Dar Boży…
Tamtego ranka pogoda była ponura, ciężkie chmury nisko przesuwały się po niebie, a gdzieś w oddali słychać było głuche dudnienie grzmotów. Nadciągała burza. Pierwsza burza tej wiosny.
Zima odeszła, ale i wiosna nie spieszyła się, by objąć swoje prawa. Wciąż było chłodno, porywiste wiatry targnęły resztki zeszłorocznych liści, podnosząc tumany kurzu i zwożąc je z miejsca na miejsce. Delikatna, młoda trawa ledwo przebijała się przez spieczoną ziemię. Pąki na drzewach jeszcze śniły swój zimowy sen, ukrywając skrzętnie swoje skarby.
Przyroda czekała na deszcz. Zima wtedy była bezśnieżna, ostra i wietrzna, ziemia nie odpoczęła, nie nasyciła się wodą, nie wypoczęła pod puchową pierzyną i teraz z utęsknieniem wypatrywała burzy.
Burza miała przynieść zbawienny deszcz, nasycić ją życiodajną wilgocią, zmyć kurz i brud, przywrócić życie. Dopiero wtedy zacznie się prawdziwa, polska wiosna: hojna, kwitnąca, jak młoda kobieta pełna czułości i miłości.
I wtedy ziemia obdaruje nas zieloną trawą, kolorowymi kwiatami, delikatnymi liśćmi i słodkimi owocami na drzewach. Ptasie śpiewy rozbrzmią wesoło, zaczną się budowy gniazd wśród soczystej zieleni rozkwitających ogrodów. Życie toczy się dalej.
Stasiu, chodź na śniadanie! zawołała Marysia. Kawa stygnie.
Z kuchni dobiegał zapach kawy i jajecznicy. Trzeba było wstać. Po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Marysi, nieprzespanej nocy, gorzkich rozmyślaniach nie miał siły, by się podnieść.
Ale trzeba życie toczy się dalej.
Marysia także wyglądała na wyczerpaną. Oczy miała zaczerwienione, pod nimi głębokie cienie. Przysunęła bladą policzek do pocałunku, uśmiechnęła się blado.
Dzień dobry, kochanie! Chyba szykuje się burza. Boże, jak bardzo chcę deszczu! Kiedy wreszcie przyjdzie prawdziwa wiosna? Słuchaj, przyszedł mi do głowy wiersz:
Czekam na wiosnę jak na wybawienie
Od zimowych chłodów i samotności,
Czekam na wiosnę, jak na rozjaśnienie
Wszystkich życiowych moich zawiłości.
Wciąż mi się wydaje, iż gdy ona przyjdzie
Wszystko się wyjaśni od razu,
Wydaje mi się, iż tylko ona
Może wszystko poukładać
Uczciwiej,
Prościej,
Pewniej,
Mocniej…
Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź już!
Stanisław objął żonę czule, pocałował jej pochyloną głowę o jasnych włosach. Czuł w nich zapach łąk i rumianku. Zacisnęło mu się serce z żalu. Moja biedna, ukochana kobieto, za co Bóg nas ukarał? Tylko ta nadzieja trzymała ich dotąd przy życiu.
A wczoraj słynny profesor, ich ostatnia deska ratunku, rozwiał wszelkie oczekiwania.
Bardzo mi przykro, ale dzieci mieć Państwo nie będziecie. Pana, Stanisławie, pobyt w Czarnobylu nie przeszedł bez echa. Niestety, tu medycyna jest bezradna. Żałuję, iż nie mogę Państwu pomóc.
Marysia stanowczo otarła łzy, potrząsnęła włosami.
Stasiu, długo o tym myślałam i zdecydowałam. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile jest tam nieszczęśliwych dzieci weźmy chłopca, wychowamy go, będziemy mieli synka. Zgodzisz się? Tak długo czekaliśmy na syna, Stasiu! Łzy popłynęły jej po policzkach, a Stanisław tulił ją do piersi i sam nie mógł powstrzymać szlochu.
Oczywiście, zgadzam się! Nie płacz, kochanie.
I wtedy rozległ się potężny grzmot. Ściany aż zatrzęsły się od tej podniosłej salwy. I lunęło. Niebo się otworzyło! Wreszcie, Bóg wysłuchał naszych modlitw!
Upragniony deszcz lał jak z cebra.Tak się ściemniło, jakby nastała noc. Prawie bez ustanku grzmiało, błyskawice przecinały niebo nad samym dachem. Stanisław z Marysią, objęci, stali przy oknie, przez uchylone okno wpadały zimne krople deszczu, zapach wiosennej burzy orzeźwiał.
Ciemna zasłona, która jeszcze przed chwilą zdawała się dusić ich dusze, topniała, ustępowała, znikała z każdym kroplą tego pierwszego wiosennego deszczu. Chcieli tylko, by trwało to dłużej. Upragniony deszcz symbol życia, nadziei i odrodzenia.
Po kilku dniach stanęli przed drzwiami domu dziecka. Mieli wyznaczoną wizytę. Szli wybrać syna, wymarzonego, upragnionego synka jak już go nazywali: Wojtuś, Wituś. Już go kochali, choć jeszcze nie widzieli. Kochali miłością, która latami w nich narastała. Nadzieją bycia rodzicami, wspólnie przeżywaną codziennością.
Serce waliło z podniecenia, trudno było oddychać ze wzruszenia. Stanisław nacisnął dzwonek. Drzwi otworzyły się, już na nich czekano.
Rozmowa z panią dyrektor odbyła się kilka dni temu, teraz mają tylko zapoznać się z dziećmi. W pierwszym pokoju zauważyli dziewczynkę siedzącą w mokrych pajacykach na wilgotnej ceracie.
Brudna koszulka, zaschnięty katar pod nosem, wielkie błękitne oczy patrzyły smutno na dorosłych przechodzących obok. Od tego dziecka biła opuszczenie i niepotrzebność. Serce ścisnęło się z bólu. Oto polski dom dziecka przytułek opuszczonych, niechcianych.
Przeszli do kolejnej sali. W łóżeczkach leżały dzieci. Oczy biegały od twarzy do twarzy. Opiekunka pokazywała maluchy, podawała wiek i krótkie informacje o rodzicach. Dzieci były czyste, zadbane, na świeżej pościeli.
Ostrożnie wyjmowała maleństwa z kołysek, pokazywała ze wszystkich stron. Jak na targu pomyślał Stanisław. A my kupcy. Brakowało tylko, by zapytać o cenę za kilogram.
Stasiu, chodźmy zobaczyć tamtą dziewczynkę szepnęła Marysia. Stanisław ścisnął jej ramię.
Proszę pani, chciałbym obejrzeć tę dziewczynkę z pierwszego pokoju, tą o niebieskich oczach.
Ale państwo chcieli chłopca! Ta dziewczynka nie jest dla państwa. Nie przygotowaliśmy jej do prezentacji.
Jednak chcemy wrócić. Pragniemy się jej przyjrzeć.
Opiekunka wyraźnie się zmieszała, coś chciała powiedzieć, ale się rozmyśliła i bez słowa poprowadziła ich z powrotem.
Zaraz zawołam panią Hannę Nowak. Proszę poczekać wskazała krzesła.
Marysia przylgnęła do Stanisława.
Stasiu, weźmy ją, serce mi zadrżało, gdy ją zobaczyłam.
Mnie też. Podobna do ciebie, te same oczy, włosy. I taka nieszczęśliwa!
Po chwili pojawiła się opiekunka z dyrektorką. Pani Hanna była zaniepokojona.
Wybraliście państwo nieodpowiednie dziecko. Ona wam nie pasuje.
Dlaczego? Bardzo nam się podoba, spójrzcie sami, zupełnie jak Marysia Stanisław stanowczo ruszył do pokoju.
Dziecko zdążono umyć, zmienić ubranie. Na twarzyczce pojawiły się rumieńce. Gdy dorośli zatrzymali się przy łóżeczku, dziewczynka się uśmiechnęła na policzkach pojawiły się dołeczki.
Wyciągnęła rączki w ich stronę i próbowała wstać… Marysia ścisnęła najbliżej położoną dłoń Stanisława. Dziewczynka miała stópki wykręcone do tyłu. Stanisław bez wahania podniósł ją na ręce, a mała przytuliła się do jego twarzy. Łzy napłynęły im do oczu, Marysia wtuliła się w męża i zapłakała. Pani Hanna dyskretnie wytarła oczy chusteczką.
Zapraszam do mojego gabinetu. Proszę, zabierzcie malutką i ruszyła przodem. Stanisław i Marysia mocno ściskali się za ręce.
Dziewczynka urodziła się w biednej, wielodzietnej rodzinie na północy Polski. Była niechciana, urodziła się z wadą nóg łydki wykręcone, zdeformowane stopy.
Gdy pokazano ją rodzicom, ojciec natychmiast odmówił zabrania dziecka do domu. Mówiono, iż można ją uratować operacją, ale odparł, iż nie ma pieniędzy i nie będzie wychowywał kaleki i tak ledwo wiążą koniec z końcem.
Tak Zosia trafiła do domu dziecka.
Teraz decyzja należy do Państwa. Oczywiście, ma szansę być normalnym dzieckiem, ale to ciężka praca, duże wydatki, ogrom cierpliwości i miłości. Proszę się nie spieszyć, przemyśleć sprawę. Dam Państwu adres profesora, który badał dziewczynkę wyjaśni dokładnie, co Was czeka. Macie miesiąc na podjęcie decyzji. Dzieci gwałtownie się przyzwyczajają. jeżeli zrezygnujecie później rozłożyła z żalem ręce.
Minął miesiąc. Marysia i Stanisław już pierwszego dnia po tej rozmowie wiedzieli Zosię wezmą. Konsultacja z warszawskim profesorem utwierdziła ich: czeka ją kilka operacji, naprawią wszystko, co zaniedbała natura, nie zostaną blizny i Zosia pobiegnie jak każde zdrowe dziecko. Stanisław policzył, czy wystarczy im pieniędzy miałoby starczyć, trzeba tylko sprzedać nowy samochód i rozgrzebaną budowę domu.
Na razie pomieszkają w kawalerce byleby córka była zdrowa. Nie mogli się doczekać wyznaczonego terminu.
I znowu stali przed znajomymi drzwiami. Stanisław trzymał bukiet różowych piwonii, Marysia torbę prezentów dla dzieci. U pani Hanny dygotały usta i oczy wypełniły się łzami jeszcze jedno porzucone dziecko znajdzie rodziców.
Poszli razem do dziecięcego pokoju. Oto Zosia. Urosła, jasne loczki zawijały się w sprężynki, policzki zaróżowiały, już ząbki wystają, coś tam ćwierka. Stanisław wziął ją na ręce, Zosia objęła go za szyję małymi rączkami, przylgnęła calutka.
Podreptała też do Marysi. Wszyscy mieli oczy mokre od wzruszenia. Spędzili cały dzień w domu dziecka, nasłuchali się rad, jak opiekować się dzieckiem, czym karmić. Ale na razie Zosi im nie oddano.
Przed nimi była długa procedura adopcyjna. Według rady pani Hanny, sprawę rezygnacji rodziców Zosi skierowano do sądu ci zostali pozbawieni praw rodzicielskich. Teraz już nie mogli zmienić zdania.
I wreszcie przywieźli córkę do domu. Marysia rzuciła pracę i oddała się całkowicie opiece nad dzieckiem. Zaczęły się przygotowania do pierwszej operacji w Warszawie.
Miesiąc spędzili w klinice, a już pokazują Stasiowi, jak Zosia sama je kaszkę, jak miauczy kotek, jak bodzie rogata kózka. Na nóżki trudno było patrzeć bez bólu. Na zewnątrz wychodziła tylko w długich spodenkach.
Chodziła nieporadnie, kołysząc się jak kaczątko. Ale była żywa, rozmowna, gwałtownie zaczęła mówić, wszystkich znała po imieniu, witała każdego.
Najbardziej kochała Stanisława. “Mój tatusiu” tak już mówiła, a i Marysia zaczęła tak o nim mówić. A tata świata poza nią nie widział, Zosia była jego promykiem.
Po roku rozpoczęła się dalsza walka o nóżki. Kilka razy wieźli biedną Zosię do Warszawy. Ile przeszła cierpień! Ile cierpliwości musieli okazać jej rodzice. Ile nocy Marysia spędziła przy łóżeczku w szpitalu. I w końcu triumf: nóżki jak u każdej dziewczynki.
Może biegać, skakać. Gdy skończyła pięć lat, posłali Zosię do przedszkola. Tam zauważono, iż pięknie rysuje polecono rozwijać jej talent. W wieku sześciu lat zapisana do szkoły plastycznej, jej rysunki coraz częściej pojawiały się na wystawach dziecięcych. Kolorowe pejzaże, wesołe sceny przyciągały uwagę. Wszystkich zadziwiał wiek autorki był to niewątpliwy talent.
W wieku siedmiu lat rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Od pierwszych dni została liderką w klasie. Prymuska, wesoła, otwarta, uzdolniona plastycznie dziewczynka, chodziła do szkoły artystycznej i do kółka tanecznego.
Była otoczona przyjaciółmi, tam gdzie ona, tam śmiech i radość. Rodzice z dumą chodzili na wywiadówki. Każdy mówił o niej dobrze. Nikt nie przypuszczał, przez co przeszła ta dziewczynka i jej rodzice nie ci, co ją urodzili, ale ci, którzy ją pokochali i wychowali.
Bóg nie opuścił Marysi i Stanisława. Po pojawieniu się Zosi w ich domu, szczęście zaczęło im sprzyjać. Delikatny interes Stanisława z czasem okrzepł, udało im się zrealizować plan i przeprowadzić się do Warszawy.
Tam kupili piękne mieszkanie, posłali Zosię do dobrej szkoły. Dziś Zosia chodzi już do szóstej klasy, wciąż jest prymuską, uczęszcza do szkoły plastycznej. Piękna, niebieskooka, z jasnym warkoczem. Czuła, uczynna, ulubienica wszystkich. Tak, ona jest prawdziwym darem od Boga.













