CZEKANIE NA SWOJE SZCZĘŚCIE: W POSZUKIWANIU IDEALNEGO MOMENTU

polregion.pl 4 dni temu

Jestem w sali położniczej Szpitala Miejskiego w Warszawie, patrzę na wyświetlacz monitora, na którym widać prawidłowy zapis akcji serca płodu. Krzywa jest gładka, nic nie wskazuje na niepokój. Jednocześnie myślę o sytuacji, w której nasza położna Zofia Król musiała wypisać do domu noworodka, który bardzo zachorował. Teraz muszę uzgodnić z kolejną położną, Martą Zielińską, przejęcie oddziału przyjęć, bo potrzebna jest dodatkowa obsługa.

Czy naprawdę tak źle? pyta mnie zaniepokojona ciężarna, Alina Brzozowska, zaglądając mi w oczy. Co widzicie na monitorze? Czy coś jest nie tak? jej głos drży, a ona patrzy na mnie z tak skoncentrowanym wyrazem twarzy, iż nie widać w niej lęku.

Najtrudniejsze w zawodzie lekarza jest umiejętność trzymać twarz. Całe życie uczymy się, jak stawiać diagnozy, jak składać fragmenty informacji, by w końcu uzyskać pełny obraz. Ćwiczymy obserwację, cierpliwe czekanie, interwencję tylko wtedy, gdy jest konieczna, i natychmiastowe podejmowanie adekwatnych decyzji. Nigdy nie uczono nas aktorstwa, a jednak po trudnej operacji, w środku nocy, po przetarciu oczu lodowatą wodą, zanim zdąży się wydychać i wytrzeć krew, którą przypadkowo wciągnęły klapki, muszę zejść na przyjęcie i przywitać nowego pacjenta z prawdziwym uśmiechem.

To właśnie to najważniejsze uśmiechać się szczerze, kiedy przywozi nas kareta pogotowia, pokazać przerażonej i zagubionej osobie, iż jest bezpieczna, iż cieszymy się, iż przyjechała, iż czekamy, by ulżyć, pomóc i wyleczyć. Nikt nie uczy nas, iż chorej osobie jest strasznie. Niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy profesjonalistami i jak radzimy sobie w najcięższych sytuacjach, musimy potrafić trzymać twarz, bo strach zniekształca rzeczywistość własną i cudzą.

Za progiem szpitala chorują Twoi rodzice, dzieci zagubiły klucze i siedzą na schodach, czekając na kogoś; w oddziale intensywnej terapii nie stabilizuje się ciężarna z nienarodzonym, a w sali operacyjnej pielęgniarka ma kryzys nadciśnienia. To wszystko wiruje w Twojej głowie, ale gdzieś tam, ponad Twoją twarzą, trzeba zachować spokój. Trudno utrzymać twarz, zwłaszcza gdy zdajesz sobie sprawę, iż masz piętnaście minut do katastrofy.

Pokonuję własny strach, wydaję wszystkie niezbędne rozkazy, spokojnie wyjaśniam pacjentce, dlaczego działamy tak szybko, uspokajam ją i jej bliskich, zdobywam zgodę na operację i biegnę w stronę wózka. Biegam, rozbierając się w biegu, wciąż trzymając twarz. Potem, schodząc ze sceny, nie idę na scenę, ale za kulisy.

Najtrudniej jest, gdy katastrofa już nastąpiła. Wtedy także muszę trzymać twarz, zapominając o chłodzie w sercu, rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać z pacjentami, z ich rodzinami, z nieznajomymi, z samym sobą, z Bogiem, z zatrzaśniętymi myślami, z przełożonymi, znów z rodzinami pacjentów, z samym sobą. Dopóki nie wypuszczę tego okrutnego bólu z klatki i nie wykonam pełnego wdechu, rozumiejąc, iż kolejny dyżur, twój osobisty znak na sercu, już się wyrył.

Po godzinie, zjeżdżając na konsultację do kolejnego chorego, przez cały czas trzymam twarz, trzymam się mocno, niepostrzeżenie przetarwając skórę pod lewą obojczykiem. Bo lekarze popełniają błędy. Absolutnie wszyscy. choćby ci, co mówią, iż od Boga. Są ludźmi. Nie popełniają ich jedynie ci, którzy nie pracują. choćby najprecyzyjniejszy sprzęt się myli, bo został zrobiony przez ludzi. Ludzie z natury się mylą.

Najstraszniejsze jest zrozumieć, kiedy popełniło się błąd. Myślisz wciąż o tym momencie, w którym mogłeś zrobić inaczej. Nie ma odpowiedzi, jaki byłby wynik, gdyby tak było. Już nigdy się tego nie dowiesz. Gdy patrzyłeś na całkiem normalną kardiografię zmęczonymi oczami, które przez lata przyzwyczaiły się do tej zmęczenia; gdy nie zwróciłeś uwagi na całkiem prawidłowy wynik, którego nikt by nie zauważył; gdy dawkowałeś leki tak, jak wskazują protokoły; gdy nie przybyłeś na czas albo przybyłeś za wcześnie; gdy patrzyłeś na prześwietlenie i nic nie dostrzegłeś, albo zobaczyłeś coś niewłaściwego twoje oczy były takie same jak wczoraj i miesiąc temu. Gdy ręka z niespodziewanie ścisnęła skalpel i zacisk wypłynął z naczynia, dlaczego wczoraj, przedwczoraj, rok temu nie wypłynął? Może dlatego, iż sześć dyżurów w dwa tygodnie to dużo? A w domu leży matka po udarze.

Zwykłe jest to, iż w medycynie czas jest względny, a wszyscy bliscy od lat czekają na ostatnim honorowym miejscu. Najstraszniejsze jest nie zrozumieć, co konkretnie zrobiło się nie tak, bo wtedy może się powtórzyć. Ile jeszcze książek trzeba przeczytać, szkoleń przejść, nocy nie spać, by tego uniknąć? Kto to powie? A jak odgonić myśl, iż istnieje jeszcze statystyka? Straszna statystyka medyczna, bezdusznym głosem liczb, mówi, iż na tysiąc porodów, operacji, zabiegów przypada trzy, pięć, dziesięć komplikacji. Na całym świecie. Każdego dnia. Każdego miesiąca. Każdego roku. Musi być czyjeś życie, czyjeś zdrowie, czyjaś tragedia. Taka właśnie jest czyjaś.

Co ma zrobić lekarz, gdy znajdzie się w tej statystyce? Stać przed konkretnymi ludźmi, które ogarnęło żałobne cierpienie, i mówić: Oto ja. Wasz zabójca. Czy ktoś potrafi wyobrazić sobie taką sytuację? Gdy setki, tysiące ludzi cierpią, a ty stoisz naprzeciw. Dla nich jesteś jedyną przyczyną ich niezmierzonego smutku. Oto ja. Zniszczony. Dlaczego, kiedy lekarz pomyli się raz, zapomina się o dziesiątkach tysięcy razy, gdy miał rację? Lekarze popełniają błędy, bo są ludźmi. Bogowie nie popełniają błędów. To ich świat, ich stworzenie, ich statystyka. Im więcej pracuję, tym bardziej rozumiem, iż tylko wybrani mogą pojąć ich zamysł. My nie jesteśmy wybrani. Jesteśmy zwyczajni. Zwyczajni ludzie. Zwyczajni lekarze.

Idź do oryginalnego materiału