Połowę mojego dzieciństwa spędziłam razem z moją siostrą bliźniaczką, Malwiną, w domach dziecka w Lublinie, gdzie każdy dzień był jak kalejdoskop sennych obrazów głośne stukotanie kluczy po korytarzu, sufit wirujący tuż nad naszymi łóżkami, obce twarze migające w cieniu. W końcu, jakby wyłaniając się z mlecznej mgły, pojawiła się nasza ciotka, Jadwiga, siostra mamy. Gdy tylko osiągnęła osiemnasty rok życia pamiętam, iż padał wtedy śnieg, choć to był maj zabrała nas do swojego mieszkania otoczonego kwitnącymi bzemami. Z czasem ona, a potem jej mąż, pan Zdzisław, stali się dla nas rodzicami. Kocham ich mocno, na swój dziwny, senny sposób, wdzięczna za każdy kubek herbaty i ciepły kocyk w zimowe noce.
W dniu naszych osiemnastych urodzin podjechaliśmy pod nieco już rozchwiany blok przy alei Racławickich w Lublinie. Tam, w trzypokojowym mieszkaniu, powietrze pachniało starą podłogą i wilgocią. To mieszkanie kiedyś należało do naszych rodziców, a przez lata było wynajmowane studentom i nauczycielom muzyki. Ciocia z wujkiem zaproponowali coś, co brzmiało jak scena z absurdalnej, podlaskiej ballady: sprzedajcie mieszkanie, podzielcie się pieniędzmi i każda kupcie sobie nowe gniazdko. Brzmiało dobrze, jak nowa karta w rozdziale tego lekko nierealnego snu.
Mieszkanie okazało się warte niemało ponad pięćset tysięcy złotych. Każda z nas dostała swoją część. Ja, Weronika, kupiłam przytulne dwupokojowe mieszkanie na osiedlu Piastowskim, wspierając się kredytem, który przez rok spłacałam niemal mechanicznie, jakbym śniła ten monotonny rytuał. Potem zaczęłam remontować, wybierając meble w kolorach sennych mgieł, skręcając szafę, która wydawała się mieć nieskończoną liczbę śrubek.
Rodzice ciocia i wujek patrzyli na mnie z wyraźnym zadowoleniem, jakby widzieli we mnie odbicie starych fotografii rodzinnych. Za to moja siostra Malwina wciąż przeżywała sen na jawie: kupowała błyszczące gadżety, jadła w drogich restauracjach i wyjeżdżała na wycieczki do włoskiej Wenecji i hiszpańskiej Granady, marząc o nowych przygodach, zamiast o stabilności.
W końcu ciotka Jadwiga nie wytrzymała tego baletu i postawiła sprawę jasno: albo kupisz mieszkanie, Malwino, albo wyrzucam cię na ulicę, zanim wszystko przehulasz. Po tych słowach świat na chwilę przestał wirować. Malwina została z taką ilością pieniędzy, która nie wystarczała na zakup własnego gniazda zaczęła więc wynajmować pokój na Sławinku.
W tej dziwnej przestrzeni poznała Dominika, chłopaka z dłońmi pachnącymi świeżym chlebem. Zamieszkali razem, zaczynając oszczędzać na własne marzenia, a mnie ogarnęła ulga, jakby wszystkie sny stały się lżejsze o kilka kilo.
Wkrótce w pracy dostałam awans, rodzicom zaczęłam pomagać bardziej świadomie, wyjechałam też na wakacje do Zakopanego, gdzie poznałam Łukasza wysokiego bruneta o oczach głębokich jak mazurskie jeziora. Mieliśmy razem zamieszkać i planowaliśmy wspólną przyszłość zanurzoną w rzeczywistości zmiękczonej snem.
Niedługo po początku tej opowieści, pewnego popołudnia, zebraliśmy się wszyscy w moim urządzonym jak senny labirynt mieszkaniu. Malwina ogłosiła, iż spodziewa się dziecka, a jej głos płynął falującym strumieniem, jakby śniła na jawie o czynszach, których nie da się zapłacić, o braku miejsca, lodówce pełnej niedomkniętych drzwi i rachunkach większych niż pensje.
Siedziałam na miękkim fotelu, a obrazy odbijały się od ścian, nie do końca rozumiejąc sens tej opowieści, aż Malwina spojrzała na mnie z rozmarzonym, sennym uśmiechem:
Wiesz co, Weronika Oddaj mi swoje mieszkanie. Za chwilę będę musiała rodzić, ty i tak jesteś sama, a możesz przenieść się do cioci, im zostanie wolny pokój powiedziała, a jej słowa płynęły jak obłoki o brzasku.
Popatrzyłam na Malwinę i czułam, iż zapadam się w tej rozmowie jak w puchatą pierzynę, ale odpowiedziałam stanowcze nie. Malwina rozpłakała się, zabrała Dominika pod ramię i wyszli jakby zniknęli we mgle, która opadła w korytarzu.
Później Malwina jeszcze kilka razy dzwoniła, szukając chociaż szczeliny we śnie, ale ja byłam nieugięta. Dostałam to mieszkanie nie tylko przez szczęście, ale przez wysiłek, remont, nocne ślęczenie nad budżetem, a teraz miałabym to oddać?
To nie moja wina, iż Malwina śniła swoje życie inaczej, nie myśląc o jutrzePewnej nocy śniło mi się, iż wracam do dziecięcego pokoju obok Malwiny, w tym samym domu dziecka przy ulicy Narutowicza. Korytarze pachniały starymi książkami i mrozem, a nasz pokój był ciepły, bezpieczny tyle iż tym razem potrafiłam zamknąć drzwi od środka. W oknie kwitły bzy, jakby przywędrowały za mną przez lata. Gdy się obudziłam, wiedziałam, iż przeszłości nie da się już ani oddać, ani wyśnić komuś na nowo. Moje mieszkanie jest moim spokojem, moim dorosłym snem, zdobytym, wyremontowanym, poplamionym farbą i szczęściem własnych wyborów.
Kilka miesięcy później odwiedziłam Malwinę. Jej mieszkanie było niewielkie, ale wypełnione cichym śmiechem Dominika i niemowlaka, który spał zawinięty w koc kołysany jej dłonią. Na stole parowały dwie herbaty. Malwina uśmiechnęła się do mnie z lekkim zmęczeniem i pogodziłyśmy się bez słów. W jej oczach nie było już pretensji została tylko cienka nić porozumienia, tak jak kiedyś, gdy w dzieciństwie łapałyśmy się za ręce i czekałyśmy na cień ciotki na końcu korytarza.
Wróciłam do siebie, otwierając drzwi mieszkania, w którym wyczuwałam zapach marzeń, własnych i zdobytych z trudem. Czasem wirowały w nim jeszcze sny o zimowych nocach, o ciotce krojącej chleb, o Malwinie śmiejącej się pod bzem ale już nie bałam się przebudzenia.
Bo zrozumiałam, iż dom to nie ściany, ale pamięć o tych, którzy dali ci miłość wtedy, gdy śniło się najciemniej. A moje mieszkanie było małe, ciche i naprawdę, wreszcie, wyłącznie moje.













