Kasia Wrzesień pracowała w kinie Helios przy Alei Solidarności w Gdyni od siedmiu lat. Znała tam każdy kąt: skrzypiącą trzecią stopień na schodach do sali numer cztery, zapach popcornu, który wsiąkał w włosy tak mocno, iż choćby po prysznicu czuła go rano, plakat "Diuny" wiszący krzywo od miesiąca, bo nikt nie miał czasu go poprawić.
Tego wieczoru, w piątek, do kasy podeszła kobieta w granatowym płaszczu. Zamówiła bilet na osiemnastą trzydzieści, a potem, już przy odbiorze, spytała cicho:
— A ten zestaw z wiaderkiem… to jeszcze jest?
Kasia wskazała na stojak obok lady. Metalowe wiaderko z żaglówką wymalowaną z boku, obok niego kubek z tym samym motywem, pełny popcornu i coli w gratisie.
— Ostatnie trzy sztuki zostały.
Kobieta kupiła jeden i wyszła zadowolona. Kasia zapisała w zeszycie, który trzymała pod ladą, choć nie musiała — kierownik miał system w komputerze. Ale zeszyt był jej, prywatny, i w nim notowała rzeczy, które ją bawiły albo złościły. Tego dnia napisała: "Zestaw z żaglówką — ostatnie trzy. Ludzie oszaleli."
Bo rzeczywiście oszaleli. Od tygodnia telefon przy kasie dzwonił bez przerwy — ludzie pytali o promocyjny komplet z metalowym wiaderkiem na prawie cztery litry popcornu albo słodkich chrupek i o firmową butelkę na napój, do której nalewano siedemset pięćdziesiąt mililitrów coli z dystrybutora. Cena zestawu — dwadzieścia dziewięć złotych dziewięćdziesiąt dziewięć groszy, śmiesznie mało jak na to, ile ludzie byli gotowi za niego zapłacić na allegro już następnego dnia.
Kierownik, Marek Lubański, człowiek około pięćdziesiątki z wąsem, który nosił od czasów, kiedy jeszcze działał tu kinooperator taśmowy, wpadł do kasy w środę rano z twarzą czerwoną jak obrus w barze szybkiej obsługi na parterze.
— Wrzesień, mamy problem.
Kasia odłożyła telefon, w którym sprawdzała grafik na weekend.
— Jaki problem?
— Ktoś z naszych sprzedaje zestawy poza systemem. Centrala dzwoniła. Podobno w internecie ludzie chwalą się, iż kupili komplet "po znajomości", bez kolejki, za gotówkę bez paragonu. Trzydzieści sztuk zniknęło z magazynu, a w kasie nie ma śladu.
Kasia poczuła, jak coś ściska jej żołądek. Nie dlatego, iż coś zrobiła. Dlatego, iż wiedziała, kto mógł to zrobić, i nie chciała, żeby to była ona.
— To nie ja — powiedziała od razu.
— Wiem, iż nie ty. — Marek usiadł na krześle przy kasie, na którym zwykle nikt nie siadał, bo skrzypiało jak stara furtka. — Ale to ktoś ze zmiany wieczornej. Ty, Bartek albo Natalia.
Bartek Osiński pracował w kinie od trzech miesięcy, student informatyki z Politechniki Gdańskiej, chłopak cichy, zawsze z telefonem w kieszeni fartucha, ale nigdy go nie sprawdzał przy klientach. Natalia Chmiel była tu dłużej niż Kasia, matka dwójki dzieci, mąż od pół roku bez stałej pracy, bo firma budowlana, w której robił, splajtowała po tym, jak inwestor z Warszawy nie zapłacił za kontrakt.
Kasia znała tę historię, bo Natalia opowiadała ją w kuchence socjalnej, mieszając kawę rozpuszczalną łyżeczką, która głośno stukała o szklankę. Mówiła, iż nie wie, z czego zapłacić za przedszkole syna w październiku — sześćset złotych miesięcznie, a na koncie zostało trzysta.
Marek zwołał zebranie na czwartek po zamknięciu. Siedzieli w pomieszczeniu socjalnym — Kasia, Bartek, Natalia i sam kierownik. Na stole stał termos z herbatą, którego nikt nie tknął. Za oknem przejeżdżał tramwaj numer dwadzieścia jeden, jego szyny piszczały na zakręcie przy stacji SKM, i ten dźwięk wchodził w ciszę pokoju jak coś obcego.
— Ktoś z was bierze zestawy z magazynu i sprzedaje je bez ewidencji — powiedział Marek. — Chcę, żeby ta osoba sama się przyznała. Bo jak centrala znajdzie winnego przez kontrolę, to będzie zwolnienie dyscyplinarne i zgłoszenie do prokuratury za kradzież mienia.
Bartek wpatrywał się w blat stołu. Natalia trzymała ręce na kolanach, złożone, jakby się modliła.
— Ja nic nie brałam — powiedziała cicho.
Kasia spojrzała na nią i zobaczyła coś, czego wcześniej nie zauważyła: paznokcie Natalii, obgryzione do żywego mięsa po bokach, chociaż jeszcze w zeszłym tygodniu miała na nich lakier w kolorze koralowym.
Zebranie skończyło się niczym. Marek zapowiedział, iż w piątek przyjedzie kontroler z centrali i przejrzy nagrania z kamer w magazynie od ostatnich dwóch tygodni.
Tej samej nocy, gdy Kasia wracała do domu na Chylonię, przystanek autobusowy był pusty, tylko jakiś pies bez smyczy obwąchiwał kosz na śmieci przy przystanku, a z okna sąsiedniego bloku dobiegał dźwięk wieczornych wiadomości — spiker mówił coś o kolejnej podwyżce cen prądu. Telefon Kasi zawibrował. SMS od Natalii.
"Możemy pogadać? Nie przez telefon. Jutro przed zmianą?"
Spotkały się na ławce przy kinie, piętnaście minut przed dziewiątą. Natalia miała podkrążone oczy i trzymała w ręku papierową torbę z Biedronki, z której wystawał róg pudełka płatków śniadaniowych.
— To ja — powiedziała bez wstępu. — Brałam zestawy. Sprzedawałam koleżankom z osiedla i przez grupę na Facebooku. Po pięćdziesiąt złotych za sztukę, bez paragonu.
Kasia milczała. Obok przejechał rowerzysta, dzwoniąc dzwonkiem na kogoś, kto przechodził przez ścieżkę bez patrzenia.
— Ile razy?
— Osiemnaście sztuk. — Natalia patrzyła na swoje ręce. — To osiemset dziewięćdziesiąt dwa złote. Chciałam oddać po pierwszej wypłacie Tomka, ale on ciągle nie ma pracy, a przedszkole… — Urwała.
— Musisz powiedzieć Markowi. Jutro przyjeżdża kontroler, zobaczą to na nagraniach z magazynu.
— Wiem. — Głos Natalii się załamał. — Ale jak powiem, to koniec. Zwolnienie, może i sprawa karna. Kasia, ja nie mam czym zapłacić adwokatowi, nie mam czym zapłacić za nic.
Kasia patrzyła na nią długo. Myślała o tym, jak Natalia zawsze zostawała po zmianie, żeby pomóc jej sprzątnąć salę, kiedy Kasia miała migrenę. Myślała o synku Natalii, którego widziała raz, gdy przyszedł po mamę do kina, mały chłopiec w za dużej kurtce po starszym kuzynie.
Ale myślała też o Marku, który zaufał jej, kiedy dał jej klucze do magazynu w zeszłym roku. I o tym, iż kłamstwo, choćby z litości, jest wciąż kłamstwem.
— Nie powiem za ciebie nic — powiedziała w końcu. — Ale ty musisz powiedzieć sama. Dziś, zanim przyjedzie kontroler. To jedyna szansa, żeby to nie wyglądało gorzej, niż jest.
W piątek rano, przed otwarciem kina, Natalia weszła do biura Marka i zamknęła za sobą drzwi. Kasia siedziała przy kasie i słyszała przez ścianę podniesiony głos, potem ciszę, potem znowu głos, już spokojniejszy.
Po czterdziestu minutach Natalia wyszła z biura z czerwonymi oczami, ale bez łez na twarzy. Podeszła do Kasi.
— Powiedziałam wszystko. Marek dzwonił do centrali. Nie będzie sprawy karnej, jeżeli oddam pieniądze w ciągu trzech miesięcy i się zwolnię. Napisałam wypowiedzenie.
Tego samego dnia Kasia zobaczyła, jak Natalia siada w pokoju socjalnym z kartką papieru i długopisem, licząc coś na marginesie — sumę do spłaty podzieloną na raty. Osiemset dziewięćdziesiąt dwa złote podzielone na trzy miesiące dawało niecałe trzysta złotych miesięcznie. Natalia przekreśliła tę liczbę i napisała inną, mniejszą, bo dogadała się z Markiem na cztery raty zamiast trzech.
Kierownik nie zgłosił sprawy na policję. Zamiast tego kazał Natalii podpisać ugodę — spłatę długu w ratach po dwieście dwadzieścia trzy złote miesięcznie przez cztery miesiące, przelewem na konto firmowe, z dopiskiem w tytule "zwrot towaru". Papier trzymał w segregatorze w swoim biurze, obok umów o pracę.
Bartek dostał przeprosiny od Marka za to, iż w ogóle był podejrzewany. Wrócił do swojej zmiany, jakby nic się nie stało, tylko teraz zawsze zerkał na Natalię z jakimś dziwnym współczuciem, kiedy mijali się w magazynie.
Kasia widziała Natalię jeszcze raz, trzy tygodnie później, przypadkiem, na Alei Solidarności, niedaleko przystanku. Natalia niosła siatkę z zakupami i machnęła do niej ręką.
— Znalazłam pracę — powiedziała, podchodząc bliżej. — W markecie na Chwarznie, na kasie. Gorzej płacą, ale kierowniczka nie robi problemów.
— A rata?
— Zapłaciłam już dwie. — Natalia poprawiła siatkę na ramieniu. — Zostały dwie. Tomek zaczął dorabiać na budowie znajomego, więc jakoś idzie.
Kasia skinęła głową i poszła dalej, w stronę przystanku, gdzie już podjeżdżał jej autobus numer sto trzydzieści jeden. Nie czekała na nic więcej — ani na podziękowania, ani na wyjaśnienia, których zresztą już nie potrzebowała. Wsiadła, usiadła przy oknie i patrzyła, jak Aleja Solidarności znika za rogiem, a w kieszeni fartucha, którego jeszcze nie zdążyła zdjąć po zmianie, poczuła paragon za kawę, którą kupiła w przerwie — trzy złote osiemdziesiąt, drobna suma, którą tego wieczoru zanotowała w swoim prywatnym zeszycie razem z resztą dnia, bez żadnego komentarza.











