W dziwacznym, zamglonym śnie, Zuzanna wychowana była na wsi, w miejscu, gdzie czas płynął leniwie pod ciężarem wiecznych oczekiwań. Zwyczajna dziewczyna, którą matka obdarzała tylko westchnieniem i spojrzeniem pełnym rezygnacji. Po szkole pójdziesz doić krowy albo stanie za ladą w sklepie spożywczym mawiała matka Zuzanny, krzątając się po kuchni. Na tej wiosce nie czeka cię nic więcej.
A jednak Zuzanna przekornie popłynęła pod prąd wiejskich przeznaczeń i, ledwo kończąc dziewiątą klasę, we śnie spotyka chłopca z sąsiedztwa – starszego od niej o rok. Gdy brzuch jej urósł, rodzice dwojga młodych spotkali się przy herbacie, szeleszcząc monetami, i postanowili, iż wnuk zamieszka u babci ze strony ojca. Zuzanna ledwie śniła o macierzyństwie, a jej matka nie miała do zaoferowania choćby kilku złotych na dziecięce buciki.
Gdy urodziła, jakby otulona dziwną mgłą, Zuzanna nagle opuściła wieś. W marzeniach znalazła się w Krakowie, gdzie dostała się do szkoły artystycznej. Miała w sobie iskrę i łaknienie do sztuki, jakiego nie znała choćby z opowieści. Życie w mieście było pełne migoczących świateł: tańce w sobotnie noce, seanse filmowe, maraton po sklepach odzieżowych. Zuzanna, wolna od pielęgnowania ogródka, dźwigania wiader z wodą i rozpalania kaflowego pieca, zdecydowała, iż zostaje w Krakowie. Zaczęła zarabiać przyzwoite pieniądze złotówkami dzięki swoim obrazom.
W ostatnim roku studiów los znowu wystawił ją na próbę. Zuzanna znów została matką. Chwilami myślała choćby o przerwaniu ciąży, ale wyśniła sobie drugiego syna. Narzeczony oddał jej kąt w rodzinnym domu, ale opieka nad małym dzieckiem i jednoczesne studiowanie przypominały pilnowanie ognia na wichrze. Gdy w końcu znużona odesłała syna do swojej matki na wieś, wszystko rozpadło się jeszcze bardziej. Matka Zuzanny odeszła z tego świata i teraz Zuzanna musiała ponownie zabrać syna do miasta.
Lata mijały, potok dni rozmywał się, a zdrowie Zuzanny z każdą porą roku gasło coraz mocniej. Gdzieś w onirycznych pejzażach przypomniała sobie o swoim starszym synu, który już podrósł i mieszkał samotnie w Opolu. Prosiła go przez sny o pomoc – o pilnowanie aptecznych recept, o kilka złotych na jedzenie. Wplatała w prośby poczucie winy i tęsknotę tak silną, iż nie sposób było się oprzeć. Starszy syn, przytłoczony i otulony dziwnymi emocjami, zaprosił matkę do swojego miasta, by łatwiej ją doglądać.
Zuzanna, pakując metaforyczne walizki, składała swoje sny jak chusty, kiedy nagle ojciec drugiego syna zjawił się i powiedział, żeby zostawiła mu dziecko. Obiecywał, iż otoczy je opieką, jakiej nigdy nie doświadczył. Z początku Zuzanna była obojętna niczym krążący dym. Co on tam wie o ojcostwie? szeptała do księżyca. Ale w końcu zgodziła się zostawić chłopca pod jego opieką, jakby oddając kawałek serca rzece płynącej przez miasto, w którym dzieje się wszystko, czego nie sposób zrozumieć na jawie.







