Dar od Boga… Poranek był pochmurny, ciężkie chmury ciągnęły się nisko po niebie, gdzieś w oddali słychać było stłumione grzmoty – zbliżała się burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima właśnie dobiegła końca, ale i wiosna jakby nie spieszyła się z nadejściem. Ciągle było zimno, porywiste wiatry unosiły tumany kurzu i zeszłoroczne liście, młoda trawa ostrożnie przebijała się przez twardą ziemię, a pąki na drzewach nie kwapiły się do ujawnienia swoich skarbów. Przyroda trwała w oczekiwaniu na deszcz – w tym roku śniegu było niewiele, wiatry szalały, ziemia nie odpoczęła, nie nasyciła się wilgocią, nie wyspała się pod śnieżną kołdrą, a teraz niecierpliwie czekała na burzę. Burza miała przynieść upragnioną wodę, obmyć ją z pyłu i kurzu, odrodzić do życia. Dopiero wtedy miała się rozpocząć prawdziwa, kwitnąca, szczodra jak zakochana kobieta, wiosna. Dopiero wtedy ziemia zrodzi zieloną trawę i kolorowe kwiaty, delikatne liście i słodkie owoce na drzewach. Radośnie zaśpiewają ptaki, zaczną budować gniazda pośród młodych liści i kwitnących sadów. Życie trwa dalej. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie! Z kuchni dochodził zapach kawy i jajecznicy. Trzeba było wstać, mimo wczorajszej ciężkiej rozmowy, płaczu Wiktorii, nieprzespanej nocy i bolesnych przemyśleń. Ale trzeba było – życie trwa dalej. Wiktoria wyglądała na wyczerpaną – czerwone oczy, ciemne cienie pod nimi. Nadstawiła policzek do pocałunku, słabo się uśmiechnęła: – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak bardzo czekam na ten deszcz! Kiedy w końcu zacznie się prawdziwa wiosna? Wiesz, kochanie, przypomniały mi się wiersze: Czekam na wiosnę, wybawienia Od zimnych mrozów, od bezdomności. Czekam na wiosnę jak wyjaśnienia Wszelkich życiowych zagubień i trudności. Wierzę, iż gdy przyjdzie, Wszystko się rozjaśni w jednej chwili. Wierzę, ona jedna Może wszystko ułożyć jak należy Szlachetniej, Prościej, Pewniej, Szczerzej. Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź już, przyjdź szybciej! Sasza objął jej drobne ramiona, pocałował schyloną ze smutkiem blond głowę. Włosy pachniały łąką i rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu: Biedna moja ukochana dziewczyna, za co nas Bóg doświadcza? Tyle lat żyli nadzieją… A wczoraj słynny profesor, ich ostatnia nadzieja, przekreślił wszystko: – Bardzo mi przykro, ale nie będziecie mieć dzieci. Sasza, Twój pobyt w Czarnobylu dał o sobie znać. Niestety, medycyna jest wobec tego bezradna. Wiktoria zdecydowanie otarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszku, długo o tym myślałam. Musimy przygarnąć dziecko z domu dziecka. Tyle niewinnych dusz szuka rodziny. Weźmy chłopca, wychowamy go, będziemy mieli synka. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy… – szloch znów ją ogarnął. Sasza tuląc ją, także nie powstrzymał łez. – Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz, kochanie! I wtedy rozległ się potężny grzmot – dom aż się zatrząsł od uroczystego huku. I lunął deszcz. Niebo otworzyło wrota! Bóg wysłuchał naszych modlitw! Wreszcie spadł długo wyczekiwany deszcz, ściana wody, błyskawice i grzmoty niemal nad samym dachem. Sasza i Wiktoria, wtuleni w siebie, wyglądali przez okno, czując przez otwartą kratkę zimne krople, świeży zapach deszczu. Ciemna kurtyna, która zamykała ich dusze, zaczęła się topić, rozpływać, zmywana pierwszym wiosennym deszczem. Chcieli, by trwał jak najdłużej. Ten deszcz – symbol życia, odrodzenia i nadziei! Kilka dni później stali już pod drzwiami domu dziecka. Czekała ich rozmowa, wybór synka, wymarzonego, ukochanego… W głębi duszy kochali już to dziecko. Serce waliło, z emocji brakowało tchu. Sasza nacisnął dzwonek. Drzwi się otworzyły, już na nich czekano. Po rozmowie z dyrektorką, przeszli do sali z dziećmi. Od razu wpadła im w oko dziewczynka, siedząca w mokrych śpiochach na wilgotnej ceratce, brudna koszulka, zaschnięty katar pod noskiem i ogromne, smutne, niebieskie oczy… To dom te dzieci – pomyślał Sasza – schronienie dla porzuconych, niepotrzebnych dusz… Przeszli do następnego pokoju, oglądali schludnie ubrane dzieci w łóżeczkach, siostra opowiadała o każdym, ale w ich głowach tkwiła tamta niebieskooka, smutna dziewczynka. – Saszku, wróćmy do tej biednej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. – Siostro, możemy jeszcze raz zobaczyć tamtą dziewczynkę z pierwszego pokoju? – Ale przecież chcieliście chłopca! Tamta dziewczynka nie jest przygotowana… – Prosimy, pokażcie nam ją jeszcze. Siostra była zaskoczona, ale wrócili do tamtego pokoju. Dziecko umyto, przebrano, na jej twarzy już pojawiały się rumieńce i iskierki radości, gdy tylko ich zobaczyła. Gdy wyciągnęła rączki do nich i próbowała wstać – Wiktoria ścisnęła mocno dłoń Saszy: nóżki dziewczynki były wykręcone, stópki skierowane do tyłu… Sasza podniósł ją – przytuliła się cała. Oboje popłakali się, a siostra wyprowadziła ich do gabinetu dyrekcji. Dyrektorka opowiedziała historię dziewczynki: Lena – ósme dziecko starszych rodziców z północnej wioski. Urodzona z poważną wadą nóg. Ojciec od razu zrezygnował z dziecka, nie było pieniędzy na operacje. Tak Lena trafiła do sierocińca. – Zdecydujcie sami, czy chcecie takie dziecko – powiedziała dyrektorka – Operacje mogą pomóc, ale potrzeba lat pracy, pieniędzy i ogromnej miłości. Dała im adres profesora z Gdańska, który dokładnie wyjaśniłby, co czeka rodziców. Dostali miesiąc do namysłu. Pierwszego dnia po powrocie do domu Sasza i Wiktoria już wiedzieli – biorą Lenę. Profesor zapewnił: operacje mogą uratować nogi, wszystko da się naprawić. Sasza przekalkulował, czy starczy na leczenie, jeżeli sprzedadzą samochód i niedokończony dom. Najważniejsze – by Lena była zdrowa. Po miesiącu znów stoją pod znajomymi drzwiami. Sasza z bukietem różowych piwonii, Wiktoria z torbą prezentów. Łzy wdzięczności kręcą się w oczach dyrekcji. Kolejne dziecko znajduje dom… Lena rośnie, pojawiają się rumieńce, uczy się mówić, sama je. Operacje przynoszą efekty – nogi prostują się. W wieku pięciu lat Lena idzie do przedszkola, potem do szkoły; okazuje się utalentowaną rysowniczką. Udziela się w konkursach, jej prace zachwycają. Jest wesoła, aktywna, przyjazna. Ukochany „tatuś” Sasza nie może bez niej żyć – Lena to jego słoneczko, jego świat. Po latach przeprowadzają się do Gdańska, Lena idzie do prestiżowej szkoły. To piękna, niebieskooka dziewczynka, z długim blond warkoczem. Dar od Boga – tak mówią o niej wszyscy, którzy ją znają i kochają…

newskey24.com 3 dni temu

Dar Boży

Poranek był pochmurny, ciężkie, ołowiane chmury przesuwały się nisko nad Warszawą, gdzieś w oddali słychać było głuche pomruki grzmotu. Zbliżała się burza. Pierwsza burza tej wiosny.

Zima już odeszła, ale i wiosna nie kwapiła się, by w pełni objąć swoje rządy. Wciąż było chłodno, zerwał się przenikliwy wiatr, chmury kurzu unosiły zeszłoroczne liście i pędziły je przez podwórza. Nieśmiało, przez twardą, zbitą jeszcze ziemię przebijała się młoda trawa. Pąki na drzewach wciąż nie chciały ukazać swoich tajemnic.

Przyroda wyczekiwała deszczu. Zima była w tym roku sucha i wietrzna, ziemia kilka odpoczęła, nie nasyciła się wilgocią, nie zaznała snu pod białym puchem, i teraz czekała na burzę z utęsknieniem.

Burza przyniesie oczekiwaną wilgoć, napoi ją obfitym deszczem, zmyje kurz, przywróci życie. Wtedy naprawdę zacznie się wiosna bogata, kolorowa, jak młoda, pełna miłości kobieta.

Ziemia zrodzi wtedy soczystą trawę i barwne kwiaty, drżące liście i słodkie owoce na drzewach. Radosne ptasie śpiewy rozbrzmią wśród zieleni kwitnących sadów, rozpoczną stawianie gniazd. Życie toczy się dalej.

Staszek, śniadanie! zawołała Hania. Kawa stygnie!

Z kuchni dochodził zapach kawy i jajecznicy. Trzeba wstać. Po wczorajszej rozmowie, łzach Hani, nieprzespanej nocy i ciężkich myślach, chciałoby się zostać w łóżku. Ale trzeba życie toczy się dalej.

Hania też wyglądała na przytłoczoną, oczy miała czerwone, pod nimi cienie. Podstawiła bladą policzek do pocałunku, słabo się uśmiechnęła.

Dzień dobry, kochany! Chyba będzie burza. Boże, jak ja czekam na deszcz! Kiedy w końcu zacznie się prawdziwa wiosna? Słuchaj, przypomniały mi się wiersze:

Czekam na wiosnę, jak na zbawienie
Od zimowego chłodu bez nadziei.
Czekam na wiosnę, jak na wyjaśnienie
Wszystkich życiowych moich niepewności.
Wciąż mam nadzieję, iż przyjdzie,
Wszystko rozjaśni się nagle,
Wciąż mam nadzieję, iż tylko ona
Może wszystko zmienić na lepsze,
Szlachetniej, prościej,
Pewniej, prawdziwiej.
Gdzie jesteś wiosno? Przyjdź, proszę!

Objąłem jej wąskie ramiona, pocałowałem w pochyloną, jasną głowę. Włosy pachniały polną łąką i rumianek. Serce ścisnęło mi się z żalu. Biedna moja Hania, za co Bóg nas tak doświadcza? Żyliśmy chociaż nadzieją, dawała nam siłę przez te wszystkie lata.

A wczoraj profesor, nasza ostatnia nadzieja, rozwiał wszystko jednym zdaniem.

Bardzo mi przykro, ale Państwo nie mogą mieć dzieci. Staszek, Twój pobyt pod Zamościem, po wybuchu w elektrowni, zostawił ślad. Niestety, medycyna jest tu bezsilna. Przykro mi, ale nie mogę pomóc.

Hania stanowczo otarła oczy i potrząsnęła włosami.

Staszek, długo myślałam i postanowiłam. Musimy adoptować dziecko z domu dziecka. Jest tyle biednych dzieci, możemy wziąć chłopca, wychowamy go, będzie nasz synek. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy, Staszek, tyle lat. Łzy znów polały się z jej oczu. Przytuliłem ją mocno i sam nie mogłem powstrzymać łez.

Oczywiście, zgadzam się! Nie płacz, kochanie.

W tej samej chwili rozległ się potężny grzmot, aż ściany zadrżały. I lunął deszcz. Niebiosa się otwarły! Wreszcie, Pan Bóg wysłuchał naszych modlitw!

Oczekiwany deszcz sypał się z nieba strugami. Nagle zrobiło się ciemno, jakby nastał wieczór. Wciąż grzmiało i błyskało, aż pod samym dachem. Z Hanią objęliśmy się i staliśmy przy otwartym oknie przez szparę wpadały zimne krople, zapach deszczu działał pokrzepiająco.

Ciemna zasłona, która jeszcze niedawno zalegała nad naszymi sercami, zaczęła się rozpływać, zmywał ją pierwszy, prawdziwie wiosenny deszcz. Chciałem tylko, żeby padał jak najdłużej. Ten długo wyczekiwany deszcz symbol życia i odnowy!

Kilka dni później stanęliśmy pod drzwiami domu dziecka. Dostaliśmy termin spotkania. Przyszliśmy wybrać synka, tego oczekiwanego, wymarzonego, co już miał na imię w naszych myślach Wojtuś, Witek. Już go kochaliśmy, choć jeszcze nie widzieliśmy. Kochałem go miłością, która gromadziła się we mnie przez lata pragnień, pragnień posiadania dziecka, opieki nad nim, nauki.

Serce waliło, aż brakowało tchu. Nacisnąłem dzwonek. Drzwi się otworzyły, czekano już na nas.

Rozmowa z panią dyrektor odbyła się już wcześniej, teraz zaprowadzono nas do dzieci, które mogłyby zostać naszym synem. W pierwszym pokoju, do którego weszliśmy, zauważyłem dziewczynkę – siedziała w przemoczonej piżamce na wilgotnej podkładce.

Brudna koszula, zaschnięty katar pod nosem, wielkie, błękitne oczy, smutno patrzące na dorosłych. Od tego dziecka biło opuszczenie i smutek. Zabolało mnie serce. Tak wygląda dom dziecka przytułek dla porzuconych.

Przeszliśmy do kolejnych pomieszczeń. W łóżeczkach leżały niemowlęta, każde starannie ubrane, na świeżych pościelach. Siostra ostrożnie wyjmowała je z łóżeczek, pokazywała z każdej strony. Pomyślałem, jak na rynku A my jak klienci. Jeszcze tylko cena za kilo.

Staszek, wróćmy do tej biednej dziewczynki wyszeptała Hania. Ścisnąłem jej ramię.

Proszę siostro, chciałbym zobaczyć dziewczynkę z pierwszego pokoju, tę z niebieskimi oczami.

Ale przecież Państwo chcieli chłopca! Ta dziewczynka nie jest przygotowana do pokazywania.

Nie szkodzi, chcemy zobaczyć ją jeszcze raz.

Siostra zmieszała się widocznie, ale zabrała nas z powrotem.

Poczekajcie, zawołam panią Annę Nowak wskazała krzesła.

Hania oparła się o moje ramię.

Staszek, weźmy tę dziewczynkę, serce mi ścisnęło, gdy ją zobaczyłam.

Mi też. Jest do Ciebie podobna. I oczami i włosami. I taka nieszczęśliwa!

Pani Anna Nowak, dyrektorka, była ewidentnie zmartwiona.

Nie wybraliście odpowiedniego dziecka. Ona Wam się nie nada.

Dlaczego? Spodobała nam się, podobna do Hani! Proszę spojrzeć, jak kopia! stanowczo ruszyłem do sali.

Małą już umyto, założono suche ubranko, podkładka wymieniona. Oczy jej się rozjaśniły, buzia pokraśniała. Uśmiechnęła się do nas, w policzki wpadły dołeczki.

Wyciągnęła do nas rączki, próbowała wstać Hania kurczowo ścisnęła moją dłoń. Dziewczynka miała stopy skierowane do tyłu. Bez namysłu wziąłem ją na ręce, przytuliła się do mojej twarzy, i tak zastygła.

Łzy napłynęły mi do oczu, Hania zanurzyła twarz w moim ramieniu i zapłakała. Pani Anna odwróciła się i wytarła oczy chustką.

Chodźmy do mojego gabinetu. Siostro, proszę wziąć Marysię. ruszyła zdecydowanie do gabinetu. Z Hanią trzymając się za ręce, poszliśmy za nią.

Marysia urodziła się u już niemłodych, wielodzietnych rodziców gdzieś na Podlasiu, którym najwyraźniej nie zależało na kolejnym dziecku. Przyszła na świat z wadami, nogi poniżej kolan wykręcone, stopy zdeformowane.

Gdy pokazano ją rodzicom, ojciec od razu zrezygnował. Wszystkie tłumaczenia, iż dziewczynkę można uratować operacją, kwitował brakiem pieniędzy i niechęcią do wychowywania „kaleki” w domu pełnym dzieci.

I tak Marysia trafiła do sierocińca.

Teraz musicie zdecydować, czy na pewno jej chcecie. Ma szansę być zdrową, ale to wiele pracy, spore wydatki i wielka cierpliwość. Daję Wam miesiąc do namysłu. Więcej przychodzić nie ma sensu dzieci się gwałtownie przyzwyczajają.

Miesiąc minął. Z Hanią już pierwszego dnia wiedzieliśmy Marysię bierzemy. Konsultacja u profesora z Gdańska potwierdziła, operacje choć trudne, pozwolą dziewczynce odzyskać zdrowie. choćby blizn nie zostanie! Staszek przeliczył złotówki wystarczy, jeżeli sprzedamy nowego Fiata i przerwany dom na działce. Przeżyjemy w kawalerce na Ursynowie Bóg nie opuści, wszystko się jeszcze ułoży. Najważniejsze, by córeczka wyzdrowiała.

Nie mogliśmy się doczekać wyznaczonego terminu.

I znów stoimy pod znajomymi drzwiami. Trzymam bukiet różowych piwonii, Hania ogromną torbę z prezentami. Pani Annę wzruszenie odbiera głos, w oczach łzy. Szczęście jeszcze jednemu dziecku dane będzie mieć dom!

Razem idziemy do dziecięcych sal. Marysia urosła, jasne loczki, policzki zaróżowione, pierwsze ząbki. Świergota i uśmiecha się. Brałem ją na ręce, wtuliła się ze wszystkich sił. Przytuliła się też do Hani. Wszyscy płakaliśmy. Cały dzień dostawaliśmy rady od sióstr jak o nią dbać, czym karmić. Ale na razie nie mogliśmy jej zabrać.

Czekały nas procedury. Z rad pani Anny, sprawa porzucenia Marysi przez rodziców została skierowana do sądu. Odbierając prawa rodzicielskie, zamknęli temat na zawsze.

I w końcu przywieźliśmy córeczkę do domu. Hania zostawiła pracę i zajęła się Marysią. Rozpoczęliśmy przygotowania do operacji w Gdańsku.

Miesiąc w klinice, a potem Marysia pokazywała, jak sama je kaszkę, jak miauczy kotek, jak bije się koza. Nóżki trzeba było ukrywać pod długimi spodniami, jeszcze źle wyglądały. Chodziła chwiejnie, jak kaczuszka, ale była rezolutna, mówiła wcześnie, znała wszystkich po imieniu, ze wszystkimi witała się.

Najbardziej kochała mnie. „Mój tatusiu” tak mnie wołała. Tak mówiła już i Hania. Moje oczko w głowie, nasze słoneczko.

Rok później znów operacje. Kilka razy jeździliśmy do Gdańska. Ile bólu, ile wytrwałości to kosztowało! Ile nieprzespanych nocy Hania spędziła przy szpitalnym łóżku. W końcu triumf nóżki jak u innych dziewczynek!

Biega i skacze. W wieku pięciu lat oddaliśmy ją do przedszkola. Zauważono, jak pięknie rysuje, doradzono rozwijać ten talent. Rok później zapisała się do szkoły plastycznej. Jej kolorowe, pełne życia prace coraz częściej pojawiały się na dziecięcych wystawach. Każdy był zdumiony jaka utalentowana, a taka mała!

W wieku siedmiu lat Marysia poszła do szkoły. Od początku była liderką klasy. Pracowita, wesoła, śmiała, świetnie rysuje, chodzi do szkoły artystycznej, zapisała się do kółka tanecznego. Zawsze otoczona przez kolegów, gdzie ona tam radość.

Rodzice nie wstydzili się chodzić na zebrania o Marysi same pochwały. Nikt nie znał jej historii, jej walki i drogi jej i jej rodziców tych, którzy ją wybrali i kochają.

Bóg pamiętał też o nas gdy pojawiła się w domu Marysia, szczęście nie opuszczało nas już. Początkowo mizerny interes Staszka ruszył z miejsca, co pozwoliło nam wyprowadzić się do Gdańska.

Kupiliśmy tam piękne mieszkanie, oddaliśmy córkę do dobrej szkoły. Dziewczynka uczęszcza również do szkoły plastycznej. To piękna, niebieskooka, jasnowłosa dziewczyna z warkoczem, ukochana przez wszystkich, czuła i serdeczna. Prawdziwy dar Boży.

Patrząc dzisiaj na moją rodzinę, wiem już, iż szczęście nie zawsze przychodzi w oczekiwanej postaci. Bo największe dobro ląduje czasem w naszym życiu zupełnie niespodziewanie trzeba tylko mieć serce gotowe przyjąć cud.

Idź do oryginalnego materiału