Dar z nieba: Opowieść o pierwszej wiośnie po zimie, tęsknocie za dzieckiem i cudzie rodzicielstwa – …

newsempire24.com 2 godzin temu

Dar z nieba…

Poranek był tak szary, iż kogokolwiek wysłałbyś po bułki, pewnie by się zgubił po drodze. Ołowiane chmury targały nieboskłonem niczym babcia pierzyną. Gdzieś w oddali dudniło przyszła wiosenna burza, pierwsza tej wiosny choć o tej porze roku człowiek i tak przestaje wierzyć, by coś cieplejszego niż śnieg czy grad pod polskim niebem mogło się pojawić.

Zima się skończyła, a wiosna najwyraźniej postanowiła się spóźnić na własny pociąg. Niby już czas, ale zimno, wiatry hulają po podwórku, stare liście kręcą piruety, jakby szukały wyjścia z zeszłego roku. Ledwo co trawka się przebija przez skaliste serce ziemi, a pąki drzew udają, iż wcale im się nie spieszy. Czuć w powietrzu tę napiętą ciszę przed upragnionym deszczem. Ziemia była tej zimy spragniona, śniegu nie widziała na oczy tyle, co kot napłakał, przewiana, wymarzona choćby pod śnieżną pierzyną nie zdążyła się wyspać.

Burza miała przynieść ulgę deszcz miał zmyć brud, obudzić rozleniwioną przyrodę i zapowiedzieć prawdziwą wiosnę taką soczystą, co to wszystko kwitnie jak panna młoda w pełnej gali. Wtedy się zaczną cudna zieleń, kolorowe kwiatki, słodkie owoce na drzewach. A ptaki? Zaczną urządzać koncerty i budować domy wśród świeżej zieleni. Słowem: życie w rozkwicie.

Szymek, śniadanie stygnie! z kuchni krzyknęła Wioletta. Kawę dopijesz, jak będzie zimna, to nic nie poczujesz.

Po kuchni rozlewał się zapach świeżego chleba z jajecznicą i parującej kawy. Ale żeby wstać, trzeba było nie lada hartu ducha. Wczorajszy wieczór? Rozmowa cięższa niż żeliwna patelnia, łzy Wioli, noc niemal bez snu po takim seansie to tylko do poduszki, nie do śniadania. Życie jednak nie pyta, czy chce ci się działać. Ono i tak leci dalej jak kolejka WKD.

Wioletta wyglądała równie świeżo, co poniedziałek po wolnym weekendzie. Oczy czerwone, pod nimi cienie jakby malarz paletę przewrócił. Podsunęła policzek do pocałunku, uśmiechnęła się blado:

Dzień dobry, kochanie. Patrz, chyba znowu będzie burza. O Jezu, jak ja pragnę deszczu! Kiedy wreszcie ta prawdziwa wiosna się zacznie? Słuchaj, przypomniały mi się takie wiersze:

Czekam wiosny jak ratunku
od zimowych chłodów, smutku.
Czekam jasnych jej wyjaśnień
na życiowych moich trasach.

Mam nadzieję przyjdzie ona,
uprasuje plątaninę.
Mam nadzieję tylko ona
pozamiata, co powinno.
Lepiej,
szczerze,
prosto,
wiernie.
No gdzie jesteś, wiosno? Już przyjdź, niech się rozjaśni!

Szymek objął ją drobne ramiona to, co zostało z siły po bezsennej nocy. Pocałował w jasną główkę. Kaszmirowe włosy pachniały łąką i polską rumianką. Aż ścisnęło go w sercu. Kochana, za co nas Pan Bóg tak doświadcza? Żyli nadzieją, to była ich siła przez te wszystkie lata.

Dzień wcześniej w gabinecie profesora Kołodziejczyka ta nadzieja się skończyła.

Bardzo mi przykro. Nie będziecie mogli mieć dzieci powiedział poważnie. Szymonie, po tym, co przeszedłeś w Zonie, to już medycyna rozkłada ręce. Wiem, iż to trudne; żałuję, iż nie mogę pomóc.

Wioletta wytarła twarz, poprawiła włosy oraz głos.

Wiesz, Szymek, myślałam długo. Musimy adoptować dziecko. Tyle smutnych dzieci w domach dziecka! Weźmiemy chłopca, wychowamy, będziemy mieć syna. Zgadzasz się? Przecież tyle czekaliśmy… urwała, a łzy zaczęły płynąć znowu. Przytuliła się do niego, Szymek też nie był twardszy niż szarość za oknem.

Jasne, iż się zgadzam. I nie płacz już, kochanie. Dobrze będzie.

W tym momencie huknęło za oknem, aż ściana się zatrzęsła. Lało jak z cebra, świat na chwilę zapomniał o jasności błyskawice, huk, ulewa jakby sam święty Florian stwierdził, iż czas spełnić ciche życzenia.

Porządny majowy deszcz symbol życia i nowego początku! Chciałoby się, żeby padał bez końca.

Kilka dni później stali pod wejściem do domu dziecka na Pradze. Mają wyznaczoną godzinę, ręce się trzęsą, oddech wypada. Otworzyła im pani dyrektor, wrócili myślami do rozmowy z nią sprzed tygodnia. Teraz już po prostu prowadzono ich od sali do sali, pokazywano dzieci.

Już w pierwszym pokoju zauważyli dziewczynkę w mokrych śpioszkach, siedziała na ceratce. Koszula cała w plamach, nosek oklejony zaschniętym katarem, ale oczy niebieskie jak wykapana Wisła pod Krakowem. Przenikliwy, smutny wzrok patrzył na wszystkich dorosłych, którzy choćby na nią nie zerkali. Aż ciarki przechodziły Oto dom dziecka miejsce tych, których życie zgubiło po drodze!

Idą dalej nowa sala, dzieci w czystych ubrankach, na świeżych prześcieradłach, pielęgniarki wyciągają maluchy z łóżeczek jak na wystawę. Przez chwilę Szymek poczuł się jak klient na targu brakowało tylko pytania: A za ile kilogram dziecka?.

Szymek, wróćmy do tej dziewczynki z pierwszego pokoju szepnęła Wiola z przejęciem. On ścisnął jej ramię.

Proszę pani, czy możemy jeszcze zobaczyć tamtą niebieskooką dziewczynkę?

Ale wy chcecie przecież chłopca. Ta dziewczynka nie była przygotowana do pokazania

Prosimy. Chcemy jeszcze raz na nią spojrzeć.

Pielęgniarka trochę zbita z tropu, ale posłusznie odwróciła się, żeby ich poprowadzić.

Zaczekajcie tu, zawołam panią Annę Pietrusińską dyrektorkę.

Wioletta przytuliła się do ramienia męża.

Szymek, weźmy ją. Serce mi stanęło, jak na nią popatrzyłam.

Mnie też. Przecież ona jest do ciebie podobna te oczy, te jasne włoski, taka sama zagubiona.

Po chwili wrócili dyrektorka poważna, nieco nerwowa.

Wybrali państwo trudne dziecko. Chyba nie tego państwo chcieliście.

Dlaczego? Nam się spodobała, sama pani zobaczy wygląda jak Wiola! mówi Szymek i podchodzi do łóżeczka.

W międzyczasie dziewczynkę umyto, przebrano śpioszki, ceratka zniknęła. choćby jej buzia jakby wypogodniała. Kiedy zobaczyła, iż dorośli się zatrzymali przy niej, uśmiechnęła się nieśmiało, powstały śliczne dołeczki.

Ręce wyciągnięte, próbuje wstać Wiola aż ścisnęła Szymka za rękę. Mała miała stópki wykręcone do tyłu Szymek nie myśląc długo, wziął ją na ręce, przytuliła się do niego suchym, gorącym policzkiem i zastygła.

Oboje mieli już szkliste oczy, Anna Pietrusińska wyjęła chusteczkę i w milczeniu otarła łzy.

Proszę do gabinetu. Siostro, zabierz Majeczkę.

Dalej to już formalności. Maja była córką starszych, niezamożnych rodziców z jakiejś mazurskiej wsi. Najwyraźniej nikt na nią nie czekał urodziła się z poważną wadą nóg. Ojciec nie chciał jej zabrać do domu, matka kilka miała do powiedzenia. Operacji nie chcieli, pieniędzy nie było. Tak Maja trafiła do sierocińca.

Zastanówcie się, czy zechcecie takie dziecko dyrektorka mówiła poważnie. Operacje będą kosztowne, czeka was dużo pracy, cierpliwości i serca. Podam wam kontakt do profesora, który już dziewczynkę oglądał. Dam wam miesiąc do namysłu, potem proszę nie wracać dzieci za gwałtownie się przywiązują. jeżeli się zdecydujecie, jesteśmy do państwa dyspozycji.

Wiola z Szymkiem nie musieli się namyślać choćby dnia dłużej. Obejrzeli Maję u profesora w Warszawie seria operacji i rehabilitacja naprawi wszystko, co natura pokręciła. choćby blizny nie zostaną, a Majeczka będzie biegać jak wszystkie dzieciaki z osiedla.

Szymek policzył, ile będzie potrzebnych złotówek na operacje i drogi do stolicy starczy, jeżeli sprzedadzą nowiutkiego peugeota i rozpoczęty dom na przedmieściach. Na razie się pomieszkają w bloku, grunt, żeby córka była zdrowa.

Po miesiącu podjechali ponownie do domu dziecka. Szymek z pękiem piwonii, Wiola z torbą prezentów. Annę Pietrusińską znowu rozczulał los Majeczki. Kolejne porzucone dziecko miało zyskać rodzinę!

Razem poszli do sal. Mała wyglądała dużo lepiej blond loki podkręcone, malinowe policzki, a w buzi już widać pierwsze zęby. Maja gaworzyła radośnie, gdy tylko Szymek wziął ją na ręce, przytuliła się całym ciałem. Przeszła też do Wioli. Wszyscy mieli łzy w oczach.

Cały dzień spędzili w ośrodku, pielęgniarki zrobiły im wykład, jak karmić, co stosować, jak dbać. Ale jeszcze nie wydano dziecka teraz przyszła kolej na papierologię. Wiola zrezygnowała z pracy, całą siebie włożyła w Maję. Zaczęły się przygotowania do pierwszej operacji.

Miesiąc w szpitalu w Warszawie minął pod znakiem stresu, ale i pierwszych sukcesów: już sama jadła kaszkę, powtarzała miau za kotem i mee za pluszową kozą. Na nóżki trudno było jeszcze patrzeć, na podwórko wychodziła w długich spodniach. Niezgrabnie, jak mały pingwin, uczyła się chodzić. Ale gadatliwa była od urodzenia, znała wszystkich, witała się z imienia. Najmocniej jednak kochała Szymka mój tatuś i tak już zostało, iż choćby Wiola zaczęła go tak wołać.

Po roku kolejne operacje. Ileż to razy z Mają jeździli do stolicy! Dziecko wycierpiało swoje, rodzice też niejedna noc nieprzespana na podłodze w szpitalu, niejedno westchnienie Wioli do sufitu. Ale triumf przyszedł nóżki jak u każdej dziewczynki, w końcu mogła biegać i skakać.

W wieku pięciu lat Maja poszła do przedszkola. Tam odkryto jej talent do rysunku. Pani poleciła rozwijać tę zdolność więc w wieku sześciu lat Maja trafiła do szkoły plastycznej. Z czasem jej prace zapełniały kolejne wystawy: kolorowe pejzaże, pogodne scenki ludziom aż się oczy dziwiły, iż taka młoda autorka! No, talent, nie ma co

Do podstawówki trafiła jako ta nowa ale już po kilku dniach była liderką. Świetne oceny, poczucie humoru, wszędzie ją było pełno. Malowała, chodziła na taniec, miała koleżanki i kolegów gdzie była Maja, tam śmiech i zabawa. Rodzice nie mogli się nią nacieszyć i nie wstydzili się na wywiadówkach: tylko pozytywne wieści. Nikt nie podejrzewał, przez co ta rodzina przeszła i iż rodzice to nie ci, co ją zrodzili, ale ci, którzy dali jej serce.

Los im się odmienił. Po adopcji Maji Szymka biznesik zaczął się rozkręcać. Pozwoliło to przenieść się do Warszawy, kupić mieszkanie, zapisać córkę do dobrej szkoły. Dzisiaj Maja jest już w szóstej klasie prymuska, przez cały czas rysuje, bywa na konkursach, ma długie jasne warkocze, niebieskie oczy i duszę większą niż większość dorosłych. Lubi wszystkich i wszyscy lubią ją. Taki prawdziwy dar z nieba.

Idź do oryginalnego materiału