszła przed siebie.
Dokąd sama nie do końca wiedziała. Ojciec i matka za żadne skarby nie chcieli, by przyniosła dziecko do ich mieszkania w bloku na Ursynowie, a matka domagała się wręcz, by podpisała zrzeczenie się praw rodzicielskich. Ale Jagoda, sama będąca dzieckiem z domu dziecka, przysięgła sobie: nigdy tak nie postąpi ze swoim dzieckiem, niezależnie od wszystkiego.
Wychowała ją rodzina zastępcza trochę rozpieszczali, wiedli raczej skromne życie, ciągle chorowali. Czyli typowa polska codzienność. Samodzielności nie nauczyli, ale łzy też nie wylewali nad jej losem. Teraz, patrząc wstecz, Jagoda przyznawała: to jej wina, iż syn nie ma ojca. Wiedziała już, iż facet nie jest gotowy na tatusiowanie, kiedy tylko usłyszał, iż ona spodziewa się dziecka. Zapewniał, iż zapozna ją z rodzicami, a jak przyszło co do czego, zwinął żagle i słuch po nim zaginął pewnie ją zablokował, bo telefon milczał uparcie.
Jagoda westchnęła ciężko.
Nikt nie jest gotowy na dziecko. Ani jego tata, ani moi rodzice. A ja? A ja muszę być gotowa!
Usiadła na ławce pod tężnią, wystawiła twarz do słońca. I co teraz? Co dalej? Mówili coś o ośrodkach dla samotnych matek, ale głupio jej było pytać o adres. Miała nadzieję, iż rodzice zmienią zdanie i przyjadą. Ale… nie przyjechali.
Postanowiła zrobić to, co zawsze planowała: pojechać gdzieś na wieś, do swojej babci pod Radomiem. Babcia ją przygarnie, ona pomoże w ogródku, póki płacą świadczenie 500+, a potem znajdzie jakąś robotę przecież w Polsce prędzej dostaniesz etat niż dobre kiszone ogórki! Musi się udać!
Wyjęła telefon z kieszeni, chcąc sprawdzić, skąd odchodzą autobusy do wsi. Ściśnęła synka i o mało nie wpadła na pasach pod auto.
Za kierownicą siedział wysoki, siwy facet. Wyskoczył natychmiast i zaczyna na nią wrzeszczeć, iż mogła zabić siebie i dziecko, a jemu na stare lata przyjdzie siedzieć w więzieniu.
Jagoda przestraszyła się okropnie, do oczu napłynęły jej łzy. Synek poczuł napięcie i rozryczał się koncertowo. Mężczyzna popatrzył i spytał, dokąd ona tak z tym dzieciakiem zmierza. Jagoda, pociągając nosem, wydukała, iż choćby jeszcze nie wie.
Wsiadaj do auta rzucił krótko pan, przedstawiając się: Kazimierz Cegielski, do usług. Jagoda podziękowała, a on dodał:
Jedź ze mną, pogadamy, uspokoisz się, coś wymyślimy, bo przecież z całym pakunkiem nie będziesz koczować na przystanku.
W jego trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie dał jej osobny pokój, by mogła przewinąć i nakarmić dziecko.
Jagoda poprosiła Kazimierza, by kupił pieluchy i wręczyła mu ostatnie 30 złotych, które zostały w portfelu. Ten tylko machnął ręką i tak nie za bardzo miał na co wydawać emeryturę.
Szybko zbiegł piętro wyżej do sąsiadki Halinki, lekarza z przychodni. Miała akurat wolne. Wysłuchiwszy skróconej wersji historii, spisała listę rzeczy potrzebnych dla mamy i niemowlaka.
Kiedy Kazimierz wrócił z zakupami, zobaczył, iż Jagoda przysnęła, z głową na poduszce, a synek zaczął się rozkopywać w śpiworku. Umył ręce, wziął malca na ręce i pozwolił Jagodzie chwilę się wyspać.
Ledwo drzwi się zamknęły, Jagoda ocknęła się, nie widząc dziecka, i zaczęła histeryzować, gdzie jej synek. Kazimierz wszedł z malcem, uśmiechnął się szeroko:
No już, nie panikuj, chciałem, żebyś miała moment dla siebie!
Pokazał jej zakupy, zapowiedział, iż później wpadnie sąsiadka-lekarz i krok po kroku wszystko im wyjaśni. Również jutro załatwią wizytę pediatry.
Usiedli razem, Kazimierz wyłożył:
Żadnego tam wyjazdu na wieś i rannego wstawania do kur. Zostań u mnie! Mieszkania nie zabraknie, a ja się stęskniłem za ludźmi. Jestem wdowcem, dzieci i wnuków brak, na emeryturze dorabiam, samotni ludzie mają głupie pomysły, więc ciebie i maluszka przygarnę z otwartymi ramionami.
A miał pan dzieci? spytała.
Miałem, Jagoda. Syn był Bartek. Pracowałem na wyjazdach przez pół roku na Śląsku, pół roku w domu. Synek poznał fajną dziewczynę na studiach. Przed ostatnim rokiem chciał się żenić, bo spodziewali się dziecka. Czekali na mnie, aż wrócę z pracy, żeby zrobić wesele. Niestety, Bartek przepadał za motocyklami, nie opanował jednego zakrętu… i tyle go widzieliśmy. Akurat na mój powrót pojechałem prosto na pogrzeb.
Żona po tym wszystkim ciężko zachorowała, z dziewczyną syna kontakt się urwał. Chociaż mam jej zdjęcie i wiem, iż dziecko się wtedy narodziło, szukałem nie znalazłem. Dlatego, Jagoda, zostań. Przynajmniej poczuję, iż mam rodzinę.
Jak nazwałaś synka?
Sama nie wiem, czemu, ale chciałam, żeby był Sawa. Lubię to imię, choćby jeżeli to dziś w Polsce nieczęste.
Sawa?! Kazimierz aż wstał z krzesła. Przecież tak miał na imię mój syn! Nigdy ci nie mówiłem Ale tym mnie staruszka uradowałaś. Zostajesz?
Chętnie i ze wzruszeniem. Wie pan, ja z domu dziecka, przygarnęli mnie, wykształcili. Dziękuję, dzięki nim nie musiałam się martwić o byt. Ale kiedy się okazało, iż sama jestem matką, nie chcieli już ze mną wiedzieć.
Gdybym została w państwowym domu dziecka, przysługiwałoby mi mieszkanie od gminy. Mama rodziła mnie pod bramą domu dziecka i zostawiła tylko medalik na kocyku.
Jagoda, chodź, przebrałem ci ubrania, tu trochę nowych, na dziecko też. Dobrze zrobić ci kolację, bo dla mleka trzeba dobrze jeść.
Jak już się ubrała na świeżo, Kazimierz zauważył na jej szyi złoty łańcuszek i zapytał, czy to ten zostawiony przez mamę. Pokazała mu medalik. Wtedy staruszek zbledł, aż musiał się podeprzeć ściany, żeby nie runąć na podłogę.
Gdy doszedł do siebie, poprosił, by pokazała mu medalion. Obejrzał go uważnie i spytał, czy kiedyś próbowała go otworzyć.
Jagoda odpowiedziała, iż nie ma żadnego zaczepu.
Kazimierz roześmiał się i zaczął coś przekręcać. Medalik rozdzielił się na dwie części. W środku była maleńka kępka włosów.
To włosy mojego syna, sam je tam schowałem Jagoda, ty jesteś moją wnuczką!
Czyli jednak cuda się zdarzają.
Ale zróbmy test DNA! Proszę, naprawdę!
Ani mi się śni. Jesteś moją wnuczką, Sawa jest moim prawnukiem, więcej tematu nie ma. Patrzę na ciebie, i od razu widziałem, iż coś znajomego w oczach!
A mam zdjęcia twoich rodziców. Chcesz zobaczyć?
Autor: Zofia KoralewskaJagoda zadrżała, wyciągając telefon. Drżącymi palcami otworzyła galerię, pokazała pierwsze, stare zdjęcie grupowe, z koloru już przeszło w sepię. Twarz młodej kobiety w fartuchu kuchennym, oczy pełne blasku. Kazimierz się nachylił.
To ona moja synowa. Katarzyna. Głos mu zadrżał.
Jagoda spojrzała na niego z niedowierzaniem. Sawa przebudził się i rozciągnął piąstki, jakby chciał obu dorosłym podać dłonie na zgodę ze światem.
Kazimierz ścisnął Jagodę za rękę, nie kryjąc łez:
Przecież właśnie o to prosiłem, tam wtedy, przy grobie Bartka, żeby jeszcze raz móc kogoś przytulić z tej rodziny. A los mi przysłał córkę wnuka i jego dziecko. W domu, gdzie przez lata brzmiały tylko wiadomości radiowe i stukot zegara, znowu słychać będzie czyjś śmiech i dziecięcy płacz
Halinka wparowała z torbą lekarską. Widząc scenę, przystanęła w drzwiach, wysłuchała wyjaśnienia i tylko się roześmiała:
No, Kaziu, mówiłam, iż dożyjesz jeszcze niejednej niespodzianki.
Podeszła do Sawy, pogłaskała go i powiedziała:
To teraz będziesz miał na kogo trzymać kciuki przez całe życie.
Wieczorem, gdy dom rozbrzmiewał spokojnym oddechem Jagody i małego Sawy, Kazimierz usiadł w fotelu i zamyślił się nad zdjęciami. Miał rodzinę pod dachem. Powoli zasypiał z uczuciem, które zapomniał, iż istnieje spokojem.
A kiedy Sawa pierwszy raz się uśmiechnął przez sen, Kazimierz wyszeptał w ciemność:
Cuda jednak się zdarzają. Po prostu czasem długo na nie czekamy.













