**Dzisiaj w dzienniku…**
„Czy ślub kościelny to jednak coś więcej niż zwykłe mieszkanie razem?” śmiali się mężczyźni z Jadzi.
„Nie pójdę na zjazd po trzydziestu latach od skończenia studiów, będę miała potem depresję. Niech idą ci, co chodzą co roku im nie widać, jak się zmienili” krzyknęła przez telefon do swojej jedynej przyjaciółki, Jadwiga.
„A ty jak teraz wyglądasz, iż się tak boisz?” zdziwiła się Małgorzata. „Widziałyśmy się chyba pięć lat temu i wyglądałaś normalnie. Schudłaś czy co?”
„Co to ma do rzeczy? Po prostu nie chcę i już, nie namawiaj mnie, Gosiu!”
Jadwiga już miała zamiar skończyć rozmowę, licząc, iż Grażyna ją zrozumie i zadzwoni do innych z listy. Ale tym razem przyjaciółka złapała ją żelaznym uściskiem.
„Jadzia, nasze szeregi już i tak się przerzedziły.”
„Co, ktoś odszedł na wieczną wartę?” Jadwiga mimowolnie się przestraszyła. Choć uważała się już za nie najmłodszą, to jednak nie na tyle, by ich rocznik zaczynał zasilać niebiańskie szeregi.
„Nie, no co ty! Po prostu niektórzy wyjechali z kraju. A zmarł u nas Andrzej Kłos, jeszcze dwadzieścia pięć lat temu, całkiem młody mówiłam ci już o tym.”
„Więc nie buntuj się, zbierają się ludzie z naszego roku, cztery grupy, a w praktyce będzie tylko trzydzieści osób. W końcu wydałaś syna za mąż, prawda? No to możesz i trochę się oderwać.”
Małgorzata mówiła coś jeszcze, a Jadwiga znów przypomniała sobie Andrzeja Kłosa. Zawsze miał podkrążone oczy i ciężkie spojrzenie, a chłopaki z grupy uważali go za słabeusza.
A okazało się, iż Andrzej miał słabe serce. Dobrze się uczył, marzył o zbudowaniu pięknego mostu wiszącego w swoim miasteczku, ale nic nie zdążył. A co ona zdążyła, Jadwiga?
Zakochała się w Jacku, brygadziście na budowie, gdzie pracowała po studiach. Jacek pracował w ich mieście na zmianach, a potem wracał do siebie.
Długo się spotykali, Jacek choćby przed wszystkimi nazywał ją żoną. Mówił, iż wolny związek to dowód prawdziwej miłości. Ludzie są razem nie przez papier, ale z uczucia…
A kiedy Jadwiga zrozumiała, iż spodziewa się dziecka, okazało się, iż Jacek nie wrócił z urlopu. Wyszło na jaw, iż ma troje dzieci, a żona zachorowała. Jacek zwolnił się z pracy z powodów osobistych, choćby jej nie powiadamiając.
Jadwiga zrozumiała, iż nie może niczego wymagać od mężczyzny z trójką dzieci i chorą żoną.
Odeszła z budowy, zanim ktokolwiek się zorientował. Tylko jeden z kolegów żartował na pożegnanie:
„No i co, ślub kościelny jednak mocniejszy niż kawalerskie życie?”
Ale Jadwiga już miała to gdzieś. Zaczęła pracować w sklepie spożywczym obok bloku, gdzie załatwiła jej miejsce znajoma z klatki. Umówiły się, iż choćby po urodzeniu dziecka Jadwiga będzie pracować dwa dni w tygodniu.
Jej matka zgodziła się zajmować Maćkiem, skoro córka taka niedorajda i straciła dobrą pracę!
„Sam














