Dziś był ten dzień wyszłam ze szpitala z nowo narodzonym synkiem. Nie było żadnego cudu. Rodzice nie czekali na mnie przed wejściem. Wiosenne słońce subtelnie ogrzewało twarz, opatuliłam się w kurtkę, która nagle stała się zbyt luźna, chwyciłam torbę z rzeczami i dokumentami w jedną rękę, a drugą poprawiłam maleńkiego Jasia. Ruszyłam przed siebie.
Nie miałam pojęcia, dokąd iść. Rodzice bezwzględnie zabronili mi wracać do domu z dzieckiem, mama jeszcze w szpitalu nalegała, bym złożyła zrzeczenie się praw do syna. Ale ja jako dziecko z domu dziecka przysięgłam sobie, iż nigdy nie zostawię swojego dziecka. Choćby nie wiem co.
Dorastałam u rodziny zastępczej. Opiekunowie, których nazywałam mamą i tatą, odnosili się do mnie z serdecznością, czasem choćby mnie rozpieszczali, ale nie uczyli samodzielności. Zresztą z pieniędzmi nie przelewało się, a zdrowie szwankowało. Teraz wiem, iż sama odpowiadam za to, iż Jasio nie ma ojca.
Choć wydawało się, iż to poważny związek obiecywał choćby zapoznać mnie z rodzicami. Kiedy powiedziałam mu o ciąży, usłyszałam: Nie jestem gotowy na pieluchy. Poszedł. Przestał odbierać telefon, pewnie mnie zablokował.
Westchnęłam. Nikt nie jest gotowy ani ojciec dziecka, ani moi rodzice. A jednak ja muszę być gotowa.
Usiadłam na ławce, wystawiłam twarz do promieni. Dokąd teraz? Słyszałam, iż są domy samotnej matki, ale wstydziłam się pytać o takie adresy, wierząc, iż rodzice zmienią zdanie i przyjadą po mnie. Nie przyjechali.
Zdecydowałam więc pojechać na wieś do babci. U niej przeczekam, pomogę w ogrodzie, póki będą zasiłki rodzinne, a później znajdę jakąś pracę. Przecież musi się udać! Tak, na razie tylko sprawdzę, skąd odjeżdżają autobusy pod Warszawą. Babcie w końcu zawsze są dobre! Poprawiłam śpiącego Jasia, wyjęłam stary telefon z kieszeni i prawie wpadłam pod samochód na przejściu.
Za kierownicą siedział starszy siwy pan. Wyskoczył z auta i zaczął na mnie krzyczeć, iż nie patrzę, gdzie idę, iż wykończę siebie i dziecko, a on pójdzie siedzieć.
Przestraszyłam się, łzy same napłynęły do oczu. Jasio zaczął płakać razem ze mną. Mężczyzna spojrzał na nas i zapytał, dokąd tak adekwatnie idę z maluchem. Wyjąkałam, że… nie mam pojęcia.
Chodź, wsiadaj do samochodu. Pojedziecie do mnie, odpoczniesz, a potem pomyślimy, co dalej powiedział. Dziecko płacze, nie marudź. Nazywam się Konstanty Grzegorz Malinowski. A ty?
Jestem Jagoda.
Wsiadaj, Jagódko, pomogę ci.
Przywiózł mnie i synka do swojego mieszkania ogromnego, trzypokojowego lokalu na ursynowskim blokowisku. Dał mi własny pokój, żebym mogła spokojnie nakarmić dziecko. Nie miałam czym przewinąć Jasia, poprosiłam, by pan Konstanty kupił pieluchy i podałam mu portfel z resztą oszczędności. Kategorycznie odmówił, wzruszając ramionami I tak nie mam na co wydawać.
Natychmiast poszedł do sąsiadki lekarki, która na szczęście była akurat w domu. Skompletowała potężną listę potrzebnych rzeczy, wręczyła Konradowi i wysłała na zakupy.
Kiedy wrócił, zastał mnie śpiącą półsiedząco, z głową opartą o poduszkę. Jaś od razu się obudził, więc pan Konstanty umył ręce i wziął go na ręce. W końcu mogłam się zdrzemnąć. Ledwo zamknął drzwi, już podskoczyłam na łóżku i zaczęłam panikować, gdzie moje dziecko. Wszedł z uśmiechem, nie martw się, chciałem dać ci pospać, a potem pokazał wszystkie rzeczy, które przyniósł. Zapowiedział, iż sąsiadka wpadnie wieczorem i wszystko mi pokaże, a jutro przyjdzie lekarz z przychodni.
Potem usiedliśmy w kuchni.
Żadna wieś, żadna babcia powiedział stanowczo. Zostań u mnie. Miejsca mam dość. Jestem wdowcem, nie mam własnych dzieci ani wnuków. Mam emeryturę i pracuję jeszcze trochę. Samotność bardzo doskwiera, będę wdzięczny za towarzystwo.
Miał pan dzieci?
Tak, Jagódko, miałem syna. Pracowałem na wyjeździe w Norwegii, po pół roku tutaj, pół roku tam. Syn studiował, miał narzeczoną. W końcu zdecydowali się pobrać, bo spodziewali się dziecka. Czekali na mój powrót, żeby zrobić wesele. Syn uwielbiał motocykle. Zginął w wypadku tuż przed moim powrotem Wracałem prawie na pogrzeb. Żona nie podniosła się po tej tragedii. Narzeczona syna i jej dziecko zniknęły mi z oczu, choć mam jej zdjęcie, choćby wiedziałem, iż była w ciąży, ale szukałem ich bez skutku. Dlatego proszę, zostań u mnie. Choć na starość poczuję, co to rodzina. Jak nazwałaś synka?
Zawsze podobało mi się imię Sawa Chciałam, żeby miał oryginalne imię.
Sawa? głos zadrżał panu Konstantego. To był imię mojego syna! Nigdy ci tego nie mówiłem Ucieszyłaś mnie, dziewczyno. Więc zostaniesz?
Z przyjemnością. W końcu sama jestem z domu dziecka. Moich rodziców zastępczych nie chcieli przyjąć mojego dziecka pod swój dach. Nie odebrali mnie ze szpitala. Nie narzekam dali mi szansę na normalne życie, dzięki nim skończyłam technikum, nie głodowałam. A po ukończeniu szkoły miałabym przydzielone mieszkanie. Rodzona matka zostawiła mnie pod bramą domu dziecka, na kocyku zostawiła tylko złoty łańcuszek z medalikiem.
Idź się przebrać. Kupiłem ci też ubrania. Po kąpieli Sawa sąsiadka wszystko pokaże. Musisz dobrze jeść, żeby mieć pokarm.
Wyszłam z pokoju po prysznicu, już w nowych ubraniach, a pan Konstanty zwrócił uwagę na mój łańcuszek.
To ta pamiątka od mamy? zapytał.
Pokiwałam głową i wyjęłam medalik. Wtedy pan Konstanty nagle pobladł i zatoczył się. Złapałam go.
Pozwól mogę zobaczyć? wyjąkał i obejrzał drobiazg.
Próbowałam otwierać, ale nie ma żadnych zaczepów powiedziałam.
Sam zamawiałem taki wisiorek dla syna. Otwiera się w specjalny sposób odpowiedział i pokazał, jak rozsunąć medalion. W środku była maleńka sprężynka z włosami.
To włosy mojego syna wyszeptał. To znaczy jesteś moją wnuczką?
Popłakałam się.
Może powinniśmy zrobić test DNA, żeby się upewnić
Ani mi się śni. Ty jesteś moją wnuczką, a Sawa to mój prawnuczek. Tylko ucieszyłaś starca! Zresztą, jesteś bardzo podobna do mojego syna. Mam choćby zdjęcie twojej mamy, mogę ci pokazać rodziców
Sofija KoralowaObjęliśmy się mocno, jakbyśmy chcieli nadrobić całe stracone lata. Pan Konstanty już dziadek rozgarnął mi włosy i szepnął, iż dom znów stanie się pełen życia, iż już nigdy nie będę sama. Sawa zasnął wtulony w moje ramię, a ja, otoczona ciepłem, poczułam się pierwszy raz naprawdę bezpieczna.
Z kuchni dobiegał zapach herbaty z malinami i głos sąsiadki, która, nie pytając, zaczęła szykować kolację. Przez uchylone okno słyszałam wiosenne ptaki i miasto, które nagle przestało być zimne i obce. Wiedziałam już, iż wszystko się ułoży nie tak, jak planowałam, ale może właśnie lepiej.
W tej zwyczajności, ze śmiechem dziecka i łzami wzruszenia, znalazłam rodzinę, której tak długo szukałam. I zrozumiałam, iż czasem dom to nie miejsce, tylko ludzie, których los stawia nam na drodze w najmniej oczekiwanym momencie.














