Dlaczego Inna zaczęła robić na drutach buciki dla niemowląt – sama nie wiedziała.

polregion.pl 1 dzień temu

Dzisiaj zastanawiam się, dlaczego Zosia zaczęła robić buciki dla niemowląt. Sama nie potrafiła tego wyjaśnić.

Jej córka, Kasia, miała już czterdzieści lat. Dwa lata temu została wdową, nie zdążywszy urodzić dzieci. W zeszłym roku wyszła ponownie za mąż, ale mąż był znacznie młodszy i mówił, iż chce jeszcze trochę pożyć dla siebie, bez pośpiechu.

Syn Zosi, Marek, dawno wyjechał do Stanów i nie planował wracać. Siostrzeńcy dorośli, ale do własnych dzieci mieli jeszcze daleko. W domu nie było ani dziecięcego śmiechu, ani nadziei na powiększenie rodziny.

Pewnego dnia w sklepie Zosia zobaczyła włóczkę. Delikatne odcienie polskiej wełny zachwyciły ją. Chciała zrobić sobie sweter, kupiła cienkie druty i szydełko. Ale niespodziewanie zaczęła robić buciki.

Do wieczora pierwsza para była gotowa. Włóczki zostało jeszcze sporo. Następnego dnia zrobiła czapeczkę, potem bluzeczkę i spodenki z gumką. Gdy skończyła komplet, wyjęła starą pudełko z guzikami i wybrała najładniejsze w kształcie małych słoneczek.

Wyprała wszystko w misce z delikatnym płynem do wełny, rozłożyła do suszenia na ręczniku. Patrząc na ten maleńki zestaw, westchnęła:

I tak umrę, nie trzymając wnuków na rękach…

Ale nagle przyszła inna myśl:

Gdzieś na świecie jest dziecko, któremu to na pewno się przyda.

Otworzyła laptopa, by znaleźć dom dziecka w swoim mieście. Przeczytała kilka artykułów, zebrała się i poszła do sklepu po więcej włóczki tym razem w odcieniach niebieskiego.

W ciągu kilku dni zrobiła komplet dla chłopczyka. Potem jeszcze dziesięć par bucików i dziesięć ciepłych czapeczek, każda w innym kolorze. Spakowała wszystko do pudełka i pojechała do domu dziecka.

Bez certyfikatów nie możemy przyjąć rzeczy wyjaśniła pracownica. Lepiej by pani przywiozła pieluchy, one zawsze są potrzebne.

Zosia stała z robionymi prezentami w rękach i płakała.

Dobrze, jakoś to załatwimy w końcu powiedziała kobieta. Chodźmy, przymierzymy buciki maluchom.

Zosia brała na ręce niemowlęta, głaskała ich delikatne policzki i zakładała na małe nóżki buciki. Starszym dzieciom przymierzała czapeczki.

Gdy wróciła do domu, powiedziała mężowi:

Tam mówili, iż lepiej przywozić pieluchy.

Dobrze odpowiedział. Jutro kupimy. A teraz gotujmy ziemniaki.

Nie dadzą nam dziecka, jesteśmy starzy, ja mam 61 lat, a ty 62 smutno powiedziała Zosia.

Może i nie dadzą, ale drzwi przecież nikt nie zabije spokojnie odparł mąż. Można się umówić, przychodzić, pomagać. Buciki i skarpetki narobimy, na pewno się przydadzą.

Jest tam para: chłopczyk i dziewczynka, bliźniaki. Jasnowłosi. Mają prawie dwa lata zamyślona dodała Zosia. Myślę, iż pasowałyby im robione ubranka. Może teraz jeszcze za duże, ale dzieci gwałtownie rosną. A buciki wyszły idealnie, zrobiłam je jak adidaski.

Pójdziemy razem zaproponował mąż. Ja to wszystko załatwię, będziemy ich odwiedzać.

I rzeczywiście załatwił. Przez cztery miesiące Zosia z mężem byli wolontariuszami w domu dziecka. Robiła nowe ubranka i buciki na wyrost, a bliźniaki zaczęły już nazywać ją mamą. Ale pewnego dnia, gdy przyszli do dzieci, maluchów tam nie było.

Wyobraźcie sobie, zostali adoptowani, od razu oboje opowiedziała pracownica. Zrobiliśmy zdjęcie w waszych ubrankach i jeszcze tego samego dnia zadzwoniła jedna para. Kilka miesięcy przygotowywali dokumenty, a dziś rano ich zabrali.

W oczach Zosi pojawiły się łzy.

No czego płaczesz, głuptasie łagodnie powiedział mąż. Trzeba się cieszyć.

Tego wieczora zadzwoniła córka:

Mamo, możecie z tatą do mnie wpaść? Potrzebuję pomocy.

Coś z kranem? zapytała Zosia. Czy znowu sąsiedzi zalali?

Nie, trzeba złożyć łóżko odpowiedziała Kasia. Przyjedziecie? Lepiej nie dzwońcie, po prostu otwórzcie swoimi kluczami.

Dobrze, przyjedziemy skinęła Zosia.

Wsiedli do swojego Poloneza i pojechali. Mieszkanie córki lśniło czystością, z kuchni unosił się apetyczny zapach. Zosia z mężem zdjęli buty i założyli kapcie.

Umyjcie ręce i wejdźcie do pokoju zawołała Kasia z kuchni. Zaraz przyjdę.

Usiedli na kanapie i zaczęli oglądać wiadomości. Nagle mąż delikatnie trącił Zosię w bok.

Podniosła głowę. W drzwiach stał zięć, Tomek.

Na jego rękach siedziały te same bliźniaki, ubrane w robione przez Zosię ubranka i buciki-adidaski. Chłopczyk trzymał w rączce kawałek jabłka, a dziewczynka, z umazanymi policzkami, spoglądała sprytnie i próbowała ugryźć owoc. Tomek się uśmiechał.

choćby nie wiem, jak to powiedzieć… W każdym razie, macie teraz wnuki. Wcześniej nie mówiliśmy, bo nie wiedzieliśmy, czy uda się wszystko załatwić. Teraz Kasia zaraz przyjdzie, gotuje im kaszę.

Do pokoju wbiegła Kasia, rozpromieniona.

Mamo, tato, poznajcie, to Ania i Włodek. Zobaczyłam ich zdjęcie na stronie Dzieci czekają. Są bliźniakami, tak jak my z Markiem.

A buciki mają takie same, jak te, które ty kiedyś nam zrobiła. Pamiętasz to zdjęcie, gdzie mamy po dwa lata? Pokazałam je Tomkowi, a on powiedział: Bierzemy.

Tomek postawił dzieci na podłodze. Podbiegły do Zosi, wyciągnęły rączki i krzyknęły:

Mamo! Mamo!

Zosia przytuliła je, całowała i, ocierając łzy, cicho powtarzała:

Ja nie jestem mamą, jestem waszą babcią, babcią.

I znów, jakby w zachwycie, powtarzała:

Ba… Ba… Ba…

Mąż nie wytrzymał i parsknął śmiechem:

No i czego teraz płaczesz? Czas kupić włóczkę. Będziesz robić skarpetki, bo buciki już za małe…

Idź do oryginalnego materiału