Pamiętam czasy, kiedy za podanie w gazecie grubości asfaltu można było zostać uznanym za agenta, a za odważny artykuł – zawieszonym w prawach wykonywania zawodu. Ale przede wszystkim pamiętam wspaniałych ludzi, dla których „Kronika Beskidzka” była istotną częścią życia. Dla mnie zresztą też…
W 1972 roku, jeszcze podczas studiów na Uniwersytecie Śląskim, przyjechałem do rodzinnego miasta na praktykę dziennikarską. Studiowałem w Katowicach, na Wydziale Filologicznym. Miałem odbyć praktykę i trafiłem do „Kroniki Beskidzkiej”. Przeszedłem w niej wszystkie szczeble – od młodszego dziennikarza po redaktora technicznego, starszego redaktora, sekretarza redakcji, zastępcę naczelnego, by finalnie zostać redaktorem naczelnym i prezesem całego wydawnictwa.
Kiedy przyszedłem do redakcji, „Kronika” kilka różniła się od tej z 1956 roku. Oczywiście tamtej prehistorii nie mogłem pamiętać, bo miałem wtedy… pięć lat. Redakcja mieściła się w trzech dużych pokojach. Stały w nich maszyny do pisania, o które codziennie trzeba było walczyć. Jako najmłodszy dostałem najbardziej rozklekotaną poniemiecką Erikę. Żeby na niej pisać, trzeba było mocno uderzać w klawisze. Niektórych czcionek brakowało, więc trzeba je było później manualnie kaligrafować. Tadek Patan miał podobną maszynę, ale trochę lepszą. Konkurowaliśmy więc choćby w tym, kto szybciej pisze. Z reguły kończyło się remisem. Podczas dyżurów w katowickiej drukarni pisałem choćby w ołowiu, na linotypie, czyli na maszynie, która była jak z epoki Gutenberga, tylko nieco unowocześniona.
Warunki w redakcji były bardzo skromne. Walczyliśmy choćby o kilka ziarenek kawy, bo piliśmy jej dużo, a kawa była towarem deficytowym. Nie było komputerów, pagerów, elektrycznych maszyn do pisania. Każda z tych rzeczy, kiedy później się pojawiała, była prawdziwą rewolucją. Nie mieliśmy oczywiście samochodów. Jeździło się PKS-em, MPK albo łapało okazję (wtedy zresztą ludzie chętniej zabierali autostopowiczów). Mimo tych wszystkich niedogodności początki wspominam bardzo dobrze. Były takie trochę dziewicze i siermiężne, ale sympatyczne i przyjemne, no a ja miałem tylko 24 lata…
To były czasy, kiedy nad gazetą czuwała groźna cenzura. Żadna strona nie mogła pójść do druku bez podpisu cenzora. Czytał wszystko, od A do Z. Potrafił przyczepić się choćby do tekstu sportowego. o ile radziecki bokser przegrał z zawodnikiem BBTS-u, nie można było po prostu napisać, iż przegrał. Trzeba było cyzelować: „przegrał minimalnie”, „sędziowie wytypowali zwycięzcę” i tak dalej. Pamiętam, iż siedziało się z cenzorem i negocjowało, jak napisać, żeby przeszło. Kiedy jeździłem jako redaktor techniczny do cenzora na ulicę Mariacką w Katowicach, warto było jeszcze zabrać ze sobą butelkę. Taki drobny gest sprawiał, iż cenzor okazywał się trochę bardziej przychylny i… mniej czujny.
Miałem jednak redaktora naczelnego, który zachęcał mnie, żeby pisać odważnie i nie bać się cenzora. Napisałem wtedy tekst podważający cały system sportu socjalistycznego. Wielu słynnych sportowców było przecież oficjalnie górnikami, hutnikami czy pracownikami różnych zakładów, choć często nigdy w tych miejscach nie pracowali. Na podstawie tego, co widziałem w Bielsku, bardzo mocno ten system zakwestionowałem w artykule odsłaniającym kulisy „socjalistycznego” sportu. Tekst przedrukowały później „Polityka”, „Życie Literackie”, „Kulisy”, „Sztandar Młodych” i inne gazety. Zrobiło się o nim głośno, bo wszyscy oczywiście wiedzieli, jak jest, tylko nie bardzo można było o tym pisać. Jakimś cudem tekst przeszedł przez cenzurę i wywołał skandal w skali kraju. Konsekwencje i tak poniosłem ja. Zostałem karnie na trzy miesiące zawieszony w prawach wykonywania zawodu. Zawód oczywiście wykonywałem, ale za wiedzą naczelnego pisałem nie pod swoim nazwiskiem.
Miałem też inną przygodę, kiedy byłem jeszcze bardzo młodym dziennikarzem. Wysłano mnie na Przegibek, gdzie wymieniano nawierzchnię odcinka drogi z bruku na asfalt. Rozmawiałem z inżynierem, który za to odpowiadał. Pytałem, jak poprawią się warunki dla kierowców, jak gruby będzie asfalt i tak dalej. Powiedział, iż będzie grubości kilku centymetrów. Napisałem o tym. Zrobiła się z tego wielka awantura, bo uznano, iż podaję informacje dla NATO i dzięki nim zachodni sztabowcy ocenią, czy tą drogą będą mogły przejechać czołgi Bundeswehry. Nasłuchałem się wielu mocnych oskarżeń i obietnic, iż od tej pory będę bacznie obserwowany.

Przez te wszystkie lata pracowałem z setkami ludzi. Większość z nich bardzo dobrze wspominam, zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Ale w pamięci szczególnie utkwiło mi troje „Ta”: Tadeusz Patan, Tadeusz Wielgolawski i Teresa Madej.
Patan był wspaniałym pismakiem z krwi i kości, dziennikarską legendą. Świetnie pisał, czasami może trochę zbyt potocznie, ale czytelnicy go uwielbiali. Był obrońcą przyrody, zanim jeszcze słowo „ekolog” pojawiło się w użyciu. Bronił rzek, lasów, drzew, zwierząt. Robił to z ogromną pasją. Jeździł motocyklem, a potem zdezelowaną Syrenką (jedyne auto w redakcji). Jak z nim jechałem przez kałuże, to wysiadając, miałem całkiem mokre buty. Był rasowym fotoreporterem – ze swoim Canonem Six TL jako pierwszy dziennikarz pojawiał się przy tragicznym pożarze czechowickiej rafinerii i w miejscu strasznej katastrofy w Wilczym Jarze.
Tadeusz Wielgolawski był świetnym dziennikarzem katowickim, wcześniej pracował w „Trybunie Śląskiej”. Jego niewyparzony język tekstów nie bardzo pasował do twardego partyjnego środowiska i kierownictwa w Katowicach. Chcieli się go więc pozbyć. W 1975 roku dostał zadanie zorganizowania gazety obejmującej sześć powiatów: bielski, cieszyński, żywiecki, suski, wadowicki i oświęcimski. To był region liczący 800 tysięcy, może milion mieszkańców.
Tadek uważnie czytał nasze teksty przed przejęciem redakcji i… otworzył nam oczy. Powiedział, iż jesteśmy świetnymi dziennikarzami, a nasz region to żadna prowincja. Przy okazji sprowadził do nowej „Kroniki” autorów, którzy byli luminarzami ówczesnego polskiego dziennikarstwa i kultury. Pisali więc na naszych łamach Karol Małcużyński, Stanisław Dygat, Kazimierz Kutz, Andrzej Czeczot czy Andrzej Trepka. Nazwiska naszych autorów pojawiały się więc w szacownym sąsiedztwie, a z biegiem czasu artykuły dziennikarzy „Kroniki” trafiały do wielu ogólnopolskich pism i wielokrotnie były nagradzane w krajowych konkursach dziennikarskich.
Tadek trochę wyprzedził czas. W latach 80., kiedy system partyjny zaczął się rozpadać, on zamierzał go rewolucyjnie reformować. Tego decydentom było za wiele. Najpierw oczywiście wyrzucono go z redakcji (ja też odszedłem, bo redakcja musiała być „wyczyszczona” z takich elementów), potem zesłano do obozów w Jastrzębiu i Łupkowie, gnębiono rodzinę i straszono jego dzieci. Tadek wyjechał więc do Toronto i od razu założył tam polską gazetę dla emigracji. Przez długi czas utrzymywałem z nim kontakt.
No i była Teresa Madej. Przylgnęło do niej pejoratywnie brzmiące określenie „Ta Madej”, bo pisała teksty ostre i prowokacyjne, traktując każdy temat bezkompromisowo. Często dzwoniono do mnie z różnych instytucji: „Piotr, przyjechała ta Madej”. Stała się postrachem wielu opisywanych, zresztą często słusznie. To była dziennikarka z żelaza, świetnie pisząca. Dziś określilibyśmy ją jako „dziennikarkę śledczą”.
Jej teksty wymagały ogromnej pracy. Potrafiła zniknąć na tydzień, czasem na dłużej, żeby zrobić jeden trudny materiał. Zbierała dowody, sprawdzała fakty, szukała świadków, czytała mnóstwo dokumentów. A potem wychodził tekst i po Bielsku złowieszczo huczało: „No znowu ta Madej”. Dla niektórych złowieszczo, ale dla większości z wielkim uznaniem. Bo zawsze były to hity numeru.
Przy tym wyglądała subtelnie, delikatnie… Szczupła blondynka sprawiała wrażenie nieszkodliwej, łagodnej osóbki. Ale to były tylko pozory. Była bardzo twardą, profesjonalną dziennikarką. niedługo zrobiłem ją swoją zastępczynią, co przysporzyło jej sporo obowiązków organizacyjnych, ale niestety brakowało czasu w pisanie. Do dziś trochę tego żałuję, bo jej teksty były fantastyczne i lekturę gazety rozpoczynano właśnie od nich.
Teresa wcześniej pracowała w katowickich gazetach, między innymi w „Tak i Nie”. Później trafiła do bielskiej „Gazety Prowincjonalnej” związanej z „Solidarnością”. Tam powstawały bardzo mocne teksty, a ona sama była jedną z najważniejszych autorek. Kiedy tę gazetę zamknięto, skwapliwie ściągnąłem ją do „Kroniki”. Przyszła razem z kilkoma dobrymi ludźmi i została u nas do końca.
„Kronika” była wtedy bardzo mocną gazetą. Rekordowy nakład wynosił 80 tysięcy egzemplarzy tygodniowo! Nie wiem, czy dzisiaj jakaś gazeta ogólnopolska osiąga taki wynik. Nie było jeszcze internetu ani oczywiście portali. „Dziennik Zachodni”, „Gazeta Wyborcza” czy „Trybuna Robotnicza”, później „Trybuna Śląska”, czasem coś o Bielsku-Białej napisały. Od 1991 roku żadna lokalna gazeta czy czasopismo nie mogły z „Kroniką” konkurować. Pojawiali się wprawdzie ambitni wydawcy, którzy wydawali czasem mnóstwo pieniędzy, by zaistnieć na medialnym rynku, ale później rezygnowali. „Kronika” była po prostu za mocna. Jedyną, która mogłaby z nami rywalizować jakością tekstów, była właśnie „Gazeta Prowincjonalna”, ale i ona odpadła z gry.
„Kronika” zawsze była świadkiem historii. Tych wielkich i tych zupełnie lokalnych. Dla mnie szczególnie ważna była walka o przetrwanie województwa bielskiego. Byłem związany z tym województwem przez wszystkie jego tryumfy, trudy i znoje. Te sześć powiatów zaczęło się ze sobą wiązać. Miałem przyjaciół w Wadowicach, Suchej, Oświęcimiu, Cieszynie, Żywcu. Ludzie zaczęli się poznawać, zbliżać do siebie. Mieliśmy w Bielsku już swoją redakcję i gazetę, ale w Suchej czy Wadowicach wcześniej nie mieli własnych. Więc nagle się pojawiły i to była dla nich ogromna rzecz. Wydawnictwo uruchomiło w kilku powiatach osobne tygodniki – „Kronikę Żywiecką”, „Kronikę Wadowicką” i „Kronikę Suską”, które miały swoje redakcje i swoich lokalnych dziennikarzy.
Potem warszawscy mędrcy wymyślili, iż 49 województw to za dużo. Lepiej będzie 16. My nie znaleźliśmy się w tej szesnastce, mimo iż województwo bielskie było mocne gospodarczo, region się rozwijał, a ludzie byli coraz bardziej ze sobą związani. Likwidacja województwa, czemu też starała się przeciwdziałać „Kronika”, przyniosła moim zdaniem wiele złych skutków. Przekonywano, iż pomimo poniesionych ogromnych kosztów reorganizacji zrobiono słusznie, a ja uważam, iż gdyby nie majstrowano przy mapie, dziś byłoby trzy razy lepiej. Do teraz więc nie wybaczyłem Jerzemu Buzkowi, który – jako premier – pogrzebał województwo bielskie.
Po jakimś czasie było już wiadomo, iż trzeba się rozwijać. Czytelników zaczynał zabierać internet, więc sama gazeta drukowana nie mogła wystarczyć. Mieliśmy własną drukarnię, wydawaliśmy książki, drukowaliśmy foldery, informatory i kilkanaście gazet samorządowych, mieliśmy choćby biuro podróży Press Travel, własną agencję reklamową. Szukaliśmy różnych źródeł dochodu. Najpierw powstały więc strony internetowe poszczególnych gazet, potem portal beskidzka24, a później telewizja. Dzisiejsza telewizja ma swoje prapoczątki również za moich czasów. Sprzęt był oczywiście dużo gorszy niż dzisiaj, studio skromniejsze, kadry początkujące, ale perspektywa świetlana, co dzisiaj udowadnia Beskidzka TV.
Wierzyłem, iż gazety papierowe przetrwają jeszcze co najmniej jedno pokolenie, ale wiedziałem też, iż trzeba wejść w inne media. Dzisiaj wydawca tę politykę kontynuuje i jest, moim zdaniem, dobrze przygotowany na zmiany, które zachodzą w mediach.

Jest jednak coś, co bardzo mnie boli w dzisiejszym – jakże innym – dziennikarstwie. Chodzi o poprawność języka. Tekst napisany przez autora powinien przeczytać sekretarz redakcji, czyli adiustator, czasem – w uzasadnionych przypadkach – jeszcze redaktor naczelny. Dopiero wtedy trafia do gazety. Dzisiaj jest z tym gorzej. Widać, iż jest mniej ludzi, więc pracy więcej. Jako człowieka, który przez całe życie czytał i poprawiał teksty, bardzo mnie irytują błędy językowe i literówki. Z „Kroniką” jest jednak wciąż pod tym względem najmniej problemów. I tak trzymać! Dopóki są Magda Nycz i Wojtek Małysz, to wiem, iż takiej bylejakości nie będzie. Oni wywodzą się z mojej szkoły i wiedzą, jak istotny jest poprawny, dobrze napisany tekst.
A co do treści? o ile dziennikarz bierze się za jakiś temat, powinien go bezwzględnie doprowadzić do końca. Często media piszą o wypadku, kradzieży czy aferze, a potem temat się urywa. Czytelnik nie wie, co się stało, czy ktoś został ukarany. Więc dziennikarz powinien wrócić do sprawy, przypomnieć ją, napisać epilog.
Pamiętam sprawę kłusownika, który zastrzelił sarnę na oczach ludzi znajdujących się w linii strzału. Pocisk trafił w zwierzę, a nie w ludzi, którzy stali około 60 metrów dalej. Byli świadkowie. Okazało się, iż sprawca to kłusownik. Został zatrzymany z upolowaną zwierzyną, przeszukano mu dom, znaleziono rzeczy związane z bronią. Sprawa była oczywista. Polował poza okresem, kiedy było to dozwolone, strzelał w sytuacji, kiedy w linii ognia byli ludzie, byli świadkowie i były dowody. A mimo to zaczęły się różne próby rozmywania sprawy. Lobby myśliwskie było silne w różnych instytucjach. Nagle okazywało się, iż może nie było łuski, może nie było pocisku, może czegoś nie znaleziono. Sprawa się wlokła. Zanim więc okaże się, iż sarna popełniła samobójstwo, jako redaktor naczelny kazałem co tydzień przypominać krótko, co się w sprawie dzieje. Pytaliśmy prokuraturę, na jakim jest etapie. Prokuratorzy dzwonili do nas i prosili, żebyśmy przestali. Nie przestaliśmy. Policja wykonała bardzo dobrą robotę, zebrała dowody i świadków, ale sprawa wciąż nie mogła ruszyć. Pisaliśmy o niej przez około pół roku, tydzień po tygodniu. W końcu skończyło się wyrokiem. Dostaliśmy potem mnóstwo telefonów od ludzi, którzy mówili, iż wreszcie ktoś pokazał, jak powinno wyglądać dziennikarstwo. Napisaliśmy o winie, napisaliśmy o karze. Więc o ile podejmuje się temat, nie wolno odpuszczać i pokazać ludziom jego finał.
Z „Kroniką” jestem związany praktycznie od liceum. Chodziłem do „Kopernika” w Bielsku i już wtedy wiedziałem, iż będę dziennikarzem. Później skończyłem studia filologiczne w Katowicach, zaocznie podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Wrocławskim, kontynuowałem naukę na Uniwersytecie Jagiellońskim i na uniwersytecie w Urbino we Włoszech. Dziś trzeba chyba dodać, iż były to prawdziwe uniwersytety… Praktykowałem w różnych gazetach, także zagranicznych. Moje życie zawodowe potoczyło się tak, jak chciałem. Przez te wszystkie lata „Kronika” była moim drugim domem. Miałem w redakcji mały pokój i czasami już nie wiedziałem, czy adekwatnie śpię i pracuję tam, czy jestem jeszcze w domu. Do dzisiaj jest mi bardzo bliska. Trudno zapomnieć miejsce, w którym spędziło się 36 lat życia. Jestem dumny z tego, iż świętujemy 70-lecie tak dużej i poważnej gazety, ale także z tego, iż sam trochę temu pomogłem.
Chyba są tylko trzy miejsca, w których znajdują się wszystkie roczniki „Kroniki”: Książnica Beskidzka, redakcja „Kroniki Beskidzkiej” i moje mieszkanie. Zajmuje to mnóstwo miejsca, ale nie wyobrażam sobie, żeby tych grubych roczników u mnie nie było. Siedemdziesiąt lat to wiek, którego kilka polskich tytułów dożywa. Ale przecież „Kronika Beskidzka” to solidny kawał dobrej gazety. I ciągle jest!
Zobacz film dokumentalny o 70-leciu tygodnika:








