Cud się wydarzył
Ola wyszła ze szpitala z synkiem na rękach. Cudu nie było. Rodzice jej nie przyjechali po nią. Świeciło wiosenne słońce, zapięła się szczelniej w za dużą już kurtkę, w jednej ręce trzymała foliową torbę z rzeczami i dokumentami, drugą poprawiła śpiącego malca i ruszyła przed siebie.
Nie wiedziała, gdzie iść. Rodzice stanowczo zabronili jej przyprowadzać dziecko do domu, mama wręcz żądała, by zrzekła się praw. Ale Ola sama była z domu dziecka jej matka zostawiła ją zaraz po urodzeniu, dlatego Ola przysięgła sobie, iż nigdy nie skrzywdzi w ten sposób swojego dziecka, bez względu na wszystko.
Dorastała w rodzinie zastępczej tata i mama traktowali ją raczej dobrze, po swojemu ją rozpieszczali, ale do samodzielności nie przyzwyczaili. Żyli skromnie i często chorowali. Ola wiedziała, iż sama ponosi winę za to, iż jej syn nie ma ojca teraz dopiero to do niej docierało.
Chłopak wydawał się odpowiedzialny, obiecywał poznać ją ze swoimi rodzicami. Jednak kiedy powiedziała mu o ciąży, stwierdził, iż nie jest gotowy na bycie ojcem, spakował się i zniknął. Przestał odbierać od niej telefony, pewnie zablokował jej numer.
Ola westchnęła.
Nikt nie jest gotowy ani ojciec dziecka, ani moi rodzice. A ja jestem. Wezmę za swoje dziecko odpowiedzialność.
Usiadła na ławce, wystawiając twarz do wiosennego słońca. Co dalej? Mówili jej kiedyś o ośrodkach dla samotnych matek, ale wstydziła się zapytać o adres, bo miała nadzieję, iż rodzice zrozumieją i jednak przyjadą po nią. Ale się nie doczekała.
Postanowiła zrealizować plan B pojechać do jakiejś wsi pod Krakowem, do babci, może tam znajdzie schronienie. Pomoże jej w gospodarstwie przez jakiś czas, dopóki będą wypłacane zasiłki rodzinne, a potem poszuka pracy. Musi się udać, myślała z nadzieją. Babcie są dobre, los jej sprzyja.
Przełożyła śpiącego synka na drugą rękę, sięgnęła po stary telefon i niemal wpadła na przechodzącym przez ulicę pod samochód.
Kierowca siwy, wysoki mężczyzna wyskoczył z auta i zaczął na nią krzyczeć, iż nie patrzy, gdzie idzie, iż przez nią zginie ona i dziecko, a on na starość pójdzie do więzienia.
Ola przestraszyła się, łzy napłynęły jej do oczu. Dziecko się obudziło i zaczęło płakać. Mężczyzna spojrzał na nich i zapytał, gdzie idzie z malcem. Ola szlochając odpowiedziała, iż sama nie wie.
Wtedy mężczyzna powiedział:
Wsiadaj do auta. Pojedziesz do mnie, odpoczniesz, nakarmisz dziecko, a potem pogadamy, co dalej. No, nie stój, dzieciak się zanosi. Jestem Konstanty Grabowski, a ty?
Ola odpowiedziała cicho.
Wsiadaj, pomogę ci z dzieckiem.
Zabrał młodą mamę z synkiem do swojego trzypokojowego mieszkania. Dał jej własny pokój, by mogła spokojnie nakarmić malca. Zauważywszy, iż nie ma pieluch ani innych najpotrzebniejszych rzeczy, Ola poprosiła Konstantego o zakupy i wręczyła mu swój portfel z ostatnimi pieniędzmi.
Ale on odmówił, mówiąc, iż nie ma na kogo wydawać swoich oszczędności.
Wyszedł na chwilę do sąsiadki, lekarki, mając nadzieję, iż jest w domu. Miała wolne, więc po krótkim telefonie napisała konkretną listę rzeczy, które wręczyła Konstantemu.
Kiedy przyniósł zakupy, zobaczył, iż Ola usnęła półleżąc, dzieciątko nie spało już, rozkopane leżało koło niej. Umył dłonie, delikatnie podniósł dziecko na ręce, by Ola choć trochę odpoczęła.
Ledwo przymknął drzwi, gdy Ola nagle się zerwała, wołając rozpaczliwie o synka. Konstanty Grabowski wszedł z malcem uśmiechnięty, pokazując, iż wszystko jest w porządku i chce, by trochę odpoczęła. Pokazał co kupił, zaproponował przebrać dziecko.
Poinformował, iż niedługo przyjdzie dobra sąsiadka-lekarka i wszystko jej wyjaśni, jak pielęgnować malucha. Zadzwoni po pediatrę na wizytę domową następnego dnia.
Zaczął z nią rozmawiać:
Żadna wieś, żadna babcia, nie musisz szukać schronienia. Zostań u mnie, miejsca jest dość. Jestem wdowcem, nie mam dzieci, wnuków. Dostaję emeryturę, a jeszcze dorabiam. Samotność mnie przytłacza, chętnie przyjmę takich lokatorów, jak wy.
Miał pan dzieci?
Tak, Olu, miałem syna. Pracowałem na kontrakcie na Pomorzu Zachodnim pół roku tam, pół tu. Mój syn studiował, był zakochany, pod koniec nauki oświadczył się, bo dziewczyna oczekiwała dziecka. Czekali na mnie, by wyprawić wesele. Ale syn kochał motocykle nie opanował maszyny i zginął, tuż przed moim powrotem. Przyjechałem prosto na pogrzeb.
Żona ciężko to przeżyła, potem poważnie zachorowała. W całym tym smutku straciłem kontakt z narzeczoną syna, choć widziałem jej zdjęcia i wiedziałem, iż jest w ciąży z moim wnukiem. Szukałem, ale bez skutku. Dlatego proszę cię, Olu, zostań u mnie. Chociaż teraz poczuję, czym jest rodzina. Jak ma na imię twój synek?
Nie wiem, dlaczego, ale chciałam nazwać go Wiktor. To imię mi się podoba, choć nie jest bardzo popularne.
Wiktor?! Olu, tak miał na imię mój syn! Przecież ci tego nie mówiłem! No, już mnie rozczuliłaś. To co, zostajesz?
Z przyjemnością. Jestem z domu dziecka, adoptowali mnie, ale mojego syna zaakceptować nie chcieli. Nie odebrali mnie ze szpitala nie miałam dokąd iść. Ale gdyby nie oni, nie wiem, jakby się moje życie potoczyło skończyłam technikum, nie zabrakło mi niczego.
Choć z domu dziecka dostałabym mieszkanie, gdyby mnie nie adoptowano. Moja biologiczna mama zostawiła mnie pod domem dziecka z łańcuszkiem z medalikiem owiniętym w kocyk.
No to idź się przebierz, kupiłem ci ubranie. Potem zajmiemy się dzieciakiem i domem. Trzeba porządnie umyć wanienkę, sąsiadka pokaże, jak kąpać. A i trzeba ugotować coś dobrego, matka karmiąca musi dobrze jeść.
Kiedy Ola, już w nowych ubraniach, wyszła do Konstantego, dostrzegł na jej szyi łańcuszek i spytał, czy to ten, który zostawiła jej matka. Ola przyznała, iż tak. Wyciągnęła medalik wtedy Konstantemu zadrżały ręce i nogi, prawie upadł.
Oprzytomniawszy, poprosił, by pokazała medalik. Wziął go do ręki i zapytał, czy kiedykolwiek go otwierała. Ola odparła, iż nie widzi żadnego zapięcia. Konstanty wyjaśnił, iż sam zamawiał taki medalion dla syna i otwiera się w szczególny sposób. Pokazał jak medalik rozsunął się na pół, a w środku była… maleńka kępka włosów.
To włosy mojego syna, sam je tam schowałem. To co, Olu, jesteś moją wnuczką? Czyli los nie bez powodu nas połączył!
Zróbmy jeszcze test, żeby mieć pewność, iż jest pan moim dziadkiem.
choćby nie myślę o tym. Jesteś moją wnuczką, on moim prawnukiem, nie wracajmy więcej do tego tematu. Zresztą cały czas widziałem u ciebie coś znajomego. Mam zdjęcie twojej mamy. Mogę pokazać ci rodziców!
Autor: Zofia KarnowskaKonstanty otarł łzy, uśmiechnął się przez wzruszenie i wyjął ze starego albumu pożółkłe fotografie młodą kobietę o jasnych oczach, tak podobnych do Oli, i chłopca o łagodnym spojrzeniu, trzymającego medalion na szyi. Ola patrzyła poruszona, jak dwa światy, od zawsze odległe i osobne, raptem stają się jednym. Przez chwilę stali z Wiktorkiem w objęciach Konstantego w ciszy, którą przerywał tylko rytmiczny oddech dziecka.
Zawsze marzyłem, iż jeszcze kiedyś usłyszę śmiech w tym domu powiedział cicho Konstanty. Teraz wiem, iż cudu jednak się doczekałem. choćby jeżeli przybrał inne imię i miał inną drogę.
Za oknem słońce rozjaśniło cały pokój. Ola ucałowała synka, wzięła dziadka za rękę i razem zaczęli planować zwykłe sprawy: co ugotują na kolację, gdzie powieszą nową kołyskę. Poczuli, iż zgubione losy w końcu się odnalazły.
Tego dnia Ola przestała się bać przyszłości. Wiosna za oknem była początkiem nowego życia, a wśród cudu codzienności zamknęła się wreszcie miłość, jakiej nigdy dotąd nie zaznała.














