Absolwent podstawówki może nie usłyszeć o Bierucie, Gierku i Jaruzelskim, ale musi poznać „Inkę” i „Janka Wiśniewskiego”
Wielki francuski historyk Fernand Braudel uważał, iż historia „jako krytyczna refleksja nad przeszłością jest odpowiedzią na problemy, pytania i niepokoje dnia dzisiejszego”. Dlatego szczególną wagę przywiązywał do nauczania w szkole „tej najbardziej wymagającej, najnowszej i najbardziej interesującej spośród nauk o człowieku”. „Trzeba wzbudzić w młodych ludziach zainteresowanie i pomóc im zrozumieć świat, w którym przyjdzie im żyć i któremu przyjdzie im stawić czoło”, pisał w „Gramatyce cywilizacji” (Warszawa 2006, s. 9).
Czy taki sposób myślenia bliski jest ludziom kierującym polską edukacją? Można mieć co do tego wątpliwości – i dotyczy to wszystkich kolejnych ekip rządowych. Historia odgrywa bowiem w Polsce rolę szczególną, będąc nie tylko nauką (ten wymiar jest w zasadzie ograniczony do wąskich środowisk akademickich), ale przede wszystkim narzędziem oddziaływania elit politycznych i medialnych na ogół społeczeństwa. Stąd niewielkie zapotrzebowanie na historię jako rzetelną wiedzę o wydarzeniach i procesach z przeszłości, za to ogromne na propagandę historyczną, która ma służyć kształtowaniu obywateli i wyborców w duchu określonej ideologii (choć oczywiście nikt tego wprost nie mówi, a i samego słowa ideologia nikt nie używa, chyba iż jako zarzutu wobec przeciwników).
Nic dziwnego, iż szkolne nauczanie historii zawsze padało ofiarą propagandy historycznej, gdyż państwowy system oświaty stanowił i przez cały czas stanowi ogromną pokusę dla polityków i ich ideologów. Tak było w czasach zaborów, gdy ze szkoły próbowano uczynić narzędzie rusyfikacji i germanizacji. Tak było w II RP, gdzie szkoła miała ukształtować obywateli lojalnych tyleż wobec niepodległego państwa, co wobec jego elity rządzącej, która tę niepodległość wywalczyła. Tak było oczywiście również w Polsce Ludowej, bo choć stopień ideologizacji edukacji historycznej słabł wówczas z każdą dekadą, nie ulegało wątpliwości, iż właśnie historia miała być uzasadnieniem istnienia tego państwa, jego ustroju i położenia geopolitycznego.
Natomiast po roku 1989 nastąpił po części powrót do przedwojennej propagandy historycznej, a po części odreagowanie schematów PRL-owskich poprzez ich proste, czasem wręcz prostackie, odwrócenie: klerykalizm w miejsce antyklerykalizmu, antykomunizm w miejsce „rewolucyjnych tradycji”, antysowietyzm w miejsce „przyjaźni ze Związkiem Radzieckim”. Przy czym im większy wpływ na oblicze III RP zdobywała prawica, tym bardziej było to widać w szkolnych programach i podręcznikach.
Skrajnym tego przykładem stał się wprowadzony pod koniec rządów PiS nowy przedmiot dla szkół średnich, o nazwie historia i teraźniejszość, do którego kwintesencję prawicowej wizji świata i jego dziejów stanowił podręcznik prof. Wojciecha Roszkowskiego. Słuszne oburzenie na to „dzieło” nie powinno jednak przysłaniać faktu, iż ten sam prof. Roszkowski w pierwszej dekadzie III RP był czołowym autorem podręczników do historii zatwierdzanych przez kolejne ekipy – choćby niemające nic wspólnego z prawicą – które kierowały resortem edukacji. Współautorką tych podręczników była zresztą wiceminister Anna Radziwiłł, politycznie związana z Unią Wolności.
Kompas 26
A ponieważ polska prawica jest coraz radykalniejsza, to i jej stosunek do historii się zradykalizował, w czym największy udział ma oczywiście Instytut Pamięci Narodowej, a w tej chwili także wywodzący się z IPN lokator Pałacu Prezydenckiego. Pod prostacką wizją historii, jaką publicznie głosi dr Nawrocki, żaden szanujący się uczony by się nie podpisał, a jednak to właśnie Nawrocki i jego byli podwładni z IPN mają największy wpływ na kształtowanie świadomości historycznej nie tylko młodych pokoleń.
W tej sytuacji wprowadzenie przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nowej podstawy programowej z historii wydaje się zadaniem mocno ryzykownym. Oczywiście „Reforma26. Kompas Jutra” obejmuje wszystkie przedmioty szkolne, więc nie tylko historia będzie budziła emocje przeciwników obecnego rządu. Wielkie rozgorączkowanie wywołuje choćby nowy przedmiot – edukacja zdrowotna. Nie miejmy jednak złudzeń, nowa podstawa programowa z historii też stanie się narzędziem walki politycznej, choć może jeszcze nie teraz.
Od 1 września br. weszły bowiem zmiany w klasie IV szkoły podstawowej – czyli tej, w której zaczyna się edukacja historyczna – natomiast 1 września 2027 r. nowe podstawy programowe wejdą w pierwszych klasach szkół ponadpodstawowych. I to wtedy należy się spodziewać głównego ataku na „Reformę26”, tym bardziej iż będzie to najgorętszy okres kampanii wyborczej i żadna z prawicowych partii nie zmarnuje okazji, by uderzyć w „antypolską” politykę „lewackiej” ministry Barbary Nowackiej w „niemieckim rządzie Tuska”.
To zaś oznacza, iż na żadną sensowną dyskusję na temat edukacji historycznej w Polsce nie ma co liczyć. A szkoda, bo dyskusja taka bardzo by się przydała – i to z udziałem prawdziwych fachowców, a nie krzykliwych polityków i rozgorączkowanych ideologów. Na szczęście jednak głos takich fachowców jakoś dochodzi do resortu edukacji, gdyż „Reforma26. Kompas Jutra” w zakresie historii idzie w kierunku, na jaki dotąd nie było szans. W oficjalnym dokumencie ministerialnym wymienione są postulaty nauczycieli – uzyskane w ramach konsultacji społecznych – które „starano się uwzględnić w nowej podstawie”:
- ograniczenie wymaganych treści, tak by realizacja głównych zapisów podstawy programowej stała się wykonalna;
- odejście od encyklopedyzmu – przesunięcie akcentów z pamięciowego opanowywania materiału w stronę rozwijania umiejętności historycznych (analizy i interpretacji, krytycznego myślenia);
- poszerzenie autonomii
Post Czy historii da się sensownie uczyć? pojawił się poraz pierwszy w Przegląd.







