Dar z nieba… Poranek był szary, ciężkie chmury wisiały nisko nad Warszawą, w oddali dudnił grzmot – nadciągała pierwsza wiosenna burza. Zima odeszła, ale prawdziwa wiosna wciąż nie spieszyła się, by rozgościć się w mieście. Wszędzie panowało jeszcze zimno, porywiste wiatry targały resztki zeszłorocznych liści, ledwie zaczynała przebijać się świeża trawa, a pąki na drzewach nieśmiało czekały na swój czas. Przyroda z utęsknieniem czekała na deszcz, po długiej, chłodnej, bezśnieżnej zimie, kiedy to ziemia nie nabrała wilgoci ani sił. Długo oczekiwany deszcz miał przynieść życie, oczyścić z kurzu i w końcu obudzić prawdziwą, polską wiosnę – radosną, barwną, jak młoda, pełna miłości kobieta. To właśnie wtedy – w ten pochmurny poranek w starej warszawskiej kamienicy – Vika zawołała Szymona na śniadanie, próbując pozbierać się po arcytrudnej nocy i wieściach, które zburzyły ich marzenia o własnym dziecku. Ale łzy ustąpiły decyzji: czas podarować dom jednemu z tysiąca dzieci czekających w polskich domach dziecka. niedługo Szymon i Vika przekraczają próg warszawskiego ośrodka adopcyjnego. Choć pragnęli syna, serce skradła im niepozorna, smutna dziewczynka z przejmująco błękitnymi oczami – Lenka. Poruszająca historia jej pojawienia się w domu dziecka, choroba i niepełnosprawność nie zniechęciły przyszłych rodziców. Po wielu konsultacjach, formalnościach i miesiącach nadziei Lenka trafia do ich domu, a jej leczenie staje się wspólną wędrówką pełną poświęceń, troski, łez i śmiechu. Dzięki miłości i wytrwałości rodziców dziewczynka pokonuje przeciwności, rozwija talent plastyczny, zdobywa przyjaciół i szacunek nauczycieli – zostaje nie tylko euforią rodziców, ale także dumą swojej nowej ojczyzny. Przenoszą się do Gdańska, gdzie spełniają kolejne marzenia. Lenka, piękna, utalentowana dziewczynka z jasnymi warkoczami i uśmiechem jak rozświetlona Polska wiosna – staje się prawdziwym darem z nieba dla swojej rodziny. Dar z nieba – historia o nadziei, miłości i przemianie, o tym, jak polska codzienność może zajaśnieć szczęściem tam, gdzie wydawało się to niemożliwe.

polregion.pl 4 godzin temu

Dar od Boga…

Poranek był szary, ciężkie chmury sunęły nisko nad Warszawą, w oddali słychać było głuche pomruki burzy. Nadchodziła burza pierwsza tej wiosny.

Zima wreszcie się skończyła, ale i wiosna nie spieszyła się, by rozgościć się na dobre. Wciąż było zimno, porywiste wiatry niosły zeszłoroczne liście, rwąc je z miejsca na miejsce. Spod skorupy zmarzniętej ziemi nieśmiało wybijała młodziutka trawa. Pąki na drzewach nie śmiały jeszcze ujawniać swego piękna.

Przyroda trwała w oczekiwaniu na deszcz. Zima była w tym roku nieduża, wietrzna i chłodna. Ziemia źle odpoczęła, nie nasycona wodą, nie wypoczęła pod białą pierzyną teraz czekała niecierpliwie na burzę.

Burza przyniesie tak wyczekiwaną wilgoć, napoi glebę deszczem, obmyje z pyłu i brudu, przywróci życie. Dopiero wtedy nadejdzie prawdziwa wiosna: hojna, kwitnąca, jak młoda, pełna miłości i czułości kobieta.

Wtedy ziemia wyda zieloną trawę, kolorowe kwiaty, drżące liście i słodkie owoce na drzewach. Ptaki radośnie zaśpiewają, zaczną budować gniazda wśród młodych liści i kwitnących sadów. Życie trwa dalej.

Przemku, chodź na śniadanie! zawołała Zuzanna. Kawa zaraz wystygnie.

Z kuchni dochodził aromat kawy i jajecznicy. Trzeba było wstać. Po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Zuzanny, nieprzespanej nocy, pełnej ciężkich myśli wstawać się nie chciało.

A jednak trzeba życie toczy się dalej.

Zuzanna miała równie zmęczony wygląd, oczy czerwone, pod nimi ciemne cienie. Podstawiła Przemkowi na powitanie bladą policzek, słabo się uśmiechnęła.

Dzień dobry, kochanie. Wygląda na to, iż będzie burza. Boże, jak bardzo czekam na deszcz Kiedy wreszcie przyjdzie prawdziwa wiosna? Wiesz, wpadły mi do głowy takie wersy:

Czekam na wiosnę jak na wyzwolenie
Od zimnych nocy i samotności.
Wiosny czekam jak wyjaśnienia
Wszystkich zawiłości dorosłości.

Mam nadzieję, iż ona przyjdzie
I wszystko się rozjaśni od razu.
Mam nadzieję, iż tylko ona
Uczyni życie prostsze,
szczerze,
pewniej,
mocniej…

Gdzie jesteś wiosno? Przyjdź już, błagam!

Przemek objął jej wąskie ramiona, pocałował w opuszczoną, jasną głowę. Włosy pachniały sianem, rumiankiem, serce ścisnęło się z żalu. Moja biedna, ukochana dziewczyno, za co Boże nas tak doświadczałeś? Tylko ta nadzieja trzymała ich przez te wszystkie lata.

A wczoraj profesor, ich ostatnia i najdelikatniejsza nadzieja, przekreślił wszelkie oczekiwania.

Przykro mi, ale nie będziecie mogli mieć dzieci. Przemku, Twój pobyt podczas akcji likwidacyjnej w Zonie miał jednak swoje następstwa. Medycyna tu jest bezsilna. Bardzo mi żal.

Zuzanna otarła łzy, potrząsnęła włosami.

Przemek, myślałam o tym długo. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. W tylu sierocińcach są porzucone, smutne dzieci. Weźmy chłopca, wychowamy i będziemy mieli wreszcie synka. Zgadzam się, czekaliśmy na niego całe lata… łzy popłynęły jej ciurkiem po twarzy. Przemek przytulił ją mocno, sam ledwie powstrzymywał płacz.

Oczywiście, kochanie! Nie płacz, już nie płacz…

W tym momencie niebo rozdarł potężny huk pioruna. Dom zatrząsł się od grozy tego dźwięku. Po chwili lunął deszcz ulewa jakby świat zatonął w wodzie. Otworzyły się niebiosa! Bóg wreszcie wysłuchał ich modlitw!

Ulewa lała się z nieba bez końca. Nagle pociemniało, jakby zapadł zmrok. Grzmiało i błyskało wokół, aż po samą dachówkę. Przemek i Zuzanna, objęci, stali przy oknie, przez rozszczelnioną framugę wpadały do mieszkania zimne krople, a zapach deszczu ożywiał każdego.

Ciemna warstwa, która oblekała ich dusze, topniała, rozpuszczała się i odpływała razem z tym pierwszym, długo oczekiwanym, wiosennym deszczem. Chciało się tylko jednego: niech ta ulewa trwa jak najdłużej. Deszcz symbol życia, odrodzenia, nowej nadziei.

Kilka dni później stali już przed drzwiami Domu Dziecka na Pradze. Dostali termin. Przyjechali wybrać syna tego, na którego czekali całe lata, którego już w myślach nazywali Jasiem, Januszkiem. Kochali go zanim ujrzeli. Kochali miłością gromadzoną przez lata oczekiwań na spełnienie marzenia: mieć dziecko, wychować je, uczyć.

Serce waliło jak młot, oddechu brakowało z emocji. Przemek nacisnął dzwonek. Drzwi otworzyły się byli oczekiwani.

Rozmowa z Panią Dyrektor miała miejsce kilka dni wcześniej, teraz po prostu prowadzono ich do dzieci, które mogły zostać ich synem. Już w pierwszej sali Przemek zauważył dziewczynkę. Siedziała na wilgotnej ceracie, w przemoczonej koszulce. Nos miała brudny, pod nosem zaschnięte ślady kataru, a oczy wielkie, błękitne, smutne, wpatrujące się w dorosłych idących obok. Od tej dziewczynki biła samotność i opuszczenie. Serce ścisnęło się boleśnie. Oto dom dziecka schronienie tych, których nikt nie chciał.

Przeszli do następnej sali. W łóżeczkach leżały i siedziały maluchy, wszystkie czyściutkie, w świeżych ubrankach. Siostra wyjmowała je z łóżeczek, prezentowała jak towar, podając wiek, krótkie informacje o rodzicach. Przemek miał wrażenie, jakby był na targu. Oni jak klienci. Brakowało tylko ceny za kilogram.

Przemek, chodźmy jeszcze raz zobaczyć tę biedną dziewczynkę szepnęła Zuzanna. Przemek ścisnął jej dłoń.

Siostro, prosimy, pokażcie nam raz jeszcze dziewczynkę z pierwszej sali, tę z dużymi oczami.

Ale przecież szukali państwo chłopca. Ta dziewczynka nie jest przygotowana do adopcji. była zaskoczona pielęgniarka.

Chcemy ją zobaczyć jeszcze raz nalegała Zuzanna.

Siostra wyraźnie się zmieszała, ale bez słowa poprowadziła ich z powrotem.

Wezwę panią Martę. Zaczekajcie tutaj wskazała na krzesła.

Zuzanna wtuliła się w ramię Przemka.

Przemek, weźmy ją, serce mi stanęło, gdy na nią spojrzałam.

Mnie też. Przypomina ciebie: te oczy, te włosy. I taka nieszczęśliwa…

Przyszła siostra z dyrektorką. Pani Marta była wyraźnie zmartwiona.

Wybrali państwo niewłaściwe dziecko. Ona państwu nie odpowiada.

Dlaczego? Ona jest prześliczna i tak podobna do Zuzanny! Zobaczcie państwo sami! Przemek ruszył w stronę sali, gdzie była dziewczynka.

Malutka została już umyta, dostała suche ubranko, zdjęto z łóżeczka ceratę. Zarumieniła się, oczy rozbłysły. Gdy zobaczyła, iż dorośli zatrzymali się przy niej, uśmiechnęła się. Wyciągnęła rączki i próbowała wstać Zuzanna ścisnęła rękę Przemka. Dziewczynka miała stópki wykręcone do tyłu. Przemek natychmiast chwycił ją na ręce, przytuliła się do niego mokrym noskiem i zamarła.

Do oczu napłynęły mu łzy. Zuzanna schowała twarz w jego ramieniu i rozpłakała się. Pani Marta odwróciła się, ocierając łzy chusteczką.

Proszę do mojego gabinetu. Siostro, zajmij się Małgosią powiedziała i ruszyła w stronę gabinetu. Przemek i Zuzanna szli za nią, mocno trzymając się za ręce.

Dziewczynka urodziła się u starszych już, biednych rodziców gdzieś w mazurskiej wsi. Najwyraźniej nie chciano tego dziecka. Urodziła się z powikłaniami, nogi poniżej kolan były wykręcone, stopy zdeformowane.

Ojciec nie chciał jej zabrać do domu. Na prośbę, by dać dziecku operację, odpowiedział, iż nie ma na to pieniędzy, a upośledzenie go przeraża. Ledwo spinał koniec z końcem z pozostałą gromadką dzieci.

W ten sposób Małgosia trafiła do domu dziecka.

Decyzja należy do państwa. Ma szansę być zupełnie sprawna, ale to dużo pracy, wydatków, cierpliwości i miłości. Nie spieszcie się, przemyślcie, skonsultujcie. Dam wam adres profesora, który oglądał dziewczynkę. Powie dokładnie, co was czeka, jeżeli ją przygarniecie. Macie miesiąc na namysł. Gdy raz przywykniecie do dziecka wiecie, jak to jest. dyrektorka rozłożyła bezradnie ręce.

Miesiąc minął. Przemek i Zuzanna już po pierwszej wizycie wiedzieli Małgosię chcą wziąć. Profesor z Krakowa potwierdził operacje, choć liczne, przywrócą jej zdrowie. Nie zostaną choćby blizny, a niedługo Małgosia będzie biegać jak wszystkie dzieci. Przemek przeliczał jeżeli sprzedadzą nową Skodę i zrezygnują z budowy domu, wystarczy na leczenie i wyjazdy. Na razie przeprowadzą się do kawalerki, wszystko inne można zdobyć później byle tylko córka była zdrowa.

Nie mogli się doczekać końca wyznaczonego miesiąca.

Wreszcie znów stali przed drzwiami domu dziecka. Przed gabinetem pani Marty serca ściskało im z emocji. Przemek trzymał bukiet różowych piwonii, Zuzanna wpakowała do torby prezenty dla wszystkich dzieci. Pani Marty drżały usta, oczy lśniły łzami. Szczęście kolejna samotna istotka znajdzie dom!

Weszli wspólnie na dziecięce sale. Małgosia urosła, jasne loczki okalały różowe policzki, pojawiły się pierwsze ząbki. Dziewczynka dużo gaworzyła, rozdawała uśmiechy. Przemek wziął ją w ramiona, zaraz objęła go ciasno, wtuliła się w jego szyję. Później poszła na ręce do Zuzanny. Oboje nie kryli łez.

Przemek i Zuzanna spędzili w domu dziecka cały dzień, słuchając porad lekarzy i opiekunek, jak pielęgnować, czym karmić córeczkę. Ale na razie dziecka im nie oddano. Musieli przejść przez skomplikowany proces adopcyjny. Za radą pani Marty, sprawę całkowitego zrzeczenia się rodzicielstwa przez biologicznych rodziców skierowano do sądu. Po ogłoszeniu wyroku nie mogli już cofnąć swojej decyzji.

Wreszcie mogli zabrać córkę do domu. Zuzanna rzuciła pracę, poświęciła się dziecku. Zaczęła ją przygotowywać do pierwszej operacji w renomowanej klinice w Krakowie.

Spędzili tam miesiąc. Już po powrocie do Warszawy Małgosia pokazywała tacie, jak je łyżeczką kaszkę, naśladuje kota i beczącą kozę. Nóżek nie dało się jeszcze oglądać bez łez, na spacery Małgosia wychodziła tylko w długich spodniach.

Poruszała się niezgrabnie, chwiała się jak kaczuszka. Była jednak bystra, kontaktowa zaczęła mówić wcześnie, znała wszystkich po imieniu.

Najbardziej kochała Przemka. To teraz mój tatusiek. choćby Zuzanna tak go teraz nazywała. Mój tatusiek wpatrzony był w córkę jak w obrazek. Małgosia była dla niego światłem, całym światem.

Po roku zaczęły się kolejne operacje. Kilka razy musieli z Małgosią jeździć do Krakowa. Ile musiała znieść dziewczynka, ile cierpienia i trudu kosztowało to rodziców! Zuzanna nie przespała niejednej nocy przy szpitalnym łóżku.

W końcu triumf! Małgosia chodziła, biegała i skakała jak inne dzieci. W wieku pięciu lat poszła do przedszkola. Zwrócono tam uwagę, iż pięknie rysuje, doradzono rozwijać ten talent. W wieku sześciu lat zaczęła naukę w szkole plastycznej. Jej prace coraz częściej pojawiały się na wystawach dziecięcej twórczości barwne pejzaże, radosne sceny przykuwały uwagę odwiedzających. Wszyscy dziwili się wiekowi artystki była bez wątpienia utalentowana.

W wieku siedmiu lat poszła do szkoły podstawowej. Od pierwszych dni została liderką klasy. Zawsze uśmiechnięta, przebojowa, serdeczna. Świetnie rysowała, chodziła do szkoły plastycznej, zapisała się na kółko taneczne. Była duszą towarzystwa, zawsze otoczona przyjaciółmi. Rodzice z dumą szli na zebrania o Małgosi zawsze mówiono najlepiej. Nikt nie wiedział, przez co przeszła ona i jej opiekunowie nie ci, którzy ją urodzili, ale ci, którzy dali jej serce i dom.

Bóg nie zapomniał też o Przemku i Zuzannie. Od chwili, gdy pojawiła się u nich Małgosia, los zaczął im bardziej sprzyjać. Biznes Przemka, który początkowo ledwo się kulał, zaczął przynosić zyski pozwoliło im to spełnić marzenia: przenieść się do Krakowa.

Kupili w końcu wymarzone mieszkanie, Małgosię zapisali do prestiżowej szkoły. Dziś Małgosia chodzi już do szóstej klasy, przez cały czas wzorowa uczennica. Chodzi na zajęcia z rysunku. To piękna, niebieskooka dziewczynka z długim, jasnym warkoczem, zawsze uprzejma i serdeczna ulubienica wszystkich.

Dar od Boga tak mówią o niej wszyscy, którzy ją znają.

Idź do oryginalnego materiału